*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Nowe przed nami.

Mimo, że nie przepadam za 1 dniem stycznia, o czym wielokrotnie tu pisałam, przyznaję, że pierwsze dni nowego roku zwykle nastrajają mnie optymistycznie. Jestem wtedy zawsze pełna nadziei na lepsze, mam wrażenie, że życie zmieni się teraz z dnia na dzień, choć to przecież złudne, bo dlaczego miałoby się to stać? W końcu to tylko zmiana daty, żadna magia :)

Ubiegły rok jednak był pod tym względem inny i w tym roku również będzie inaczej. Styczeń rzeczywiście przynosi przełom w moim życiu, rok temu były to narodziny Wikinga, w tym roku to rozpoczęcie nowej pracy.
Jak już pisałam, podoba mi się ten 2016 rok i mam względem niego dobre przeczucia. Dawno już tego nie doświadczałam, mam więc nadzieję, że to coś jednak znaczy :) Od jakiegoś już czasu jestem pozytywnie nastawiona do przyszłości i tego, co się dzieje wokół mnie i chciałabym bardzo, żeby ta tendencja się utrzymała w kolejnych miesiącach.
Mam wobec tego roku, który właśnie nadszedł pewne oczekiwania. Chciałabym bardzo, żeby wreszcie ustabilizowała się nasza sytuacja i żeby nasze życie wróciło na dawne tory, z których trochę zboczyło trzy lata temu. Wtedy byliśmy na dobrej drodze, ale niestety wszystko nam się przewróciło do góry nogami a potem przez dłuższy czas już tylko komplikowało. Bardzo liczę na to, że to już koniec tych komplikacji. Chciałabym, żeby przede wszystkim pomyślnie rozwijała się nasza sytuacja zawodowa. Jeśli dobrze pójdzie, Franek dostanie w tym roku umowę o pracę na czas nieokreślony. Ja też mam obiecane, że po trzymiesięcznym okresie próbnym dostanę umowę na stałe. Ale najpierw przez te trzy miesiące trzeba przejść i się sprawdzić. Mam nadzieję, że mi się to uda, choć przyznam, że jestem pełna obaw. A chciałabym bardzo, żeby ta praca spełniła moje oczekiwania, żebym ją polubiła i dobrze się tam czuła. 

Pomimo tego, że od przyszłego tygodnia będę już mamą pracującą, życzyłabym sobie, abyśmy w tym roku cieszyli się wieloma radosnymi rodzinnymi chwilami. Mam nadzieję, że mimo wszystko będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, żeby cieszyć się swoim towarzystwem.  Poza tym życzyłabym sobie, żeby Wiking nie przejął się za bardzo zmianą w jego życiu, która go za chwilę czeka i żeby niania okazała się strzałem w dziesiątkę. No i dobrze byłoby, żebym i ja w miarę szybko przeszła nad tymi wielkimi zmianami do porządku dziennego. Boję się, że będzie ciężko, że najbliższe tygodnie będą dla mnie z różnych powodów bardzo trudne. Ale pożyjemy, zobaczymy... Jeśli chodzi o mnie i Franka, bardzo zależy mi na tym, żebyśmy już na dobre pożegnali wszystkie gorsze momenty i żeby teraz było już tylko dobrze :)

Chciałabym też, żeby ten rok nadal obfitował w wiele spotkań towarzyskich. Głównie chodzi mi o gości - mam nadzieję, że nadal nasi bliscy będą nas często odwiedzać i będziemy mieli sporo okazji do spotkań. 
Wiem, że będzie bardzo ciężko z wolnym czasem, ale liczę na to, że uda mi się wszystko tak zorganizować, żeby mimo wszystko nadal móc choć trochę poświęcać się temu, co lubię robić.

Na koniec, najważniejsze - mam nadzieję, że w tym roku ominą nas problemy zdrowotne. Mamy kilka założeń, których chcemy się trzymać, żeby jednak minimalizować ryzykowne sytuacje. Franek na przykład odgrzebał swoje wyniki EKG, z którymi ostatecznie nie wylądował prawie rok temu u kardiologa (Wiking mu trochę pokrzyżował plany) i postanowił się tym solidnie zająć. Pierwsze efekty już są. Na przykład dziś dowiedział się, ze to może wcale nie serce, tylko kręgosłup. Czyżby znowu? No, ale o tym będzie może w innym odcinku, bo na razie i tak niewiele wiemy. W każdym razie mam nadzieję, że poważniejsze problemy zdrowotne będą nas jednak omijały, a z łagodniejszymi dolegliwościami szybko sobie poradzimy.

