Wspominałam
jakiś czas temu, że w styczniu planujemy odbyć nauki przedmałżeńskie i
rzeczywiście tak zrobiliśmy. Byliśmy na siedmiu katechezach oraz na
dwóch spotkaniach w poradni. Nie byłam nastawiona do nich negatywnie,
ale też niczego wielkiego się nie spodziewałam po tych wszystkich
opiniach, które słyszałam od znajomych na ten temat. Kiedy nasz kurs się
skończył, odczułam… żal
Wiem, że dla niektórych to może być szok :), ale nam naprawdę te spotkania bardzo się podobały.

Na pewno
wiele zależy od sposobu ich prowadzenia, my trafiliśmy naprawdę dobrze.
Każde spotkanie było z kimś innym (podkreślam, że tylko jedno z
księdzem, który omawiał głównie kwestie organizacyjne oraz dotyczące
wiary, bo sporo osób wyobraża sobie, że te nauki są zawsze z księdzem) –
było małżeństwo w średnim wieku, była pani psycholog, była nauczycielka
wychowania do życia w rodzinie, był nawet inżynier
Prowadzący zawsze na samym początku przedstawiali się i mówili jaki
mają staż małżeński. Później często posługiwali sie przykładami z
własnego życia – oni naprawdę wiedzieli, o czym mówią i to było widać.
Oczywiście, nie wszystkie spotkania wydawały nam się równie
interesujące, nie wszyscy przypadli nam do gustu, nie ze wszystkim się
tak całkowicie zgadzaliśmy.

Ale
ogólnie uważam, że tak właśnie powinny wyglądać nauki przedmałżeńskie.
Przede wszystkim te spotkania bardzo nas do siebie zbliżyły – musieliśmy
się tak zorganizować, żeby po pracy dotrzeć na spotkanie, wymagało to
od nas kompromisów i wzajemnej pomocy. Poza tym wiele
tematów prowokowało nas do przemyśleń, a co za tym idzie, do rozmowy o
różnych sprawach -mniej lub bardziej oczywistych, łatwiejszych i
bardziej skomplikowanych. Przeżywaliśmy ten czas bardzo świadomie.
Franek kilka razy wyszedł ze spotkania i stwierdził: „naprawdę dał mi
ten facet do myślenia” – a to i tak jeszcze nic, bo później naprawdę
zauważyłam zmianę nie tylko w jego rozumowaniu, ale także zachowaniu
jeśli chodzi o pewne kwestie. Ja też trochę zmieniłam zdanie co do
niektórych spraw.
Jednak
my jesteśmy osobami wierzącymi i te spotkania znaczyły dla nas bardzo
dużo pod względem duchowym. O ile wcześniej oczywiście mieliśmy
świadomość, czym jest małżeństwo, to dzięki katechezom spojrzeliśmy na
nie trochę od innej strony. Bardzo istotne były dla nas spotkania, na
których poruszany był temat wiary i modlitwy w rodzinie oraz małżeństwa
jako sakramentu. Podobały nam się też wykłady o różnicach w przeżywaniu
miłości przez kobietę i mężczyznę (były prowadzone przez dwie różne
osoby – wg Franka jeden facet mocno przynudzał, ja to przełknęłam ;))
Muszę przyznać, że najbardziej zaskoczona byłam tym, że usłyszałam
całkiem sporo rzeczy, których się nie spodziewałam
Myślałam, że temat będzie potraktowany szablonowo, a tymczasem mile
się rozczarowałam. Podobnie, gdy przeczytałam, że czeka nas wykład
o wykroczeniach przeciwko życiu albo miłości małżeńskiej – obawiałam się
opowieści o aborcjach, być może filmu oraz zupełnie nieżyciowego
podejścia do seksu – bardzo się myliłam
Na całe szczęście. Właściwie to ta katecheza podobała się nam najbardziej



Tak
naprawdę mimo najszczerszych chęci, bardzo trudno mi opisać, z czego
wynika moje pozytywne podejście – bo nie potrafię dokładnie ubrać w
słowa to, jak się czułam, kiedy to wszystko, co słyszałam mocno trafiało
mi do serca. Dodatkowo odczuwałam radość z powodu tego, że słuchamy
tego razem i razem możemy czerpać z tego nauki i wyciągać wnioski. Te
wzajemne poszturchiwania, ukradkowe uśmieszki, czy uściski dłoni gdy
słyszeliśmy coś, co nas mocno dotyczyło
I poczucie, że nam się uda, jeśli tylko będziemy przestrzegać pewnych
zasad. Nie do opisania, naprawdę. I… cała ta idea małżeństwa spodobała
nam się jeszcze bardziej, jeszcze więcej dla nas znaczy, czujemy się tak
jakby… została nam powierzona jakaś tajemnica, do której tylko my dwoje
mamy dostęp


Ale
jeszcze raz podkreślam – jesteśmy wierzący i praktykujący, więc na pewno
w dużej mierze nasz pozytywny odbiór wynika właśnie z tego. Nie są to
chyba spotkania dla osób, które ślub kościelny biorą bez przekonania
(przecież i tak się zdarza – bo tak wypada, bo jedna strona chce, bo
presja rodziny itp.) albo które mają bardzo dużo poważnych wątpliwości
dotyczących wiary, czy kościoła. Rozumiem, że nie wszystkim te nauki
mogą odpowiadać, chyba nawet rozumiem, że dla kogoś niektóre rzeczy mogą
się wydawać śmieszne. Ale w naszym wypadku było tak, że to, co tam
słyszeliśmy było spójne z naszym systemem wartości i w niewielu
kwestiach dostrzegaliśmy konflikt interesów.
Wiem
też, że te nauki łatwo „zepsuć”. Łatwo przegiąć w jedną stronę,
ośmieszyć wiele spraw(nawet podświadomie i pewnie w dobrej wierze).
Nietrudno też o przekazanie negatywnych emocji (z tym się po części
spotkałam w pewnym momencie, ale o tym później). Czasami prowadzący
zdają się być oderwani od rzeczywistości, nie potrafią nawiązać kontaktu
z narzeczonymi. Szkoda, bo wiem, że całkiem sporo osób z podobnym
podejściem do naszego, mocno się po takich naukach rozczarowała.
Jak
wspomniałam, nam się tez nie wszystko podobało i przy następnej okazji
napiszę o tym, co nie do końca mi odpowiadało. Ale tak ogólnie, oboje
uważamy, że naprawdę warto było w tych spotkaniach uczestniczyć. Kiedy
się skończyły, było nam trochę dziwnie
Szkoda, że jesteśmy już po.
