*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzinnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzinnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2016

Cudowny, aktywny weekend.

Tak, jak pisałam, pojechaliśmy wczoraj na zajęcia w nowe miejsce. Bardzo nam się podobało! Franek stwierdził, że ta kawiarnia jest nawet lepsza od poprzedniej. Mnie jeszcze trudno to ocenić, bo mam ogromny sentyment do tamtej. Ale fakt, że na te muzyczne zajęcia jest lepiej wyposażona. Na przykład stoi tam pianinko. Jednak jakby nie było, najważniejsze, że formuła zajęć jest taka sama i prowadząca również. Dzięki temu od razu poczuliśmy się tam, jak na starych śmieciach. Wiking przez pierwsze dziesięć minut siedział trochę onieśmielony - widać było, że rozpoznaje głos, ale reszta mu nie grała. Rozglądał się z zaciekawieniem dookoła, obserwował nowe koleżanki i nowych kolegów, ale później już doszedł do siebie i zaczął po staremu dokazywać. Na te zajęcia chodzą też starsze dzieci i widzę, że Wiking bardzo lubi się im przyglądać i je naśladować. Na przykład wczoraj chłopczyk około dwuletni biegał dookoła swojej mamy i siostry. Wikuś akurat usiadł sobie obok nich i patrzył na niego, po czym wstał i zaczął biegać za tym chłopcem. A jeszcze jedna różnica, między tymi zajęciami a wcześniejszymi jest taka, że na tamte przychodziły jednak tylko mamy z dziećmi, tu przychodzą także tatusiowie. Może się Franek wreszcie da namówić :P On się trochę wstydzi śpiewać na forum, ale myślę, że jak zobaczy innych panów to się ugnie i wejdzie z nami do środka :)
Wiking wyglądał na bardzo zadowolonego, ale przyznam, że ja miałam z tego wypadu chyba najwięcej frajdy :) Poczułam, że jestem tam gdzie trzeba! Poza tym przywitałyśmy się z prowadzącą jak stare znajome - można zresztą powiedzieć, już nimi jesteśmy. W końcu na tych zajęciach jest ogromna rotacja, więc jeśli widywałyśmy się prawie co tydzień od marca, to już trochę tego czasu razem spędziłyśmy i trochę o sobie wiemy. A ponieważ to były jej ostatnie zajęcia tego dnia, to potem jeszcze z godzinę gadałyśmy o różnych sprawach.
Minusem jest to, że choć to miejsce jest bliżej naszego miejsca zamieszkania i samochodem jedziemy tam krócej o jakieś 15 minut, to jest trochę gorszy dojazd komunikacją miejską. Nie wiem więc, czy będzie udawało mi się tam jeździć z Wikingiem samej. Zobaczymy za tydzień.

Dzisiaj natomiast wreszcie wybraliśmy się całą trójką na basen! Próbowaliśmy to zrobić chyba od września! Ale najpierw Wiking miał katar, potem Franek był przeziębiony. Następnie wyjechaliśmy z Wikingiem na dłużej, potem Dzieciak znowu się przeziębił. Później dopadła nas jelitówka, innym razem mieliśmy gości. Do tego jeszcze doszły święta i duże mrozy... No i tak nam zeszło do dnia dzisiejszego z tym wybieraniem się. Ale w końcu się udało i było wspaniale! 
A Wiking był po prostu zachwycony!! Takiej radości u niego przez tak długi czas to ja jeszcze naprawdę nigdy nie widziałam. Cieszył się bite 40 minut w wodzie i nawet bałam się, że nie będzie chciał wyjść :) Być może pamiętacie, że chodziliśmy z Wikingiem na zajęcia z pływania dla niemowląt, kiedy miał 5 miesięcy. Podobało mu się wtedy (zawsze był zainteresowany, nie marudził, znając go i jego zachowania mogłam stwierdzić, że lubi te zajęcia, choć bez szału), ale w porównaniu do tego, jak zachowywał się dzisiaj, to w ogóle nie ma o czym mówić! Cały czas głośno się śmiał, piszczał z uciechy, chlapał rączkami, śmiał się z tego, że ja i Franek mrużymy oczy, kiedy pryskał w nas wodą, machał nóżkami i absolutnie nic nie robił sobie z tego, że woda leciała mu do oczu, uszu i że się ze trzy razy zakrztusił. Cudownie było patrzeć na tę jego ogromną radość.
Byliśmy przekonani, że po pływaniu będzie wrzeszczał przy ubieraniu (nic takiego się nie stało, śmialiśmy się, że chyba wieczorami musimy z nim na basen przyjeżdżać, żeby go wykąpać i ubrać w piżamkę), a potem padnie ze zmęczenia, tak, jak to się zawsze działo w czerwcu. Ale okazało się, że nasze dziecko jest już dużo bardziej wytrzymałe i wcale nie było śpiące. Kiedy usiedliśmy w restauracyjce przy basenie, żeby coś zjeść i porządnie wyschnąć, Wiking bawił się w kąciku dziecięcym, oglądał kolorowe rybki, stał z nosem przyklejonym do szyby i obserwował pływających na dole ludzi a nawet łaził za panem, który zamiatał podłogi i był zafascynowany tą czynnością.
Zdecydowanie musimy się częściej wybierać na basen! Co tydzień się pewnie nie uda, bo Franek pracuje, ale może chociaż co dwa. Na razie chyba nie będziemy szukać zajęć zorganizowanych, głównie właśnie dlatego, że nie chcemy się deklarować na cotygodniową obecność, ale też dlatego, że chociaż nie żałujemy, że wzięliśmy udział w tych letnich zajęciach, to pani prowadząca niestety nie podbiła naszych serc. Mieliśmy mieszane uczucia i nie pałamy ogromną chęcią, żeby znowu do niej się zapisywać, a tylko ona prowadzi tam zajęcia. Oczywiście moglibyśmy szukać na innych basenach, ale tam jest nam póki co najwygodniej dojechać. No i nie zależy nam aż tak bardzo na tym- póki co lepiej, jak się pochlapiemy we trójkę na własną rękę. Jak Wiking będzie starszy i będzie już szansa na to, że będzie mógł nauczyć się pływać, to go zapiszemy.

Weekend minął mi w tempie ekspresowym! Poza tym była u nas siostra z koleżanką (a ściślej rzecz ujmując swoją nieformalną szwagierką), bo przyjechały na jakiś koncert. Ale w sumie nie było za dużo okazji, żeby spędzać czas razem. Niemniej jednak sprzedaliśmy dzisiaj rano dziewczynom Wikinga i wybraliśmy się do kościoła tylko we dwoje :)
Czuję się zmęczona, ale też absolutnie spełniona. Lubię taki aktywny wypoczynek, lubię, jak coś się dzieje. Trochę mało zrobiłam w domu co prawda i chwilami odczuwam lekki niedosyt, ale zduszam go w zarodku, bo to w gruncie rzeczy głupie myślenie :) Zrobiłam pranie, prasowanie, ugotowałam obiad, zrobiłam sałatkę, posprzątałam z grubsza... Walnęłam se maseczkę na pyszczek, pozbyłam zbędnego owłosienia. Nadrobiłam serialowe zaległości, poczytałam i pobawiła się z Wikingiem. W zasadzie to sama nie wiem, co ja bym jeszcze więcej chciała :P Przecież nie będę robiła co tydzień porządków generalnych i inwentaryzacji zabawek :D Niniejszym uznaję miniony weekend za bardzo udany. Szkoda, że się skończył, ale na szczęście następny już za pięć dni. Szybko zleci. Chyba :)

niedziela, 6 grudnia 2015

Relacja z weekendu.

Nie wiem kiedy minął ten weekend :) Czas dosłownie śmignął! Wczoraj z samego rana przyjechali moi rodzice. Franek niestety pracował, w dodatku się znowu trochę rozchorował, więc bez niego pojechaliśmy do jednego centrum handlowego, bo miałam tam do odebrania przesyłkę. A konkretnie był to prezent pod choinkę dla Wikinga :) Skoro już tam byliśmy, to przy okazji przeszliśmy się jeszcze do dwóch sklepów, kupiliśmy pościel na zmianę do łóżeczka i jakieś drobiazgi dla Wikinga. Poszliśmy też na "lunch" (bo nie na pizzę :)) do Pizzy Hut. Wiking był zachwycony! Po pierwsze podobało mu się krzesełko bez blatu przystawiane bezpośrednio do stołu, po drugie zabawki, które miał do dyspozycji. A po trzecie smakowało mu jedzenie. Wiking jest nadal drobny, ale jak to moja mama go określiła - to jest dziecko, które ciągle je! :) Rzeczywiście, trochę tak jest. Piersią co prawda karmię go już zazwyczaj tylko dwa, trzy razy dziennie, ale dostaje trzy posiłki "zwykłe"plus jakieś drobne przekąski w postaci kawałka papryki (zajada się papryką!), ogórka albo piętki od chleba. Wikuś jest oburzony, kiedy my coś jemy a on nie - myślę, że to jest pozytywny skutek uboczny tego, że od dawna siedzi z nami przy stole podczas posiłków. Zawsze musi dostać do rączki jakąś część naszego obiadu. A jako że wczoraj zamówiłam sobie bar sałatkowy i grzanki z mozzarellą i pomidorami, Wiking miał wolność wyboru. Właściwie jedliśmy z jednego talerza, bo podkradł mi z niego kawałek pieczywa i brokuły :) To smakowało mu najbardziej. Nie pogardził też grillowanym kurczakiem, oczywiście papryką i makaronem. Za to fasolka szparagowa nie podeszła mu zupełnie, ale wcale mu się nie dziwę, bo mi też akurat nie smakowała :) Fakt, że normalnie przyprawiamy mu jedzenie ziołami i pieprzem, ale nie solimy, a wczoraj jadł to samo co my, ale w końcu raz nie zawsze.