Tyle jeśli chodzi o moje noworoczne życzenia dla mnie i mojej rodziny. Ale wyjątkowo mam na ten rok także kilka postanowień. Konkretnych, bo wiadomo, że z konkretami zawsze lepiej idzie :)
1. Do końca roku chcę przeczytać wszystkie książki, które dostałam w ostatnim czasie w prezencie. Znowu nazbierało mi się ich trochę. Jak tylko rozprawię się z tymi z biblioteki, zabiorę się za pozycje ze swoich półek.
2. Do końca roku mam zamiar zrobić porządek na przenośnym dysku, który sto lat temu pożyczyłam od taty. Muszę przejrzeć jego zawartość, wywalić to, co niepotrzebne, zająć się odpowiednio ważnymi plikami.
3. Do końca roku planuję przejrzeć wszystkie artykuły ze starych gazet, które sobie zachowałam w celu selekcji. Chcę je wszystkie przeglądnąć, ciekawe i przydatne zachować, resztę tylko przeczytać i wyrzucić.
A w gratisie - gdyby się udało, to zrobię jeszcze porządek z naszymi zdjęciami na dysku komputera. Kiedyś to jednak było łatwiej. Teraz setki i tysiące tych zdjęć i nie ma kiedy się nimi porządnie zająć.

Mam (albo mamy, bo niektóre dotyczą również Franka) też kilka mniej konkretnych założeń. Na przykład będziemy starali się dbać o porządek, nad którym teraz tak intensywnie pracujemy. Poza tym chcemy codziennie - a przynajmniej w tym okresie, kiedy odporność trochę spada - zażywać suplementy diety. Głównie chodzi o tran i witaminę D. Naszym wspólnym postanowieniem jest jeszcze to, żebyśmy dbali o siebie nawzajem i o nasz związek, chcemy się jak najmniej kłócić i pilnować się, żeby nie wyrwało nam się jakieś zdanie wypowiedziane w zasadzie bez powodu ostrzejszym tonem.
Mam też nadzieję, że uda mi się wygospodarować trochę czasu na w miarę regularne ćwiczenia. I że nadal będę utrzymywała wagę swojego ciała poniżej 50 kg. 

Jakoś wyjątkowo dużo mam tych planów i oczekiwań na ten rok. Zobaczymy, co z nich wyniknie :) A tymczasem ten 2016 jest dla mnie ogromną zagadką, głównie za sprawą mojej nowej pracy. Na razie nie potrafię wyobrazić sobie siebie za miesiąc, a co dopiero będzie za rok. Liczę jednak na to, że jakoś sobie poradzę - że wszyscy sobie poradzimy i że to będzie dla nas dobry czas. Oby mój optymizm mnie nie opuszczał!

Co do jajcarskiej wróżby - dziękuję za podpowiedzi :)
Mnie ta biżuteria trochę zaskoczyła i musiałam trochę pokombinować. Z moim pierścionkiem poszło mi łatwiej, pomyślałam sobie, że jest to symbol mówiący o tym, że nasze małżeństwo odżyje (na zasadzie skojarzenia z pierścionkiem zaręczynowym). Gorzej było z Frankową bransoletką, pożyczę więc sobie interpretację Polly i uznam, ze oznacza to, iż Franek będzie się ładnie prowadził w naszym związku :) Ogólnie właśnie sam fakt, że oboje trafiliśmy na podobną niespodziankę w jajku uznałam za dobry znak - że w tym roku więcej nas będzie łączyło niż dzieliło, że będziemy mieli wspólne przeżycia i wspólne cele. Kwiaty w ogóle dobrze mi się kojarzyły, ale Wicia i Jutrzenka opisały to najlepiej - że też na to nie wpadłam :) Rozkwitniemy po prostu w tym roku, a nasze życie będzie pełne kolorów :) Jednak co kilka głów to nie jedna margolka - przyjrzałyście się i już wszystko jasne. Łącznie z tym, że będziemy bogaci! No jak ja mogłam nie wpaść na taką oczywistość? (dzięki Iza :)) Przecież biżuteria to klejnoty albo kruszce, a to z kolei bogactwo :) Będzie nam się więc wiodło w tym roku! I tym optymistycznym akcentem zakańczam tę pełną nadziei i oczekiwań notkę noworoczną!

środa, 30 grudnia 2015

Plany na ostatnie dni.

