*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lutego 2016

Długi dzień.

Jeszcze bardziej niż kiedyś uwielbiam weekendy. Dlatego, że mogę spędzić cały dzień z Wikingiem i to jest naprawdę piękne. Trudno mi uwierzyć w to, że jeszcze nie tak dawno temu, tak wyglądał mój każdy dzień. To tak trochę w nawiązaniu do mojej niedawno napisanej notki - ja już nie pamiętam tego, co było dwa, trzy miesiące temu i czuję się, jakby to było inne życie! :)

Cieszę się bardzo każdą chwilą z synkiem i staram się wykorzystać ją na maksa. Nadal wracam myślami do tamtych dni sprzed kilkunastu tygodni i gratuluję sobie w duchu umiejętności doceniania chwili, którą wtedy miałam! Mogłabym przecież dzisiaj być w nieco innej sytuacji - mogłabym myśleć, że miałam tyle okazji, żeby spędzać czas z Wikingiem, miałam go dla siebie każdego dnia niemal non stop, że miałam również czas dla siebie i byłam panią swojego czasu, a nie zauważałam tego i dopiero, gdy to wszystko zostało mi zabrane, dostrzegłam ten istotny brak. Mogłabym wspominać gorzkie myśli z tamtych miesięcy, a niewiele jest gorszych rzeczy od ciągłego poczucia, że tylko przeszłość była fajna, tylko że widać to dopiero po fakcie. Na szczęście zamiast tego mam słodkie wspomnienia sielanki tamtych dni z drugiego półrocza życia Wikinga. Bo fakt, czasami myślę sobie, że może za mało doceniałam te pierwsze miesiące, że skupiałam się nie na tym, co trzeba i że teraz zrobiłabym wszystko inaczej. Ale na szczęście to dotyczy tylko początków, jeśli chodzi o resztę - niczego bym nie zmieniła, pamiętam wiele momentów, kiedy rozmyślałam o tym, jak mi dobrze. Doceniałam tamte chwile i starałam się z nich brać jak najwięcej, skupiając się na tym poczuciu szczęścia, które zostawało mi, kiedy odsuwałam na bok wszystkie niepokoje.
Dzisiaj z kolei przemknęło mi przez myśl, że teraz też cieszę się z naszej teraźniejszości. Cieszę się, że mam weekendy z Wikingiem, ale jednocześnie odczuwam satysfakcję i zadowolenie z faktu, że chodzę do pracy. Naprawdę dawno już nie potrafiłam skupić się na teraźniejszości i jej doceniać. Najpierw ciągle rozmyślałam o tym, co było i  nie mogłam pogodzić się z tym, że już tak nie jest. Potem ciągle poganiałam czas, żeby ruszył do przodu, żeby już była przyszłość - ta lepsza oczywiście. I wciąż się czymś martwiłam. Nie twierdzę, że teraz zniknęły wszystkie nasze problemy, ale na razie czuję większy spokój. Zastanawiam się, czy to nie jest też zasługa Wikinga i tego, że trochę zmieniło mi się myślenie, ale na takie wnioski chyba jednak jeszcze trochę za wcześnie.

***
Trochę dzisiaj czasu "zmarnowałam". Wiking miał tylko jedną drzemkę, ale za to trwającą ponad dwie godziny. O 10:00 położyłam go w łóżeczku i podałam mu trochę mleka, a on po wypiciu po prostu się odwrócił z pleców na brzuch i zasnął. Byłam pewna, że za chwilę się obudzi, więc nie zabierałam się za nic poważnego. Trochę posprzątałam w kuchni - ale bez zmywania, żeby się nie tłuc, przygotowałam sobie drugie śniadanie, potem ogarnęłam z wierzchu łazienkę i... dalej nie pamiętam. Posnułam się trochę po domu, aż w końcu usiadłam na podłodze*, i pogrążyłam się w lekturze książki. Nie był to więc czas tak zupełnie zmarnowany, ale trochę wyrzucam sobie, że nie zabrałam się za nic bardziej konkretnego - a to wszystko wina braku planu :) Nie miałam kiedy zastanowić się nad tym, co chciałabym w ten weekend zrobić i ostatecznie skończyło się na tym, że sobie bimbałam. Ale chyba raz na jakiś czas po prostu trzeba :) Po dwóch godzinach, mimo wciągającej fabuły, zaczęłam się już nawet trochę nudzić - no bo ile ten Wiking może spać? :) 

*Na podłodze, bo już od dłuższego czasu "normalnie", czyli na fotelach, czy wersalce możemy sobie posiedzieć co najwyżej wieczorem :) W ciągu dnia siedzimy lub leżymy z Wikingiem na podłodze. Kiedy przeniesiemy się wyżej, on też się wdrapuje, a to nie jest dobry pomysł, bo w tym pokoju mamy trochę niefortunnie poustawiane meble i jak już się Wikingowi uda wleźć na fotel na przykład, to na tym nie poprzestaje i chce wleźć na regał, a w najlepszym wypadku coś z niego ściągnąć. Prawdę mówiąc, to nie pamiętam, kiedy ostatni raz Wiking się bawił na podłodze, a ja siedziałam na wersalce - ale chyba jakieś pół roku temu :P Niemniej jednak, muszę stwierdzić, że całkiem polubiłam podłogę, całkiem tam przytulnie :) Zwłaszcza, kiedy dzisiaj w mój kącik zajrzało słońce.

***
Wiking ma od paru dni małe problemy brzuszkowe. Dzisiaj w nocy musieliśmy go przewinąć. Franek i tak już wstawał do pracy, więc nie odłożyłam Wikinga do łóżeczka, tylko położyłam go obok mnie i cieszyłam się jego bliskością. Zasnął od razu, a ja jeszcze chwilę się wierciłam i rozmyślałam o różnych sprawach. Nie wiedzieć kiedy, odpłynęłam i moje ciało, trochę bezwolnie, postanowiło zmienić pozycję. Zerwałam się nagle (zdziwiona tym niezaplanowanym i nieuświadomionym do końca ruchem), bo niechcący kopnęłam Wikinga kolanem w pupę :) Nie zrobiło to na nim wrażenia, ale pomyślałam sobie, że już naprawdę odzwyczaiłam się od spania z nim w jednym łóżku, bo kiedy to było normą, to potrafiłam całą noc przespać niemal bez ruchu - nawet w niezbyt wygodnej pozycji - a i tak się wysypiałam :) Niemniej jednak fajnie było obudzić się o 7:20, otworzyć oczy i zobaczyć uśmiechniętą mordkę Wikinga :) 

***
Coraz więcej myśli poświęcam środowemu wyjazdowi, zwłaszcza, że szykuje się naprawdę jakaś niezła gala. Koleżanka z działu nawet fryzjera dla nas załatwia na czwartkowy wieczór. Chyba więc jednak będę musiała wziąć tę kieckę, o której myślałam ("mała czerwona") - tylko problem w tym, że parę miesięcy temu, zostawiłam ją w Miasteczku. Moi rodzice oczywiście mogą ją przywieźć, bo przecież przyjeżdżają, żeby wesprzeć Franka podczas mojej nieobecności, ale nie wiemy jeszcze, czy dadzą radę dojechać jeszcze we wtorek. Jeśli nie, to chyba się Franek będzie musiał w środę pofatygować i mi ją przywieźć do biura. Najpierw bowiem jedziemy do pracy i dopiero około 16 wyjeżdżamy nad Zalew Zegrzyński do hotelu, w którym ma się odbywać konferencja. Chyba zaczynam być trochę podekscytowana. Na początku nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tego wyjazdu, dość szybko jednak dostrzegłam jego plusy. Teraz się cieszę, ale jednocześnie trochę obawiam, bo nie mam pojęcia, czego się spodziewać, choć informacje otrzymane w piątek trochę rozjaśniły mi w głowie. Odczuwam więc teraz mieszankę radosnego oczekiwania, i podekscytowania, ale też i niepokoju. Cóż, za tydzień będzie już po wszystkim. Ciekawe, jakie będą moje wrażenia.

***
Mogłabym tak dzisiaj płynąć i płynąć z uzewnętrznianiem się, bo dzień był długi - miałam więc dużo czasu na przemyślenia różnej maści. Ale teraz już czas się położyć, zwłaszcza, że oba moje chłopaki już smacznie śpią :) Dobranoc!

sobota, 30 stycznia 2016

Przy sobocie.

Pisałam ostatnio, że nie wiem, czy będę jeździć w soboty z Wikingiem na zajęcia sama, bo dojazd komunikacją miejską jest trochę gorszy i nie wiem, jak Wikuś go zniesie. 
Nie byłabym sobą, gdybym odpuściła :) Oczywiście musiałam ten dojazd przetestować i pojechaliśmy. I teraz już wiem, że nawet pomimo tego, że może wychodzić nawet ponad godzinę w jedną stronę (bo to zależy od tego, czy połączenia nam się skomunikują) to będziemy jeździć :) Trochę się bałam, czy się Wiking nie będzie niecierpliwił siedząc tyle czasu w autobusach albo tramwajach, ale okazało się, że zachowuje się wzorowo :) Siedzi grzecznie, rozgląda się i obserwuje. Korciło go, żeby nacisnąć guzik służący niepełnosprawnym, ale pokręciłam głową, że nie i odpuścił. Za chwilę znowu wyciągnął rączkę i sam pokręcił głową, że nie wolno ;P Jak go jazda znużyła, to sobie przysnął. W każdym razie podróż przebiegła nam bez żadnych komplikacji. A ja sobie poczytałam :)
Na zajęciach Wiking był w doskonałym humorze i wszystkich zaczepiał. Inni rodzice dziwią się nawet, że on taki kontaktowy jest i nie boi się obcych. Ale po prostu towarzyskie dziecko mamy i kiedy wokół jest dużo ludzi, on jest w swoim żywiole.
Fakt, że przez taki wypad pół soboty mamy z głowy (wyszłam z domu po 10 i wróciłam po 15), ale muszę powiedzieć, że jest to dla mnie taka przyjemność (a jak jeszcze jest tak piękna pogoda jak dziś, to już w ogóle!), że wcale nie patrzę na to w tych kategoriach, bo po prostu odpoczywam w ten sposób. Przyznam, że nie sądziłam, że tak bardzo można cenić sobie czas spędzany poza domem z dzieckiem. Zawsze to lubiłam i cieszę się, że nawet teraz, kiedy pracuję, mam taką możliwość. Po prostu w domu jest trochę inaczej - zawsze jest coś do zrobienia albo coś nas rozprasza. A kiedy wychodzimy, to jest to czas tylko dla nas, może to dziwne, ale czuję wtedy, że więź między nami jest najsilniejsza - niezależnie od tego, czy jesteśmy tylko we dwoje, czy razem z Frankiem (wtedy jest jeszcze lepiej, bo całkiem rodzinnie).