Parę razy już się zdarzyło, że Wiking był razem z nami w galerii handlowej i zawsze wyglądał na zadowolonego - a w każdym razie nigdy nie zdradzał objawów "przebodźcowania" po takiej wizycie, ale teraz podobało mu się szczególnie, bo po pierwsze wszędzie było pełno kolorowych świątecznych światełek, a po drugie, oglądał świat z zupełnie nowej perspektywy - z perspektywy istoty dwunożnej a nie czterokółkowej ;) A więc debiut ma już za sobą, dotychczas chodził tylko po mieszkaniu.

Popołudnie spędziliśmy już w domu w komplecie, choć nie jestem pewna, co takiego robiliśmy :) Trochę rozmawialiśmy, Wiking bawił się prezentami, które dostał dzień wcześniej od Mikołaja, ja odrobiłam wreszcie prasowanie... :) Ani się obejrzeliśmy, trzeba było iść spać a potem zaraz wstawać, bo już się zrobiło rano :) Poszliśmy do kościoła, potem rodzice zabrali Wikinga na spacer, a ja miałam chwilę na zajęcie się swoimi sprawami. Dzisiejszy obiad znowu jedliśmy poza domem - moja mama miała zaległe bony podarunkowe, których ważność jej się kończyła, więc przyjechała z zamiarem wydania ich na jedzenie w knajpach :) 
Później jeszcze przysiadłam razem z moim tatą do komputera i przeszłam przyspieszone szkolenie z korzystania z niektórych bardziej zaawansowanych opcji excela :) Dawno już się chciałam tego nauczyć i wreszcie się zmobilizowaliśmy. Ale to i tak tylko wywołało u mnie zwiększenie apetytu i mam ochotę na więcej, może w czasie świąt będzie następna lekcja.
Po 18:00 rodzice pojechali i właśnie dostałam informację, że dotarli do domu. Przyznam, że póki co nie mam syndromu przedszkolaka i nie zanosi się, żeby miał się pojawić, bo w ogóle o tym nie myślę. Przed nami bardzo intensywny tydzień, mamy w planie kilka spotkań, w czwartek przyjedzie Dorota - też w biegu zaliczając tę wizytę u nas - więc pewnie ani się obejrzymy i będzie kolejny weekend.  A potem jeszcze tylko tydzień i święta. Czas zapiernicza jak Wiking kiedy zobaczy otwarte drzwi od sypialni! (bo to oznacza, że może wleźć na łóżko i tarzać się po pościeli)

Właśnie sobie uświadomiłam, że chyba bardzo dawno nie pisałam notki, której tematem byłoby to, co robiłam w minionym czasie :P

poniedziałek, 2 listopada 2015

By ci żaba buzi dała...


Zastanawiałam się, jak zatytułować tę notkę i nagle przyszło mi do głowy jedno z ulubionych powiedzonek mojego dziadka. A że dzisiaj o dziadku będzie, to tytuł jak znalazł...
Oprócz tego, że 1 listopada jest w naszej rodzinie dniem, kiedy odwiedzamy groby bliskich, jest to także dzień, w którym mój dziadek obchodzi urodziny. Wczoraj skończył 79 lat. 
Trzyma się całkiem dobrze, chociaż może nie jest już w najlepszej kondycji fizycznej. Lata pracy za biurkiem zrobiły swoje. W zasadzie krótko po szkole zatrudnił się w pracy w banku, potem został głównym księgowym, następnie był dyrektorem kilku oddziałów jednego z większych banków w Polsce (przynajmniej w Polsce zachodniej ;)) Z drugiej jednak strony, jego rodzice prowadzili gospodarstwo rolne - mieli krowy, kury, pola i łąki. Więc bardzo często zaraz po pracy, dziadziu przebierał się, wsiadał na rower i jechał pracować na pole. Zresztą nawet dziś wszędzie jeździ na rowerze, więc może nie jest najgorzej z tą kondycją ;)
Dziadek zawsze był z tych, co to rozpieszczają swoje wnuczki :) Pisałam już kiedyś o nim tutaj i wspominałam, jak niemal co tydzień zabierał nas do sklepu, gdzie mogłyśmy wybierać sobie co tylko chciałyśmy ze słodyczy :) To właśnie on zabierał nas zawsze do cyrku i do wesołego miasteczka. W gruncie rzeczy można powiedzieć, że mój dziadek zawsze miał dwa oblicza - jedno to poważny księgowy zza biurka, ważna osobistość w Przymiasteczku, drugie - wesoły dziadzio, biegający z wnuczkami od karuzeli do karuzeli :) Ale dziadziu jest do dzisiaj bardzo szanowany i lubiany w Przymiasteczku, to jest po prostu tym osoby, która jest bardzo otwarta, sympatyczna, lubi zagadać i ma mnóstwo znajomych. Co chwilę ktoś się mu na ulicy kłania. Wczoraj, kiedy szliśmy całą rodziną na cmentarz, zaczepił go nawet facet niewiele starszy ode mnie i zastanawiam się, skąd mój dziadek ma takich znajomych :D
Wspominałam kiedyś również o tym, że dziadek zawsze lubił się nami chwalić. I pozostało mu to do dziś. Z tym, że teraz chwali się jeszcze wszem i wobec tym, że został pradziadkiem :) (swego czasu w moich "złotych myślach" -wiecie, taki zeszyt, do którego wpisywały się inne osoby - odpowiadając na pytanie "kim chcesz zostać w przyszłości" odpowiedział, że pradziadkiem, cieszę się, że mu się to udało :)) Dumnie prowadzi wózek i kiedy tylko spotka kogoś znajomego opowiada o Wikingu :) Zresztą przyznam, że jestem zaskoczona tym, jakim pradziadkiem się okazał. Pamiętam swojego, który czasami z nami pogadał, opowiedział jakąś historyjkę, ale zwykle kręcił się gdzieś po obejściu i niespecjalnie się chyba nami interesował :) Nie wiem dlaczego, myślałam, że dziadziu też będzie takim pradziadziem z daleka. A tymczasem się zupełnie pomyliłam. Bardzo często do nas przyjeżdża, zachwyca się Wikingiem, bierze go na ręce, zabawia go... Miło popatrzeć :)

