*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie (i niezdrowie). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie (i niezdrowie). Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Horoskop.

Kiedy była u nas Dorota, tradycyjnie kupiłyśmy sobie na spółkę jakąś odmóżdżającą gazetkę. Dorota wzięła się za przeglądanie jej i przeczytała mi mój horoskop:
"Jeśli jeszcze nie znalazłaś satysfakcjonującej pracy, to w ciągu najbliższych dni może się to zmienić. Tylko nie pomijaj żadnej sensownej propozycji! Dobry dzień na negocjacje to wtorek"
Może czas zacząć wierzyć w horoskopy :P

Ps. Ze zdrowiem lepiej. Mnie przeszło już wczoraj, Frankowi dzisiaj. Tylko Wiking biedny jeszcze ma biegunkę, ale za to już nastrój dziś zupełnie nie chorobowy i zachowuje się, jakby nic mu nie dolegało. Chcieliśmy z nim pójść do lekarza, ale nie było już miejsc :/ Franek poszedł i bardzo stanowczo zażądał, żeby zapisali Wikinga wobec tego na jutro (normalnie nie można się tak zapisywać) i przeszło. Najwyżej pójdziemy, jeśli nadal mu nie przejdzie. Ale apetyt też już mu wrócił, znowu kradnie nam z talerzy, więc to dobry znak :)

niedziela, 13 grudnia 2015

Miało być tak pięknie.

Miał być taki miły weekend a nici z niego wyszły :(  Wczoraj spędziliśmy przyjemny dzień, ale późnym popołudniem zaczęłam się fatalnie czuć. Bolał mnie brzuch i miałam straszne nudności. Dotrwałam jakoś do wieczora, z pomocą Franka, który przejął wszystkie moje wieczorne obowiązki, jakie zwykle mam względem Wikinga. Ja tylko leżałam na kanapie i nie byłam w stanie nawet zaparzyć sobie herbaty. Potem zrobiło mi się trochę lepiej, więc zasnęłam niespokojnym snem i obudziłam się po północy, kiedy zaczęła się druga tura atrakcji, czyli biegunka. Nie spałam prawie wcale w nocy, bo nawet jeśli żołądek trochę odpuszczał, to bolały mnie mięśnie i miałam dreszcze. Cieszyłam się, że Wikuś był kochany i miał bardzo spokojną noc, obudził się dużo później niż zwykle, ale i tak nie byłam w stanie go nakarmić piersią, dostał więc butelkę i szybko zasnął. Mnie udało się to nad ranem. 
Myślałam, że dzisiaj będę mogła odespać, jeszcze w nocy nawet Franek mówił, żebym się nie martwiła, bo on się zajmie Wikingiem. Wydawało mi się więc, że będę mogła dzisiaj bezkarnie umierać, ale niestety :( Rano to samo dopadło Franka i w konsekwencji on umiera jeszcze bardziej ode mnie, bo w porównaniu do wczorajszego wieczora jest mi już lepiej, tyle tylko, że jestem bardzo zmęczona. 
Na domiar złego Wiking też ma biegunkę i jest dzisiaj bardzo płaczliwy, widać, że też się źle czuje. Wygląda na to, że dopadł nas po prostu jakiś wirus. I w ogóle to chyba właśnie Wikuś nas zaraził, bo on już wczoraj miał biegunkę, ale zmyliło nas to, że był taki pogodny i miał doskonały humor, myśleliśmy więc, że to nic wielkiego. 
To nam się trafiło :( Naprawdę gorzej chyba być nie mogło. Wszyscy czujemy się fatalnie. W takich chwilach naprawdę źle jest człowiekowi. Prawdę mówiąc mam wrażenie, że straciłam całą energię i optymizm, które gromadziłam w sobie w ostatnim czasie, i to straciłam na dobre. 
W ogóle to ciekawe jest to, że wcześniej nigdy nie miałam czegoś takiego jak grypa żołądkowa i poza sporadyczną nieszkodliwą niestrawnością, żadnych większych problemów z układem pokarmowym. A odkąd pojawił się Wiking i chorować za bardzo nie ma jak, moja odporność gdzieś sobie poszła i dopadło mnie już drugi raz :( 

 Jakby tego było mało nawet do mamy nie bardzo mogę zadzwonić, bo sama dzisiaj jest w złej formie, bo miała dzisiaj bardzo poważny zabieg. To dobija jeszcze bardziej i jeszcze bardziej sprawia, że czuje się jakoś tak... sama jedyna na całym świecie. Gdzie się podział mój dobry nastrój? :(
A miał być taki przyjemny weekend! :(

czwartek, 16 lipca 2015

To mamy przechlapane...

Jak w tytule. Albowiem Wiking zorientował się dziś, że z pokoju można wyjść. A raczej - wypełznąć i wyczołgać się, bo ostatnio to już bardziej żołnierskie czołganie się w jego wykonaniu niż pełzanie. Został w pokoju z Frankiem, ale wolał sprawdzić, gdzie też poszła mama i przylazł za mną do łazienki. No to teraz się zacznie, będzie trzeba za nim łazić i go pilnować.

***
A tymczasem wygląda na to, że rehabilitację skończyliśmy, zanim się na dobre zaczęła. Zaczęło się od tego, że w kwietniu pediatra dała nam skierowanie do fizjoterapeuty, żeby ten ocenił, czy Wiking nie ma asymetrii. Było to dokładnie w dniu, kiedy Wiking skończył trzy miesiące, więc powinien się "odgiąć", ale to granica umowna, więc jeszcze nie zdążył, ale skierowanie dostał na wszelki wypadek. Wizytę mieliśmy w maju, w pewien poniedziałek z samego rana, więc Wiking został wybudzony z drzemki. Fizjoterapeuta nie zauważył jakiejś dużej asymetrii, ale stwierdził, że może dziecko ma słabe napięcie mięśniowe, bo coś nie bardzo chce podnosić główkę. Powiedzieliśmy mu, że on już normalnie się podnosi wysoko, tylko teraz jest zaspany i pewnie mu się nie chce. No to dostaliśmy skierowanie na rehabilitację - tak na wszelki wypadek :)  A do tego jeszcze skierowanie do neurologa, bo wspomnieliśmy o tym, że po jednym szczepieniu Wikinga bolała nóżka.
Turnus rehabilitacyjny został rozpisany standardowo na 26 spotkań, z tym, że ze względu na terminy mieliśmy zacząć regularnie (dwa razy w tygodniu) od lipca, a wcześniej mieliśmy tylko jedną wizytę w maju i jedną w czerwcu. Kiedy przyjechaliśmy pierwszy raz, rehabilitantka stwierdziła, że Wiking może jednak trochę asymetryczny jest, bo przekręca się na brzuszek głównie przez jedną stronę. Kazała nam obserwować i stymulować Wikusia do przewracania się w drugą stronę. Następna wizyta miała być miesiąc później, w czerwcu. Wcześniej doczekaliśmy wreszcie wizyty u neurologa. Pani neurolog powiedziała, że generalnie jest ok, choć dopatrzyła się jednak trochę wzmożonego napięcia mięśniowego w nóżkach i z kolei w tym kierunku zaleciła rehabilitację. Na rehabilitacji czerwcowej znowu dostaliśmy kilka wskazówek odnośnie obserwacji i mieliśmy się spotkać w lipcu, żeby już ruszyć "z kopyta" i spotykać się dwa razy w tygodniu przez kolejne trzy miesiące.

Pojechaliśmy tydzień temu. Wystarczyło pięć minut, żeby rehabilitantka powiedziała: "Wikingu, co ja właściwie mam z tobą robić??". Okazało się bowiem, że Wikuś sam się naprawił - asymetria zniknęła całkowicie, wzmożonego napięcia też nie ma. Mieliśmy jeszcze skonsultować się znowu z neurologiem - wizytę mieliśmy zaplanowaną na poniedziałek i tu pani doktor też stwierdziła, że już jest dobrze. No to dzisiaj znowu pojechaliśmy do rehabilitantki i stanęło na tym, że mamy się pokazać za miesiąc i wtedy zadecydujemy co dalej. 

Z jednej strony oczywiście się cieszę, bo okazało się, że wszystko jest w porządku. Poza tym mogłam po raz pierwszy poczuć coś w rodzaju dumy matczynej, kiedy tak wszyscy się dziwili sprawnością Wikinga. Miło było słuchać, kiedy pani rehabilitantka mówiła, że to jakiś ewenement i powinna nagrać Wikusia i pokazywać starszym dzieciom-leniuszkom jako przykład, a pani neurolog, że tylko raz wcześniej w swojej karierze zawodowej widziała półroczne dziecko, które się do raczkowania ustawiało :)
Z drugiej nastawiłam się na te wypady dwa razy w tygodniu. Myślałam sobie, że Wiking będzie miał coś w rodzaju WFu i dzięki temu będziemy mieli dwa popołudnia "z głowy" - w sensie, że będzie miał zajęcie :P Nawet pozwoliłam sobie lekko pobujać w obłokach i pomyśleć, że może parę razy Franek sam by z dzieciakiem pojechał, a ja bym miała chwilę dla siebie... :P Cóż, Wiking pokrzyżował mi plany :) Ale oczywiście przede wszystkim się cieszę, że wszystko jest w porządku.