A tak poza tym, to chciałam napisać, że mam już dość zimy i bardzo chciałabym, żeby już zostało tak, jak teraz :) Kiedy wraz z początkiem roku przyszła zima z silnymi mrozami, pomyślałam sobie - "no dobra, niech jej będzie, nie jest tak źle, raz w roku można przeżyć..." Myślałam tak sobie również, kiedy mróz trochę odpuścił, za to zrobiło się biało. Ale co za dużo to niezdrowo - tydzień mrozu i tydzień śniegu wystarczy :)  Trzeci zimowy tydzień działał mi więc już na nerwy. Podtrzymuję, że zima mogłaby dla mnie nie istnieć! I nikt mnie nie przekona, że byłoby nudno albo że zima może być fajna... Wiem, ze zimy w ostatnich latach to i tak nie zimy (i bardzo dobrze!), ale ja to bym chciała, żeby temperatura w ogóle nie spadała poniżej 10 stopni. 
Dzisiaj było tak pięknie! Właściwie wiosennie - ciepło i słonecznie. I świat od razu lepiej wygląda. Cieszyłabym się, gdyby już tak zostało, ale niestety słyszałam, że zima ma jeszcze wrócić w lutym :/ Poza tym od paru tygodni zauważyłam taką prawidłowość, że sobota jest piękna, a niedziela szara bura i ponura... Ciekawe jak będzie jutro, ale raczej spodziewam się podtrzymania tej tendencji...

niedziela, 24 stycznia 2016

Cudowny, aktywny weekend.

Tak, jak pisałam, pojechaliśmy wczoraj na zajęcia w nowe miejsce. Bardzo nam się podobało! Franek stwierdził, że ta kawiarnia jest nawet lepsza od poprzedniej. Mnie jeszcze trudno to ocenić, bo mam ogromny sentyment do tamtej. Ale fakt, że na te muzyczne zajęcia jest lepiej wyposażona. Na przykład stoi tam pianinko. Jednak jakby nie było, najważniejsze, że formuła zajęć jest taka sama i prowadząca również. Dzięki temu od razu poczuliśmy się tam, jak na starych śmieciach. Wiking przez pierwsze dziesięć minut siedział trochę onieśmielony - widać było, że rozpoznaje głos, ale reszta mu nie grała. Rozglądał się z zaciekawieniem dookoła, obserwował nowe koleżanki i nowych kolegów, ale później już doszedł do siebie i zaczął po staremu dokazywać. Na te zajęcia chodzą też starsze dzieci i widzę, że Wiking bardzo lubi się im przyglądać i je naśladować. Na przykład wczoraj chłopczyk około dwuletni biegał dookoła swojej mamy i siostry. Wikuś akurat usiadł sobie obok nich i patrzył na niego, po czym wstał i zaczął biegać za tym chłopcem. A jeszcze jedna różnica, między tymi zajęciami a wcześniejszymi jest taka, że na tamte przychodziły jednak tylko mamy z dziećmi, tu przychodzą także tatusiowie. Może się Franek wreszcie da namówić :P On się trochę wstydzi śpiewać na forum, ale myślę, że jak zobaczy innych panów to się ugnie i wejdzie z nami do środka :)
Wiking wyglądał na bardzo zadowolonego, ale przyznam, że ja miałam z tego wypadu chyba najwięcej frajdy :) Poczułam, że jestem tam gdzie trzeba! Poza tym przywitałyśmy się z prowadzącą jak stare znajome - można zresztą powiedzieć, już nimi jesteśmy. W końcu na tych zajęciach jest ogromna rotacja, więc jeśli widywałyśmy się prawie co tydzień od marca, to już trochę tego czasu razem spędziłyśmy i trochę o sobie wiemy. A ponieważ to były jej ostatnie zajęcia tego dnia, to potem jeszcze z godzinę gadałyśmy o różnych sprawach.
Minusem jest to, że choć to miejsce jest bliżej naszego miejsca zamieszkania i samochodem jedziemy tam krócej o jakieś 15 minut, to jest trochę gorszy dojazd komunikacją miejską. Nie wiem więc, czy będzie udawało mi się tam jeździć z Wikingiem samej. Zobaczymy za tydzień.

Dzisiaj natomiast wreszcie wybraliśmy się całą trójką na basen! Próbowaliśmy to zrobić chyba od września! Ale najpierw Wiking miał katar, potem Franek był przeziębiony. Następnie wyjechaliśmy z Wikingiem na dłużej, potem Dzieciak znowu się przeziębił. Później dopadła nas jelitówka, innym razem mieliśmy gości. Do tego jeszcze doszły święta i duże mrozy... No i tak nam zeszło do dnia dzisiejszego z tym wybieraniem się. Ale w końcu się udało i było wspaniale! 
A Wiking był po prostu zachwycony!! Takiej radości u niego przez tak długi czas to ja jeszcze naprawdę nigdy nie widziałam. Cieszył się bite 40 minut w wodzie i nawet bałam się, że nie będzie chciał wyjść :) Być może pamiętacie, że chodziliśmy z Wikingiem na zajęcia z pływania dla niemowląt, kiedy miał 5 miesięcy. Podobało mu się wtedy (zawsze był zainteresowany, nie marudził, znając go i jego zachowania mogłam stwierdzić, że lubi te zajęcia, choć bez szału), ale w porównaniu do tego, jak zachowywał się dzisiaj, to w ogóle nie ma o czym mówić! Cały czas głośno się śmiał, piszczał z uciechy, chlapał rączkami, śmiał się z tego, że ja i Franek mrużymy oczy, kiedy pryskał w nas wodą, machał nóżkami i absolutnie nic nie robił sobie z tego, że woda leciała mu do oczu, uszu i że się ze trzy razy zakrztusił. Cudownie było patrzeć na tę jego ogromną radość.
Byliśmy przekonani, że po pływaniu będzie wrzeszczał przy ubieraniu (nic takiego się nie stało, śmialiśmy się, że chyba wieczorami musimy z nim na basen przyjeżdżać, żeby go wykąpać i ubrać w piżamkę), a potem padnie ze zmęczenia, tak, jak to się zawsze działo w czerwcu. Ale okazało się, że nasze dziecko jest już dużo bardziej wytrzymałe i wcale nie było śpiące. Kiedy usiedliśmy w restauracyjce przy basenie, żeby coś zjeść i porządnie wyschnąć, Wiking bawił się w kąciku dziecięcym, oglądał kolorowe rybki, stał z nosem przyklejonym do szyby i obserwował pływających na dole ludzi a nawet łaził za panem, który zamiatał podłogi i był zafascynowany tą czynnością.
Zdecydowanie musimy się częściej wybierać na basen! Co tydzień się pewnie nie uda, bo Franek pracuje, ale może chociaż co dwa. Na razie chyba nie będziemy szukać zajęć zorganizowanych, głównie właśnie dlatego, że nie chcemy się deklarować na cotygodniową obecność, ale też dlatego, że chociaż nie żałujemy, że wzięliśmy udział w tych letnich zajęciach, to pani prowadząca niestety nie podbiła naszych serc. Mieliśmy mieszane uczucia i nie pałamy ogromną chęcią, żeby znowu do niej się zapisywać, a tylko ona prowadzi tam zajęcia. Oczywiście moglibyśmy szukać na innych basenach, ale tam jest nam póki co najwygodniej dojechać. No i nie zależy nam aż tak bardzo na tym- póki co lepiej, jak się pochlapiemy we trójkę na własną rękę. Jak Wiking będzie starszy i będzie już szansa na to, że będzie mógł nauczyć się pływać, to go zapiszemy.

Weekend minął mi w tempie ekspresowym! Poza tym była u nas siostra z koleżanką (a ściślej rzecz ujmując swoją nieformalną szwagierką), bo przyjechały na jakiś koncert. Ale w sumie nie było za dużo okazji, żeby spędzać czas razem. Niemniej jednak sprzedaliśmy dzisiaj rano dziewczynom Wikinga i wybraliśmy się do kościoła tylko we dwoje :)
Czuję się zmęczona, ale też absolutnie spełniona. Lubię taki aktywny wypoczynek, lubię, jak coś się dzieje. Trochę mało zrobiłam w domu co prawda i chwilami odczuwam lekki niedosyt, ale zduszam go w zarodku, bo to w gruncie rzeczy głupie myślenie :) Zrobiłam pranie, prasowanie, ugotowałam obiad, zrobiłam sałatkę, posprzątałam z grubsza... Walnęłam se maseczkę na pyszczek, pozbyłam zbędnego owłosienia. Nadrobiłam serialowe zaległości, poczytałam i pobawiła się z Wikingiem. W zasadzie to sama nie wiem, co ja bym jeszcze więcej chciała :P Przecież nie będę robiła co tydzień porządków generalnych i inwentaryzacji zabawek :D Niniejszym uznaję miniony weekend za bardzo udany. Szkoda, że się skończył, ale na szczęście następny już za pięć dni. Szybko zleci. Chyba :)

niedziela, 13 grudnia 2015

Miało być tak pięknie.

Miał być taki miły weekend a nici z niego wyszły :(  Wczoraj spędziliśmy przyjemny dzień, ale późnym popołudniem zaczęłam się fatalnie czuć. Bolał mnie brzuch i miałam straszne nudności. Dotrwałam jakoś do wieczora, z pomocą Franka, który przejął wszystkie moje wieczorne obowiązki, jakie zwykle mam względem Wikinga. Ja tylko leżałam na kanapie i nie byłam w stanie nawet zaparzyć sobie herbaty. Potem zrobiło mi się trochę lepiej, więc zasnęłam niespokojnym snem i obudziłam się po północy, kiedy zaczęła się druga tura atrakcji, czyli biegunka. Nie spałam prawie wcale w nocy, bo nawet jeśli żołądek trochę odpuszczał, to bolały mnie mięśnie i miałam dreszcze. Cieszyłam się, że Wikuś był kochany i miał bardzo spokojną noc, obudził się dużo później niż zwykle, ale i tak nie byłam w stanie go nakarmić piersią, dostał więc butelkę i szybko zasnął. Mnie udało się to nad ranem. 
Myślałam, że dzisiaj będę mogła odespać, jeszcze w nocy nawet Franek mówił, żebym się nie martwiła, bo on się zajmie Wikingiem. Wydawało mi się więc, że będę mogła dzisiaj bezkarnie umierać, ale niestety :( Rano to samo dopadło Franka i w konsekwencji on umiera jeszcze bardziej ode mnie, bo w porównaniu do wczorajszego wieczora jest mi już lepiej, tyle tylko, że jestem bardzo zmęczona. 
Na domiar złego Wiking też ma biegunkę i jest dzisiaj bardzo płaczliwy, widać, że też się źle czuje. Wygląda na to, że dopadł nas po prostu jakiś wirus. I w ogóle to chyba właśnie Wikuś nas zaraził, bo on już wczoraj miał biegunkę, ale zmyliło nas to, że był taki pogodny i miał doskonały humor, myśleliśmy więc, że to nic wielkiego. 
To nam się trafiło :( Naprawdę gorzej chyba być nie mogło. Wszyscy czujemy się fatalnie. W takich chwilach naprawdę źle jest człowiekowi. Prawdę mówiąc mam wrażenie, że straciłam całą energię i optymizm, które gromadziłam w sobie w ostatnim czasie, i to straciłam na dobre. 
W ogóle to ciekawe jest to, że wcześniej nigdy nie miałam czegoś takiego jak grypa żołądkowa i poza sporadyczną nieszkodliwą niestrawnością, żadnych większych problemów z układem pokarmowym. A odkąd pojawił się Wiking i chorować za bardzo nie ma jak, moja odporność gdzieś sobie poszła i dopadło mnie już drugi raz :( 

 Jakby tego było mało nawet do mamy nie bardzo mogę zadzwonić, bo sama dzisiaj jest w złej formie, bo miała dzisiaj bardzo poważny zabieg. To dobija jeszcze bardziej i jeszcze bardziej sprawia, że czuje się jakoś tak... sama jedyna na całym świecie. Gdzie się podział mój dobry nastrój? :(
A miał być taki przyjemny weekend! :(

sobota, 12 grudnia 2015

Weekend przed nami.

