Aaa,
tak na temat blogowania – zapomniałam jeszcze o jednym postanowieniu,
które od kilku tygodni usiłuję już wprowadzić w życie
Mianowicie fajnie byłoby znowu powrócić do dawnej aktywności, ale
ponieważ różnie bywa i z czasem wolnym i z innymi zajęciami – niczego w
tej kwestii nie obiecuję. Robię swoje i tyle
Ale postanawiam sobie zrobić nareszcie porządek w linkach, które mi
się lekko zdeaktualizowały. I tu moja prośba do Was – przekopuję się co
prawda przez maile i komentarze pod poprzednimi notkami, ale mam prośbę –
jeśli moje namiary do Was są nieaktualne, bądź nie ma ich wcale po
prawej stronie, zostawcie adres jeszcze raz
Będzie mi ciut wygodniej
Proszę też wszystkich o jeszcze chwilę cierpliwości, staram się
dotrzeć do każdego, ale jeszcze nie udaje mi się codziennie zajrzeć
wszędzie i jeszcze zostawić komentarz





A tymczasem kilka spraw, o których pisałam już jakiś czas temu, ale wątek się urwał:
Pamiętacie
historię z egzaminem DELE? Długa to była historia – zaczęła się od
tego, że nie zdałam jednej części tego egzaminu a tym samym nie mogłam
otrzymać certyfikatu. Rzekomo nie zdałam, bo gdy wysłałam odwołanie, to
po kilku miesiącach dowiedziałam się, że komisja pomyliła się w liczeniu
punktów i wszystkie części zaliczyłam. Ostatecznie zdałam egzamin na
całkiem dobrym poziomie. Po kolejnych kilku miesiącach, zadzwoniłam do
organizatora egzaminu w Poznaniu z zapytaniem, kiedy otrzymam
certyfikat. Polecono mi skontaktować się z Instytutem Cervanteza w
Warszawie. Tak też zrobiłam. Ale tam także mojego certyfikatu nie mieli.
Pozostało mi więc czekać, ewentualnie popędzać samych Hiszpanów, ale
jakoś nie chciało mi się tego robić…
Jakiś
czas temu, zadzwonił do mnie tata z informacją, że w skrzynce było
avizo na list polecony dla mnie. Poprosiłam, żeby spróbował ten list
odebrać, tak też zrobił i zadzwonił, że to jakiś list z uniwersytetu w
Salamance. Miałam już pewne podejrzenia, co do zawartości koperty, a
kiedy tata ją otworzył, potwierdziło się – dostałam certyfikat! Od
egzaminu minęło dwa i pół roku… I proszę mi więcej nie narzekać na
opieszałość polskich urzędów/uniwersytetów/instytucji (niepotrzebne
skreślić)! W porównaniu do tempa hiszpańskiego, wszystko u nas można
załatwić od ręki

Jeśli
chodzi o tę naszą przykrą rodzinną sprawę, o której wspominałam w
październiku, to na szczęście wszystko miało pozytywny finał w
listopadzie. Nerwówki trochę było, poczucie niesprawiedliwości dalej
gryzło, ale teraz to już można puścić to w zapomnienie – co się stało,
to się nie odstanie, a wygląda na to, że w przyszłości nie będzie to
miało większego znaczenia, więc nie ma sensu rozpamiętywać. I bardzo się cieszę, że nie rozgrzebałam tej sprawy tu, na blogu
Wystarczy, że ja wiem, o co chodziło. Czasami zwyczajnie nie warto
pisać o wszystkim ze szczegółami, a mnie samej wystarczy, że wyrzucę z
siebie negatywne emocje poprzez notkę, która tylko dla mnie jest
zrozumiała.

Jakiś
czas temu pisałam też o bólach brzucha, które mi doskwierają i o
planowanej wizycie u pani doktor od podwozia. Nie byłam pewna, czy jedno
z drugim w ogóle ma związek, ale od czasu do czasu skontrolować i tak
się trzeba. Ale pani doktor dość szybko zdiagnozowała problem –
przyczyną tych bóli był pęcherz moczowy… Prawdopodobnie jeszcze latem
musiałam sobie go przeziębić, wtedy zresztą po raz pierwszy miałam
niesamowicie bolesną miesiączkę (co mi się zdarza raczej rzadko) – i tak
się ciągnęło przez kolejnych kilka miesięcy. Raz było lepiej, raz
gorzej, ale ogólnie ciągle coś mi w dole brzucha doskwierało.
Wystarczyły jednak jakieś tabletki i jest dużo, dużo lepiej. Brzuch w
każdym razie przestał boleć. Zdziwiłam się trochę, że taka była
przyczyna, bo kiedyś miałam zapalenie pęcherza i dolegliwości były
zupełnie inne, więc nie skojarzyłam nawet tym razem jednego z drugim. A
mama mówiła, że to może być to
No to by było na tyle jeśli chodzi o zaległe sprawy, o których miałam okazję wspominać 