Na mojego dziadzia zawsze możemy liczyć. Potrafi wszystko - od sklejenia szuflady, poprzez naprawę silnika w samochodzie po zrobienie pierogów. Jeśli chodzi o to ostatnie, to życie go tego nauczyło. W wieku 57 lat został wdowcem. Przez kilka lat jeszcze pracował a potem przeszedł na emeryturę i nauczył się prowadzić gospodarstwo domowe. Gotuje, pierze, sprząta. Wspominałam, że przez jakiś czas z nim mieszkałam. Dziadzio mi nawet śniadania do szkoły przygotowywał, dopóki stanowczo przeciwko temu nie zaprotestowałam :) Musimy już trochę dziadka hamować w tych jego zapędach, bo zapomina czasami, że musi mierzyć siły na zamiary :) Wujek więc przychodzi do niego sprzątać, nie pozwalamy mu już na przykład pomagać we wnoszeniu wózka z Wikingiem na drugie piętro i tak dalej. 
Niemniej jednak mój dziadek jest cały czas bardzo aktywny. Ciągle gdzieś chodzi, ciągle coś załatwia. Jest doskonałą ilustracją słów "wesołe jest życie staruszka" :) Działa w różnych stowarzyszeniach, jeździ na zjazdy, spotyka się ze znajomymi. Kiedy miał 65 lat zrobił prawo jazdy! Chciał być bardziej samodzielny i rzeczywiście na te zjazdy jeździ często sam z kolegami, chociaż na szczęście zdaje już sobie sprawę z tego, że i wzrok i refleks nie ten, więc jeździ bardzo rozsądnie. W sensie - w rozsądnych dawkach (kiedy nie musi, to nie jedzie), nie jeździ po zmroku, nie szarżuje. Teraz już rzadko wybiera się w dalekie trasy, zwykle kursuje tylko na odcinku Przymiasteczko-Miasteczko, a to i tak wtedy, kiedy wujek nie może z nim jechać. 
Franek zawsze powtarza, że gdy będzie na emeryturze, chciałby prowadzić taki tryb życia, jak mój dziadek. Ciągle coś się dzieje, ciągle coś robi, ciągle się z kimś spotyka. Nie siedzi przed telewizorem i nie ogląda serialu za serialem :) Chociaż i tak telewizji ogląda bardzo dużo, bo cały czas jak nie tenis, to piłka nożna, jak nie piłka nożna to jakiś inny sport. Czasami jakiś program przyrodniczy. W wolnych chwilach dziadziu, jak to zwykle dziadkowie mają w zwyczaju, rozwiązuje krzyżówki. A jak nie zna jakiegoś hasła, to włącza komputer i sprawdza w Google. Jakiś czas temu się dziadziowi zepsuł komputer i musieliśmy na szybko organizować mu jakiś zastępczy, bo on codziennie z internetu korzysta i nie mógł normalnie funkcjonować przy tej awarii (skąd ja to znam :)). Ale już sobie sprawił nowego laptopa i jest w porządku. Teraz bez problemu może sobie obejrzeć jakieś filmiki na youtube (nie byle co, jest kilka tematów, które go interesują), znaleźć jakiś przepis na obiad, przejrzeć jakieś mapy terenów, z których pochodzi, ułożyć sobie system za pomocą którego gra w totka itp. Dziadek lubi też słuchać muzyki - zwykle jest to klasyka. Na MP3 oczywiście ;)

Niestety, czas nie omija dziadzia swoim działaniem. Starzeje się, jak każdy. Ale cieszę się, że nie jest znudzonym życiem, narzekającym staruszkiem. Czasami nawet nam trudno jest pamiętać o tym, że ma już prawie osiemdziesiąt lat. Nadal dzwonimy do niego w wielu sprawach - a to chciałam zapytać o jakiś produkt bankowy (dziadek jeszcze tak zupełnie nie wypadł z obiegu, a kiedy wchodzi do swojego dawnego oddziału wszyscy go obsługują poza kolejnością i mówią do niego "szefie"), a to poradzić się w sprawie lodówki, z której coś cieknie, innym razem dzwoniłam, żeby zapytać, jak zrobił tę fasolkę, która była ostatnio na obiad. W dużej mierze to dzięki dziadziowi miałam takie piękne dzieciństwo, to on nauczył mnie wielu rzeczy, zwłaszcza, kiedy z nim mieszkałam.Wytrzymał ze mną, kiedy byłam niedobrą nastolatką, która się z nim często kłóciła. A on miał do mnie anielską cierpliwość. I choć czasami wkurzał mnie bardzo (bo na coś mi nie pozwalał, bo coś niepotrzebnie komentował, bo oglądał mecz, kiedy ja chciałam oglądać M jak miłość :)), to zawsze był obok, zawsze wspierał, pomagał, odciążał. I mimo wszystko rozpieszczał. Mam nadzieję, że tak pozostanie jeszcze przez długie lata :)

niedziela, 18 października 2015

Dzień Rodziny Frankowskich (i jej cyfry :))



Być może niektóre z Was pamiętają, że co roku w połowie października mamy kilka okazji do świętowania. Po pierwsze – urodziny Franka, które miał w sobotę. Po drugie, jego imieniny, które w tym roku wypadały w niedzielę. Po trzecie moje imieniny, które obchodzę tego samego dnia, co Franek urodziny :) Co roku o tym piszę i tym razem też nie omieszkam wspomnieć o tym, że raczej nigdy nie obchodziłam imienin (poza czasami wczesnoszkolnymi, kiedy to miałam żal, że urodziny wypadają mi w wakacje i nie mogę przynieść do szkoły cukierków :)), bo i u mnie w rodzinie nie ma takiej tradycji. Za to u Franka w rodzinie celebruje się raczej właśnie imieniny. I przez ten zbieg różnych okoliczności utarło się już w naszych rodzinach tak, że w dniach 17-18 października świętujemy po prostu wszystkie okazje  :) A od tego roku doszła nam jeszcze jedna, mianowicie imieniny Wikinga, które również przypadają na 17 października.
Właściwie utarło się tak, że imieniny obchodzi się w czasie najbliższym do urodzin. Wypadało by więc, że Wiking ma imieniny 22 lutego. Ale nie wszyscy taką zasadę stosują i my też postanowiliśmy się z niej wyłamać, choć trochę się nad tym zastanawialiśmy :) Niemniej jednak, po prostu stwierdziliśmy, że trzeba wykorzystać ten zbieg okoliczności i dzień 17 października uczynić Dniem Rodziny Frankowskich ;) (swoją drogą imieniny Wiktora wypadają również 21 lipca a więc w dzień moich urodzin, można więc powiedzieć, że to imię dla naszego dziecka naprawdę było nam przeznaczone *:P).
W tym roku świętowaliśmy raczej bez fajerwerków – po prostu razem z moimi rodzicami, siostrą i jej narzeczonym, zjedliśmy bardziej odświętny (coś w rodzaju niedzielnego :)) obiad, a potem posiedzieliśmy jeszcze przy deserze w postaci ciasta jabłkowo –migdałowego i przy trunkach – nalewkach, winie oraz piwie (dla mnie Karmi :)). Wiking siedział razem z nami przy stole w swoim foteliku i zadowolił się kaszą gryczaną i wodą :) Było naprawdę bardzo miło, ale zakładam, że z biegiem lat, to nasze świętowanie będzie coraz bardziej atrakcyjne – może jakieś zbiorowe wyjście do kina, do restauracji, czy wyjazd na wycieczkę… Pomyśli się, ale przypuszczam, że będzie można fajnie wykorzystać  ten zbieg okoliczności i już się na to cieszę.
Przez chwilę zastanawialiśmy się, co zrobimy, żeby naszemu ewentualnemu drugiemu dziecku nie było tego dnia przykro i nie czuło się pominięte (bo nie zamierzamy nadawać mu imienia Rudolf albo Laurentyna na przykład ;)), ale ostatecznie uznaliśmy, że będziemy się tym martwić, jeśli takie dziecko w ogóle się pojawi :)
*a skoro już przy takich zbiegach okoliczności i przeznaczeniu jesteśmy… Ciekawa jest kombinacja cyfr naszych dat urodzin – 21.07, 17.10, 07.01. Nie przywiązuję większej wagi do numerologii, ale lubię takie analizy i zbiegi okoliczności właśnie, a trudno nie dostrzec, że chyba możemy uznać jedynkę i siódemkę za nasze cyfry :) Moja dwójka trochę nie pasuje co prawda, ale za to występuje u Wikinga w peselu i ja mam pesel xx0721xxxxx a on xx2107xxxxx (bo teraz jest tak, że do miesiąca dodaje się dwójkę do pierwszej cyfry, czyli styczeń to 21, luty 22 itd.) A poza tym jestem rodzynką przecież, więc coś mi się od życia należy :D

czwartek, 10 września 2015

Jak mi dobrze, czyli chwilo trwaj :)

Zapiszę sobie to, żeby utrwalić ten moment, bo coś czuję, że niedługo gorzej może mi się zrobić :) Ale dziś jest miło, więc się podzielę tym dobrym nastrojem.
Wczoraj rano zaczęłam pisać notkę o tym, jak mi źle, bo rzeczywiście rano byłam zdołowana. Ale zajęłam się czymś innym, a potem Wiking się obudził i zbieraliśmy się do wyjścia, bo mieliśmy wczoraj zajęcia umuzykalniające w Warszawie. I bardzo dobrze, że tam pojechaliśmy!