Plan na ostatnie dni roku 2015 jest taki - dziś od rana, o ile oczywiście Wikuś mi na to pozwoli ;) - pracuję nad sfinalizowaniem ostatnich projektów. Haha, nie mogłam się oprzeć użyciu tego sformułowania :P Brzmi tak ambitnie a dotyczy takich prozaicznych spraw :) Później Wam napiszę, co "finalizuję", w każdym razie myślę, że jestem na dobrej drodze i powinnam się ze wszystkim wyrobić w te dwa dni.
Po południu razem z Wikingiem pojedziemy do Doroty i Juski trochę sobie pogadać. Ale nie za dużo, bo jesteśmy ograniczeni czasowo - Juska dopiero około 17 wróci z pracy, a Wikinga po 19 już kąpiemy. Poza tym potem chcemy z Frankiem pójść do kina wieczorem. Mało brakowało, a nie udałby się nam ten wypad, a bardzo bym żałowała, bo naprawdę zależało mi na tym wspólnym wyjściu. Już nawet pal licho kino, choć wiecie, że lubię tam chodzić, ale bardzo chciałam, żebyśmy sobie wyszli tylko we dwoje.
W czwartek w pierwszej połowie dnia jedziemy do babci, a potem będziemy szykować coś lekkiego do zjedzenia na wieczór. A wieczorem mamy w planie wypad do kuzyna Franka i jego żony, u których będzie też drugi kuzyn z drugą żoną. Znaczy się nie ze swoją drugą żoną, tylko drugą żoną spośród żon kuzynów franka :P Najprościej rzecz ujmując, wybieramy się do Wojtka i Anety, a będą tam też Maciek i Asia, uff, zdecydowanie łatwiej ;) 
Cieszy mnie bardzo taki obrót sprawy, bo trochę się obawiałam, że skończymy na imprezie u kolegów, a raczej tego nie chciałam, bo wiedziałam, ze to będzie długo trwało, poza tym koledzy w większości bez zobowiązań i tylko jeden prawie z dzieckiem (ma się urodzić na początku roku), więc Frankowi pewnie udzieliłby się rozrywkowy nastrój i trudno byłoby go stamtąd wyciągnąć, a ja nie chcę przesadzać. Poza tym bardzo lubię i Anetę i Asię (ich mężów również :)), więc cieszę się, ze sobie pogadamy i spędzimy ten wieczór w towarzystwie w miarę ustatkowanym i dzieciatym, co jest o tyle istotne, że nikt na szaleństwa raczej ochoty nie będzie miał.
Prawdę mówiąc to trochę mi żal, że nie spędzimy tej nocy w Wikingiem, ale już dawno teściowie zapowiedzieli, ze chcą z nim żegnać stary rok a my sobie mamy pójść, więc z drugiej strony szkoda nie skorzystać. A poza tym i tak pewnie by spał :P

Ogólnie nasz pobyt tutaj jest zdecydowanie mniej towarzyski niż zazwyczaj. Jakoś trochę mniej mi się chce. Czasami po prostu trzeba sobie posiedzieć w domu :) Nie znaczy to oczywiście, że w ogóle się nikim nie umawiamy - wspomniałam, że na jutro jestem umówiona, a z kolei teraz Franek jest na spotkaniu z kolegą z Zielonej Firmy. Przedwczoraj z kolei wyszliśmy po południu na kręgle w towarzystwie kolegów Franka i żony jednego z nich. Miały być dwie godziny kręgli, a skończyło się na trzech i jeszcze dwóch godzinach ping ponga :P Wesoło było i trochę pobiegaliśmy sobie, co nam bardzo dobrze zrobiło po świętach :) Poza tym to był fajny sposób, żeby spotkać się ze wszystkimi za jednym zamachem. 

W Poznaniu zostajemy do drugiego. Pierwszy dzień nowego roku spędzimy w gronie rodzinnym, a Wiking będzie świętował trochę wcześniej swoje pierwsze urodziny. To był pomysł teściów, którym zapewne nie chce się za parę dni do Podwarszawia przyjeżdżać, a brat Franka, który jest Wikinga chrzestnym nie przyjechałby na pewno, więc stwierdzili, że tak będzie lepiej. W sumie może tak być, mnie tam wszystko jedno, a Wiking przynajmniej dwie imprezy zaliczy :P A Nowy Rok będzie na pewno ciekawszy w tym wydaniu. W sobotę wracamy, w niedzielę bierzemy głęboki oddech, a potem zaczynamy nowy tydzień. Franek idzie do pracy, a ja szykuję się mentalnie i nie tylko do wielkich zmian. Taki jest plan.

środa, 18 listopada 2015

O wszystkim trochę.

Wróciliśmy już na dobre, teraz się już nigdzie nie wybieramy przez najbliższy miesiąc :) Wczoraj już mi się nie chciało pisać, położyliśmy się z Frankiem wcześniej spać, bo noc z poniedziałku na wtorek była bardzo ciężka dla całej naszej trójki. Jeszcze nigdy od urodzenia Wikinga nie mieliśmy tak nieprzespanej nocy, Wikuś budził się dosłownie co chwilę. Nawet co 10 minut. Dopiero nad ranem zasnął na trochę dłużej. Coś mu dolegało, choć nie jesteśmy pewni co. 
Ale dzięki temu spał całą drogę z Poznania do Warszawy. Ja sobie też troszkę odespałam, zdrzemnęłam się raptem na 20 minut, ale zregenerowałam dzięki temu siły. Franek nie mógł, bo prowadził, ale trzymał się dzielnie. Po powrocie przeszliśmy się do lekarza, bo Wiking od poniedziałku nie miał już stanu podgorączkowego, za to pojawił się brzydki kaszel. A lekarz stwierdził, że najprawdopodobniej jakaś choroba próbowała złapać Wikinga, ale jego układ odpornościowy był na tyle silny, żeby się obronić (podwyższona temperatura przez parę dni) i teraz została już tylko jakaś końcówka, nie ma więc powodów do obaw ani nawet do tego, żeby leczyć to farmakologicznie.
Wczoraj nareszcie się wyspaliśmy. Wikingowi pewnie było lepiej we własnym łóżeczku i na starych śmieciach. No i już go nic nie męczyło. Oby tylko tak dalej :)