Witam Was w ten piękny sobotni poranek :P No,właściwie to południe już, a w dodatku jakieś deszczowe (słońce się gdzieś schowało), ale dziś u nas od rana tak leniwie, że dopiero się rozkręcamy. Obudziliśmy się po siódmej, trochę pogadaliśmy, powygłupialiśmy się, po czym wstałam, żeby się ogarnąć, podczas gdy Franek ogarniał Wikinga i robił mi śniadanie :) Potem Franek poszedł jeszcze dospać, a my bawiliśmy się w drugim pokoju. Wikuś dzisiaj od rana jest w wyśmienitym humorze, a więc i mnie się udzieliło ;) Teraz śpi, a my z Frankiem wcinamy drugie śniadanie w postaci sałatki owocowej, ponownie w wykonaniu Franka :P 
Ostatnio Wiking bardzo dobrze śpi w nocy, a skutkiem ubocznym tego jest to, że trudno jest go położyć na drzemkę, ale jakoś daliśmy radę. Teraz czekamy, aż się obudzi, bo mamy całkiem przyjemne plany na ten weekend :)
Wczoraj ciotka Dorotka poradziła sobie wyśmienicie! :) Wiking nawet nie zauważył mojego zniknięcia, a kiedy wróciłam do domu po trzech godzinach, zastałam taki oto sielski obrazek - w pokoju Wikuś (który chwilę wcześniej wrócił ze spaceru z ciocią) bawi się z tatą, a w kuchni Dorota dogląda łososia na obiad, który się piecze w piekarniku. Prawie zbędna się poczułam normalnie :D Fajnie było, ale wieczorem Dorota musiała już jechać na dworzec i wrócić do Poznania tylko po to, żeby się przespać i dziś o 6 wyjechać do Łodzi (nie pytajcie, dlaczego nie jechała z Warszawy, to zbyt złożona sprawa :)) Ale i tak dobrze, że udało nam się spotkać. Ona naprawdę jest bardzo zabiegana - a właściwie zajeżdżona :P, bo przecież kursuje po całej Polsce! Normalnie polska kolej powinna jej jakieś dożywotnie zniżki zagwarantować. A będzie jeszcze gorzej... To znaczy z czasem gorzej, bo dla Doroty będzie zdecydowanie lepiej. Udało jej się wreszcie dostać posadę w Poznaniu, na którą tak długo czekała :) Z tym, że jest to praca naukowa a nie ze studentami, więc nie będzie miała ferii i wakacji, a w dodatku póki co będzie musiała to godzić z pracą wykładowcy. Nie wiem więc, jakim cudem się spotkamy znowu, ale liczymy obie na ten cud :) Niemniej jednak cieszę się bardzo ze względu na Dorotę, przez długi czas miała różnego rodzaju problemy w pracy, a teraz nareszcie udało jej się wrócić tam, gdzie od początku czuła, ze jest jej miejsce, a przede wszystkim będzie mogła zrobić habilitację i będę mogła być z niej dumna :P
Żal nam bardzo tych czasów - niedawnych jeszcze przecież - kiedy przyjeżdżała do nas na pięć dni słodkiej laby, ale tak to bywa. Będzie jeszcze na pewno lepiej :)
I rozpisałam się nie na temat, bo miało być o czymś innym, ale w takim razie to już innym razem, bo teraz musimy się zbierać, żeby nam sobota nie uciekła :) A napięty grafik mamy, jak zwykle. Ale to bardzo miły grafik, bo składają się na niego same przyjemne pozycje.

niedziela, 6 grudnia 2015

Relacja z weekendu.

Nie wiem kiedy minął ten weekend :) Czas dosłownie śmignął! Wczoraj z samego rana przyjechali moi rodzice. Franek niestety pracował, w dodatku się znowu trochę rozchorował, więc bez niego pojechaliśmy do jednego centrum handlowego, bo miałam tam do odebrania przesyłkę. A konkretnie był to prezent pod choinkę dla Wikinga :) Skoro już tam byliśmy, to przy okazji przeszliśmy się jeszcze do dwóch sklepów, kupiliśmy pościel na zmianę do łóżeczka i jakieś drobiazgi dla Wikinga. Poszliśmy też na "lunch" (bo nie na pizzę :)) do Pizzy Hut. Wiking był zachwycony! Po pierwsze podobało mu się krzesełko bez blatu przystawiane bezpośrednio do stołu, po drugie zabawki, które miał do dyspozycji. A po trzecie smakowało mu jedzenie. Wiking jest nadal drobny, ale jak to moja mama go określiła - to jest dziecko, które ciągle je! :) Rzeczywiście, trochę tak jest. Piersią co prawda karmię go już zazwyczaj tylko dwa, trzy razy dziennie, ale dostaje trzy posiłki "zwykłe"plus jakieś drobne przekąski w postaci kawałka papryki (zajada się papryką!), ogórka albo piętki od chleba. Wikuś jest oburzony, kiedy my coś jemy a on nie - myślę, że to jest pozytywny skutek uboczny tego, że od dawna siedzi z nami przy stole podczas posiłków. Zawsze musi dostać do rączki jakąś część naszego obiadu. A jako że wczoraj zamówiłam sobie bar sałatkowy i grzanki z mozzarellą i pomidorami, Wiking miał wolność wyboru. Właściwie jedliśmy z jednego talerza, bo podkradł mi z niego kawałek pieczywa i brokuły :) To smakowało mu najbardziej. Nie pogardził też grillowanym kurczakiem, oczywiście papryką i makaronem. Za to fasolka szparagowa nie podeszła mu zupełnie, ale wcale mu się nie dziwę, bo mi też akurat nie smakowała :) Fakt, że normalnie przyprawiamy mu jedzenie ziołami i pieprzem, ale nie solimy, a wczoraj jadł to samo co my, ale w końcu raz nie zawsze.

Parę razy już się zdarzyło, że Wiking był razem z nami w galerii handlowej i zawsze wyglądał na zadowolonego - a w każdym razie nigdy nie zdradzał objawów "przebodźcowania" po takiej wizycie, ale teraz podobało mu się szczególnie, bo po pierwsze wszędzie było pełno kolorowych świątecznych światełek, a po drugie, oglądał świat z zupełnie nowej perspektywy - z perspektywy istoty dwunożnej a nie czterokółkowej ;) A więc debiut ma już za sobą, dotychczas chodził tylko po mieszkaniu.

Popołudnie spędziliśmy już w domu w komplecie, choć nie jestem pewna, co takiego robiliśmy :) Trochę rozmawialiśmy, Wiking bawił się prezentami, które dostał dzień wcześniej od Mikołaja, ja odrobiłam wreszcie prasowanie... :) Ani się obejrzeliśmy, trzeba było iść spać a potem zaraz wstawać, bo już się zrobiło rano :) Poszliśmy do kościoła, potem rodzice zabrali Wikinga na spacer, a ja miałam chwilę na zajęcie się swoimi sprawami. Dzisiejszy obiad znowu jedliśmy poza domem - moja mama miała zaległe bony podarunkowe, których ważność jej się kończyła, więc przyjechała z zamiarem wydania ich na jedzenie w knajpach :) 
Później jeszcze przysiadłam razem z moim tatą do komputera i przeszłam przyspieszone szkolenie z korzystania z niektórych bardziej zaawansowanych opcji excela :) Dawno już się chciałam tego nauczyć i wreszcie się zmobilizowaliśmy. Ale to i tak tylko wywołało u mnie zwiększenie apetytu i mam ochotę na więcej, może w czasie świąt będzie następna lekcja.
Po 18:00 rodzice pojechali i właśnie dostałam informację, że dotarli do domu. Przyznam, że póki co nie mam syndromu przedszkolaka i nie zanosi się, żeby miał się pojawić, bo w ogóle o tym nie myślę. Przed nami bardzo intensywny tydzień, mamy w planie kilka spotkań, w czwartek przyjedzie Dorota - też w biegu zaliczając tę wizytę u nas - więc pewnie ani się obejrzymy i będzie kolejny weekend.  A potem jeszcze tylko tydzień i święta. Czas zapiernicza jak Wiking kiedy zobaczy otwarte drzwi od sypialni! (bo to oznacza, że może wleźć na łóżko i tarzać się po pościeli)

Właśnie sobie uświadomiłam, że chyba bardzo dawno nie pisałam notki, której tematem byłoby to, co robiłam w minionym czasie :P

poniedziałek, 23 listopada 2015

Pierwsze kroki i poweekendowy niepokój.

Zapomniałam ostatnio podzielić się naszą radością z faktu, że Wiking postawił pierwsze zupełnie samodzielne kroki :) Wcześniej udawało mu się zrobić jakiś jeden kroczek, ale tego nie liczyliśmy, a w piątek zrobił ich dokładnie osiem. Niestety ominęło mnie to, bo w tym czasie byłam w kuchni i to Franek był świadkiem tego wydarzenia, ale nie szkodzi, bo od tamtej pory już zdarza się to Wikusiowi coraz częściej.