W tym miejscu jednak muszę pochwalić wszystkich lekarzy, z którymi mieliśmy do czynienia, bo jednak wszyscy woleli dmuchać na zimne i nie mogłabym im zarzucić, że coś przeoczyli. Niby nie widzieli jakichś dużych nieprawidłowości, a już na pewno nie patologicznych, ale woleli odesłać do jednego i drugiego specjalisty, żeby się upewnić. Zwykle słyszy się niestety o bagatelizowaniu niż nadgorliwości.

Ale to jeszcze nie koniec naszego rajdu po lekarzach, bo wszyscy zwracają uwagę na to, że Wiking często ma jęzor na wierzchu :P A dokładnie to jest tak, że jak go coś zainteresuje i się chwilowo "zawiesi" bądź jest w nowym otoczeniu, to wystawia końcówkę języka i tak się gapi z otwartą buzią. Wykluczono już to, co najpoważniejsze a więc problemy z tarczycą i słabe napięcie mięśniowe. Miał tez USG mózgowia, które nie wykazało żadnych zmian patologicznych. 
Mamy jeszcze skierowanie do laryngologa, ortodonty i chirurga (to było dość zabawne - byliśmy u pediatry z prośbą o skierowanie do laryngologa, bo to zasugerowała nam rehabilitantka, a ten powiedział: "jakieś jeszcze pomysły na skierowanie? mówcie, mówcie bo się kawy dużo napiłem i energia mnie rozpiera" po czym wymyślił jeszcze tych dwóch specjalistów ;)) oraz umówioną w ramach turnusu rehabilitacyjnego wizytę u neurologopedy. A niech sprawdzają! Mam nadzieję, że i tu się okaże, że jest wszystko ok i taka po prostu wikingowa uroda, bo lekarze również idą tym tropem. Mówią, że może to mu się cofnie a w ogóle, że to może być po prostu uwarunkowane genetycznie (czemu przyklaskuje moja mama, bo mówi, że jak mój tato się nad czymś skupia, to robi identyczną minę ;) i moja babcia podobno tez wywalała język, jak nad czymś myślała) i nie oznacza niczego groźnego.

Tak czy inaczej, najważniejsze, że na razie wszystko jest w porządku i mamy synka, który jest w stanie sam się naprostować ;) Oby tak dalej!Chociaż wolałabym, żeby najpierw się nauczył siedzieć na miejscu niż przemieszczać, ale to już chyba próżne żale :)

środa, 15 lipca 2015

Szpital na Żelaznej.

Sporo już czasu minęło od czasu mojego porodu, ale myślę, że jestem winna szpitalowi, w którym rodziłam, taki wpis (a także kilku z Wam, którym taką notkę swego czasu obiecałam :)), jak również opinię na stronie "gdzierodzić", którą na pewno również wkrótce zamieszczę.
Przez długi czas zielonego pojęcia nie miałam, gdzie chciałabym rodzić. Ba! Ja nawet nie wiedziałam, jakie są opcje. Jedyne, co mi przychodziło do głowy, to może żeby tam, gdzie jest moja lekarka prowadząca, choć to chyba nie byłby najlepszy wybór...
W połowie października rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Kiedy się przedstawialiśmy, trzeba było podać termin porodu, płeć i ewentualnie imię dziecka oraz szpital, który się wybrało. Zdziwiło mnie całkowicie, że niemal wszystkie pary mówiły o szpitalu na ulicy Żelaznej. Wcześniej nic o nim nie słyszałam. W dodatku kiedy przez przypadek weszłam na stronę szpitala i zobaczyłam, że to "Szpital Specjalistyczny Św. Zofii" albo też "Centrum Medyczne Żelazna", nie wiedzieć czemu, skojarzyło mi się, że to zapewne jakaś prywatna placówka.
Dopiero fakt, że tyle par w grupie zdecydowało się na ten szpital dało mi trochę do myślenia. Ale początkowo tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu położna organizująca szkołę rodzenia tam pracuje i ludzie na to się decydowali ze względu na nią. Teraz myślę, że było na odwrót i pary, które chciały rodzić na Żelaznej, szukały szkoły rodzenia w jakiś sposób związanej z tym szpitalem. 
Już w trakcie zajęć wydawało mi się, że szpital ten jest naprawdę bardzo przyjazny pacjentkom i nie chodziło tylko o to, że położne zachwalały swoje miejsce pracy. One po prostu opowiadały o tym, jak jest. A było tak, jak mnie odpowiadało. Poza tym zaczęłam już powoli czytać opinie w internecie i trochę rozpytywać. Okazało się, że szpital ten ma chyba najlepszą opinię jeśli chodzi o blok porodowy, oddział położniczy i noworodkowy w Warszawie. 
Strasznie napaliłam się na to, żeby właśnie ten szpital był szpitalem pierwszego wyboru (miałam w zanadrzu jeszcze dwa inne, które również miały dobre opinie, ale kobiety rodzące wypowiadały się z reguły negatywnie na temat opieki poporodowej i pomocy przy dziecku). Kiedy pojechałam tam na pierwsze KTG, wizyta w tamtym miejscu tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu!
Niestety jedynym, za to ogromnym minusem było to, że wszyscy mówili o tym, jak trudno jest się do tego szpitala dostać ze względu na ogromną ilość pacjentek czekających na poród właśnie tam. Zastanawialiśmy się nawet nad wykupieniem opieki położnej, ale było już na to trochę za późno, do tego to był ogromny koszt (1500zł) i choć szanse się zwiększały to takiej stuprocentowej gwarancji to nie dawało.

Było kilka rzeczy, na których bardzo mi zależało. Przede wszystkim chciałam rodzić w sali pojedynczej - nie z drugą kobietą za parawanem. Tylko to gwarantowało mi komfort psychiczny i przede wszystkim pewność, że nikt nie wyprosi z sali mojego męża. W salach podwójnych różnie to bywa, bo druga pacjentka może sobie nie życzyć obecności obcej osoby (i wcale się temu nie dziwię). Poza tym zależało mi, aby szpital dawał możliwość aktywnego porodu - żeby nie trzeba było leżeć cały czas (o tak! dobrze kombinowałam, bo teraz już wiem, że nie byłabym w stanie wyleżeć! męką było dla mnie, gdy kazali mi się położyć na badanie!), aby była jakaś wanna, prysznic, drabinki, piłka itp. Ze względu na moją cukrzycę, ważne było dla mnie, aby regularnie wykonywane było KTG podczas porodu, ale tak, żebym nie musiała leżeć podpięta pod maszynę. Poza tym chciałam, żeby po porodzie był kontakt z dzieckiem "skóra do skóry", który trwałby przynajmniej przez godzinę oraz aby w przypadku cesarskiego cięcia była możliwość kangurowania dziecka przez ojca.
No i oczywiście bardzo ważną rzeczą dla mnie było podejście personelu w ogóle - przede wszystkim ludzkie, ale trochę serdeczności by na pewno nie zaszkodziło :) Zresztą ja na punkcie życzliwości jestem trochę zbzikowana i bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie z którymi mam do czynienia byli zwyczajnie mili. Poza tym chciałam liczyć na pomoc z ich strony, bo wydawało mi się (i nie pomyliłam się), że kiedy dziecko już przyjdzie na świat, wiele rzeczy będzie dla mnie czarną magią. Nie chciałam też, aby zbyt szybko i pochopnie podejmowano ewentualną decyzję o cesarce (z tego właśnie powodu dość szybko zrezygnowałam ze szpitala, w którym pracuje moja lekarka, bo tam są bardzo "nowocześni" i śpieszno im do wszelkich zabiegów), ale żeby też nie przesadzali w drugą stronę ze swoją "naturalnością" i aby można było bez problemu otrzymać znieczulenie.

Muszę przyznać, że szpital na Żelaznej absolutnie spełnił wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej! Wydawało mi się, że to niemożliwe, aby faktycznie wszystkie pozytywne opinie (a niemal wszystkie takie były, ostatnio pojawiło się nieco więcej negatywnych ) na stronie "gdzierodzić" były prawdziwe. A jednak! Wszystko było "najprawdziwszą prawdą". Było wręcz lepiej, niż oczekiwałam. 
Położnej nie wykupiliśmy, ale i tak zostałam przyjęta. Myślę jednak, że to był dobry czas - święta, Sylwester itp. Nie chodzi mi o to, że kobiety porody wstrzymywały :P Tylko może gdzieś wyjechały albo zalecone kontrolne KTG przesunęły w czasie, bo dopiero po 6 stycznia zrobił się ruch w interesie. Kiedy ja już byłam w trakcie porodu, w izbie przyjęć czekało 16 dziewczyn, u których coś się już działo! Można więc powiedzieć, że miałam szczęście! W ogóle to jak mnie przyjęli do szpitala na początku byłam załamana - nie zdążyłam zrobić jeszcze tylu rzeczy! Ale za chwilę przyszła refleksja (podsunięta mi trochę przez Franka), że dobrze się stało, bo przynajmniej mam już pewność, że urodzę właśnie w tym szpitalu.
Sama opieka na oddziale patologii ciąży też była wspaniała! Niemal wszystkie położne - do rany przyłóż! Uśmiechnięte, serdeczne, uprzejme, wspierające. W zasadzie nie lubiłam tylko dwóch, przy czym co do jednej zmieniłam zdanie, bo ostatecznie tak się złożyło, że to ona właśnie miała dyżur, kiedy się u mnie zaczęło dziać i okazała się jednak całkiem fajna.
W czasie porodu "zaliczyłam" aż trzy zmiany położnych i każda była równie fajna i pomocna. Naprawdę czułam, że mam wsparcie, nawet mimo tego, że nie opłaciłam sobie opieki indywidualnej. Na pewno wszystkie rodzące słyszą, że są wspaniałe i świetnie sobie radzą, ale to nieważne - dla mnie i tak te słowa były ważne ;) Nie zniosłabym, gdyby w takiej chwili ktoś jeszcze na mnie krzyczał! To, że w tych naprawdę trudnych momentach, kiedy miałam już dość, otrzymywałam wsparcie psychiczne od położnych, jakąś pomoc i rady, naprawdę dużo mi dawało. Myślę, że oprócz Franka, to właśnie zachowanie i podejście położnych spowodowało, że dziś wspominam swój poród bardzo dobrze - nawet pomimo tego zaskakującego, koszmarnego bólu.
Kiedy już było po wszystkim, mogłam się o wszystko dopytać i na spokojnie porozmawiać z położnymi, które zajęły się i mną i Wikingiem - przystawiły Wikinga do piersi, przebrały go, potem pomogły mi się wykąpać i przebrać. Czułam się w tamtym momencie, jakbym była jedyną pacjentką w całym szpitalu...