Czas w Poznaniu oczywiście też minął nam bardzo szybko, ale udało nam się zaliczyć wszystkie zaplanowane wizyty, a przynajmniej te z pakietu podstawowego ;) Wczoraj, kiedy siedziałam w samochodzie uświadomiłam sobie, że przez ten ostatni tydzień prawie wcale nie zajmowałam się Wikingiem! Oczywiście nie mam na myśli takich podstawowych czynności jak ubieranie, przewijanie, czy karmienie (choć już naprawdę coraz mniej karmię piersią, może jednak uda się w miarę naturalnie z tego zrezygnować), ale przez pozostały czas to teściowie albo Franek bawili się z Wikusiem, czytali mu, nosili go, czy nawet usypiali. Ja w tym czasie siedziałam przy komputerze, szydełkowałam, a najczęściej wychodziłam z domu po prostu. Teściowie kiedyś chyba trochę bali się Wikinga :) Teraz już się do niego przekonali i nie mają oporów przed zajmowaniem się nim, odkąd stał się bardziej kontaktowy i można się z nim bawić. Mieliśmy więc z Frankiem sporo czasu dla siebie. Ale kiedy jesteśmy tylko we trójkę i tak jestem bardzo odciążona, bo naprawdę jest tak, że kiedy Franek ma wolne to i ja mam wolne :)  Nie wiem, jak ja się przyzwyczaję później do "starych porządków", bo przecież nie było ich już od ponad miesiąca. Ale na pewno damy radę.

A tymczasem przed nami jeszcze tydzień wolnego. Mamy sporo spraw do pozałatwiania i wzięliśmy się do roboty - przede wszystkim jeśli chodzi o planowanie. Bo wiadomo, że grunt to dobry plan :) Doskonale funkcjonujemy, jeśli sobie wcześniej wszystko przemyślimy i opracujemy. I tak, spisaliśmy sobie wszystko, co mamy do załatwienia. Rozpisaliśmy to mniej więcej na dni. Rozplanowaliśmy też sprawy jedzeniowe, czyli głównie obiady nasze i Wikinga i zrobiliśmy zakupy. Już dawno zauważyliśmy, że kiedy sobie nie przemyślimy tej sprawy to jemy zdecydowanie mniej zdrowo i w ogóle jakoś tak byle jak, bo albo nie mamy czegoś w lodówce, albo nie mamy czasu żeby coś przygotować, bo za późno o tym pomyśleliśmy. Dlatego staramy się mieć wstępny jadłospis na tydzień. Oczywiście nie jesteśmy niewolnikami naszych planów i przewidujemy jakieś odstępstwa a także pozostawiamy jakiś margines błędu. No i jakaś rozrywka i czas wolny też są oczywiście przewidziane - właśnie o to chodziło, żeby sobie ustalić to, co mamy do zrobienia na dany dzień, bo dzięki temu wiemy, kiedy można sobie pozwolić na jakiś odpoczynek.

Pojechaliśmy dzisiaj na zajęcia z Wikingiem, po pięciu tygodniach przerwy. Był zachwycony i znowu brylował ;) Prowadząca określiła go mianem gwiazdy dzisiejszego spotkania, bo po prostu było go najwięcej widać. Inne dzieciaki też były super - znowu była wyjątkowo fajna grupa - z tym, że Wikuś był po prostu najbardziej ekspresywny w swoich zachwytach i na wszystkim robiło to wrażenie. Uczestniczył w zabawach, powtarzał gesty, śmiał się na głos i był asystentem prowadzącej, która demonstrowała na nim różne ćwiczenia i zabawy. Naprawdę pojęcia nie mam, co sprawia, że on się w taki sposób zachowuje - czy chodzi o znajome otoczenie, czy tak bardzo lubi muzykę, czy może po prostu taką ma osobowość. W domu też się taki często jest, dużo się śmieje, radośnie zwiedza całe mieszkanie i nas zaczepia, jednak im więcej bodźców, tym lepiej. Chwalę się tym naszym Wikingiem, wiem, ale widocznie każda matka musi czasami wejść w taką rolę :) W każdym razie tak bardzo mnie to cieszy, że aż muszę się tą radością podzielić :)

wtorek, 3 listopada 2015

Listopadowe plany.