A tymczasem mamy za sobą weekend w kuchni :) Tak to można określić, bo sporo czasu ostatnio tam spędziliśmy. W sobotę gotowaliśmy porządny obiad, dla siebie i Wikinga (zupka ogórkowa - Wiking był zachwycony), a na wczoraj mieliśmy zaproszonych gości. Odwiedził nas mój były Asystent z żoną. Chcieliśmy ich porządnie ugościć i nie iść na łatwiznę. W związku z tym upiekłam ciasto (chyba drugie albo trzecie z moim życiu :P) - szarlotkę śmietanową na kruchym cieście, a poza tym zrobiliśmy dwie sałatki - jedną z makaronem razowym, drugą z kaszą kuskus, a potem jeszcze na ciepło serwowaliśmy bruschettę z masełkiem ziołowym zapiekaną z farszem pieczarkowo-paprykowo-cebulowym i odrobiną żółtego sera oraz "kebab" z kurczaka z piekarnika z sosem jogurtowo-ziołowym :) 
Muszę przyznać, że nawet nam to wszystko wyszło całkiem smacznie, mimo, że poza sałatkami, przyrządzaliśmy te dania po raz pierwszy. Jestem więc z nas zadowolona, bo okazuje się, że w kuchni odnajdujemy się całkiem nieźle (no, Franek to w końcu kucharz z zawodu, ale już dawno nie praktykował przecież, poza codziennością kuchenną :)). Jestem też bardzo zadowolona z Wikinga, który jakby nie było bardzo nam pomagał samym faktem, że pozwolił nam to wszystko przygotować :) Przez większość czasu bawił się grzecznie w drugim pokoju i obserwowaliśmy go z kuchni dzięki lustrze, które jest w przedpokoju. Oczywiście trochę mu się nudziło tak ciągle samemu, więc przychodził czasami do nas i bawił się trochę na macie w przedpokoju oraz w kuchni, na co pozwalaliśmy do momentu, kiedy odpaliliśmy piekarnik. Wtedy zrobiło się trochę trudniej, bo Wikuś miał zakaz wchodzenia do kuchni, a to oczywiście spowodowało, że koniecznie chciał do niej wchodzić. Musieliśmy więc trochę częściej odrywać się na zmianę od naszych czynności, żeby zabawić czymś Wikinga, ale i tak uważam, że poszło nam całkiem nieźle, bo wyrobiliśmy się prawie ze wszystkim. Prawie, bo nie do końca ogarnęliśmy mieszkanie, tak, jakbyśmy chcieli, ale w sumie przy Wikusiu to i tak syzyfowa praca, więc spoko :)

Popołudnie było bardzo udane, przyjemnie spędziliśmy czas na pogawędkach. Wiking też już był zadowolony, bo wszyscy siedzieliśmy razem z nim w pokoju. 
Dzisiaj niestety czuję się trochę gorzej i nieco opuścił mnie optymizm, którego byłam pełna przez ostatni tydzień. Po pierwsze chodzi o to, że dociera do mnie, że już za chwilę koniec tego magicznego urlopowego czasu, po drugie, dzisiaj to Franek ma więcej spraw do załatwienia takich jak badania okresowe - swoje i naszego samochodu :P A co za ty idzie, ja po staremu zostałam w domu. I to właśnie chyba po raz kolejny uświadomiło mi, że ja po prostu czuję się szczęśliwa, kiedy coś robię i kiedy realizuję jakiś nasz plan. Może to brzmi śmiesznie, ale tak, właśnie to mnie uszczęśliwia. Najlepiej oczywiście, kiedy te plany są nasze wspólne. No i dziś tak mi trochę łyso właśnie, bo nie zawsze da się działać na całego, czasami trochę trzeba spasować. Choć w gruncie rzeczy, to przyznam, że sama nie do końca jestem pewna, skąd się akurat dziś we mnie ten niepokój wziął. Czekam aż mi przejdzie. W końcu i tak najbliższe dni zapowiadają się obiecująco, bo nawet mimo tego, że w środę Franek kończy urlop, to idzie do pracy tylko na dwa dni, potem ma wolny weekend, następnie idzie cztery dni do pracy, piątek ma wolny, a na weekend przyjadą moi rodzice. Potem dwa tygodnie i znowu wolne :) Nie wiadomo tylko, co nowy rok nam przyniesie i to rzeczywiście trochę niepokoi, choć przecież powinnam się chyba już do tych wiecznych niewiadomych przyzwyczaić...

sobota, 14 listopada 2015

Ja wiedziałam, że tak będzie :)

Znaczy się, wiedziałam, że Wiking ładnie przespał noc, ale nie zrobi tego ponownie dziś - nie wtedy, kiedy mieliśmy w planach późny powrót do domu i nadzieję na względnie przespane 5 godzin :D

Oczywiście zgodnie z prawami Murphy'ego, akurat wczoraj, na kiedy to mieliśmy zaplanowane wieczorne wyjście, Wiking lekko gorączkował. A właściwie miał stan podgorączkowy, ale tak poza tym nic mu  nie dolegało i stąd nasz wniosek, że to chyba na ząbkowanie. Mam wrażenie, że jego górne dziąsła jakoś inaczej wyglądaj i od wczoraj dużo więcej gryzie, ale oczywiście, czy to o ząbki chodzi okaże się dopiero za jakiś czas. Niemniej jednak nie miał żadnych innych dolegliwości. Tuż przed naszym wyjściem Wiking dość mocno marudził, bo był już zmęczony a lek obniżający temperaturę przestał działać. Inni rodzice pewnie zostaliby w domy albo chociaż się dwa razy zastanowili nad wyjściem, ale jak powszechnie wiadomo, my jesteśmy wyrodni :P więc spokojnie się szykowaliśmy do wyjścia od czasu do czasu przytulając Wikinga lub posyłając mu buziaka, podczas gdy dziadkowie zabawiali malucha. O 18:45 po prostu wyszliśmy z domu.
A tak serio - wiedzieliśmy przecież, że nic złego się nie dzieje, że Wikuś zostaje pod dobrą opieką, daliśmy znać, że jesteśmy w gotowości "jakby co", więc byliśmy spokojni. Za jakiś czas zadzwoniliśmy do teściów i dowiedzieliśmy się, że synek znowu bez większych problemów zasnął, więc mogliśmy się już spokojnie pogrążyć w rozmowie ze znajomymi. Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie w fajnym towarzystwie najbliższych poznańskich znajomych. Było dużo śmiechu i czas szybko minął. O północy postanowiliśmy, że czas wracać.

W ogóle to czas powrotu był przez chwilę kością niezgody między mną i Frankiem. Z jednej strony przyznawałam mu rację, że jeśli wyjdziemy wcześniej to się za bardzo nie nagadamy, z drugiej obawiałam się braku snu, następnego poranka i zmęczenia w ciągu dnia. Wiedziałam, że będzie tak, że rano Frankowi się nie będzie chciało wstawać (zwłaszcza po planowanym piwkowaniu), a ja - mimo, że też będę zmęczona - będę musiała zająć się wyspanym Wikingiem. Franek obiecał jednak, że oboje wstaniemy rano i będziemy się razem zajmować dzieckiem. No i muszę przyznać, że tym razem nie wiedziałam, że tak będzie :) Bo nie bardzo mu wierzyłam. 
W każdym razie położyliśmy się o 1:00 i dosłownie pięć minut później Wiking zaczął stękać! Udało się go prawie od razu uspokoić i zasypiał znowu, ale niestety przebudzał się tak jeszcze kilka razy, co dla nas oznaczało wypoczynek wątpliwej jakości. Musieliśmy go też raz nakarmić i podać środek obniżający gorączkę. Wreszcie około godziny 6:00 Wikuś zdecydowanie zarządził koniec spania, który objawił się tym, że Dzieciak zaczął się wygłupiać i po nas łazić. Ja byłam dosłownie nieprzytomna! Bardzo rzadko zdarza mi się, żebym tak nie mogła się dobudzić, ale już nad ranem było mi aż niedobrze ze zmęczenia, więc tym razem nie dałam rady wstać. I muszę przyznać, że Franek stanął na wysokości zadania, kiedy zobaczył, że nie jestem w stanie otworzyć jednego oka :) Słyszałam przez sen, jak się z Wikingiem bawił, jak zmieniał mu pieluchę i go ubierał. Normalnie nie potrafiłam się obudzić - wydawało mi się nawet, że wstaję, szykuję Wikingowi ubranko, po czym stwierdzałam, że to mi się tylko śni :) Wreszcie po godzinie trochę się zregenerowałam. 
Jestem bardzo wdzięczna Franusiowi, że się tak poświęcił i jednak zachował się zupełnie wbrew moim oczekiwaniom :) Myślę, że w dużej mierze dzięki temu spędziliśmy ogólnie całkiem przyjemny dzień.  I nawet - mimo, że zwykle wolę położyć się wcześniej i zrezygnować z rozrywek różnego rodzaju - tym razem stwierdziłam, że warto było spędzić czas w takiej formie, jak za starych, przedwikingowych czasów :) W końcu raz nie zawsze, a z pomocą męża i teściów udało mi się przetrwać ten dzień, mimo, że czułam się jakbym była na kacu. Wiking już śpi, my niedługo chyba też pójdziemy w jego ślady ;)

A jeszcze co do tego porannego wstawania - nie raz marudzę trochę, że ja muszę wstawać i bawić się z Wikingiem (bo mi się nudzi:)), a Franek jeszcze śpi (kiedy nie idzie do pracy). Mówię mu wtedy, że musimy któregoś dnia się umówić, że to on wstanie, a ja sobie pośpię. Ale prawda jest taka, że ja zazwyczaj o tej szóstej jestem już wyspana i pewnie nie skorzystałabym specjalnie z tego "Dnia Śpiocha", za to kilka razy zdarzyło się, że tak jak dziś, wyjątkowo byłam rano półprzytomna i muszę oddać Frankowi, że zawsze potrafi zauważyć u mnie ten niezwykły stan i pozwala mi dospać, podczas gdy sam zajmuje się dzieckiem.

wtorek, 20 października 2015

W lasu.

 (Kiedy byłyśmy małe i moja mama pytała się nas gdzie byłyśmy na spacerze z wujkiem, moja siostra odpowiadała "w lasu!")