Na bloku porodowym, oprócz położnych było bardzo dużo studentek i myślę, że to też było ogromnym plusem, bo dzięki temu personel mógł poświęcać dwa razy więcej czasu i uwagi każdej położnicy, niż gdyby ich nie było.

Ze względu na ogromne obłożenie szpitala, po porodzie nie zostałam przewieziona na oddział położniczy, tylko zostałam na bloku porodowym w sali porodowej zaadaptowanej na poporodową. Miało być na chwilę, zostało na trochę dłużej. Początkowo byłam rozczarowana, bo godziny odwiedzin na tym oddziale były tylko między 15 a 17. Ale dość szybko przywykłam i nawet nie chciałam już być przenoszona, bo za to byłyśmy pod naprawdę troskliwą opieką w zasadzie non stop! Co chwilę przychodziły studentki albo położne, żeby zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc. W każdym momencie można było poprosić kogoś o pomoc w jakiejkolwiek sprawie. To naprawdę było wspaniałe! Kiedy w niedzielę popołudniu zostałam przeniesiona z powrotem na patologię (bo tam dwie sale były dla kobiet z noworodkami), to mimo, że opieka nadal była bardzo profesjonalna, to już nie było to samo. Więc w gruncie rzeczy miałam podwójne szczęście.

Zdecydowanie muszę potwierdzić wszystkie pozytywne opinie na temat szpitala na Żelaznej. Jedyny zarzut jaki mam to do jedzenia, bo było paskudne ;) Ale tylko to, które miałam na diecie cukrzycowej, kiedy już urodziłam i mogłam jeść normalnie to i jedzenie było lepsze. Jednak to drobiazg. Poza tym nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Było... naprawdę fajnie w tym szpitalu i pobyt tam do dziś wspominam z sentymentem i rozrzewnieniem... Wyjeżdżałam stamtąd ze łzami w oczach, bałam się, jak sobie poradzę sama. Poza tym brakowało mi bardzo tego zainteresowania moją osobą. Przez długi czas pobyt w szpitalu śnił mi się jeszcze po nocach - i to nie w formie koszmarów. Naprawdę każdej kobiecie życzyłabym porodu i pobytu w takim właśnie szpitalu.
Gdybym miała jeszcze kiedyś rodzić to tylko tam - tylko szkoda, że faktycznie mają tam takie obłożenie, że zdarza się, że muszą odsyłać rodzące kobiety albo przetrzymywać je na izbie przyjęć... No, ale wszak to nie dziwota.

poniedziałek, 16 marca 2015

Jak w przedszkolu...

Rano wstaję, idę do kuchni, a tam na stole, jak niemal co dzień od dobrego miesiąca pudełko śniadaniowe - zaglądam i oczom nie wierzę - trzy - TRZY! - kromki chleba z wędliną, ogórek i pomidor. Zjadłam warzywka i półtorej kromeczki. Przyszedł Franek i dostałam ochrzan, że nie zjadłam wszystkiego, co mi przygotował.
Podczas mojego spaceru z Wikusiem dzwoni mama:
Mama: Ile razy dzisiaj jadłaś?
margolka: yyy... dwa razy...
M: Mało! Do tej pory powinnaś już trzy. A co jadłaś?
m: Opowiadam co jadłam.
M: A ta galareta, którą wczoraj zrobiłam z indyka i warzywami?
m: No jeszcze nie miałam kiedy jej zjeść.
M: Jak to kiedy? Wczoraj na kolację! Co jadłaś wczoraj na kolację?
m: Noo, nic, nie byłam głodna, bo późno zjadłam ciasteczko owsiane na podwieczorek.
M: Co to ma znaczyć, że nie byłaś głodna? Ty nie możesz nie być głodna! A jak nie jesteś głodna to i tak musisz coś zjeść! Najwyżej bez chleba. Nad tobą to chyba trzeba cały czas stać i pod nos ci jedzenie podsuwać!

Przychodzę do domu, Franek podsuwa :) mi pod nos talerz. 
m: Pomyliłeś się - tu są cztery kluski a na tamtym talerzu trzy. Zamieniłeś talerze, dostałam twój!
F: Nie, nie dostałaś mojego. Ty masz zjeść cztery kluski.
Oprócz tych czterech klusek i surówki miałam jeszcze na talerzu trzy ogromne kawały mięcha! A potem Franek stał nade mną i pilnował, żebym zjadła. Już nie mogłam, wciskałam w siebie na siłę, zatykałam się już i czułam się jak niegdyś w przedszkolu, kiedy to panie przedszkolanki pilnowały, żeby się wszystko zjadło. 
Do dziś pamiętam jak pani Grażynka wzięła mój talerz z zupą, podłożyła mi go pod brodę, żeby nie ściekało i łyżką wciskała mi do buzi to, czego nie zjadłam. Trauma! Ale to i tak lepsze od sytuacji, gdy ktoś za karę, ze nie zjadł zupy dostawał drugie danie do tego samego talerza - czyli do tej zupy... (czy ja już wspominałam o tym, że nie lubiłam przedszkola? :P)
W każdym razie ostatecznie Franek mi podarował jeden kawał mięsa i nie musiałam go jeść na siłę.

Powariowali normalnie z tym pilnowaniem mnie. Ja rozumiem, że muszę przytyć. Ciągle od wszystkich, łącznie z lekarzami, słyszę tylko, że muszę więcej jeść, ale ja po prostu nie umiem! Jem tyle co zawsze, albo nawet więcej! Ale nie umiem nic poradzić na to, że chudnę. Po prostu zawsze tyle jadłam, tylko wtedy nikt się temu nie dziwił. Wiem, że teraz powinnam swojemu organizmowi dostarczać większej ilości kalorii, ale naprawdę nie wiem, jak to zrobić. Teraz to już zaczęłam nawet codziennie jeść coś z pieczywa cukierniczego (wcześniej miałam postanowienie, ze tylko dwa razy w tygodniu) i nie pomaga.

Kto by pomyślał, że można się tym martwić? :P Żal mi moich ubrań, bo prawie wszystkie są za duże. W kozakach wyglądam jak kot w butach. Spodnie mi wiszą na tyłku i bluzki są porozciągane. Generalnie aż tak nad tym chudnięciem nie ubolewam, bo tak jak ostatnio Wam pisałam, przyzwyczaiłam się do swojego wyglądu. Tylko jak sobie robię zdjęcia to się dziwię.. A podobno fotki dodają 5kg... 

Mama przez cały tydzień, gdy u nas była, mnie tuczyła. Nawet jej się przez moment udało i jednego dnia na wadze miałam nawet pół kilo więcej. Ale dzisiaj rano znowu 43...
Franek już nie mówi na mnie "chuda glizdo". Teraz mówi "szkieletorku"...

Jestem rozdarta. Z jednej strony cieszę się, że nie muszę się martwić zbędnymi kilogramami. Z drugiej - wiem, że to nie jest zdrowe i przede wszystkim martwię się tendencją. Bo jak tak dalej pójdzie, to do ilu mi ta waga spadnie?? W pełni usatysfakcjonowałoby mnie 47 kilogramów.

piątek, 13 marca 2015

Popołogowo

Już 18 lutego minęło sześć tygodni od porodu, a więc zakończył się połóg. Jednak na wizytę kontrolną umówiona byłam dopiero 25 lutego, a z tą notką czekałam jeszcze na test obciążenia glukozą i wyniki, które dostałam niecały tydzień temu.
Pierwsza i najważniejsza chyba wiadomość - nie nabawiłam się cukrzycy typu drugiego :) Mogłam się tego co prawda spodziewać, bo kiedy wyrywkowo mierzyłam sobie cukier po posiłkach to wyniki miałam rewelacyjne, ale wiedziałam, że dopiero krzywa cukrowa rozwieje wszelkie wątpliwości. Tak się stało i teraz już naprawdę mogę całkowicie odetchnąć i skupić się na tym co dobrego ta cukrzyca ciążowa wniosła w moje życie - bo o tym, że wniosła wiele już pisałam, a o szczegółach pewnie jeszcze będzie (zwłaszcza na specjalne życzenie niektórych z Was :))

Muszę powiedzieć, że kiedyś - a właściwie wcale nie tak dawno temu, bo może jeszcze półtora roku temu, gdy o ciąży i dziecku myślałam czysto hipotetycznie - najbardziej bałam się spustoszenia, jakie w moim organizmie poczyni 9 miesięcy noszenia dziecka pod sercem a później poród i czas po nim. Oczywiście myślałam także o konsekwencjach powiększenia rodziny i o tym, jak bardzo zmieni się życie po pojawieniu się w niej nowego członka, ale w tej notce chciałabym się skupić na aspektach bardziej fizycznych. Wiele się nasłuchałam o tym, jak się kobieta sypie podczas i po ciąży i naprawdę się tego obawiałam - tego, że moje ciało zmieni się całkowicie i nie wróci już do stanu wcześniejszego, bałam się rozstępów, nadwagi, wiotkiej skóry, nadmiernego porozciągania tu i ówdzie, bałam się o kondycję paznokci, włosów, zębów, kręgosłupa i tego, że nie wrócę do formy. Wiem, to są oczywiście sprawy bardzo przyziemne, ale skłamałabym twierdząc, że w ogóle mi na wyglądzie nie zależy. Wręcz przeciwnie. Co prawda nie jestem na pewno osobą próżną, ale zdecydowanie zawsze starałam się wyglądać dobrze dla samej siebie. Nie miałam kompleksów, ale w dużej mierze to była zasługa tego, że o siebie dbałam i nie dopuszczałam do tego, żeby czuć się źle we własnym ciele. Rzecz jasna moje obawy nie były na tyle silne, żeby z ich powodu w ciążę nie zachodzić ;), ale kiedy to się już stało całkowicie się ich nie pozbyłam.