Trzeci tydzień już siedzimy w Miasteczku i jest nam tu bardzo wygodnie :) Pisałam wcześniej, że na pewno zostaniemy przynajmniej na dwa, nie wiedziałam, kiedy wrócimy, bo wiele zależało od grafiku Franka na listopad, którego wcześniej nie znaliśmy. Nie wiedzieliśmy więc, czy będzie mógł po nas przyjechać w ten weekend.
Okazało się, że nie może - ani w następny też nie. Teraz miał wolną tylko niedzielę, w następny weekend pracuje. No ale nie będziemy już jednak przesadzać i w najbliższą sobotę wujek nas zawiezie do Podwarszawia. Teoretycznie moglibyśmy tu jeszcze zostać, ale z różnych względów postanowiłam jednak wrócić. I tak będzie mi wystarczająco trudno po tych trzech tygodniach :) Ale tak poza tym, to potem Franek ma urlop i mamy tym razem inne plany niż przyjazd do Miasteczka.
Wobec tego nie będzie tak źle ;) W niedzielę jeszcze zostanie ze mną przez pół dnia wujek, potem wróci Franek. Następnie będę musiała sobie jakoś ogarnąć dwa dni, a od środy 11 listopada, Franek rozpocznie dwutygodniowy urlop. 
Pojedziemy do Poznania. Pewnie tam spędzimy bardzo intenstywne towarzysko dni :) Już teraz lekko licząc będziemy chcieli spotkać się przynajmniej z sześcioma osobami/parami :) A będzie na to niecały tydzień, bo na pewno na kolejną środę będę chciała już być z powrotem, żeby Wikuś mógł wreszcie pójść na zajęcia :) Zresztą raczej nie ma co dłużej w Poznaniu siedzieć, bo tam po prostu jest niewygodnie na takim małym metrażu z Wikingiem. Inna sprawa, że przy okazji ostatnich wizyt Franek szybko tracił cierpliwość do swojej mamy :P Ale może teraz będzie inaczej. 
W każdym razie i tak chcemy wrócić, bo podczas drugiej części frankowego urlopu będziemy próbowali wdrażać pewne plany w życie i musimy być w związku z tym w Podwarszawie. Może jeszcze potem gdzieś sobie wyskoczymy na dwa lub trzy dni, a jeśli nie, to będziemy sobie robić wycieczki, ale to wszystko wyjdzie w praniu. Zobaczymy - najważniejsze, żeby udało nam się ruszyć z miejsca jeśli chodzi o pewne przedsięwzięcia.
Urlop Franek ma mieć do 25go, potem chyba idzie tylko jeden albo dwa dni do pracy i znowu ma dwa wolne dni :P A później już się zacznie grudzień i grafiku jeszcze nie mamy, ale już w okolicach dwudziestego znowu będziemy razem, bo Franek wykorzysta swój urlop ojcowski. Pojedziemy na święta do Miasteczka a potem do Poznania. 
Po Nowym Roku wrócimy do Podwarszawia i.. Cóż, będzie nas czekała nowa rzeczywistość, choć na razie nie mamy pojęcia jaka ona będzie. Na ten moment pewne jest tylko to, że od ósmego stycznia Państwo przestanie mi płacić za "nicnierobienie" jakim jest pełnoetatowa opieka nad absorbującym maluchem i będę się bardzo niekomfortowo czuła jako osoba prawdziwie bezrobotna. Mam nadzieję, że jednak rok 2016 będzie miał dla nas jakąś miłą niespodziankę i nie potrwa to długo...

Niemniej jednak, ostatnie dwa miesiące tego roku zapowiadają się całkiem obiecująco, więc staram się jeszcze nie martwić na zapas, choć oczywiście coraz bardziej się on kurczy :) Ale ciii, są momenty w życiu, kiedy trzeba po prostu poczekać, nie myśleć i zbierać siły na później. Teraz jest ten czas.
Pomyślałam sobie też ostatnio, że kto wie, czy ostatnie półtora miesiąca przed moim przyjazdem do Miasteczka nie były również ostatnimi typowymi na moim urlopie macierzyńskim. Czas pokaże, ale jeśli tak, to przyznaję, że się nie zdążyłam nimi nacieszyć, bo o tym nie pomyślałam :) Teraz też niby jestem z Wikingiem sama przez większość czasu, ale w Miasteczku, więc jest trochę inaczej. Potem będziemy przez długi czas z Frankiem i może jeszcze tylko w grudniu będzie tak, jak wcześniej, chociaż oczywiście na pewno już tak jak wcześniej nie będzie, bo Wiking lubi sobie zmieniać swoje rytuały, a każdy dłuższy wyjazd powoduje małe przemeblowania i w konsekwencji zmiany w rutynie dnia codziennego.
Nie narzekam jednak. Na razie cieszę się ostatnimi dniami, jakie przyszło nam tu spędzić. Bardzo możliwe, że już więcej taki czas nie nadejdzie, kiedy sobie będę mogła trzy tygodnie bezkarnie posiedzieć w Miasteczku :)

wtorek, 28 lutego 2012

Dogadalim się :)