Tegoroczne grzybobranie nam się niestety nie udało. Potwierdziły się plotki i doniesienia o tym, że na naszym terenie w grzyby nie obrodziło. Oczywiście co poniektórzy wytrawni grzybiarze wiedzieli gdzie szukać i mieli "swoje miejsca" (wiecie, że są osoby, które sobie upatrują jakieś konkretne miejsce w lesie i doglądają o w miesiącach letnich a nawet jeżdżą z wiadrami z wodą i je podlewają! byłam w szoku, gdy się o tym dowiedziałam :)), Ci wrócili nawet z pełnymi wiadrami. Ale my nie aspirujemy do otrzymania tytułu zbieraczy roku, więc zadowoliliśmy się tym marnym łupem, który był naszym udziałem. Mianowicie podgrzybki sztuk siedem :) Dobra, dobra, już się tak nie śmiać :) W tym całym grzybobraniu w naszym wykonaniu i tak nie o pełne wiadra tak naprawdę chodzi, chociaż oczywiście zawsze się z nich cieszymy i jesteśmy z nich dumni :)

W tym roku wybraliśmy się tam gdzie zawsze, ale jednak miesiąc później, bo zwykle jeździliśmy w połowie września. Być może to miało znaczenie, pogoda też chyba grzybiarzom ostatnio nie sprzyja. Ale muszę przyznać, że ten sam las w tym roku wyglądał nieco inaczej niż w latach ubiegłych... Uderzyły mnie dwie rzeczy - po pierwsze absolutna cisza, po drugie więcej przestrzeni.
Bardzo lubię leśne odgłosy w postaci szumiących drzew, opadających liści i igieł, śpiewu ptaków, trzaskających gałęzi. Na grzyby nigdy nie jeżdżę sama, ale zawsze się rozdzielamy i jest moment, kiedy jestem sama. Lubię się wtedy zatrzymać i skupiać swoją uwagę na każdym, najmniejszym szeleście... Uspokaja mnie to, relaksuje a jednocześnie w jakiś sposób ożywia oraz wprowadza w nostalgię. Dokładnie pamiętam, jak w ubiegłym roku, kiedy byłam w ciąży chodziłam sobie od drzewka do drzewka i uważnie nasłuchiwałam. Towarzyszył mi dzięcioł opukujący korę drzew, rozglądałam się za nim, aż w końcu udało mi się go odnaleźć i przez dłuższy czas nawet go śledziłam, dopóki nie uciekł gdzieś poza zasięg mojego wzroku a później i ucha. Spacerowałam sobie nieśpiesznie, raz po raz schylałam się po jakiegoś grzyba i rozmyślałam o tym, czy za rok też uda mi się tu przyjechać. I co w tym czasie będzie robiło moje dziecko...
Dziecko zostało z dziadkami i najpierw się bawiło, potem trochę jęczało, a wreszcie poszło spać ;) A nam udało się pojechać, chociaż przyznaję, że było trochę inaczej. No właśnie, wracając do tego, co napisałam - w lesie było absolutnie cicho! Wiatru nie było, więc nie poruszał gałęziami, nie było słychać ani szumu ani szelestu. Wszystkie ptaki chyba już uciekły do ciepłych krajów albo nie chciało im się dziobów wyściubiać z dziupli, ale słowo daję, że nie słyszałam ani jednego. Było tak cicho, że gdy przystanęłam, to słyszałam kroki mojego wujka lub Franka, którzy zdążyli się już mocno ode mnie oddalić - w poprzednich latach było to niemożliwe. 
Poza tym odnosiłam wrażenie, że część drzew zniknęła i las się przerzedził :) Ale nie chodzi o to, że miała miejsce masowa wycinka,tylko chyba po prostu o tej porze roku roślinność jest uboższa. To jest dość naturalne, ale jakoś wcześniej na to nie zwracałam uwagi i dopiero teraz zauważyłam, że drzewa są gołe, że część wysokich traw zniknęła, z krzewów ostały się jeno patyki...

Inaczej trochę ten las wyglądał, był jednocześnie mniejszy i większy - ale nie potrafię racjonalnie wyjaśnić tego odczucia :) Inaczej też wyglądało to nasze grzybobranie. Przyznaję, że w tym roku od początku mi nie szło i może to przez to, że się wcześniej nasłuchałam, że grzybów nie ma, a jak wiadomo, siła autosugestii jest potężna. Ale rzecz w tym, że szłam, a moje myśli ciągle uciekały w innym kierunku, często niepożądanym przeze mnie. Niektórzy ludzie to potrafią być wkurzający nawet w takim momencie i nawet kiedy wcale nie są mi bliscy :)
Niemniej jednak uznaję ten wypad do lasu za udany. Mimo wszystko było przyjemnie. Nie tak dawno pisałam o tym, jak lubię las i to się nie zmieniło. Nawet mimo tego, że nie znalazłam żadnego grzyba, że mój las był jakby trochę nie mój, to miła to była odskocznia. A to też było ciekawe doświadczenie zobaczyć znajome miejsce w trochę innym (dosłownie) świetle.

sobota, 17 października 2015

Orzeł wylądował.

Orzeł w sensie rodzina Frankowskich. Wylądowaliśmy w Miasteczku :) Miałam odezwać się wcześniej, ale już kompletnie nie miałam kiedy, bo pochłonęło mnie pakowanie! Oj, jak ja się nie znoszę pakować!
W czwartek po południu Franek wrócił z pracy, zajął się Wikingiem podczas gdy ja dokańczałam obiad (o tak, czasami mi się też zdarza gotować:D), a potem nie wiedzieć kiedy zrobiła się 18:00 i miałam tylko godzinę na spakowanie się :) Wczoraj jeszcze rano odwiedził nas Adaś ze swoją mamą (koleżanka z Podwarszawia). Frankowi udało się zamienić, dzięki czemu poszedł do pracy wcześniej i wrócił po 13 a nie po 15. Całe szczęście, bo nie wyobrażam sobie, kiedy byśmy wyjechali :) Zaniesienie wszystkiego do samochodu i ogarnięcie mieszkania trochę nam zajęło. Wyruszyliśmy o piętnastej. Wikuś bardzo dzielnie znosił podróż. Czasami słyszę o tym, jak dzieci nie lubią jeździć samochodem i płaczą w fotelikach. Cieszę się bardzo, że u nas nie ma tego problemu, bo nie wiem, jak bym to przeżyła, gdyby Wiking nie lubił podróżować, skoro my pokonujemy tak długie trasy (oczywiście w tym momencie zaklinam rzeczywistość, żeby się nic nie odmieniło, bo Wikuś z przekory wszak słynie :)). W każdym razie mały najpierw spał przez dłuższy czas, potem się obudził i jeszcze przez godzinę bawił się sam ze sobą. Dopiero koło 18 zaczął trochę marudzić, ale szybko dało się go czymś zająć.
Normalnie robimy zawsze jedną przerwę w drodze (i jestem zdania, że jednak tak powinno być), ale wczoraj, ze względu na to, że się Wiking tak ładnie zachowywał, a było już dość późno i zależało nam, żeby szybko dojechać, zrezygnowaliśmy z niej. Mijały już prawie cztery godziny od ostatniego posiłku Wikinga, ale że miałam słoiczek ze sobą, to go nakarmiłam w aucie, bo na zewnątrz padało. I zabrakło nam 10 kilometrów, żeby Wikuś całą drogę przejechał bezproblemowo. Byliśmy już w Mieście, kiedy zaczął się bardzo niecierpliwić i te ostatnie 7 minut  do Miasteczka (tyle czasu mniej więcej zajęło nam pokonanie tego dystansu) jechaliśmy niestety z włączoną syreną.  Wiking uspokoił się od razu, kiedy go wyjęliśmy z fotelika i mógł się wreszcie pobawić. Po prostu miał już dość siedzenia. Ale i tak jestem z niego dumna, bo jednak wytrzymał 3h45min w samochodzie. Niemniej jednak stwierdziliśmy z Frankiem, że warto robić chociaż jedną krótką przerwę, nawet jakby do celu miałoby być już niedaleko.
Najważniejsze jednak, że dojechaliśmy i Wiking jest przeszczęśliwy. Sprawia wrażenie, jakby od razu poznał kąty, które gościły nas nieco ponad dwa miesiące temu. Widać, że bardzo dobrze mu robi towarzystwo tylu osób. Łazi po cały mieszkaniu z zadowoloną miną i swoim "khihihihi", co jest ewidentnie oznaką  wspomnianej przeszczęśliwości u niego ;)

Już dawno postanowiliśmy, że w ten weekend przyjeżdżamy do Miasteczka. Ale dość spontanicznie podjęliśmy decyzję, że ja i Wiking zostajemy tu na dłużej. Wahałam się przez chwilę, bo oczywiście chciałam posiedzieć trochę w Miasteczku, ale szkoda mi było zajęć, które Wikingowi sprawiają taką frajdę, a w dodatku wiedziałam, że rodzice pracują, więc przez większość dnia byłabym sama i nawet za bardzo na spacer nie będę mogła wyjść, bo choć mieszkamy na parterze, to nie jestem w stanie znieść (a już szczególnie wnieść) wózka... Jednak stwierdziłam, że jakoś sobie z tym poradzę, zwłaszcza, gdy Franek zachęcał mnie mówiąc, że być może to już ostatnia okazja ku temu, żebym sobie zrobiła takie dłuższe urlopowanie w Miasteczku. I klamka zapadła - zostajemy. Na dwa tygodnie, może nieco dłużej, w zależności od tego, jak się ułoży grafik Franka.
A w ogóle to okazało się, że Frankowi w pracy źle obliczyli urlop (od początku mu to mówiłam!) i ma jeszcze dziewięć dni do wykorzystania, które kazali mu wybrać w listopadzie. W grudniu za to wykorzysta wreszcie urlop ojcowski, więc wygląda na to, że będziemy mieli okazję spędzić trochę czasu razem :)

A tymczasem plan jest taki, że dzisiaj świętowanie! Dotychczas okazja była potrójna, teraz będzie poczwórna :) Ale o szczegółach już będzie jutro - o ile czas mi na to pozwoli, bo jeszcze w planach mamy wypad na grzyby, a potem orzeł Franek wraca do gniazda :D

środa, 23 września 2015

Skórzana po raz drugi.

A jednak udało się jeszcze dziś ;)
 
Już w lipcu byliśmy umówieni z moimi rodzicami, że przyjadą do nas w połowie września, aby umożliwić nam świętowanie rocznicy ślubu. Początkowo myśleliśmy, że może sobie pojedziemy gdzieś w jakieś fajne miejsce nieopodal, ale później stwierdziliśmy, że nawet stosunkowo bliska lokalizacja wymagałaby poświęcenia jakiegoś czasu na dojazd i zwyczajnie było nam go szkoda...

Pierwszą połowę dnia spędziliśmy wszyscy razem. Pojechaliśmy też na zakupy, bo miałyśmy z mamą kupony rabatowe do dwóch sklepów odzieżowych i w pojedynkę nie dałybyśmy rady ich wykorzystać, a tak nie było problem, żeby wydać np. 150 zł (dzięki czemu dostałyśmy 50 zł rabatu). A więc my przymierzałyśmy ubrania, a nasi trzej faceci czekali. Muszę Wam powiedzieć, że Wiking bardzo lubi galerie handlowe! Już kilka razy to zauważyliśmy. Wszystko go tam interesuje, rozgląda się z zaciekawieniem, jest bardzo cierpliwy, a najlepszy dowód na to, że jest mu tam dobrze, to ten, że potrafi zasnąć (Wiking nie zasypia jeśli czuje się niekomfortowo). Oczywiście nie oznacza to, że zawsze w czasie wolnym jeździmy do centrum handlowego i przesiadujemy tak godzinami :P Ale jest to dla nas wygodne, bo przecież musimy czasami oboje z Frankiem coś kupić a nie mielibyśmy co zrobić z dzieckiem. Wiem, że wiele takich małych dzieci w tego rodzaju sklepach łatwo "przebodźcować" i potem są bardzo nerwowe, dlatego cieszę się, że Wiking reaguje jednak inaczej. Niemniej jednak staramy się wybierać miejsca (lub czas), gdzie (lub kiedy:)) z reguły nie ma ogromnych tłumów. 