Jednak okazało się ku mojemu zadowoleniu, że martwiłam się zupełnie niepotrzebnie :) Jak wiecie, ciąża przebiegała u mnie spokojnie i prawie bezobjawowo, jeśli można tak powiedzieć :P Nie miałam zbyt wielu dolegliwości - nawet pod koniec, chyba tylko nocne sikanie i zgaga w ostatnich tygodniach od czasu do czasu mi dokuczały. Moja figura szczególnie nie ucierpiała, skóra, włosy i paznokcie także nie. Nie puchły mi nogi, nie bolały plecy, właściwie naprawdę nie odczułam odmienności mojego stanu i przyznam, że mogłabym w takiej ciąży chodzić jeszcze kolejny rok, tylko pewnie już bym się nie mogła tego dziecka doczekać :D
Ale spodziewałam się, że dopiero w połogu i później pojawią się prawdziwie niemiłe niespodzianki. Bardzo bałam się pierwszych dni po porodzie, zwłaszcza, że moja mama ma bardzo złe wspomnienia z tego czasu. Ze mną było zupełnie inaczej, w czwartek rano, a więc niecałe dwanaście godzin po porodzie wstałam bez problemu i umyłam się i uczesałam jak co dzień. Nie miałam też żadnych kłopotów z korzystaniem z toalety, a podobno to się zdarza po porodzie naturalnym. Krwawiłam, ale nie było to szczególnie uciążliwe - ot, nieco bardziej obfita miesiączka. Podczas karmienia odczuwałam lekki ból brzucha spowodowany obkurczającą się macicą, ale w porównaniu do bólu porodowego to był pikuś :P W czwartek w ogóle praktycznie nie czułam bólu, tylko lekki dyskomfort między nogami. Dopiero w piątek coś mnie bolało, chodziłam ostrożnie i pewnie lekko kaczkowato, ale nawet dziewczyna z mojej sali, która ledwo się ruszała zapytała mnie, jak to możliwe, że ja sobie przy śniadaniu siedzę w pozycji noga na nogę, wcinam jakby nigdy nic i w ogóle nie wyglądam, jakbym dopiero co urodziła. Poza tym wszystkim dziewczynom, z którymi rozmawiałam spuchły po porodzie nogi. A mnie nie dość, że nie spuchły, to jeszcze nie miałam żadnej pozostałości brzucha ciążowego, więc szpitalne znajome śmiały się, że chyba jestem podstawiona i wcale nie rodziłam :P
W kolejnych dniach musiałam po prostu uważać przy siadaniu, bo tylko wtedy czułam lekki ból. Kiedy Franek przyszedł do mnie w odwiedziny, cały czas powtarzał, że naprawdę dobrze wyglądam. Chyba był tym faktem lekko zdziwiony, bo nijak mu to nie pasowało do tego, co przeżyliśmy na porodówce, myślał pewnie, że po takiej masakrze będę dłużej do siebie dochodziła. Moi rodzice też potwierdzili, że jestem w dobrej kondycji, zwłaszcza mama była zaskoczona, bo sama po porodzie przez kilka dni ledwo chodziła.
W szpitalu przez kilka dni dostawałam jeszcze w żyłę antybiotyk, w brzuch lek przeciwko zakrzepicy i doustnie żelazo. Po wyjściu ze szpitala musiałam jeszcze przez miesiąc brać żelazo, bo miałam anemię, ale ostatnie wyniki badania krwi były już bardzo dobre.
Krwawienie utrzymywało się chyba mniej więcej do dwóch tygodni po porodzie (pod koniec to już było tylko plamienie). Ból krocza ustąpił szybko - potem już tylko czułam lekki dyskomfort spowodowany gojeniem się rany i rozpuszczaniem się szwów. Lekko mnie ciągnęło i swędziało. Dwa tygodnie po porodzie został mi już tylko jeden szew, ale chwilę później zniknął. Odważyłam się zajrzeć w wiadome miejsce i wszystko się ładnie zagoiło, po nacięciu śladu praktycznie nie ma - tylko dlatego, że wiem, że było, to coś widzę.
Jeśli chodzi o sprawy kosmetyczne - paznokcie nie zaczęły mi się łamać a włosy nie wypadają garściami, mimo, że chyba nawet hormony przestały mnie chronić :) Cera też mi się nie zmieniła, naprawdę nie zauważyłam, żeby cokolwiek się zmieniło - poza moją sylwetką. Ale to już wiecie. Pisałam Wam, że ważę 45,5 kg. Przeżyłam szok, kiedy zobaczyłam na wadze taką liczbę. Później piątka zaczęła się zmieniać w czwórkę i myślałam, że to jest już szczyt moich możliwości! Wydawało mi się niemożliwe, żeby chudnąć jeszcze bardziej. Ale się myliłam, bo na początku tego tygodnia ważyłam 43 kg (w dodatku waga się wahała, czy przypadkiem nie wskazać 42,8) - jeszcze pół kilo i będę miała wskaźnik BMI poniżej 17 (o zgrozo - wychudzenie!). Mama przyjechała z zamiarem utuczenia mnie i trochę jej się udało (pierogami, lasagne i drugim śniadaniem w postaci drożdżówek i rogalików na słodko), bo dzisiaj już jest na wadze prawie pół kilo więcej :) Lekarze stwierdzili, że to w zasadzie normalne, że chudnę mniej więcej dwa kilo na miesiąc - nienormalne po prostu było to, że w ciąży nie przybrałam 8-12kg. Ich jedyną radą jest po prostu to, żeby więcej jeść... A ja już więcej nie mogę! Jem już naprawdę duże porcje. Kiedy są rodzice to też jest inaczej, bo jedzenie robi się "samo" i mam je podstawione pod nos. 
A niektórzy stwierdzają, że po prostu taka moja uroda - odezwały się moje geny. Dopóki dostarczałam sobie kalorii w postaci piwa, słodyczy i fast foodów (nie jakichś ogromnych porcji, ale jednak) to waga mniej więcej utrzymywała się na równym poziomie. A jak zaczęłam jeść normalnie - ograniczając do minimum to, co nie ma zbyt wielu wartości odżywczych to schudłam.
Co ciekawe, tak bardzo przyzwyczaiłam się do mojego wyglądu, że już nie widzę tego, że jestem chuda. Owszem, z jednej strony widzę, że jestem zbyt koścista, mam za chude nogi i wszystkie ubrania na mnie wiszę, ale z drugiej potrafię się dopatrzeć zbędnego ciałka tu i ówdzie! Wiem, że to brzmi co najmniej głupio przy mojej niedowadze, ale tak jest! Muszę po prostu się zabrać za ćwiczenia, ujędrnić trochę ciało, na nowo wzmocnić mięśnie - zwłaszcza brzucha! Czas połogu się skończył, mogę więc powrócić do treningów. Na pewno nie będzie to tak, jak wcześniej - pięć razy w tygodniu, bo nie wystarczy mi na to czasu, ale tak ze dwa, trzy razy muszę! Zaczęłam od basenu. Wykorzystaliśmy obecność moich rodziców i byliśmy z Frankiem dwa razy popływać. W przyszłym tygodniu poćwiczę w domu i powoli się rozkręcę. Muszę uważać, żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie i nie zakwasić mięśni, bo Wikingowi się nie spodoba kwas mlekowy w jedzeniu. 