Oczywiście zawsze te zajęcia dobrze nam robią, ale wczoraj wyjątkowo poprawiły mi humor. W tej kawiarni, do której jeździmy spotykam różne mamy. Zazwyczaj bardzo miłe (ze dwa, trzy razy spotkałam takie, które nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia), ale niektóre są takie, że nie przywiązuję większej wagi do ich obecności, a inne takie, na które czekam i cieszę się na ich widok. I wczoraj akurat tak się zdarzyło, że zebrała się ekipa fajnych mam, więc to spotkanie bardzo dobrze mi zrobiło. Wikingowi chyba też :)

Właśnie tego mi było potrzeba - takiej luźnej rozmowy z fajnymi dziewczynami! Z realnymi mamami, które były po prostu sobą i przyszły do kawiarni w tym samym celu, co ja. Muszę napisać którąś notkę na temat tych dziewczyn, ale to już przy innej okazji. Tak dobrze nam się rozmawiało, że aż zostałyśmy jeszcze po zajęciach pół godziny i razem w prowadzącą gawędziłyśmy sobie o wszystkim i o niczym, choć oczywiście głównie o macierzyństwie. Często uderza mnie to, że któraś z dziewczyn powie dokładnie to samo, co ja myślę :) Na przykład wczoraj jedna na coś się żaliła, na co inna powiedziała "na szczęście zawsze możemy tutaj przyjść i się wygadać innym mamom, które mają tak samo :)". 
Przed zajęciami jedna z mam podeszła do mnie i Wikinga, który piszczał z uciechy, bo bujałam go na huśtawce i pytała o jego drzemki. Opowiedziałam, jak jest, a ona powiedziała, że jej Marianka (urodzona dzień później niż Wikuś) bardzo niespokojnie ostatnio sypia i też jest problem z zaśnięciem. Potem dodała, że zawsze jest tak, że do czegoś się przyzwyczajamy, a dziecko potem się przestawia i zaczyna robić wszystko inaczej. To nie pierwszy raz, kiedy usłyszałam taką opinię od dziewczyn, które tam spotykam. Tak dobrze było pogadać z kimś, kto ma dokładnie takie same doświadczenia i przemyślenia, co ja, bo przecież wiele razy Wam tu opowiadam, jak Wiking sobie modyfikuje przyzwyczajenia :) W takich momentach przestaję myśleć, że zwariowałam i że tylko ja na całym świecie "tak mam" :D
Wyszłam stamtąd uskrzydlona, mimo, że nic wielkiego się nie wydarzyło. Widocznie po prostu potrzebowałam chwili rozmowy z kilkoma życzliwymi osobami :)Wiem, że to nic odkrywczego i że się powtarzam, ale naprawdę akurat wczoraj wyjątkowo mój nastrój został poprawiony tylko przez sam fakt obcowania z kilkoma osobami, które mnie rozumiały.
Do wieczora nadrabialiśmy z Frankiem zaległości w oglądaniu kilku programów przez internet, bo Wiking tak fajnie się bawił, że szkoda nam było się w tą zabawę wtrącać, zajęliśmy się więc sobą ;)

Dzisiaj znowu pojechaliśmy do kawiarni, a Franek, który kończył dzisiaj wcześniej, odsypiał sobie pobudkę o 2:45. Całą drogę powrotną i jeszcze jakieś pół godziny później Wiking spał, obudził się w dobrym nastroju i znowu mieliśmy po południu trochę czasu wolnego. Ale tym razem postanowiliśmy zrobić coś pożytecznego i zabraliśmy się za porządki. Znowu ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że Wikingowi bardzo się podobało to, że nie zwracamy na niego szczególnej uwagi, a on po prostu sobie uczestniczy w naszej codzienności. Wyglądało to tak, że na przykład sprzątaliśmy w pokoju, a Wikuś kręcił nam się pod nogami - tu zajrzał, tam postukał, tu zawołał. Kiedy wychodziliśmy, wychodził za nami, potem za nami wracał. A przez cały ten czas miał niesamowicie zadowoloną minę! Jaki z tego wniosek? Powinniśmy częściej sprzątać (bo przecież w sobotę też Wiking nam na to pozwolił) :P 

A tak serio - wszyscy dzisiaj byliśmy w dobrym nastroju i tak nam pozostało do tej chwili. Teraz Wiking już od ponad dwóch godzin śpi, a my oglądaliśmy sobie Na Wspólnej, a potem się "rozdzieliliśmy" każde do swoich ulubionych komputerowych zajęć. Za moment idę spać, Franek jeszcze trochę sobie posiedzi, bo jutro ma wolne. A ja chyba znowu zafunduję sobie wychodne, mimo, że od poprzedniego ledwie tydzień minął. Ale muszę poszukać prezentu dla taty, który miał niedawno urodziny. Sto lat temu (no dobra, może dwadzieścia) dostał ode mnie i siostry kubek z napisem Tata, który jest już bardzo sfatygowany i mama chce go wyrzucić, ale tata nie pozwala. Chcemy więc mu kupić nowy, żeby tego pozbył się bez żalu. Ale nie możemy takiego znaleźć! Wszędzie tylko jakieś głupie teksty typu "tata - najlepszy kumpel i pierwsza miłość albo "tata jest władcą wszechświata" itp. A my chcemy najzwyklejsze w świecie TATA! Nie młody, nie super, po prostu tata, bo to słowo mówi samo za siebie. Może więc się przejadę po Warszawie i poszukam jakichś sklepów z porcelaną...

I niech ten dobry nastrój nam towarzyszy jak najdłużej!

czwartek, 27 sierpnia 2015

Leśny spacer.

Jak już ostatnio wspominałam, Franek dzisiaj i jutro ma wolne. Jako, że jutro mamy z Wikingiem umówioną wizytę w Instytucie Matki i Dziecka, postanowiliśmy dziś zrobić użytek ze wspólnego czasu wolnego. Nieco długo zajęło nam ogarnianie się od rana, Wiking miał stosunkowo długą poranną drzemkę, Franek był trochę nie w sosie (choć twierdzi, że to nieprawda, a tylko miał lekkiego lenia), ale o 13 udało się wyjść z domu.
Całe szczęście do Puszczy Kampinoskiej mamy tak blisko! :) Bo tam właśnie był cel naszej wycieczki. Tak, ja wiem, że dopiero co tam byłam na wakacjach, ale Kampinoski Park Narodowy ma to do siebie, że jest bardzo duży i ma wiele szlaków turystycznych oraz ścieżek edukacyjnych. Z rodzicami byłam w innej części, dziś wybraliśmy miejsce, które znajduje się najbliżej nas - niecałe 20 km. Zapakowaliśmy do samochodu Wikinga oraz jego wózek i pojechaliśmy. Dotarcie na miejsce zajęło nam raptem 20 minut, ale drugie tyle szukaliśmy początku szlaku, choć przejeżdżaliśmy obok ze trzy razy :) Zmyliło nas to, że nie było miejsca na zaparkowanie samochodu, ale jakoś sobie z tym poradziliśmy i wyruszyliśmy. 
Zrobiliśmy sobie dwugodzinny spacer. Bardzo lubię las - ten charakterystyczny zapach mokrej ziemi (mimo, że susza na całego)oraz drzew i specyficzną leśną ciszę - szum liści, opadające igliwie, brzęczące owady, ćwierkające ptaki. I tylko od czasu do czasu jakiś miejski dźwięk z oddali.Wikingowi chyba też się podobało, bo po weekendowym buncie wózkowym, kiedy to chciał jechać na stojąco, dziś siedział bardzo spokojnie. Zresztą przez prawie godzinę spał sobie odurzony leśnym powietrzem.
O siedemnastej byliśmy już z powrotem w domu, usatysfakcjonowani wycieczką. Wiking sobie teraz hasa po całym pokoju i widać, że jest we wspaniałym humorze. Energia go rozpiera i cały czas się cieszy.

Cieszę się bardzo, że tak blisko mamy do puszczy. Niby zawsze to wiedziałam i wiele razy planowaliśmy taki wypad, jak dzisiejszy, ale dotąd się nie złożyło. Dopiero ten wakacyjny wyjazd z rodzicami stanowił impuls do tego, abyśmy w Frankiem też poszukali jakiejś krótkiej trasy.
Bardzo mi się tam podoba - już w lipcu uderzyło nas to, że na szlaku nie było w ogóle ludzi. Być może w weekendy jest inaczej, ale przypuszczam, że tereny są tak rozległe, że rzadko się kogoś spotyka. Dziś też mijaliśmy tylko jedno małżeństwo z dziećmi. Zawsze lubiliśmy z Frankiem spacerować po lesie - na przykład w okolicach Miasteczka. Taka forma spędzania wolnego czasu bardzo nam odpowiada. Jesteśmy o krok od cywilizacji, a jednak już jakby w innym świecie. Niemal zupełnie sami. Możemy spokojnie porozmawiać, porozmyślać. Delektować się bliskością i pięknem przyrody. Taki spacer naprawdę ładuje akumulatory. Już planujemy ponownie odwiedzić to miejsce, zwłaszcza, że przekonaliśmy się, że mamy naprawdę blisko. Zastanawiamy się też, jak tam wszystko wygląda jesienią i zimą. Może będzie dane nam się o tym przekonać...