No ale to taka dygresja była tylko...  :) Wróciliśmy później do domu i wreszcie postanowiliśmy z Frankiem, co dalej! Kino! Oboje byliśmy co do tego zgodni, bo nawet nie rozmawialiśmy ze sobą wcześniej na ten temat - każde z nas we własnej głowie snuło plany spędzenia rocznicy. Po prostu kiedy przyszło do zwerbalizowania naszych pomysłów, okazało się, że są podobne :) Zawsze bardzo lubiliśmy chodzić razem do kina, bywaliśmy tam stosunkowo często i teraz nam tego brakuje. Ostatni raz oglądaliśmy film w kinie w listopadzie, być może pamiętacie naszą randkę... Mieliśmy w planie seans w Sylwestra, no ale niestety nasze plany zostały pokrzyżowane (i chyba tu się obejdzie nawet bez linka :P). Pomyśleliśmy więc, że kino w naszym wypadku to naprawdę będzie fajny pomysł na uczczenie rocznicy.
Mieliśmy trochę problem z wyborem filmu, bo na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że nie leci nic ciekawego. Albo jeśli jest ciekawe, to jakoś niepasujące na rocznicę. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Everest i muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry wybór, choć film raczej nieromantyczny ;)
Rodzice zostali z Wikingiem, a my pojechaliśmy. Dość szybko poczułam klimat rocznicowy, bo już w samochodzie. Nieobecność Wikinga zdecydowanie temu sprzyjała :) Kiedy wyszliśmy z samochodu Franek od razu mnie objął i pocałował, wiedziałam więc, że i on czuje się już w nastroju do świętowania. W kinie poczuliśmy się jak za starych dobrych czasów :) Film trzymał w napięciu i gatunek może niespecjalnie się kojarzy z romantycznym świętowaniem, ale jednak chyba sam fakt, że poszliśmy na niego we dwójkę do kina spowodował, że było, jak należy. Poza tym oboje byliśmy zadowoleni z wyboru, film nam się podobał i o to przecież też chodziło, bo jaki sens iść na jakieś romansidło (choć wiecie, że generalnie nie mam nic przeciwko nim:)) dla zasady i się później wynudzić lub zastanawiać się, czy ta druga strona jest wystarczająco zadowolona. W tym wypadku nie było tego problemu.

Po kinie jeszcze chwilę pochodziliśmy po sklepach i wróciliśmy do domu. W tym momencie muszę nadmienić, że kiedy już wyszliśmy z sali kinowej, z naszej dwójki to właśnie Franek był tym rodzicem, któremu bardziej się spieszyło do dziecka :) Nie chodziło może nawet o to, że się stęsknił, ale wiedział, że za chwilę pora kąpieli, czuł, ze pora wracać i trochę mnie popędzał. Zdaje się, że zwykle wygląda to na odwrót ;) On się tłumaczył, że po prostu nie chce nadużywać uprzejmości moich rodziców, żeby się nie zniecierpliwili, że tak długo nas nie ma, zwłaszcza, że wieczorem Wiking lubi sobie pomarudzić... Kto wie, może gdyby to teściowie opiekowali się Wikusiowi to też miałabym takie poczucie? :) 
W każdym razie, kiedy weszliśmy do domu zastaliśmy taki oto obrazek - mój tato leżał na podłodze, a Wiking się na niego wspinał. Mama siedziała obok i nadzorowała zabawę. Nasz syn ledwo zaszczycił nas spojrzeniem ;) Uśmiechnął się co prawda, ale zamiast podraczkować do nas (jak się spodziewaliśmy), wrócił do wspinaczki. W ogóle był we wspaniałym humorze. Głośno się śmiał i kiedy szykowaliśmy mu kąpiel, cały czas kręcił się nam pod nogami wielce zadowolony. Po kąpieli mój tata dostał w rękę butelkę i karmił Wikusia, a później poszedł go usypiać. A my z Frankiem szybko się przebraliśmy i wyszliśmy na odświętną kolację :) W windowym lustrze prezentowaliśmy się całkiem, całkiem - makijaż, szpilki, eleganckie spodnie, koszula - no wiecie, te klimaty ;) Zupełnie przypadkowo Franek włożył nawet koszulę pasującą do mojej sukienki :P
Zrezygnowaliśmy z pomysłu, żeby jechać znowu do Warszawy do restauracji, właśnie ze względu na wspomnianą wcześniej oszczędność czasu. Poszliśmy do restauracji, w której organizowaliśmy chrzciny, a która znajduje się kilkaset metrów od naszego domu. Trochę się obawiałam, że może taki wybór będzie za mało wyszukany i nastrój nie będzie odpowiednio podniosły, ale okazało się, że wszystko było tak, jak należy. W dodatku trafiliśmy na wieczór z muzyką na żywo, więc wytworzył się specyficzny klimat.
Naprawdę było bardzo przyjemnie. Mieliśmy czas na niespieszną rozmowę, delektowanie się zamówionymi daniami i wspólną chwilą. Później wróciliśmy spacerkiem do domu, trzymaliśmy się za ręce i czuliśmy się naładowani pozytywną energią :)

Nie mam złudzeń, że takie świętowanie sprawiło, że odtąd już będzie między nami tylko cudownie :) Nie wiem, na jak długo wystarczy nam energii w tych naszych akumulatorach, ale jednak jestem naprawdę pozytywnie nastrojona, bo obawiałam się, jakie będą te nasze obchody... Okazało się, że było tak, jak należy! Mam nadzieję, że jednak w codziennym kieracie uda nam się zachować pamięć o tym wyjątkowym dniu, ale przede wszystkim myślę sobie, że skoro nie zapomnieliśmy jeszcze, jak to jest być razem ze sobą w taki sposób, to chyba będą z nas ludzie ;)

sobota, 12 września 2015

Grunt to dobry plan.

Zawsze to powtarzam :) A wczoraj się potwierdziło. Bo naprawdę, jak nie mamy porządnego planu, to nam się dzień rozłazi i mniej więcej w połowie mamy ochotę cofnąć się do poranka i zacząć jeszcze raz :) Franek i ja (ciekawe, czy Wiking też to przejmie) po prostu zdecydowanie lepiej funkcjonujemy, kiedy mamy jakieś konkretne plany, może nie co do godziny, ale chociaż tak orientacyjnie umiejscowione w czasie. Oczywiście nie oznacza to, że nie umiemy być w ogóle spontaniczni, ale spontaniczność dotyczy u nas nieco innych kwestii. Bo gdybyśmy na przykład spontanicznie zdecydowali wczoraj jechać na wycieczkę, to  by się pewnie udało :P
W każdym razie nie do końca nam wczoraj wyszło tak, jak chcieliśmy - a to właśnie przez to, że zamiast w czwartek wieczorem ustalić mniej więcej co i jak, zdecydowaliśmy, że "zobaczymy rano". No i zobaczyliśmy tyle, że jak zwykle, Wiking obudził się około 6:30 i poszliśmy się pobawić a Franek musiał dospać. Około półtorej godziny później, kiedy Franek miał wstawać, Wiking poszedł spać ;) Więc trochę nam się wszystko przesunęło. Generalnie cały czas mowa była o tym, że ja wychodzę i że Franek musi się przejechać trasą jednej linii, którą ma dzisiaj. Ale jakoś nie umieliśmy sobie ułożyć tego kto kiedy wychodzi ;)W końcu przy tych ustaleniach zabrałam się za szukanie faktury zakupu naszego laptopa. Nie znalazłam, ale przy okazji zrobiłam porządek w ciuchach Wikinga, bo zaczyna już wyrastać z 62 i musiałam powyciągać schowane w rozmiarze 68, bo dotychczas miałam wyciągnięte tylko letnie ubranka w tym rozmiarze. W tym czasie Franek stwierdził, że nadal nic mu się nie chce i w ogóle to jeszcze by się przespał. No to wzięłam Wikinga na godzinny spacer.
I dopiero jak wróciłam, ruszyliśmy z kopyta i wszystko potoczyło się błyskawicznie :) Ekspresowo nakarmiliśmy Wikusia i wsiedliśmy do samochodu, aby połączyć moje cele z frankowymi. Zgodnie z naszymi przypuszczeniami Wiking zasnął w samochodzie i Franek miał mnie wysadzić przy Galerii Handlowej i razem z Wikingiem miał jechać dalej. Ja miałam sobie na spokojnie spędzić trochę czasu tak, jak chciałam i wrócić autobusem do domu. Ale jeszcze z samochodu zadzwoniłam do faceta, który zajmuje się naprawą komputerów i tak wyszło, że mógł wpaść do nas na diagnostykę popołudniu. Szybko więc zmodyfikowaliśmy plan i Franek mnie faktycznie wysadził, ale nie miałam wracać sama, tylko chłopaki mieli mnie zgarnąć w drodze powrotnej.
I tak właśnie zrobiliśmy. W zasadzie wszystko co chciałam zdążyłam oblecieć, tylko nie zdążyłam zjeść. Bo miałam zjeść na mieście z racji tego, że w domu nie mieliśmy kiedy zrobić obiadu (miał być łosoś). No i Wiking trochę się wyłamał, bo nie spał Frankowi całą drogę, tylko trochę płakał - pewnie dlatego, że Franek trafił na korki, a Wiking nie lubi stać :P Sprawę utrudniał fakt, że Wiking siedział z tyłu sam i trudniej było go uspokoić, ale pomógł chrupek kukurydziany. Po chwili mały zasnął. Poradzili więc sobie, ja załatwiłam swoje (chociaż kubka nie kupiłam, ale o tym za chwilę) i wróciliśmy do domu w sam raz na czas, zeby szybko posprzątać i przyjąć pana komputerowca. Po drodze jeszcze podjęliśmy spontaniczną decyzję, że na obiad będą kopytka. Jak się nie robi porcji dla pułku wojska (jak to zwykle drzewiej bywało) to idzie bardzo szybko - kwestia ugotowania ziemniaków, a reszta to już chwila moment. Potem jeszcze poprasowałam, wykąpaliśmy Wikinga i nie zdążyłam nawet mu za wiele poczytać, bo po pięciu minutach spał.
Mogliśmy wreszcie odetchnąć :) Ostatecznie byliśmy zadowoleni z tego dnia, ale Franek przyznał mi rację, że gdybyśmy się od rana ogarnęli, to wszystko poszłoby sprawniej, bo bez zbędnego pośpiechu i być może zrobilibyśmy jeszcze więcej :) Cóż - mama przecież ma zawsze rację, a ja już jestem mamą :P Ciekawa jestem, czy Franek będzie o tym pamiętał przy następnej okazji.

Obeszłam wszystkie sklepy i znalazłam dwa kubki, które ostatecznie mogłabym kupić z braku laku, bo napis jest ok, tylko zdobienia infantylne :/ Nie wyobrażam sobie mojego taty pijącego herbatę z kubka z wielkim niebieskim misiem. Minimalizm jest w tym wypadku mocno pożądany, więc przeszukam za moment internet i zobaczę, czy da się coś zorganizować tak, żeby było na piątek. Jeśli nie to moja siostra, która jest w Miasteczku poleci do jednego miejsca, gdzie sprzedają porcelanę i właśnie tam dostaliśmy ten kubek dla taty piętnaście lat temu...