Podsumowując, jestem całkiem zadowolona z mojego pociążowego wydania i bardzo się cieszę, że doszłam do siebie w tempie ekspresowym i nie byłam szczególnie obolała po tak ciężkim porodzie. Mimo, że sam poród był naprawdę straszny i krótko po nim nie wyobrażałam sobie przeżywać tego po raz kolejny, (zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby urodzić drugie dziecko bez porodu i bez cc :P) to teraz sobie myślę, że jeśli trudny i długi poród ma być ceną za sprawnie przebiegającą ciążę i szybką rekonwalescencję poporodową, to warto ją zapłacić. Naprawdę, uważam, że lepiej się już przemęczyć nawet prawie dobę, bo cóż to jest te dwadzieścia parę godzin w porównaniu do kilku miesięcy. Haha, ciekawe, czy będę o tym pamiętać, jeśli przyjdzie mi rodzić po raz drugi! :P Każda ciąża jest inna, ale mam nadzieję, że jeśli znowu mi się przytrafi, to będzie równie przyjemna jak tasiemcowa a gdy już będzie po, będę mogła napisać podobną notkę (choć na krótszy poród też bym się nie pogniewała :))
I dodam jeszcze, że wcale nie uważam, że to w moim wypadku wszystko poszło jakoś tak wyjątkowo dobrze, że moja ciąża i okres połogu były niezwykłe i lepiej przebiegały niż u innych kobiet :) Bo zupełnie nie o to mi chodzi, a o to, że strach ma wielkie oczy, bo tak bardzo się obawiałam tych kilkunastu miesięcy przed i po porodzie (pewnie myślałam o tym częściej i bardziej intensywnie niż większość kobiet), że teraz jestem po prostu bardzo pozytywnie zaskoczona :)
Aż mi trochę żal, że ciąża jest już za mną, że się już nie powtórzy (bo za drugim razem już będzie Wiking i ta druga ciąża już nie będzie czasem tylko dla mnie), a nawet, że jest już po połogu i teraz stałam się po prostu kobietą, która urodziła, ale już nikogo nie interesuje jak się czuję i jak było :P To zainteresowanie było całkiem przyjemne.

piątek, 28 listopada 2014

Głodująca matka

Notka miała być dzisiaj o czymś innym, chciałam napisać o tym, jak to się Tasiemiec wreszcie ujawnił, ale odechciało mi się, bo znowu nie mam dobrych wiadomości :(
Cieszyłam się, że poziomy glikemii są w miarę dobre i zostałam nawet pochwalona. Myślałam, że modyfikacja diety pomogła. Chociaż przyznam, że miałam złe przeczucia, które starałam się jednak wypierać... Przez dwa tygodnie było naprawdę dobrze, byłam zadowolona, bo po śniadaniu cukier miałam naprawdę niewysoki i jeszcze był zapas. Jeśli po innych posiłkach zdarzały się wartości powyżej normy, to niewiele i zazwyczaj mogłam stwierdzić, z czego ewentualnie to wynikało. W ostatnio to już w ogóle byłam zadowolona, bo zrobiłam eksperyment i mierzyłam cukier po każdym posiłku, więc siedem razy w ciągu dnia i każdy wynik był bardzo dobry! Nawet po jednej kulce sorbetu, nawet po mleku z odrobiną kaszki manny!
Ale od wczoraj coś się popsuło i znowu jest tak sobie. Może to jakaś zła aura albo po prostu fakt, że np. musiałam znowu robić na czczo badanie albo że raz miałam zbyt długą przerwę między posiłkami - nie wiem, zobaczę jak będzie dalej. Jednak to nie to mnie aż tak bardzo martwi.
Robiłam dzisiaj rano badania i popołudniu zadzwonili do mnie z laboratorium z informacją, że mam niedobre wyniki moczu :( (sam fakt, że zadzwonili już był niepokojący, bo przy niegroźnych odchyleniach od normy poprzestają na komentarzu pod badaniem) Występują w nim ciała ketonowe i to na dość wysokim poziomie. Właśnie tego dotyczyły te moje odsuwane na bok złe przeczucia. Obawiałam się, że tak może być.
To oznacza, że mój organizm po prostu głoduje. Ja może nie jestem głodna, ale organizm nie jest dobrze dożywiony. Takie wyniki mogą mieć na przykład osoby z anoreksją lub bulimią - albo ze źle leczoną cukrzycą :( Okazuje się po prostu, że co prawda udało mi się poprzez modyfikację diety zmniejszyć wartości glikemii, bo ograniczyłam (jeszcze bardziej) spożycie węglowodanów, ale wobec tego organizm zaczął czerpać energię z tłuszczy i białka zamiast z glukozy, co nie jest dobre, bo powoduje powstawanie toksycznych substancji :(
Właśnie martwiłam się o to, że jednak tych węglowodanów będzie za mało - jadłam już tylko średnio jedną kromkę chleba raz na dwa dni. Do obiadu porcja kaszy, makaronu razowego, czy brązowego ryżu (ohyda! nie znoszę go!) ważyła jakieś 50g. Poza tym tylko jakiś jeden owoc dziennie, trochę płatków owsianych, pieczywo chrupkie... Nie wyliczałam tego dokładnie, ale wydawało mi się, że zjadam za mało tych wymienników węglowodanowych i to badanie by to potwierdziło. Albo jest po prostu tak, że moja trzustka nie radzi sobie już zupełnie i nie wytwarza wystarczającej ilości insuliny potrzebnej do przetworzenia glukozy na energię. Może jedno i drugie... Nie wiem, bo ekspertem nie jestem, po prostu siłą rzeczy czytam wiele na ten temat i ta wiedza w głowie mi zostaje, bo jest mi potrzebna i stosuję ją w praktyce. We wtorek mam wizytę kontrolną u swojej lekarki, to zobaczę, co mi powie. Poza tym chyba od razu po weekendzie znowu zadzwonię do szpitala, żeby się skonsultować.

Bardzo mnie to dołuje :( Kurczę, niektóre kobiety objadają się ponad granice wszelkiej przyzwoitości, jedzą niezdrowo, czasami nawet nie rezygnują całkowicie z alkoholu, czy papierosów (w szkole rodzenia była taka jedna, od której po każdej przerwie czuć było fajki :/) a nic im nie dolega i rodzą później zdrowe dzieci. Mnie się zawsze wydawało, że prowadzę zdrowy tryb życia - nie wszystko może było wzorowe, ale naprawdę dbałam o siebie na wielu płaszczyznach. W ciąży to już w ogóle starałam się zrezygnować ze złych nawyków. A i tak teraz cały czas martwię się, czy z dzieckiem będzie wszystko w porządku :( Bardzo boję się, że przez to wszystko - przez to, że mój organizm jest taki nieudolny - coś pójdzie nie tak i będzie miało to wpływ na zdrowie Tasiemca :( I nie mam na to kompletnie żadnego wpływu. Albo inaczej - mój wpływ jest po prostu znikomy, bo cokolwiek bym nie robiła to jest źle.
Mimo wszystko miałam nadzieję, że skoro poprzednie badanie moczu było czyste od ketonów, skoro wszyscy lekarze powtarzali, że Dzieciak ma się dobrze, skoro nawet ostatnio przybrałam pół kilo na wadze (fakt, że najpierw je straciłam, dochodząc do wagi tylko o 1,4 kg większej niż przed ciążą, ale jednak wyglądało na to, że przestałam chudnąć), to okaże się, że jednak teraz moja dieta jest już taka, jaka być powinna. A tymczasem okazuje się, że nie dość, że nie mogę jeść prawie nic, to to, co teoretycznie mogę, źle na mnie działa :(

Sorry za te smęty na początek weekendu, ale naprawdę nie czuję się dobrze z tym wszystkim. Robię co mogę. Prawdę mówiąc nawet nie podejrzewałam siebie o taką zdolność do poświęceń. Myślę o dziecku i o tym, co dla niego będzie najlepsze a okazuje się, że to za mało i ono wcale nie jest bezpieczne przy takiej matce :/

środa, 19 listopada 2014

Codzienność

Zapomniałam Wam napisać, że na szczęście Franek dostał zdolność, bo lekarka z medycyny pracy powiedziała mu, że choć coś jest nie tak z tym sercem, to nie przeszkadza to w prowadzeniu pojazdu, bo stan przedzawałowy wykluczyła. Więc jeden niepokój mniej, ale oczywiście i tak trochę się martwimy, bo nie wiemy, co to może być, a Franek już od jakiegoś czasu się skarży na bóle z lewej strony klatki piersiowej. Skarży się, ale oczywiście jak się wkurzałam i mówiłam, żeby w takim razie poszedł do lekarza, to nie! Tak samo ma z dentystą - wybiera się jak sójka za morze chyba już prawie od roku, kiedy mu się ząb ukruszył. Powiedziałam mu nawet, że nie chcę słyszeć żadnego narzekania na zęba, czy na serce, dopóki się nie zapisze wreszcie do lekarza, ale oczywiście jak grochem o ścianę. Wybrać się do lekarza to chyba dla faceta jakaś ujma... No ale teraz dostał skierowanie do kardiologa i mam nadzieję, że pójdzie, tylko terminy podobno są bardzo długie, a na razie nie bardzo ma kiedy się wybrać do swojej przychodni. Ostatecznie pójdzie prywatnie.