środa, 1 lipca 2015

Tata i ja

Było ostatnio o mamie, to teraz czas na tatę :) Choć trochę się spóźniłam z tą notką, ale nic to, co się odwlecze... :)
Na wstępie muszę zaznaczyć, że absolutnie nie występuje u nas w rodzinie instytucja "córeczki tatusia" i wręcz wkurza mnie, kiedy ktoś mówi o tym, że córeczki to zawsze tatusiowe są. U nas zawsze było tak, że to z mamą miałam lepszy kontakt i do mamy ze wszystkim leciałam. Co wcale nie znaczy, że w ogóle relacje z mamą miałam lepsze, bo z tatą zawsze miałam i mam równie dobre.
Rzecz w tym, że mój tata to zupełnie inny typ charakterologiczny niż ja :) Jest małomówny, spokojny, dość flegmatyczny, bardzo, ale to bardzo wyważony (jeśli pisałam o tym, że moja mama jest stoikiem, to mój tata bije ją w tym na głowę :)) Chociaż potrafi się też wkurzyć i robi się wtedy bardzo nieprzyjemny, widziałam go parę razy w akcji (nie w stosunku do mnie), więc lepiej mu nie podpadać :) Ale nie dzieje się to zbyt często. Może właśnie dlatego te wybuchy, jeśli już następują, są bardzo gwałtowne.

Gdybym miała określić mojego tatę jednym słowem, to powiedziałabym, że jest bardzo mądry. No dobra, to dwa słowa. Ale faktem jest, że mój tata jest naprawdę piekielnie inteligentny i ma analityczny umysł. Tata nie ma w zwyczaju gadać dla samego gadania. Ale kiedy się już odezwie, to naprawdę daje do myślenia. Swoje zdanie wygłasza prawie zawsze tylko wtedy, kiedy jest o nie pytany. Bardzo często zasięgam opinii taty i bardzo się liczę z jego zdaniem.
Z takimi codziennymi sprawami zawsze dzwonię do mamy. Żeby się wyżalić, wygadać, wyżyć emocjonalnie, poradzić też. Ale kiedy mam jakiś poważny dylemat życiowy, po radę zawsze zwracam się do taty i bardzo ważne jest dla mnie to, co powie. Jego rada jest zawsze bardzo logiczna i praktyczna... To właśnie z tatą rozmawiam o finansach, inwestycjach, czy polityce. I nie są to żadne burzliwe dyskusje, po prostu lubię wiedzieć, co mój tata myśli na dany temat, a że on się z tym nie obnosi, to zawsze najlepiej zapytać :)

Kiedy chodziłam do szkoły, tata godzinami odrabiał ze mną lekcje :) Głównie w liceum, bo chodziłam do klasy matematyczno-fizycznej i te przedmioty stały u nas na bardzo wysokim poziomie. A że mój tata to prawdziwy umysł ścisły, często siedział ze mną i rozwiązywał ze mną zadania. To dzięki niemu miałam z tych przedmiotów piątki (a nawet szóstki), bo przerobił ze mną tyle zadań (ze mną, nie za mnie :)), że nauczyłam się je rozwiązywać. Odkąd obie z siostrą skończyłyśmy szkołę, tata ratuje się różnego rodzaju zagadkami logicznymi ;) Cały czas gimnastykuje umysł, co zresztą procentuje, bo dzięki temu właśnie awansował, kiedy już był po pięćdziesiątce. Dzięki temu mamy okazję się nieco częściej widywać, bo regularnie przyjeżdża do Ministerstwa Finansów i czasami wpada również wtedy do nas.

Być może nigdy nie byłam typową córeczką tatusia. Ale tata zawsze był dla mnie bardzo ważną osobą. Kiedy byłam dzieckiem, to właśnie z nim zabawy pamiętam. Gdy byłam starsza, to tata potrafił postawić mnie do pionu. Kiedy dorosłam, to właśnie z jego zdaniem liczyłam się najbardziej (co wcale nie znaczy, że nie słuchałam mamy :P - o tym pisałam ostatnio, ale rzecz w tym, że moja mama też często się radzi taty). Wiem, że zawsze, ale to absolutnie zawsze mogę liczyć na pomoc z jego strony.

Właściwie trudno mi opisać relacje między nami - bo na pozór są one trochę z dystansem, a w rzeczywistości jesteśmy sobie przecież bliscy. Myślę, że to wszystko znowu wynika z tego, że w ogóle w rodzinie nie jesteśmy wylewni - to stwierdzenie powraca w moich notkach jak bumerang, bo jest istotą rzeczy :)
Wiele jest rzeczy, które wiążą się z moim tatą i których nigdy nie zapomnę. Ale są dwie takie, które bardzo odcisnęły się w mojej pamięci i myślę, że właśnie wiele mówią o tym, jaki tata jest dla mnie.
Być może pamiętacie taki program w telewizji, chyba sprzed piętnastu lat pt. "Wybacz mi". Kiedy leciał, miałam chyba jakieś 16 lat. Pewnego razu siedzieliśmy oboje, a w tle leciał odcinek, w którym jakiś facet przepraszał swoją narzeczoną za to, że ją uderzył. Błagał o wybaczenie i przysięgał, że to się nigdy nie powtórzy. Nagle mój tata ni z tego ni z owego powiedział do mnie: "Pamiętaj, jeśli kiedykolwiek jakiś chłopak cię uderzy, od razu uciekaj i nie wierz, że się zmieni! Nie zmieni się! Absolutnie się z nim nie zadawaj."
Druga sytuacja miała miejsce tuż po moim ślubie z Frankiem. Kiedy tata podszedł do niego, pogroził mu palcem i pół żartem, pół serio powiedział: "No, to teraz masz być dobrym mężem, bo jak nie, to będziesz miał ze mną do czynienia".
To się może wydawać zupełnie normalnie i przypuszczam, że wiele ojców w ten sposób się zachowuje w stosunku do swoich córek. Rzecz w tym, że ze względu na charakter mojego taty, takie zachowania wydają się zupełnie nie w jego stylu. Pozornie wycofany, żyjący w swoim świecie (zazwyczaj cyferek i historii ;)) - ale to właśnie tylko pozory. Tak naprawdę tata bacznie obserwuje, tyle tylko, że na co dzień daje nam, kobietom pole do popisu i wkracza do akcji tylko wtedy, gdy uważa, że tak trzeba :)

Mój tata ma w sobie coś takiego, że wiele osób szuka u niego aprobaty. Myślę, że wynika to z tego, że wydaje się on (znowu - to tylko pozory)... groźny, ale także właśnie dlatego, że ta mądrość - również życiowa od niego bije :) Franek właśnie na początku mojego taty trochę się bał - nie bardzo wiedział, co sobie tata o nim myśli i nie potrafił zinterpretować tego pozornego wycofania. Ale z biegiem czasu wszystko się zmieniło. Wystarczyło, że Franek spędził trochę więcej czasu z moją rodziną, żeby poznać wszystkich lepiej i już wiedział, co mojego tatę śmieszy, co interesuje, co złości. A kiedy spotykamy się we czwórkę, często woli sobie posiedzieć w milczeniu z moim tatą niż ze mną i mamą, które ciągle trajkoczemy ;) W ogóle to myślę, że odkąd jest moim mężem, zbliżyła ich do siebie bardzo jedna rzecz - jako, że jestem bardzo podobna do mojej mamy pod niemal każdym względem, obaj wiedzą, jak trudno czasami jest mieć taką żonę :D

piątek, 29 maja 2015

...tak szybko odchodzą...

W tym tygodniu po raz pierwszy zostałam z Wikingiem w Podwarszawie tak zupełnie sama - z nikim bliskim w promieniu 300 kilometrów. Franek musiał pojechać do Poznania. Na pogrzeb swojej cioci :( Tej, której rok temu pomagał sprzątać przed pogrzebem babci...

Żal mi Franka, bo znowu bardzo to przeżył. Nie pisałam o tym wcześniej, ale ciocia zmarła już prawie dwa tygodnie temu. Byliśmy jeszcze w Miasteczku, kiedy zadzwonił Franka tato z tą wiadomością. W dodatku wszystko było takie niejasne... O śmierci siostry teść dowiedział się od policji, ale policjanci też nie znali żadnych szczegółów, powiedzieli tylko, żeby teść nie wchodził do mieszkania (ciocia mieszkała sama) i że następnego dnia ma się skontaktować w prokuratorem.
Kiedy to usłyszeliśmy, najgorsze myśli przychodziły nam do głowy. Przede wszystkim oboje myśleliśmy, że ciocia sobie coś zrobiła. Od śmierci babci była w bardzo złej kondycji psychicznej. Franek mówi, że to była kiedyś bardzo wesoła i towarzyska osoba, ale ja jej takiej nie znałam, bo niedługo po tym, jak się z Frankiem poznałam, jego babcia miała udar. Od tamtej pory właśnie ciocia się zmieniła - była bardzo zestresowana i smutna nawet wtedy, kiedy pozornie było wesoło. Przez siedem lat opiekowała się swoją mamą, poświęcała jej każdy dzień i każdą noc. Kiedy babcia zmarła, ciocia jakby straciła sens życia. To było widać i stąd te nasze myśli... Których teraz żałujemy i za które przepraszamy ciocię, bo okazało się, że po prostu zasłabła i po tym zasłabnięciu chyba od razu zmarła. Sekcja zwłok wykazała niewydolność dróg oddechowych. Ze względu na to, że śmierć była nagła i w miejscu publicznym (ciocia zmarła na przystanku, czekając na tramwaj :( jechała do pracy, bo od kilku miesięcy opiekowała się jakąś chorą osobą), wezwano prokuratora i stąd to całe zamieszanie.
Wyobraźcie sobie, że dokładnie w tym czasie teść był w pracy. Siedział na zajezdni - dwa przystanki od miejsca zdarzenia!, kiedy przyjechał inny kierowca i powiedział, że ruch jest wstrzymany, bo kogoś reanimują. Teściowi nawet jakoś dziwnie przemknęła przez myśl siostra, ale pomyślał sobie, że gdzie ona by o tej porze jechała (była niedziela rano)... Kiedy skończył pracę od razu próbował zadzwonić do niej do domu (nie miała komórki)..., a dwadzieścia minut później przyszła do niego policja.. Straszne, prawda? :(