Trochę nudnawy weekend przede mną, bo Franek pracuje długo. W dodatku pogoda dzisiaj beznadziejna i nawet na spacer nie będę mogła wyjść, jak się za chwilę Wiking obudzi (a pewnie tak będzie, bo śpi już od godziny) i wypadnie nam jeden stały punkt programu. Bardzo chciałabym się dzisiaj przejechać popołudniu na koncert dla maluchów, ale to wszystko zależy od tego w jakiej Franek będzie kondycji po pracy, bo komunikacją miejską będzie nam trudno tam dotrzeć, zwłaszcza skoro pada.
A jutro to w ogóle niech nie pada, bo ja miałam w planie się przejechać do łazienek na koncert chopinowski! Nie lubię deszczu. Wiem, że potrzebny, ale nie mogłoby sobie padać w nocy???

Acha, a propos laptopa.. Teraz piszę ze starego komputera, który bardzo powoli chodzi i uruchamia się sto lat, w dodatku nie wszystko można na nim robić, ale pisać tak - a brak zet w tamtym mnie po prostu dobijał! W każdym razie facet stwierdził, że trzeba wymienić klawiaturę, więc musimy teraz ją kupić i zadzwonić po niego to nam zamontuje. Mam nadzieję, że w środku wszystko jest ok, chociaż komputerowiec stwierdził, że raczej tak, bo jak na zalanie, brak działającej jednej literki to małe straty. I naprawdę się cieszę, że pijam gorzką herbatę :P

poniedziałek, 7 września 2015

Kac poweekendowy.

Tak się trochę czuję. Tak zwykle bywa po udanym weekendzie. Nie był on jakiś szczególny, ale w swej normalności bardzo miły, więc mi zal, ze już po...
Franek miał wolne, więc spędziliśmy sporo czasu we trójkę, a to zawsze lubię. 
W sobotę Franek oddelegował mnie na godzinny spacer z Wikingiem, a sam zajął się sprzątaniem. Kiedy wróciliśmy, kończyliśmy jeszcze porządki a potem poszłam sobie zrobić małe SPA w łazience :) Nie mam pojęcia, jak nam minął ten dzień, ale szybko zrobiło się późne popołudnie, na które mieliśmy zaplanowany jeszcze jeden spacer, tym razem juz we trójkę. 
A potem szybka kąpiel Wikinga, bajka na dobranoc i o 20 już spał. Mieliśmy wieczór dla siebie. Wyciągnęliśmy jakąś grę i jak za starych, dobrych czasów, graliśmy, ja przy lodach (o tej porze!, co za grzech :P), Franek przy piwku. Nie licząc sytuacji, kiedy graliśmy z gośćmi, którzy do nas zawitali, ostatni raz graliśmy z Frankiem w szpitalu! Tuz przed narodzinami Wikinga. Później się jakoś nie skladało - juz nawet nie tyle nie mieliśmy czasu, co po prostu zawsze znajdowaliśmy coś innego do zrobienia. Miło było po takiej przerwie wrócić do starego zwyczaju. Poczułam się, jakbym wróciła z dalekiej podroży...
Niedziela była raczej leniwa. Byliśmy w kościele, potem robiłam niezdrowy obiad (jak grzeszyć, to na całego)! Choć przecież domowy hamburger zawsze będzie zdrowszy od tego kupnego (i tańszy), nawet podany z frytkami - tez domowymi. Pofolgowaliśmy sobie, ale raz na rok przecież można (bo tak wspominamy, ze ostatni raz taki obiad jedliśmy właśnie mniej więcej rok temu, na pewno już byłam w ciąży i na pewno jeszcze nie stwierdzono u mnie cukrzycy.
Po takim jedzeniu zebrało nam się na poobiednią drzemkę. Na szczęście Wiking był łaskawy i drzemał razem ze mną przy piersi. Gorzej, ze ja obudziłam się po 30 minutach i najdelikatniej, jak mogłam wstałam, ale okazało się to niezbyt delikatnie i Wiking się wkurzył, ze go obudziłam :) Ale to i tak był najwyzszy czas, zeby się zbierać, bo mieliśmy w planie koncert fortepianowy w Łazienkach Królewskich. Było trochę zimno, ale na szczęście nie padało. Posiedzieliśmy trochę w parku, relaksując się przy muzyce, a kiedy Wikingowi się znudziło, wyciągnęliśmy go na koc z termoizolacją i był bardzo zadowolony, ze mógł trochę pohasać :) Obiad chyba tez mu lepiej smakował przy oczku wodnym z fontanną i kaczkami. 
zal było wracać do domu, ale zrobiło się późno i zaczęło lać. Przyjechaliśmy w samą porę, bo Wikuś był juz zmęczony, ale okazało się, ze zapomniał o tym zmęczeniu po kąpieli i wczoraj po raz trzeci w historii mogliśmy zapomnieć o czasie wolnym wieczorem. Wiking ani myślał spać. Cały czas się wygłupiał i skakał po łóżeczku! zasnął dopiero koło dziewiątej. Ufff. Ale w nocy tez był dość niespokojny, czyżby tez było mu zal, ze weekend się kończy?

Poniedziałek przywitał nas fatalną pogodą, więc jak tu nie być skacowanym? Szaro, pochmurno, leje... Bleee. Nie wpływa to pozytywnie na mój nastrój. Szkoda, ze juz koniec weekendu. Boję się zderzenia z szarą codziennością. zwłaszcza, ze Franek ma teraz tę trudniejszą część swojego grafiku. Czyli wolny ma tylko piątek, a potem dopiero środę. Niestety zazwyczaj w tym okresie chodzi bardzo zmęczony i szybko traci humor. Chodzi nie w sosie, jest nerwowy. Przez to ja tez nie czuję się najlepiej. Juz się boję tego nadchodzącego tygodnia z okładem.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Brak tematu przewodniego.

Mamy za sobą bardzo przyjemny długi weekend - Franek ma bardzo fajny grafik w drugiej połowie sierpnia, bo ma dużo dni wolnych. Miał wolny wtorek i środę, potem sobotę, niedzielę i poniedziałek a teraz pracuje dziś i jutro, a w czwartek i piątek ma znowu wolne. Niestety to wiąże się z tym, że ma mało tzw. "krótkich dni" i zazwyczaj pracuje 8-10 godzin. W dodatku chodzi na późniejsze godziny, czyli tak między 5 a 7, a to oznacza, że wraca dopiero między 15 a 16 do domu. Ma to swoje dobre i złe strony - wieczorami mamy trochę więcej czasu dla siebie, bo chodzimy spać o 22 a nie godzinę wcześniej. Ale za to Franek wraca bardzo zmęczony, no i czasami jeszcze musi się chwilę zdrzemnąć, co oznacza, że duchem jest obecny dopiero późnym popołudniem, krótko przed tym, jak kładziemy Wikinga spać. No, ale nie chcę narzekać za bardzo, bo nie jest aż tak źle. W końcu dzięki temu właśnie tyle dni ma wolnych. Ciekawa jestem, jaki będzie grafik wrześniowy, choć na pewno nie tak przyjemny, bo etat jest większy o 16 godzin niż w sierpniu...

No dobra, nie o tym miałam. Trochę o weekendzie miało być, a konkretnie o tym, że mieliśmy gości. Był u nas kuzyn Franka z żoną. To inny kuzyn, niż ten, o którym już parę razy tu wspominałam :) Chyba łatwiej będzie, jeśli posłużę się imionami. A więc tamten kuzyn to Wojtek z żoną Anetą i dziećmi Kubą i Gabrysią, a ten to brat Wojtka - Maciej z żoną Asią. Wkrótce będę pisać z żoną Asią i córeczką Hanią, ale to dopiero od połowy listopada :) 
W każdym razie rewelacyjnie spędziliśmy te trzy dni! Byliśmy trochę pełni obaw, bo z Wojtkiem i Anetą już od dawna świetnie się dogadujemy, a z Maćkiem i Asią po prostu mieliśmy raczej ograniczony kontakt i dość rzadko się widywaliśmy. Ale mamy teraz nadzieję, że to się zmieni, bo okazuje się, że zdecydowanie odbieramy na tych samych falach. A fajnie byłoby, żeby dzieciaki miały ze sobą dobry kontakt, w końcu będą z tego samego rocznika, choć przez pierwsze lata będzie ich dzieliła bardzo duża różnica wieku, bo aż dziesięć miesięcy.

Nie pisałam więc, bo byłam bardzo zajęta miłym spędzaniem czasu - chodzeniem po Warszawie, długimi rozmowami, graniem w Pędzące żółwie i śmianiem się tak bardzo, że o mało się nie posikałam :P Na szczęście moje mięśnie dna miednicy chyba aż tak się nie rozjechały po porodzie, bo trzymałam się dzielnie :D

Teraz mi trochę łyso, że znowu jest w domu tak pusto i cicho. Chociaż... z tym cicho to nie do końca, bo Wiking taki całkiem cichy to nie jest. Ale w ramach ćwiczenia pisania krótko zwięźle i na temat (choć zbliżam się ku końcowi tej notki i jeszcze nie wiem, jaki jest jej temat ;), rozwinięcie tego zagadnienia pozostawię na inny czas :) 

W dodatku dzisiaj nastąpiła mała katastrofa. Wiem doskonale, że Wikinga łapki są szybsze niż moje, więc staram się przewidywać, co może go zainteresować, za co chwycić, pociagnąć i szarpnąć. Nie wiedziałam jednak, że ma taką podzielność uwagi, że pijąc mleko z mojej piersi może jednocześnie chcieć napić się mojej herbaty z mojego kubka. Jak nie wystrzelił tą swoją małą łapką w jego kierunku... Kubek pełen nie był co prawda, ale i tak część jego zawartości wylała się wprost na klawiaturę naszego całkiem nowego (bo przecież kupionego we wrześniu 2014, więc w naszej świadomości ciągle nowego!) laptopa :( I teraz się boję co z tego wyniknie. Na razie odpaliłam stary komputer, choć to bardzo uciążliwe... A co będzie dalej, to zobaczymy.
Kiedyś sobie wylałam na laptopa kieliszek białego wina. Tylko touchpad się zepsuł, a byłam taka cwana, że miałam jeszcze gwarancję i udawałam, ze nie wiem co się stało, że się zepsuł... Licząc się oczywiście z tym, że powiedzą, że zalania gwarancja nie obejmuje - a ja wtedy powiem: "ojej, jak to zalania? to on był zalany??? to na pewno moja współlokatorka!" (biedna Ela :P) Ale naprawili... 
Niechże teraz nawet i ten touchpad nie działa - i tak go nie używam - ale byleby klawiatura i wszystkie podzespoły działały jak trzeba! Trzymajcie kciuki.