A nie ma czasu, bo przez cały ten tydzień pracuje niemal jak urzędnik od 7:00 do 14:00 i siedzi na tyłku, ale nie w autobusie, tylko na wykładach, bo robi teraz ten kurs kwalifikacyjny do przewozu osób, którego ważność kończy mu się w styczniu. W gruncie rzeczy jest nawet zadowolony, bo choć takie siedzenie i słuchanie męczy go nawet bardziej niż tyle samo czasu za kierownicą autobusu, to na przykład w Poznaniu kierowcy, którym kończy się taki kurs, muszę go robić jakoś po pracy, a tutaj jest w jej ramach. Poza tym Franek coraz bardziej zaczyna chwalić warszawskie warunki pracy w Niezielonej firmie - dotychczas, (mimo, że cały czas jest to praca, w której się spełnia i którą lubi) w jakichkolwiek porównaniach Niezielona firma wypadała gorzej od Zielonej - a to zasady rezerw niefajne, a to brak porządnych toalet na pętlach (to mnie też by wkurzało) itp. Ale od jakiegoś czasu już te porównania tak jednoznacznie na korzyść Poznania wcale nie wypadają :) Zwłaszcza kiedy Franek patrzy na kartkę ze swoją wypłatą :P Kokosy to może nie są jak na warszawskie warunki i być może dlatego inni się buntują i twierdzą, że to mało płatna praca, ale my nie narzekamy (chociaż oczywiście nie moglibyśmy sobie pozwolić tylko na ten jeden dochód). Poza tym mógł sobie tutaj załatwić, że chodzi tylko na jedną, poranną zmianę i ma swojego zmiennika. Być może nawet za jakiś czas dostaną swój autobus. 
Mnie najbardziej cieszy po prostu to, że Franek lubi tę pracę i chodzi do niej z przyjemnością, nawet kiedy jest zmęczony. Kiedy wspominam to, co działo się rok temu, gdy pracował w tym magazynie, gdy tak przeżywał i właściwie chorował ze stresu, to ciarki mi po plecach przechodzą... Dobrze, że się odważył i złożył tu papiery, mimo, że nie znał miasta. Okazało się, że to nie jest aż taka przeszkoda, a teraz samochodem śmiga po ulicach stolicy pewnie lepiej niż niektórzy rodowici mieszkańcy :)

Co mnie jeszcze cieszy dzisiaj? A moja glikemia :) Byłam dzisiaj w szpitalu w ramach poświęcenia dla dobra nauki - pamiętacie, jestem królikiem doświadczalnym jednej doktorantki i dzisiaj była druga część badania. Skoro już tam byłam, to przy okazji podeszłam na patologię ciąży, żeby znowu skonsultować moje pomiary (być może jestem nienormalna i przewrażliwiona z tym konsultowaniem się, ale to naprawdę bardzo dla mnie istotne) i insulina odroczona! :) Pani doktor mnie pochwaliła - przez cały tydzień miałam tylko jeden mocno odbiegający od normy pomiar, spowodowany prawdopodobnie stresem (bałam się, że spóźnimy się na badanie USG i naprawdę się denerwowałam). Na takie wyniki, które przekraczają normę o 1-5 pktów mam aż tak nie zwracać uwagi, bo ani nie są groźne, ani nie kwalifikują do wdrażania leczenia insuliną. Cieszę się :) W nagrodę na drugie śniadanie wypiłam kakao! (bez cukru rzecz jasna)

A poza tym, czekam teraz aż mi wyschną paznokcie a za moment muszę się robić na bóstwo, bo jestem dzisiaj umówiona z mężem na randkę :) Spotykamy się w kinie i idziemy na komedię romantyczną. Celem tej wyprawy jest przypomnienie sobie dobrych początków, kiedy to dopiero się poznawaliśmy a polska komedia romantyczna była gatunkiem, który najczęściej można było obejrzeć w kinie. Dawno już nie chodziliśmy na tego rodzaju filmy, bo rezygnowaliśmy z nich na rzecz kina - powiedzmy - bardziej ambitnego lub sensacyjnego. A dzisiaj ma być romantycznie, miło i tak, jakbyśmy się dopiero poznawali. Co prawda Franek dostrzegł rysę na tym założeniu, bo mówi, że jak to się dopiero poznajemy, skoro dziecko w drodze, no ale przecież i tak bywa :P Oj tam, można czasami poudawać po ponad ośmiu latach znajomości... :)

Ps. Zadzwonili właśnie do mnie, że wózek jest już do odbioru. Cholipa! Miał być za 2-3 tygodnie a nie za 3 dni, gdzie my go postawimy?? :P

środa, 12 listopada 2014

Koniec długiego weekendu + dopisek

Od niedzieli jestem w Poznaniu. W zasadzie to niedługo będzie to już stwierdzenie nieaktualne, bo za dwie godziny mam autobus do Warszawy, ale nie zmienia to faktu, że niemal cały długi weekend spędziłam właśnie tutaj. Co ciekawe, bez Franka! :P Franek od soboty codziennie pracował i dopiero dzisiejszy i jutrzejszy dzień ma wolne, w piątek idzie do pracy, a potem znowu wolny weekend. A tymczasem ja w niedzielę rano wsiadłam w Polskiego Busa i przed 14tą byłam na dworcu, skąd odebrali mnie teściowie.
A to wszystko dlatego, że moi rodzice wzięli sobie parę dni urlopu i zarezerwowali w Poznaniu pokój w małym hoteliku, bo chcieli tu spędzić trochę czasu i załapać się na coroczne obchody imienin ulicy Św. Marcin. Oni spali tam, a ja u teściów. Codziennie się spotykaliśmy na obiedzie lub kolacji u teściów i spędzaliśmy większość czasu w tym pięcioosobowym gronie. Byliśmy w kinie, pozałatwialiśmy kilka spraw a wczoraj zaliczyliśmy tę plenerową imprezę na Świętym Marcinie w jeszcze większym gronie, bo dołączył do nas brat Franka z rodziną oraz żona frankowego kuzyna z dziećmi. 
Te dni upłynęły mi w bardzo sympatycznej atmosferze i nawet nie wiem kiedy minęły! Aż mi się trochę nie chce wracać (ale nie mówcie nic Frankowi :P) chociaż moi rodzice już dwie godziny temu wyjechali. Ciekawa jestem, czy się Franek trochę za mną stęsknił :) Rozmawialiśmy codziennie przez telefon i mówił, że mu się nudzi i dziwnie mu beze mnie, ale zobaczymy, czy się dzisiaj na mój widok ucieszy :)) Ja się oczywiście cieszę, że się zobaczymy, ale też uczciwie przyznam, że nie miałam wcale za bardzo czasu, żeby się stęsknić, bo ciągle byłam czymś zaabsorbowana :) Ale ja to zawsze byłam tą stroną mniej tęskniącą :)

Przyznam, że się trochę na początku stresowałam, jak to będzie, gdy będę tu sama musiała walczyć o swoją dietę, bo bałam się braku zrozumienia. Chodzi mi o to, że moja mama doskonale zna "realia cukrzycowe", a kiedy jeszcze ja się nabawiłam tej cukrzycy, to przeczytała na ten temat wszystko, co możliwe, więc w Miasteczku problemów z dietą nie było. Ale moi teściowie nie są specjalnie zaznajomieni z tematem. Tzn. teść od lat leczy się na cukrzycę typu II, ale mam wrażenie, że niestety akurat do diety nie przywiązuje aż takiej wagi i chyba niespecjalnie przestrzega tego, co mu jeść wolno a czego nie. Nie jedzą jakoś szczególnie niezdrowo, ale to bardziej dlatego, że teściowa toczy walkę o utratę kilku kilogramów, ale diety antycukrzycowej raczej nie stosują. Problem z moją cukrzycą polega jeszcze na tym, że nie wszystko, co można jeść "normalnemu" cukrzykowi można jeść również mnie a poza tym mam zupełnie inne normy. Bałam się trochę, że wyjdę na niegrzeczną, kiedy będę ciąglę odmawiała zjedzenia czegoś (bo generalnie w Poznaniu dałam się poznać jako osoba wybredna :P Faktem jest, że od lat żywię się w nieco innym stylu nić teściowie i choć uważam, że teściowa gotuje bardzo dobrze, to nie wszystko mi po prostu smakuje, bo nie przepadam na przykład za mięsem albo gotowaną pietruszką i marchewką, które są nieodzownym składnikiem sałatki jarzynowej teścia :)). Franek już od tygodnia przygotowywał rodziców, zwłaszcza mamę na to, że moje jedzenie będzie bardzo specyficzne w tych dniach i chyba jednak misja została zakończona sukcesem :) Zachowanie teściów spowodowało, że nie czułam się z tym wszystkim aż tak bardzo niekomfortowo i nawet niespecjalnie namawiali mnie do tego, żeby czegoś skosztować, bo przecież "jeden kawałek ciasta nie zaszkodzi" (przy cukrzycy ciążowej takie myślenie jest w zasadzie zabronione kategorycznie) - teść co prawda miał takie ciągotki, ale bardziej skupił się na moim tacie. Ten na szczęście jednak też się pilnował - a poza tym wiedział, że po swojej prawicy ma strażnika w postaci mojej mamy i zawsze na nią zerkał z pytaniem w oczach, czy na daną rzecz może sobie pozwolić, czy nie :P
Ostatecznie wszystko poszło sprawnie i moja dieta nie ucierpiała. Co nie znaczy, że wszystkie wyniki są w normie i dzisiaj byłam w Poznaniu u diabetologa (znowu zawdzięczam to abonamentowi w sieci placówek medycznych) na konsultacji. Potwierdza się, że co lekarz, to inna opinia. Pani doktor powiedziała, że ona jeszcze by się jednak z tą insuliną wstrzymała i zaproponowała mi jeszcze jedną modyfikację śniadaniową - powiedziała, że jeśli i to nie pomoże, to faktycznie będzie trzeba pomyśleć o insulinie, ale żebym się aż tak jej nie obawiała. W każdym razie powiedziała, że po pierwsze, najgorszy okres w cukrzycy ciążowej to 28-31 tydz (rzeczywiście! dokładnie w 28 tygodniu wyniki ze śniadania mi się pogorszyły, bo wcześniej były dobre) i od 32go powinno się to stabilizować (teraz jestem w 31 tyg). A po drugie miała dla mnie bardzo dobrą wiadomość - z tych moich pomiarów wynika, że nie mam insulinooporności, co oznacza, że mój organizm generalnie jednak z insuliną sobie radzi i być może nawet jeśli trzeba będzie zastosować zastrzyki, to na przykład tylko do śniadania.
No nic, zobaczymy, daję sobie jeszcze ten ostatni tydzień, podczas którego zrezygnuję z węglowodanów na pierwsze śniadanie i dopiero przy drugim się nimi poczęstuję. Zobaczymy, co z tego wyniknie... 