Franek też to wszystko przeżywał, w dodatku miał do siebie pretensje, że źle ocenił ciocię. Jedyną pociechą było mu to, że zdążyła zobaczyć Wikinga... Kiedy byliśmy w Poznaniu, odwiedziła nas - wpadła tylko na chwilkę po pracy. Przyniosła bukiet kwiatów... Gdy Wikuś się rozpłakał i uspokoił u mnie na rękach, powiedziała "tak tak, najlepiej u mamuni, ja ciebie doskonale rozumiem Wiktorku..." Wychodziła, kiedy akurat karmiłam małego, pożegnałam się dość pośpiesznie. Jak zawsze w takich wypadkach, nie wiedziałam, że widzimy się po raz ostatni... Dowiedziałam się o tym dokładnie 11 dni później.
Ja myślę, że dla niej akurat to lepiej. Jest wreszcie ze swoją mamą, za którą tak tęskniła przez rok i półtora miesiąca. W końcu u mamuni najlepiej...

***
Wiadomo było, że nie ma sensu, żebyśmy Wikinga wieźli łącznie 600 kilometrów na sam pogrzeb, dlatego ja zostałam a Franek pojechał. Trochę się tego bałam - choć przecież bez sensu, bo byłam tylko trochę dłużej sama, niż normalnie, kiedy Franek pracuje. Ale odkąd się mały urodził, jeszcze nie spędziłam sama ani jednego wieczoru i nocy, i tego się obawiałam najbardziej. Ale daliśmy radę :) Różnica była tylko taka, że jak się kładłam, to wyciągnęłam Wikusia z łóżeczka i położyłam obok siebie. No i w nocy nie spałam najlepiej, budziłam się częściej niż Wiking. A kolejnego wieczoru Franek już przyjechał, choć w bardzo nieciekawym nastroju :( Nawet mnie się oberwało, ale na szczęście już następnego dnia było lepiej. A dzisiaj nawet dostałam "wychodne". Chciałam iść na majówkę do kościoła, więc Franek został z Wikingiem. Wróciłam po pół godzinie a tu cisza... Nie ma Franka, nie ma dziecka... Wrócili dopiero 10 minut temu - Franek zabrał małego na dwór, żeby mi trochę tę chwilę dla siebie przedłużyć. A że weekend ma wolny, to jutro rano jadę na zakupy - muszę znaleźć jakiś drobiazg dla mamy i siostry (która urodziła się dwadzieścia osiem lat temu w Dzień Matki :))

wtorek, 26 maja 2015

Mama i ja

Za każdym razem, kiedy słyszę "Dzień Matki", muszę sobie przypominać, że teraz mnie też to dotyczy - to znaczy, że teraz również jestem matką. Przyznam, że chyba mimo wszystko kompletnie tego nie czuję :) Przynajmniej właśnie nie w tym kontekście. Bo w kontekście Dnia Matki, nadal czuję się przede wszystkim córką. Dlatego też o margolce-matce będzie przy innej okazji, dziś o tej mojej życiowej roli, którą pełnię od początku mojego istnienia.

O relacji matka-córka krążą legendy. Od czasu do czasu trafiam gdzieś na hasła: "skomplikowana, złożona, pełna napięć, rozczarowująca, pełna konfliktów, oparta na żalu i pretensjach" - to tylko wyrywkowe słowa, na które gdzieś kiedyś w takim kontekście trafiałam. I przyznać muszę, że gdy pierwszy raz usłyszałam, że relacja matki z córką to jedna z najtrudniejszych istniejących relacji międzyludzkich, pomyślałam, że zaszła jakaś pomyłka. Ale temat trochę mnie zainteresował i okazało się, że ona naprawdę za taką uchodzi i że wiele kobiet ma problem ze swoimi mamami (raczej nie mam styczności z kobietami, które mają już dorosłe córki, dlatego skupiam się raczej na tej stronie tego "konfliktu") bądź nie do końca wie, jak sobie radzić w kontaktach z nimi.
Można więc powiedzieć, że nadszedł czas, kiedy odkryłam smutną prawdę - mianowicie, że nie każdy ma z mamą takie stosunki, jak ja. A wierzcie mi, że było to dla mnie tak naturalne, iż przekonana byłam, że tak właśnie jest. 

Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że moja relacja z mamą jest - i w tym wypadku nie zawaham się użyć tego słowa - idealna. Nie mam jej po prostu nic do zarzucenia, niczego bym nie zmieniła.
Mama jest dla mnie jedną z najważniejszych osób w życiu (wraz z pozostałymi członkami mojej najbliższej rodziny) - zawsze tak było i jest. Poza tym mama to jedna z trzech, bądź czterech osób (w zależności od tego, czego dotyczy dana sytuacja), które jako pierwsze dowiadują się o jakichś istotnych sprawach. Bo zazwyczaj, gdy coś się dzieje dzwonię do: Franka, mamy, Doroty i wujka (kolejność trochę przypadkowa:)). Ale to mama jest moim guru.

Nie chodzi o to, że nie odcięłam pępowiny. Od ponad dziesięciu lat jestem osobą zupełnie samodzielną i niezależną, która ma własne życie. Ale nie ukrywam, że mama stanowi bardzo ważną jego część. Rozmawiam z nią codziennie lub prawie codziennie. Zwykle są to rozmowy przynajmniej dziesięciominutowe. Rozmawiamy o wszystkim - o błahostkach dnia codziennego i sprawach, które w danym momencie są istotne. Kiedy jest mi źle, zawsze dzwonię do mamy. Kiedy wydarzy się coś dobrego - również. Dzwonię do niej, kiedy mi się nudzi, kiedy mam ochotę pogadać i w każdej innej możliwej sytuacji.
Dzwonię również po radę. Ale, co ciekawe, bardzo rzadko ją otrzymuję w takiej typowej dla rad postaci. Mama nigdy nie mówi mi co mam zrobić, zwłaszcza jeśli chodzi o ważne, życiowe wybory. Nigdy nawet nie sugeruje. Owszem, pomaga mi w analizie sytuacji, podpowiada, jakie są opcje i konsekwencje każdej z nich, ale zawsze powtarza, że to ja muszę zdecydować. A jeśli już to zrobię, nigdy nie ocenia. Naprawdę nie spotkałam się z tym, żeby potępiała jakikolwiek z moich życiowych wyborów., zawsze w całości je akceptuje. 
W ogóle moja mama ma to do siebie, że jeśli coś nie dotyczy jej bezpośrednio, a idzie nie do końca po jej myśli, to nie da w ogóle tego po sobie poznać. A z czasem zaakceptuje również i to, i dana osoba nigdy się nie dowie, że mama miała jakieś obiekcje. Znam kilka takich przypadków dotyczących mojej mamy i jakiejś osoby. Jeśli chodzi o mnie, wydaje mi się, że nie było sytuacji, kiedy nie podobałoby się jej moje postępowanie, ale - jak już wspomniałam - mogę o tym po prostu nie wiedzieć :)