A tak w ogóle to mi trochę żal, bo dostałam dzisiaj okres. Pierwszy po prawie półtorarocznej przerwie. Wiem, że to normalne i że i tak długo bez niego pociągnęłam, bo Wiking ma już od jakiegoś czasu dietę rozszerzoną.  Ale nadal karmię go dwa razy w nocy i kilka razy w dzień (choć fakt, ostatnio przerwy się wydłużyły). Miesiączka nigdy mi szczególnie nie dokuczała, więc to nie o to chodzi, tylko o to, że mi żal, że kolejny etap za nami... :)


sobota, 13 czerwca 2015

Wycieczka z małym człowieczkiem

Normalnie z dnia na dzień coraz bardziej widać, że mamy w domu małego człowieczka a nie jakieś tam kwilące zawiniątko w wózku. Zaczyna się interesować coraz większą ilością rzeczy - od jakiegoś już czasu wyciąga rączki w stronę butelek. Nie tylko swoich. Kiedy widzi naszą półtoralitrową butelkę z wodą to po nią sięga i doskonale wie, którą stroną trzeba ją włożyć do buzi.
Poza tym coraz trudniej mi się czyta, bo zaczyna się interesować moimi książkami. Najbardziej lubi zrzucać je ze stołu. Ewentualnie, kiedy czytam, trzymając go na kolana, próbuje przewracać mi strony. Oby mu to zainteresowanie książkami zostało, choć wolałabym, żeby nieco inaczej się z nimi obchodził ;)
Zdarzyło się już raz, że ściągnął ze stołu serwetę - ze wszystkim co na niej było oczywiście :)

Najfajniejsze jest to, że kiedy wychodzę, to nie mam już wrażenia, że wychodzę z wózkiem, tylko z kompanem :) Już się nie boję, że nagle Wiking włączy syrenę (oczywiście czasami włącza, tylko zwykle wiem, dlaczego). Kiedy mu się nudzi w wózku, to go wyciągam. Ostatnio na przykład siedziałam sobie przez dwadzieścia minut w parku a on siedział mi na kolanach i się rozglądał.
Dzisiaj urządziliśmy sobie we trójkę wycieczkę. Nie było nas w domu prawie pięć godzin - dla niemowlaka to dużo. Najpierw dość długo spał. Później obudził się, ale z uśmiechem na buzi. Siedzieliśmy trochę na ławce, Wikuś siedział trochę na moich, trochę na frankowych kolanach. Rozglądał się, trochę bawił się swoją grzechotką, a kiedy mu się znudziło, zawiązaliśmy go Frankowi na brzuchu w nosidle. I kontynuowaliśmy spacer.
Zaliczyliśmy dzisiaj podróż kolejką i metrem a także przekąskę w barze, lody i małe zakupy w drogerii. We wszystkim towarzyszył nam Wiking i nawet nie zastękał. No prawie, bo kiedy wracaliśmy pociągiem, to już go musieliśmy wyjąć z nosidełka, bo za mało widział :) Ale zadowoliła go znowu miejscówka na moich kolanach i grzechotka. 
Fajnie, kiedy można tak wyjść z domu i nie być zupełnie ograniczonym tym, że ma się dziecko.

A jutro jedziemy pierwszy raz na basen! Wiking będzie uczył się pływać :) Już dawno o tym myśleliśmy - jeszcze zanim się urodził i już w lutym dzwoniłam, żeby zapytać o kurs, ale na ten, który się rozpoczął w styczniu Wikuś był rzecz jasna za mały. Teraz za to załapał się na przyspieszony wakacyjny, więc to nam odpowiada jeszcze bardziej. Bardzo jestem ciekawa, jak mu się spodoba...

środa, 12 listopada 2014

Koniec długiego weekendu + dopisek

Od niedzieli jestem w Poznaniu. W zasadzie to niedługo będzie to już stwierdzenie nieaktualne, bo za dwie godziny mam autobus do Warszawy, ale nie zmienia to faktu, że niemal cały długi weekend spędziłam właśnie tutaj. Co ciekawe, bez Franka! :P Franek od soboty codziennie pracował i dopiero dzisiejszy i jutrzejszy dzień ma wolne, w piątek idzie do pracy, a potem znowu wolny weekend. A tymczasem ja w niedzielę rano wsiadłam w Polskiego Busa i przed 14tą byłam na dworcu, skąd odebrali mnie teściowie.
A to wszystko dlatego, że moi rodzice wzięli sobie parę dni urlopu i zarezerwowali w Poznaniu pokój w małym hoteliku, bo chcieli tu spędzić trochę czasu i załapać się na coroczne obchody imienin ulicy Św. Marcin. Oni spali tam, a ja u teściów. Codziennie się spotykaliśmy na obiedzie lub kolacji u teściów i spędzaliśmy większość czasu w tym pięcioosobowym gronie. Byliśmy w kinie, pozałatwialiśmy kilka spraw a wczoraj zaliczyliśmy tę plenerową imprezę na Świętym Marcinie w jeszcze większym gronie, bo dołączył do nas brat Franka z rodziną oraz żona frankowego kuzyna z dziećmi. 
Te dni upłynęły mi w bardzo sympatycznej atmosferze i nawet nie wiem kiedy minęły! Aż mi się trochę nie chce wracać (ale nie mówcie nic Frankowi :P) chociaż moi rodzice już dwie godziny temu wyjechali. Ciekawa jestem, czy się Franek trochę za mną stęsknił :) Rozmawialiśmy codziennie przez telefon i mówił, że mu się nudzi i dziwnie mu beze mnie, ale zobaczymy, czy się dzisiaj na mój widok ucieszy :)) Ja się oczywiście cieszę, że się zobaczymy, ale też uczciwie przyznam, że nie miałam wcale za bardzo czasu, żeby się stęsknić, bo ciągle byłam czymś zaabsorbowana :) Ale ja to zawsze byłam tą stroną mniej tęskniącą :)

Przyznam, że się trochę na początku stresowałam, jak to będzie, gdy będę tu sama musiała walczyć o swoją dietę, bo bałam się braku zrozumienia. Chodzi mi o to, że moja mama doskonale zna "realia cukrzycowe", a kiedy jeszcze ja się nabawiłam tej cukrzycy, to przeczytała na ten temat wszystko, co możliwe, więc w Miasteczku problemów z dietą nie było. Ale moi teściowie nie są specjalnie zaznajomieni z tematem. Tzn. teść od lat leczy się na cukrzycę typu II, ale mam wrażenie, że niestety akurat do diety nie przywiązuje aż takiej wagi i chyba niespecjalnie przestrzega tego, co mu jeść wolno a czego nie. Nie jedzą jakoś szczególnie niezdrowo, ale to bardziej dlatego, że teściowa toczy walkę o utratę kilku kilogramów, ale diety antycukrzycowej raczej nie stosują. Problem z moją cukrzycą polega jeszcze na tym, że nie wszystko, co można jeść "normalnemu" cukrzykowi można jeść również mnie a poza tym mam zupełnie inne normy. Bałam się trochę, że wyjdę na niegrzeczną, kiedy będę ciąglę odmawiała zjedzenia czegoś (bo generalnie w Poznaniu dałam się poznać jako osoba wybredna :P Faktem jest, że od lat żywię się w nieco innym stylu nić teściowie i choć uważam, że teściowa gotuje bardzo dobrze, to nie wszystko mi po prostu smakuje, bo nie przepadam na przykład za mięsem albo gotowaną pietruszką i marchewką, które są nieodzownym składnikiem sałatki jarzynowej teścia :)). Franek już od tygodnia przygotowywał rodziców, zwłaszcza mamę na to, że moje jedzenie będzie bardzo specyficzne w tych dniach i chyba jednak misja została zakończona sukcesem :) Zachowanie teściów spowodowało, że nie czułam się z tym wszystkim aż tak bardzo niekomfortowo i nawet niespecjalnie namawiali mnie do tego, żeby czegoś skosztować, bo przecież "jeden kawałek ciasta nie zaszkodzi" (przy cukrzycy ciążowej takie myślenie jest w zasadzie zabronione kategorycznie) - teść co prawda miał takie ciągotki, ale bardziej skupił się na moim tacie. Ten na szczęście jednak też się pilnował - a poza tym wiedział, że po swojej prawicy ma strażnika w postaci mojej mamy i zawsze na nią zerkał z pytaniem w oczach, czy na daną rzecz może sobie pozwolić, czy nie :P
Ostatecznie wszystko poszło sprawnie i moja dieta nie ucierpiała. Co nie znaczy, że wszystkie wyniki są w normie i dzisiaj byłam w Poznaniu u diabetologa (znowu zawdzięczam to abonamentowi w sieci placówek medycznych) na konsultacji. Potwierdza się, że co lekarz, to inna opinia. Pani doktor powiedziała, że ona jeszcze by się jednak z tą insuliną wstrzymała i zaproponowała mi jeszcze jedną modyfikację śniadaniową - powiedziała, że jeśli i to nie pomoże, to faktycznie będzie trzeba pomyśleć o insulinie, ale żebym się aż tak jej nie obawiała. W każdym razie powiedziała, że po pierwsze, najgorszy okres w cukrzycy ciążowej to 28-31 tydz (rzeczywiście! dokładnie w 28 tygodniu wyniki ze śniadania mi się pogorszyły, bo wcześniej były dobre) i od 32go powinno się to stabilizować (teraz jestem w 31 tyg). A po drugie miała dla mnie bardzo dobrą wiadomość - z tych moich pomiarów wynika, że nie mam insulinooporności, co oznacza, że mój organizm generalnie jednak z insuliną sobie radzi i być może nawet jeśli trzeba będzie zastosować zastrzyki, to na przykład tylko do śniadania.
No nic, zobaczymy, daję sobie jeszcze ten ostatni tydzień, podczas którego zrezygnuję z węglowodanów na pierwsze śniadanie i dopiero przy drugim się nimi poczęstuję. Zobaczymy, co z tego wyniknie... 

Generalnie to miło, że tak mi wszyscy kibicują w tej mojej diecie - pytają co jadłam i jaki miałam potem poziom cukru. Szczególnie moja mama, Franek i teściowa angażują się w to wszystko. To nawet dość zabawne, kiedy na przykład przychodzi czas, gdy muszę zmierzyć cukier, a wszyscy otaczają mnie wianuszkiem i wpatrują się jak zaklęci w glukometr, a potem wydają z siebie okrzyk ulgi, kiedy jest norma :) A gdy coś jest nie tak, to zastanawiają się, co mogło na to wpłynąć. Po prostu fajnie wiedzieć, że nie jestem z tym całkiem sama.

*** godz 21:50***
Chyba jednak muszę częściej wyjeżdżać. Nie dość, że Franek na moją cześć wypucował całe mieszkanie (nawet rury przeczyścił:P), to jeszcze przygotował romantyczną kolację (oczywiście wersję dietetyczną) przy świecach :)