Ledwie się skończył jeden, jakże przyjemny (jak zwykle :)) weekend a ja już myślę o kolejnym :) Myślę – w sensie czekam na niego i jestem nim podekscytowana. A to dlatego, że w ten weekend Franek pracował, więc pojechałam sama do Miasteczka, natomiast kolejny spędzimy już oboje w Poznaniu leniąc się :) Albo może nawet nie leniąc się, ale na pewno razem, a to zawsze jest fajne.
Ostatnio doszliśmy z Frankiem do porozumienia, jeśli chodzi o weekendy właśnie. A w zasadzie to złe sformułowanie, bo nieporozumień raczej w tej kwestii między nami nie było albo bywały rzadko, ale wreszcie coś postanowiliśmy :) Rzecz dotyczy naszych wyjazdów do Miasteczka. Przez pierwsze lata, gdy się poznaliśmy, jeździłam prawie zawsze sama i nigdy mi to nie przeszkadzało. Później Franek stał się częstszym gościem, ale i tak niezbyt częstym. Odkąd się zaręczyliśmy, stara się jeździć częściej i bardzo to lubi, ale na przeszkodzie często staje jego praca. Jednak oboje stwierdziliśmy, że po ślubie trzeba coś z tym zrobić – ja jako mężatka, nie chciałabym w Miasteczku pojawiać się ciągle solo. Nie odpowiadałoby mi to – Frankowi również. Podobnie jak to, że spędzalibyśmy osobno wolne weekendy – Franek w Poznaniu, ja w Miasteczku. Ale tak samo nie byłabym zadowolona, gdybym miała nagle zacząć bywać u rodziców od święta.
Tak się składa, że Franek w ciągu miesiąca ma zazwyczaj dwa wolne weekendy oraz dwa pracujące. Ustaliliśmy więc, że postaramy się w jeden z tych wolnych weekendów co miesiąc razem jechać do Miasteczka :) Drugi z wolnych weekendów będziemy spędzać razem w Poznaniu.
Dla mnie najbardziej optymalna częstotliwość odwiedzin w Miasteczku to raz na trzy tygodnie, ale myślę, że mogłabym się poświęcić i jeździć raz w miesiącu. Chociaż oczywiście mogłabym czasami nadal jechać sama – na przykład wtedy, gdy Franek pracuje w weekendowe popołudnia. I tak siedzę wtedy zazwyczaj sama w domu, a z kolei rano on śpi, więc ze wspólnego weekendu mamy raptem dwie godziny, i tak spędzone na frankowym szykowaniu się do pracy :) Nasze ustalenia byłyby dość konsekwentne, ale oczywiście nie całkowicie sztywne i nie wykluczałyby pewnych drobnych modyfikacji. W końcu nie chodzi o to, żeby zrealizować plan, choćby się waliło i paliło, a o to żeby mieć jakąś regularność w naszych wyjazdach i żebyśmy oboje byli zadowoleni. No i żeby przed każdym weekendem nie kłócić się już tydzień wcześniej o to, jak będziemy go spędzać:)
I tak oto wspólnymi siłami - angażując rozmowę i dobrą wolę - doszliśmy do jednego (choć przecież nie pierwszego) z wielu czekających nas we wspólnym życiu  kompromisów :)

sobota, 14 stycznia 2012

Noworoczny niedosyt.

Wyjątkowo długi u mnie ten okres noworoczny :)  Z jednej strony już się oswoiłam z nową datą, z drugiej, cały czas jeszcze rozmyślam o tym, co się wydarzy  i z niewiadomych powodów czuję jakiś niedosyt podsumowaniowo-postanowieniowy :)

Od jakiegoś już czasu zrezygnowałam z postanowień noworocznych. Bo mi się znudziły :) I wcale nie dlatego, że co roku postanawiałam sobie to samo i nie mogłam tego zrealizować – a wręcz przeciwnie. Moja ambicja nie pozwalała mi zazwyczaj nie zrealizować tego, co sobie wymyśliłam i z początkiem nowego roku miałam  znowu dylemat – jakie to nowe postanowienia wymyślić? :) Więc w końcu odpuściłam. Zazwyczaj postanawiałam sobie tylko to, żeby żyć nadal w taki sposób jak dotychczas, skoro przynosi mi to zadowolenie. . I w tym roku też sobie to postanawiam, ale wyjątkowo mam jeszcze inne postanowienia, które chciałabym zrealizować.

Na przykład chciałabym wreszcie zacząć naprawdę regularnie używać tych moich wszystkich pięknie pachnących kosmetyków do ciała :) Mam tego całkiem sporo - zazwyczaj otrzymanych w prezencie balsamów, kremów ujędrniających albo pianek. Fajne jest to wszystko, ale moim problemem jest to, ze nigdy mi się nie chce tego stosować na dłuższą metę. Poza tym nie lubię spędzać zbyt dużo czasu w łazience. Nie obiecuję sobie, że codziennie się będę w siebie teraz wcierać wszystkie specyfiki, ale żeby tak choć trochę regularnie :)

Poza tym obiecuję sobie, że nie będę chodzić do biblioteki w celu wypożyczenia książek, dopóki nie przeczytam wszystkich swoich! Zaczęłam zresztą nad tym postanowieniem pracować już jakiś czas temu i na razie całkiem dobrze mi idzie :)

Mamy też z Frankiem wspólne postanowienie – codziennie zażywać magnez i preparaty witaminowe :) Na razie idzie nam całkiem nieźle. Do tego powzięliśmy jeszcze jedno postanowienie natury bardziej duchowej, ale o tym nie chcę się rozpisywać.

Bardzo chciałabym sobie postanowić, żeby nie przejmować się wszystkim tak, jak się przejmuję :) Ale wiem, że taką mam już naturę i mogę nad tym pracować, ale nie mam zamiaru obiecywać sobie czegoś, czego nie będę w stanie zrealizować. Niestety zazwyczaj kończy się na tym, że jak jest coś co mnie gryzie od środka, to sama przed sobą udaję, że się tym nie przejmuję, cały czas w duchu powtarzając sobie: „wcale się tym nie martwię, nie będę się przejmować” -  a co za tym idzie, ciągle o tym myślę i się jednak przejmuję :) Ale staram się, staram.