Moja mama nie poucza. Owszem, słyszałam od niej zdanie "przecież mama ma zawsze rację". Ale ostatni raz to było zdaje się w podstawówce... :) Później nie musiała tego nigdy powtarzać, bo sama się o tym wielokrotnie przekonywałam.
Jestem do mamy bardzo podobna, ale nigdy nie odczuwałam, że jestem jakąś projekcją jej niespełnionych ambicji, marzeń czy też planów. Wręcz przeciwnie - mama nigdy nie namawiała mnie, żebym robiła coś, na co nie miałam ochoty. Wszelkie zajęcia dodatkowe wybierałam sama, szłam własną ścieżką - sama wybrałam szkołę średnią, kierunek studiów, a nawet miasto, w którym studiowałam.
Mama nigdy na siłę nie porządkuje mojego życia - w przenośni i dosłownie :) Podobno wizyty rodziców bywają stresujące, bo mama potrafi się do wszystkiego przyczepić. Oj tak, moja mama przyczepić się potrafi - do krzywo położonej serwety, do łazienki umytej "po łebkach", czy do tego, że ketchup położony jest na stół w słoiczku zamiast ładnie na spodeczku :) (mama bywa czasami pedantyczna, ale to kwestia genów, ja również bywam, choć w innych sprawach :)) Ale ten rodzaj czepialstwa zdarza się tylko u niej w domu. Kiedy przyjeżdża do nas, nigdy nie komentuje (chyba, że wie, że ja tego komentarza oczekuję i że przyjechała z misją ;)). Przykład?
Mama była u nas w poznańskim mieszkaniu. Kilka miesięcy później rozmawiałam z nią Miasteczku i skarżyła się na to, że woda w wannie nie spływa do końca i jak się kąpiemy to nie pilnujemy, żeby spłynęła i później się robi zaciek. Ja jej na to:
- U nas w wannie też jest taki zaciek
- Wiem, widziałam. 
- I nic nie powiedziałaś?? 
- A co miałam mówić? To Wasze mieszkanie. A nie prosiłaś mnie o opinię...
Ta rozmowa bardzo dobrze obrazuje to, jaka jest moja mama w kwestiach ewentualnego doradzania, czy wtrącania się.
Teraz, kiedy sama mam dziecko, często słyszę, że mamy- czyli babcie, lubują się w dawaniu dobrych rad jeśli chodzi o wychowywanie dzieci. Czegoś takiego również nie doświadczyłam. Moja mama zawsze mówi, że za jej czasów było inaczej. Albo, że nie pamięta. A jeśli pamięta, to tylko mówi, że ona w danej sytuacji robiła to i to, ale nigdy nie jest to podszyte ukrytym "powinnaś też tak zrobić".

I wyobraźcie sobie, że pomimo tego wszystkiego (a może właśnie dlatego?) prawie się nie zdarza, żebym nie kierowała się tym, co powiedziała mama, żeby nie dźwięczały mi w głowie jej słowa, żebym nie sugerowała się jej opinią. To jest zaawansowane do tego stopnia, że jeśli mam na jakiś temat, na który z mamą nie rozmawiałam, swoje zdanie i później przez przypadek dowiem się, że mama sądzi inaczej, to okazuje się, że zaczynam wątpić w to, co myślałam. Bo skoro mama uważa inaczej, to chyba jest coś na rzeczy... Nie potrafię teraz przytoczyć przykładu, bo zdarza się to zazwyczaj w błahych sprawach, ale zmieniam czasami zdanie na takie bardziej zbliżone do tego, co mówi mama :) I naprawdę nie chodzi o to, że ona mną manipuluje (często nawet nie ma pojęcia, że jej słowa miały taki efekt), ani że nie umiem myśleć samodzielnie. Prawdę mówiąc nie wiem z czego to wynika, ale tylko jedno przychodzi mi do głowy - mama jest po prostu dla mnie absolutnym wzorem do naśladowania.

Ostatnio, przy okazji opisywaniu dnia, gdy dowiedziałam się o ciąży, wspomniałam trochę o tym, jaka jest moja mama, czułam, że to konieczne, bo w przeciwnym wypadku jej zachowanie mogłoby być błędnie zinterpretowane jako nieczułe, a to byłaby nieprawda. Rzeczywiście, moja mama nie jest wylewna. Ale nigdy nie zabrakło mi ciepła, czułości i wsparcia z jej strony. Pamiętam przytulanki i całuski, kiedy byłam dzieckiem. Później te czułości po prostu zostały zastąpione przez inną formę interakcji. Ale chociaż nie ściskamy się i nie całujemy na powitanie, jestem pewna, że jesteśmy sobie bliższe niż niejedna matka z córką, które to robią.
Mogłabym (i chciałabym) opowiedzieć, jeszcze o tym, że mama się nie obraża, nie miewa fochów i że nigdy nie musiałam jej przepraszać dla zasady, mimo, że nie czułam się winna. O tym, że jest tylko człowiekiem i ma również słabe strony oraz że zdarzają nam się sprzeczki. A także o tym, jak przy okazji naszej ostatniej sprzeczki (grudzień 2013) się zachowała. I że świetnie gotuje i czego mnie w związku z gotowaniem i jedzeniem nauczyła. Wreszcie o tym, że nigdy nie była ani nie jest moją przyjaciółką. Bo jest po prostu mamą. Musiałabym stworzyć cały cykl opowieści o mamie :)
I kto wie? Może jeszcze przy jakiejś okazji napiszę znowu o tym, jaka jest, bo mówić na ten temat mogłabym naprawdę dużo. Ale teraz najwyższa pora zakończyć ten post, więc napiszę tylko, że dla mnie relacja z moją mamą była i jest tą najbardziej oczywistą, najbardziej szczerą i najmniej skomplikowaną. Jest mi potrzebna.
I jeszcze: chciałabym być taką mamą, jak moja.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Dziecko Boże

Nasz Wiking ma już pierwszą uroczystość na swoją cześć za sobą. Co prawda większą część imprezy przespał, ale w najważniejszego momentu nie :) Ale od początku...
Chrzest planowaliśmy zrobić trochę wcześniej, ale święta wielkanocne pokrzyżowały nam plany i okazało się, że najlepszym terminem będzie dopiero ostatnia niedziela kwietnia. Przystaliśmy na niego i już od ponad miesiąca mogliśmy się do tego dnia przygotowywać. Kupiliśmy Wikusiowi ubranko - a nawet dwa :P, bo się nie mogliśmy zdecydować, zrobiliśmy listę gości i zarezerwowaliśmy miejsce w restauracji. No i oczywiście poszliśmy do spowiedzi i zebraliśmy potrzebne dokumenty i zaświadczenia. 
Początkowo przeszło nam przez myśl, żeby zorganizować chrzciny w domu, ale zrezygnowaliśmy z tego pomysłu - a ściślej moja mama i teść dość skutecznie nam ten pomysł wybili z głowy. Teraz się bardzo z tego cieszę, bo okazało się, że w sobotę Franek pracował w takich godzinach, jak jeszcze nigdy 9-19! Nie mam pojęcia, jak byśmy przygotowali przyjęcie, gdybym została z tym sama. To znaczy z Wikusiem, ale to akurat chyba tylko utrudniałoby sprawę :) W każdym razie zarezerwowaliśmy miejsce dla dwunastu osób w karczmie ze swojskim jedzeniem. Na uroczystość zaprosiliśmy najbliższą rodzinę i Dorotę oczywiście :) Pierwszy gość - moja siostra, która została chrzestną Wikinga - przyjechała już w piątek. W sobotę przyjechali moi rodzice oraz brat Franka z rodziną, a w niedzielę pozostali.