Generalnie to miło, że tak mi wszyscy kibicują w tej mojej diecie - pytają co jadłam i jaki miałam potem poziom cukru. Szczególnie moja mama, Franek i teściowa angażują się w to wszystko. To nawet dość zabawne, kiedy na przykład przychodzi czas, gdy muszę zmierzyć cukier, a wszyscy otaczają mnie wianuszkiem i wpatrują się jak zaklęci w glukometr, a potem wydają z siebie okrzyk ulgi, kiedy jest norma :) A gdy coś jest nie tak, to zastanawiają się, co mogło na to wpłynąć. Po prostu fajnie wiedzieć, że nie jestem z tym całkiem sama.

*** godz 21:50***
Chyba jednak muszę częściej wyjeżdżać. Nie dość, że Franek na moją cześć wypucował całe mieszkanie (nawet rury przeczyścił:P), to jeszcze przygotował romantyczną kolację (oczywiście wersję dietetyczną) przy świecach :)


czwartek, 6 listopada 2014

Maratonu ciąg dalszy

Ech, tyle zaległych notek czeka na napisanie lub publikację, a tymczasem nie mam na to czasu, bo codziennie biegam po lekarzach. Pojechałam dzisiaj do tego szpitala na oddział patologii ciąży. Dobrze, że tam przynajmniej można ot tak sobie wejść... Siedziała tam miła pani (położna, pielęgniarka?), powiedziałam jej, że w wypisie ze szpitala mam napisane, że w przypadku nieprawidłowych wartości glikemii mam się zgłosić i chyba te wartości są nieprawidłowe... Pani powiedziała, żebym chwilę poczekała, bo pokaże te wyniki pani doktor. Za moment pani doktor się pojawiła, chwilę ze mną porozmawiała i powiedziała, że mam zrezygnować z jedzenia jakiegokolwiek chleba na śniadanie, bo dotychczas był przykaz, żeby jeść pieczywo razowe - trzy kromki i absolutnie żadnego nabiału na I śniadanie. Ja i tak nie jadłam trzech, bo to dla mnie za dużo, tylko jedną lub dwie, a od tygodnia cukier miałam właśnie po śniadaniu bardzo wysoki. No to teraz chleba też mam nie jeść i jedyne co mi pozostaje to chrupkie pieczywo. Jeśli po tygodniu takich śniadań wartości nadal będą wysokie mam się zgłosić i dostanę insulinę.

A tymczasem rano okazało się, że te paski do mierzenia poziomu cukru, po receptę na które szłam ostatnio specjalnie do lekarza rodzinnego, nie są do mojego glukometru! Nazywały się podobnie, tylko wariant był jakiś inny i zauważyłam to dopiero rano, gdy otworzyłam opakowanie i zobaczyłam pudełko :( W szpitalu nie mogli mi wypisać nowej recepty, bo to była tylko konsultacja a nie zarejestrowana wizyta. Zadzwoniłam więc znowu do przychodni, ale okazało się, że nie ma już miejsc do mojej lekarki. 
Najpierw poszłam do apteki, żeby sprawdzić, co było na recepcie. Na szczęście w aptece byli sami bardzo mili farmaceuci, którzy nie robili żadnego problemu. Na recepcie rzeczywiście były wypisane złe paski, poradzili mi więc, żebym oddała dwa nieotwarte opakowania i założyła za to trzecie otwarte, które sprzedadzą mi bez refundacji i oddadzą mi receptę do poprawki. Poszłam do przychodni i na recepcji powiedzieli mi, żebym weszła jako pierwsza poza kolejką i wyjaśniła, o co chodzi. Łatwo powiedzieć :/ Wiadomo, jak ludzie patrzą na takie osoby wchodzące poza kolejnością :( Ale bez tego zostałabym bez pasków przez cały tydzień :( Poprosiłam więc starszego pana, który miał być przyjęty jako pierwszy, żeby mnie wpuścił na chwilę przed sobą. Zgodził się. Ale pech chciał (chociaż raczej mam wrażenie, że to norma u lekarzy), że pani doktor się spóźniła i zamiast o 14 zaczęła przyjmować 20 minut później. W międzyczasie przyszła już kolejna pacjentka, starsza pani - po której od razu było widać, że będzie problem i już mnie to strasznie zestresowało... I rzeczywiście - kiedy pani doktor wołała pacjenta do gabinetu pan wskazał na mnie, a kiedy wyszłam, wstała ta kobieta wołając, że teraz jej kolej, bo ona była na 14:15! Ale zatorowaliśmy jej drogę z Frankiem (bo przyszedł po mnie) tłumacząc, że pan był przed nią a mi po prostu kazali w recepcji wejść na tę samą godzinę. Jakoś poszło, a pan bez problemu wszedł do gabinetu, nie musiał się nawet słowem odezwać.
Ale wracając do mojej wizyty - bardzo się denerwowałam, kiedy tłumaczyłam całą sytuację (ech, chyba za to nie lubię lekarzy - wybacz Meg! :* - że się człowiek przy większości z nich czuje taki malutki i zdany na ich łaskę...) - bo chodziło o to, żeby poprawiła mi receptę na 3 opakowania dobrych pasków i 1 tych złych, żebym miała je refundowane (różnica naprawdę ogromna). Pani doktor od razu powiedziała: "no, ale to skąd ja wzięłam te drugie paski, przecież sobie ich nie wymyśliłam!" sugerując, że to ja poprosiłam o złe... A ja jej pokazywałam nazwę na wypisie ze szpitala... Na szczęście lekarka zajrzała do mojej karty i tam były wpisane przez nią te dobre paski, a na recepcie również jej ręką wpisane złe, więc widać było, że istotnie sobie tamte wymyśliła. Uff. Dostałam to, co chciałam, poszłam do apteki i zrealizowałam nową receptę. Mam co prawda jedno opakowanie niepotrzebnych pasków (nieużywanych, ale otwartych, że też nie pomyślałam, żeby zakleić opakowanie!), ale przynajmniej kosztowały mnie one tylko kilkanaście złotych a nie kilkadziesiąt, a poza tym nie wiem, czy to nie są przypadkiem te, których używa mój tata, więc może się przydadzą jednak...
Oj naprawdę człowieku, na chorowanie to Ty musisz mieć czas :/

Na niechorowanie zresztą też - Franek miał pół roku temu badania, kiedy przyjmował się do pracy, ale teraz kończą mu się uprawnienia do przewozu osób i musi wszystko robić jeszcze raz. Dzisiaj miał wolne, więc chodził od lekarza, do lekarza i zbierał pieczątki, że jest zdolny do pracy. Zajęło mu to pół dnia, a i tak jeszcze jutro ma okulistę. No i żeby nie było tak różowo, okazało się, że coś jest nie tak z jego zapisem EKG :( Nie wiemy dokładnie o co chodzi, bo lekarka medycyny pracy powiedziała, że nie zna się na tym aż tak dobrze i później wypisze Frankowi skierowanie do kardiologa - tyle, że to nie stan przedzawałowy. Więc mamy kolejne zmartwienie :( Zwłaszcza, że nie wiemy, czy wobec tego Franek dostanie zdolność! Dopiero jak już będzie miał wszystkich lekarzy załatwionych to musi wrócić do tej od medycyny pracy (a ona przyjmuje tylko we wtorki i czwartki - przyszły wtorek święto) i ona mu wypisuje zdolność, ale nie wiemy, czy to może być tak, że ze względu na ten zapis Franek zdolności nie dostanie :( Serio już mam dość tego wszystkiego.

Ps. Pani doktor w szpitalu pozbawiła mnie złudzeń, jeśli chodzi o to, że moją ciążę widać. Od paru dni miałam wrażenie, że brzuch mi się zaokrąglił i byłam wręcz pewna, że teraz to już nie da się go nie zauważyć! A pani się mnie pyta, w którym jestem tygodniu, odpowiadam, więc, że w 30tym, a ona patrzy na mój brzuch i woła "Boże, gdzie ta ciąża?" Ja nie wiem, Tasiemiec jakiś uświęcony będzie, bo ciągle ktoś na jego widok (a raczej "niewidok") przyzywa imienia Pana Boga nadaremno.