Wspominałam też ostatnio, że postanowiłam sobie coś odnośnie bloga :) Jest to dość drastyczne postanowienie, ale stwierdziłam, że blogowaniem to naprawdę nie można się tak przejmować, jak mnie się czasami zdarza i obiecałam sobie, że jak jeszcze raz to… No. Kto wie, może trzeba będzie odpuścić ;) Poza tym- nadal nie do pomyślenia jest dla mnie blokowanie dostępu, ale już mniej zapieram się przed zmianą portalu. Na razie jeszcze tak serio o tym nie myślę, ale onet coraz bardziej zachodzi mi za skórę a inny portal coraz bardziej mi się podoba :) Jeszcze nie planuję opuszczać tego miejsca, ale też przestałam to całkowicie wykluczać.

No, to by było na tyle głośnych postanowień :) Może jeszcze jedno – postanawiam sobie, że zrobię wszystko, żeby było dobrze ;)

środa, 11 stycznia 2012

Będzie tak:

Ludzik się znalazł :) Już się poddaliśmy i straciliśmy pomysły, gdzie może być, gdy nagle mnie olśniło – w co graliśmy po północy – po otwarciu naszych jajek? No w Pędzące żółwie! I oczywiście ludzik był w pudełku razem z pionkami :)
Okazało się za to, że kawałek mojej wróżby gdzieś wcięło* :) No, ale najważniejsze, że przekaz i tak jest jasny. Oto, co sobie wywróżyliśmy na rok 2012:
 
A tu jeszcze ludzik frankowy z innej perspektywy:
 
No cóż – jak nic pozycja mniej więcej zbliżona do tej, którą Franek codziennie przyjmuje w pracy. W ZIELONEJ firmie dodam. Ubrany w ZIELONY mundur :) Jak nic można sobie go wyobrazić siedzącego za kierownicą ;) Czyli Franek będzie nadal pracował – i to z jakim zadowoleniem. A na czubku głowy ludzik ma pędzelek. Do tego pędzelka była dorzucona taka mała paletka i w instrukcji było napisane, że kiedy się ten pędzelek zamoczy w wodzie i w tej paletce, to można malować. Wniosek? Franek będzie malował mój świat na kolorowo? :D
A teraz przejdźmy do mojej wróżby – zaskakujące jest choćby to, że trafiły mi się puzzle, które namiętnie układam od świąt :) Interpretuję więc to w ten sposób, że nadal będę miała możliwość w wolnym czasie zajmować się tym, co tak bardzo lubię, łącznie z układaniem puzzli. Poza tym obrazek jest kolorowy, jak na Margolkę przystało – no i pełno na nim serduszek. To co prawda nie do końca w moim stylu, ale jednak wróży duużo miłości w tym roku. I najważniejsze – wszyscy dopatrzyli się ewidentnie rodzinki – mama, tata i bliźniaki :) („mama” na zdjęciu jest trochę słabo widoczna, bo mi się światło odbiło :P) Jakby na to nie patrzeć – we wrześniu zakładamy rodzinę. No z tymi dziećmi to tak nie do końca, ale uznajmy, że to wróżba długoterminowa :) I że przekłada się na nas oboje – a więc podsumowując: oboje będziemy zadowoleni ze swojej pracy i szczęśliwi tworząc kochającą się rodzinę. Co Wy na to? Jakieś dodatkowe pomysły?
***
A tak poza tym horoskop mam średni na ten rok – przynajmniej jeśli chodzi o emocje, bo cała reszta ma się jakoś poukładać. Ale jakieś tam siły z Saturna tak na mnie mają wpływać, że będę w nienajlepszym nastroju aż do drugiej połowy roku, kiedy to zajmie się mną Jowisz i już będzie ok :P Czy jakoś tak. W takim razie stwierdzam, że wolę wierzyć we wróżbę jajcarską a z horoskopu wybrać tylko to, co mi pasuje. Jeszcze tydzień temu byłam przerażona, bo naprawdę czułam się źle i po przeczytaniu tego, co było napisane, bałam się, że naprawdę tak mi zostanie :D Ale teraz złe dni chyba już minęły, dobry nastrój powrócił, więc nie będę się sugerować niczym poza tym, co się dzieje u mnie na ziemi a nie w gwiazdach :) Jak zawsze przy takiej okazji powtórzę się, że przecież to my sami w dużej mierze tworzymy swoją rzeczywistość. (z małą pomocą pozytywnych afirmacji – na przykład w postaci jajcarskich wróżb ;)
*na brakującym kawałku są kawałki tych serduszek które widać – różowego i pomarańczowego :) A tego puzzla zapewne znajdę, gdy tylko przekopię się przez zawartość torebki, w której mi się wysypała układanka :)
A tak poza tym wydaje mi się, że to doskonale obrazuje mój roztrzepany charakter – zapytajcie Franka – toć ja wiecznie czegoś szukam albo zapominam (czegoś, nie o czymś :)) !