Do kościoła Wikuś chodzi z nami regularnie - pierwszy raz na niedzielną mszę poszedł kiedy jeszcze nie miał trzech tygodni nawet :) W zasadzie zawsze drzemał - od czasu do czasu przebudzając się tylko i potem z powrotem zapadał w sen. Dopiero tydzień temu rozpłakał się na mszy tak bardzo, że Franek musiał z nim wyjść i już nie wrócił. W ogóle od tej niedzieli Wikuś miał nieco gorsze dni i trochę się obawialiśmy, jak to będzie - w piątek na mszy przed spotkaniem dotyczącym chrztu obudził się i rozpłakał w czasie ogłoszeń (na co ksiądz powiedział, że musi się spieszyć, bo dziecko popędza ;P). Bałam się trochę, jak to będzie wobec tej zmiany przyzwyczajeń, zwłaszcza, że chrzest był po mszy odprawianej o godzinie 13 tej a to nie jest czas drzemki Wikinga... I rzeczywiście, kiedy wyszliśmy z domu, Dzieciak ani myślał zasnąć. Leżał przez jakiś czas spokojnie w wózku, po czym zaczął kwilić i stękać. Wiedzieliśmy, że dopiero się rozkręca, więc aby temu zapobiec, wyjęliśmy go z wózka. I tym sposobem Wikuś calutką mszę spędził na naszych rękach, obserwując z zainteresowaniem wszystko dookoła. Najzabawniejsze było, kiedy przyglądał się ludziom przyjmującym komunię świętą - wyglądało tak, jakby liczył i sprawdzał, czy nikt się nie wyłamał :P Generalnie zachowywał się naprawdę bardzo fajnie, wszyscy go pochwalili :) Gdyby nie to, że na ogłoszeniach zaczęła przemawiać jeszcze jakaś wolontariuszka, to ani razu by się nie rozpłakał - ale to już widocznie było dla niego i dla drugiego chłopca za dużo, bo głośno dali znać, że nie podoba im się drugie kazanie. Swoją drogą współczuję dziewczynie, bo mnie byłoby się trudno skupić na mowie, gdyby dwójka dzieci tuż przed ołtarzem krzyczała ;) Chociaż ku naszej uldze Wiktosia szybko udało się uspokoić, wystarczyło wstać i trochę się przespacerować. Na drugiego chłopca raczej niewiele rzeczy działało, w ogóle przez całą mszę sobie popłakiwał, co zresztą przyciągało uwagę naszego Malucha i choć moja siostra bała się, że Wiking zacznie płakać razem z innym dzieckiem, to on się tylko mu przyglądał :)
Po mszy nastąpiła uroczystość właściwa i odtąd Wikuś został zaliczony do grona Dzieci Bożych :) Bałam się, że będzie już zmęczony i zacznie marudzić, ale tylko chwilę postękał w momencie polewania jego główki wodą. Możemy być więc dumni z naszego synka - nie tylko nie przespał własnej uroczystości, ale w dodatku bardzo dobrze ją zniósł :) A jeśli znowu zdarzy się, że nam się w niedzielę na mszy rozpłacze, to musimy sprawdzić, czy przypadkiem nie wystarczy wyjąć go z wózka, żeby sobie mógł obserwować otoczenie, może wcale nie trzeba będzie wychodzić z kościoła :)
Po mszy poszliśmy wszyscy do restauracji. Nakarmiłam Wikinga i ululany przez mojego tatę i wujka zasnął, choć wcześniej jeszcze sobie popłakał ile sił w płucach... Niestety tak już ma, że czasami ma problem z zaśnięciem (szczególnie gdy jest dość długo i intensywnie aktywny) i wtedy mocno płacze. W każdym razie obudził się dopiero po trzech godzinach, dzięki czemu mogliśmy porozmawiać spokojnie ze wszystkimi gośćmi :)

I tym oto sposobem Wikuś stał się członkiem naszego kościoła, mam nadzieję, że wczoraj został obdarzony szczególną łaską i dzięki temu będzie miał same dobre dni :D

A oto i nasz Wikuś:


Prawda, jaki podobny do mamusi? :P Nawet się  ubraliśmy pod kolor ;)


piątek, 25 lipca 2014

Spotkania weekendowe

Zapomniałam wczoraj w tym moim konspekcie uwzględnić bardzo istotną sprawę - Franek miał umowę na okres próbny do końca lipca. A wczoraj podpisał już umowę na rok :) Nie mieliśmy co prawda powodów do obaw, że mu tej umowy nie przedłużą, ale wiadomo - jak już umowa w ręce, to człowiek od razu pewniej się czuje :)

Jak już wspomniałam, ubiegły weekend mieliśmy bardzo udany. Odwiedzili nas moi rodzice i moja siostra. W sobotę pogoda była piękna i praktycznie cały dzień spędziliśmy spacerując po Warszawie. Pojechaliśmy do Pałacu Wilanowskiego i przeszliśmy sie po pobliskim parku. Późnym popołudniem pojechaliśmy jeszcze do Parku Szczęśliwickiego, gdzie znajduje się bardzo fajna restauracja. Dotychczas byliśmy tam tylko na deserze, ale Franek od dawna miał chrapkę na kacze udka z kopytkami w buraczkach i zawsze mówił, że kiedy przyjadą moi rodzice, to musimy się tam wybrać. 
Miejsce jest naprawdę bardzo klimatyczne a w dodatku mają bardzo dobre jedzenie! <teraz jeśli ktoś jest głodny, niech przejdzie od razu do następnego akapitu, żeby nie było, ze nie ostrzegałam ;)> Oprócz wspomnianej kaczki zjedliśmy chłodnik z ogórków, chłodnik z buraczków, placki ziemniaczane z sosem z leśnymi grzybami, pierogi ruskie z cebulką i sałatkę z grillowanym kurczakiem w sosie musztardowym. 
 Celowo nie piszę, co kto zamówił, bo tak się u mnie w rodzinie utarło, że jak gdzieś razem wychodzimy, to się i tak wymieniamy talerzami w trakcie konsumpcji :) Na samym początku, kiedy gdzieś razem z Frankiem wychodziliśmy, bardzo się dziwił, że ja mu zawsze z talerza coś podbieram, proponując jednocześnie to, co jest na moim. Ale potem już się nauczył, ze tak po prostu jest i nawet do tego przekonał. Ale dopiero jak zaczął wychodzić ze mną, moimi rodzicami i siostrą w pełni zrozumiał skąd mi się to wzięło :) A to przecież doskonały sposób na to, żeby spróbować wszystkiego, na co ma się ochotę i w dodatku się najeść :)

Kiedy wyjeżdżałam z koleżankami ze studiów do Hiszpanii, często robiłyśmy tak, ze zamawiałyśmy kilka dań i jadłyśmy je razem :) Przyznam, że wręcz dziwnie się czuję, gdy wychodzę zjeść na mieście z bliskimi osobami i nie mogę spróbować tego, co one mają na talerzu :P Choć oczywiście nie jest tak, że zawsze grzebię innym w talerzu :) To się sprawdza tylko w określonym towarzystwie.

Wracając jednak do sobotniego obiadu - później jeszcze skusiliśmy się na deser - kawę mrożoną i lody. W tej restauracji genialnie podają lody! Nie lubię, kiedy wszystko jest naciapane do pucharka, przykryte bitą śmietaną, polane polewą i posypane owocami i bakaliami, bo mi się robi totalny bałagan a ja lubię czuć każdy smak z osobna. I tutaj deser podawany jest tak, jak mi się podoba - razem, ale osobno :) Dzięki temu sama mogę łączyć smaki w dowolny sposób a przede wszystkim lody nie stapiają mi się w jedno z bitą śmietaną :)

Po takiej wyżerce nasze wieczorne świętowanie moich urodzin uległo pewnej modyfikacji i zrezygnowaliśmy z wszelkich sałatek i zimnych przekąsek na rzecz winogron, melona i ananasa. A i chipsy też były. Urodziny opijałam ulubionym wiśniowym Piccolo. Poza tym nauczona doświadczeniem, że po tak intensywnym dniu wszyscy są padnięci, zarządziłam pijama party i zanim zaczęliśmy świętowanie, kazałam każdemu się umyć. Dzięki temu uniknęliśmy tego przykrego momentu, kiedy fajnie się rozmawia, ale trzeba przerwać, bo wypada się iść wykąpać, a nikomu się już nie chce :P Siedzieliśmy sobie do północy - a właściwie ostatecznie nawet leżeliśmy (ja z między mamą a tatą, jak za starych, bardzo starych czasów :)) rozmawiając o wszystkim i o niczym.
Przyznam, że naprawdę poczułam się tak, jakby to sobota była tym szczególnym dniem moich urodzin i wcale nie ubolewałam nad tym, że w "prawdziwym" dniu w poniedziałek świętowania już nie będzie (bo Franek szedł na popołudnie do pracy).
Niedziela była równie udana, choć dużo krótsza, bo już o 14 odwieźliśmy moją siostrę na dworzec, skąd złapała autobus do Krakowa, a o 17 wyjechali tez moi rodzice i zostaliśmy sami :( Ale było miło, więc się tym szczególnie nie przejmowałam, dopiero w tygodniu złapałam ten wspomniany syndrom przedszkolaka i zrobiło mi się smutno...

Ale wczoraj przyjechał do nas z kolei mój wujek :) Jest nauczycielem, więc ma wakacje i w tym czasie rusza w Polskę :P Zaliczył już między innymi Zakopane i Malbork, a teraz korzysta z tego, że jedną siostrzenicę ma w Warszawie a drugą w Krakowie. Zostaje u nas do poniedziałku a potem jedzie do mojej siostry. Bardzo mi to odpowiada, bo w ten weekend Franek pracuje popołudniu i dzięki temu nie będę siedzieć sama w domu, tylko pewnie wybiorę się gdzieś z wujkiem. Niech no tylko pogoda sie poprawi, bo dzisiaj jest fatalna.

Bardzo ważne są dla nas te rodzinne spotkania. Franek z moją rodziną dogaduje się doskonale. Oczywiście poznał już także jej przywary, ale nie przeszkadzają mu specjalnie. Zawsze jestem zaskoczona, że z takich odwiedzin cieszy się właściwie tak samo jak ja, a później to chyba nawet jest bliski złapania syndromu przedszkolaka :) Sam przyznaje, ze klimat takich spotkań - czy to w Miasteczku, czy u nas, jest inny niż ten na spotkaniach z jego rodziną. Jest po prostu mniej oficjalnie i nie czuć żadnej presji, że oto goście przyjeżdżają i się trzeba postarać :)