wtorek, 10 stycznia 2012

Uda się, czy się nie uda? :)

Jeśli się czytacie tę notkę, to znaczy, że się udało :) Od kilku dni usiłuje opublikować ten wpis. Ale chyba trafiam w niedobre godziny, bo ciągle się nie udaje a u innych widzę, że się czasami coś nowego pojawia :)
Ale i tak musiałam dojrzeć do tej notki :) A w zasadzie – przeczekać. Przeczekać aż miną mi chociaż trochę wszelkie złe przeczucia i smutki. Bo jak to tak pisać o nowym roku i nadziejach z nim związanych w nastroju minorowym? Ale już trochę lepiej :) No i pocieszam się tym, że początkowo na początku roku 2011 też nie miałam jakichś specjalnych oczekiwań od niego i jakoś bardzo optymistycznie nastawiona nie byłam. A jednak był świetny.
Mimo wszystko przyznam, że wyjątkowo tym razem nie mam jakiegoś szczególnego nastroju na snucie planów, czy wzbudzanie w sobie nadziei dotyczących roku, który panuje nam już od dziesięciu dni. Przyjęłam ten 2012 z wyjątkowym spokojem i naturalnością :) Czego mogę się po nim spodziewać? Oczywiście jeden przełom, ten najważniejszy jeszcze przed nami. Za 250 dni nasz ślub, na który czekam z coraz większą niecierpliwością z jednej strony, a z drugiej, wcale nie chcę, żeby to było już za nami, bo szkoda mi będzie, gdy już się skończy to oczekiwanie :) To jest bardzo ważna dla nas sfera życia i oboje cieszymy się, że przed nami kolejny etap. Ta rewolucja zapowiada się bardzo pozytywnie :)
Ale jest jeszcze druga sfera, która także jest bardzo ważna – i bardzo często od niej zależy wiele innych spraw. Chodzi oczywiście o pracę. Tu przyznaję, że jestem trochę zaniepokojona. Umowę w nowej pracy dostałam tylko na rok i ten rok dobiegnie końca już całkiem niedługo, bo za niecałe trzy miesięce… Niby nie ma powodu, żeby nie była ona przedłużona (chyba, że moje stanowisko byłoby likwidowane, a na to się nie zanosi) – ale przecież nigdy nic nie wiadomo tak naprawdę. Wydaje mi się, że w takich sprawach nigdy nie można być niczego pewnym. Przyznaję, że trochę mnie niepokoi, co będzie i włączył mi się tryb, którego bardzo nie lubię – martwienie się na zapas. Franek stara się mi go wybić z głowy, ale łatwo nie jest. On z kolei ma umowę do połowy roku przyszłego i jak dobrze pójdzie to kolejna powinna być na czas nieokreślony, ale w Zielonej Firmie wcale się tak całkiem wesoło nie dzieje, jak to w czasach kryzysu no i nie ułatwia mi to sprawy. Ale tu jeszcze mamy czas.
Natomiast jeśli chodzi o inne kwestie, to się na jakieś spektakularne zmiany nie zanosi. O zmianie mieszkania pomyślimy najwcześniej po ślubie, ale pewnie to już zahaczy o rok 2013, więc tu planów nie snuję. Edukację na razie zakończyłam definitywnie i na żadne kursy czy studia się póki co nie wybieram :) Liczę jedynie na to, że będę mogła nadal realizować się w mojej pracy i w tej sposób się rozwijać. I że w dalszym ciągu będę miała czas na dokształcanie się we własnym zakresie w sferze językowej.
 I wcale nie przeszkadza mi ten brak zapowiadających się wielkich zmian :) Bo tego właśnie bym sobie życzyła na rozpoczynający się rok – spokojnego dążenia do osiągania kolejnego etapu stabilizacji. Niech będzie wesoło, i aktywnie – jak dotąd, ale wielkie rewolucje mi nie potrzebne. I powtórzę to, czego życzyłam sobie rok temu – niech ten rok będzie taki jak miniony. Wcale nie musi być lepszy, nie należę do osób, które zawsze chcą więcej :) Niech też już mnie opuści ten niepokój, który się pojawia czasami w moich myślach, a sama nie do końca wiem, czym jest wywołany. Życzyłabym sobie problemów takich jak dotychczas. Niech wszyscy będą zdrowi i zadowoleni. I żeby nic nie zakłóciło nam radości z tego najważniejszego wydarzenia w tym roku. Obyśmy byli cały czas tak szczęśliwi jak w roku, który pożegnaliśmy.
***
Wróżba jajcarska w tym roku była genialna :) Zwłaszcza frankowa. Tyle, że zaginęła w akcji :( W sensie podczas transportu z domu rodziców Franka do naszego – nie wiemy gdzie się jego ludzik zapodział (Franek twierdzi, że mi wrzucił do torebki, ale powątpiewam). Jeśli nie znajdziemy go dziś to niestety będziecie musiały zadowolić sie moim opisem :) Z notką wróżbiarską wstrzymam się więc jeszcze tę chwilę i dam szansę ludzikowi.