środa, 5 listopada 2014

Wylewam swe frustracje

Od niedzielnego popołudnia jesteśmy już... ech, zawsze mam problem, co napisać w takiej sytuacji - w domu? u siebie? no nie do końca...  Owszem, mieszkamy tu i nie jest nam źle w tym mieszkaniu, ale nasze do ono nie jest i nie będzie. Z tego też powodu "dom" jakoś nie przechodzi mi przez gardło, zwłaszcza w sytuacji, gdy wracamy z Miasteczka, czyli... z domu. Ale dość tych dygresji. W każdym razie wróciliśmy do Podwarszawia i do szarej rzeczywistości.
Franek w poniedziałek szedł już na 4tą do pracy na dziewięć godzin, ale nawet zniósł to dzielnie. To chyba wynik tego, że tak bardzo ją lubi. Ja do pracy nie wróciłam, ale nie oznacza to, że zaczęłam się nudzić. Wręcz przeciwnie, od poniedziałkowego poranka rozpoczęłam maraton lekarski. Biegam od lekarza do lekarza i od przychodni do przychodni. Pokuszę się teraz na gorzkie spostrzeżenie, że przynajmniej jako bezrobotna mam na to czas :/  Miałam co prawda na tyle elastyczną pracę, że mogłabym się jakoś dogadać, ale byłoby trudniej. No i z tą moją nieszczęsną dietą byłoby mi trochę trudno, bo musiałabym do pracy chyba nosić całą torbę jedzenia.
W tym tygodniu musiałam umówić się na wizytę kontrolną do lekarza, a że lekarka prowadząca ciążę jest nieobecna w listopadzie, musiałam znaleźć sobie kogoś innego. Na szczęście mi się udało (loguję się zawsze na stronie mojej przychodni, sprawdzam dostępne terminy a potem czytam opinie na temat danego lekarza). Ale wcześniej musiałam zrobić zlecone badania - pojechałam więc w poniedziałek rano, a wieczorem były już w systemie. Niestety niektóre były dość niepokojące. Poza tym kończą mi się paski do glukometru - swoją drogą to jakaś kpina, że w szpitalu przepisali mi dwa opakowania po 50 szt podczas gdy mam mierzyć cukier przynajmniej cztery razy dziennie. Łatwo policzyć, że takie dwa opakowania wystarczają na niecały miesiąc. Poszłam więc do lekarza ogólnego w swojej placówce, ale okazało się, że babka nie może przepisać mi tych pasków z refundacją (no cóż, to jednak prywatna przychodnia, choć i tak mnie to dziwi, przecież ci lekarze mają jakieś kontrakty), tylko najpierw muszę iść do diabetologa, więc dostałam skierowanie. Na wszelki wypadek się umówiłam, ale terminy są odległe. Spodziewałam się tego, więc zadzwoniłam od razu do publicznej przychodni w Podwarszawie i nie dość, że jakimś cudem udało mi się połączyć po kilku próbach, to jeszcze były dwa wolne terminy. 
Wracając musiałam wstąpić jeszcze do jednego szpitala - miałam skierowanie do poradni chorób mięśniowych. Prawdopodobnie mam bardzo rzadką chorobę genetyczną - zupełnie niegroźną, choć pani doktor zastanawiała się, czy nie utrudni mi ona porodu; w każdym razie powiedziała, że coś takiego zdarza się bardzo rzadko i w poradni przyjmą mnie z otwartymi ramionami (taa, jasne, może i tak, ale najpierw muszę się tam przebić), bo lubią takie ciekawostki. Moja siostra ma to samo i zrobiłyśmy już śledztwo, że mamy to po tacie :) Co ciekawe pani neurolog, która mnie tam wysłała, powiedziała, że po skierowanie muszę udać się do lekarza POZ w publicznej placówce. Dostałam takie skierowanie, a w szpitalu powiedzieli mi, że skierowanie musi być od neurologa. Zabawne prawda? Ale jakże przewidywalne. Niemniej jednak jest to już nieistotne, bo i tak nie ma już zapisów na ten rok - dopiero w grudniu mam dzwonić i pytać o terminy na styczeń, ale to już będzie po ptokach, bo chodziło o to, żebym poszła do tej poradni przed porodem.
Później wstąpiłam jeszcze do placówki w której przyjmuje lekarka prowadząca moją ciążę i wstępnie zaklepałam sobie termin na grudzień - a przynajmniej zaznaczyłam, kiedy chcę tę wizytę, bo oni zawsze do mnie dzwonią sami, żeby ją umówić.
Do Podwarszawia zdążyłam na styk - o 12:30 miałam wizytę, o 12:27 wysiadałam z autobusu. Ale zdążyłam. Pani doktor mnie przyjęła i bez problemu wypisała mi receptę na trzy opakowania pasków. Za miesiąc mam się zgłosić po następne. Recepta z refundacją - a to ma ogromne znaczenie, bo zapłaciłam ok 40 zł, bez refundacji byłoby ponad 120.

Wizytę kontrolną u ginekologa też już zaliczyłam. Przyjemna, młoda pani doktor, choć przyznać muszę, że korzystając z usług naprawdę różnych lekarzy ginekologów na ideał jeszcze nie trafiłam... Dostałam od niej receptę na leki leczące infekcję, która mi się przyplątała (stąd słabe wyniki) i zlecenie kolejnego badania za tydzień. Zrobiła też rutynowe badanie i mnie uspokoiła, że wszystko jest w porządku - trochę się stresowałam, bo żona kuzyna Franka trochę mnie nastraszyła, że jak była w szóstym miesiącu ciąży pojechała w góry i trochę się przeforsowała, skutkiem czego po powrocie okazało się, że ma 1,5 cm rozwarcia i do końca ciąży musiała się oszczędzać. Na szczęście u nas nic takiego się nie wydarzyło. Przynajmniej tyle.

Bo ogólnie rzecz biorąc muszę przyznać, że jestem bardzo rozczarowana swoim organizmem :( Frustruje mnie to, że nie mam nad nim żadnej kontroli. Czuję się doskonale, nic mi nie dolega, nie mam żadnych zdrowotnych problemów na pierwszy rzut oka - a w rzeczywistości mam wrażenie, że się sypię. Już pal licho tę infekcję, ok, mogła się przydarzyć. Ale chodzi mi o cukrzycę. Jestem wręcz wkurzona, że się do mnie przyczepiła, zwłaszcza kiedy czytam wszędzie te bzdury o tym, kto znajduje się w grupie ryzyka. Mam ochotę wyśmiać na całe gardło te teorie, że niby osoby z nadwagą, z nadciśnieniem, jedzące nieregularnie, nie uprawiające sportu... Bzdura! Moją jedyną "winą" jest to, że w rodzinie pojawiła się cukrzyca typu II i nieprawdą jest, że zdrowym trybem życia można jej uniknąć - jestem na to najlepszym dowodem.
Jest coraz gorzej. O ile na początku wszystko szło bardzo dobrze i miałam bardzo dobre wyniki glikemii po posiłkach z niewielkimi tylko odchyleniami, które potrafiłam łatwo wytłumaczyć (wiedziałam na przykład, że zjadłam coś, co mogło źle wpłynąć na poziom cukru), to nagle zaczęło się wszystko sypać. Najgorzej jest od tygodnia. Mam wrażenie, że im bardziej przestrzegam diety, tym jest gorzej - bywa, że mam wysoki cukier po posiłku "nakazanym", a po zjedzeniu czegoś teoretycznie szkodliwego mieszczę się w normie. Początkowo, jeśli już miałam wyniki powyżej normy to po obiedzie (potrafiłam je wytłumaczyć i po zmodyfikowaniu niektórych składników było ok). A od jakiegoś czasu po śniadaniu moje wyniki są fatalne. Nie wiem dlaczego, bo jem dokładnie to samo, co wcześniej (albo mniej), więc wygląda na to, że po prostu mój zjebany (przepraszam, ale jestem naprawdę wkurzona) organizm ma dietę po prostu gdzieś. To nie jest zwyczajna dieta cukrzycowa (której zalecenia przecież dokładnie znam), w ciąży należy ograniczyć jeszcze inne składniki pokarmowe i mam wrażenie, że ja po prostu nie mogę jeść absolutnie nic, a paradoksalnie muszę! Chwilami chce mi się zwyczajnie ryczeć, kiedy na przykład na siłę zjadam "posiłek nocny", podczas gdy oczy kleją mi się już ze zmęczenia albo gdy okazuje się, że to co "dobre" mi zaszkodziło. Chętnie podłączyłabym się pod kroplówkę i nie jadła nic, bo i tak zdążyłam już zapomnieć, czym jest przyjemność jedzenia. Po nocach śnią mi się złe wyniki albo że muszę wstać, żeby zmierzyć cukier. Psychicznie czuję się fatalnie, bo nie mam na to żadnego wpływu, a co gorsza, nawet nie wiem, jaki wpływ ma to na dziecko, bo nie jestem w stanie tego stwierdzić. Dopiero za tydzień mam umówione USG w 31 tyg. a potem nie wiem, chyba tylko KTG będzie jakąś kontrolą.
Jutro prawdopodobnie wybiorę się znowu do szpitala. Jestem załamana, bo wygląda na to, że czeka mnie insulina. 

Na zakończenie tego marudnego posta dodam jeszcze tylko, że to był pierwszy urlop, po którym nie dość, że nie przytyłam, to jeszcze znowu schudłam. Jak tak dalej pójdzie, to będę rodzić z masą ciała niższą niż przed ciążą. Ale pod tym względem wyniki badań są w porządku i nic nie wskazuje na to, żeby organizm był niedożywiony, a ja głodna też nie chodzę.

piątek, 17 października 2014

Odzwyczaiłam się...

...od publicznej służby zdrowia*
Jak już wczoraj wspomniałam, w zasadzie niczego nowego się nie dowiedziałam w tej poradni. Myślałam, że umawiam się tam na jakieś indywidualne konsultacje z lekarzem, dietetykiem, może diabetologiem. Że zostaną przeprowadzone jakieś dodatkowe badania. A tu nic. Na izbie przyjęć po prostu mnie zarejestrowali i kazali czekać. Po jakimś czasie zostałam wezwana na KTG, w tym samym czasie, do tego samego gabinetu wezwano inną dziewczynę, żeby wypełniła dokumenty i też na KTG. Jak dla mnie to bardzo dziwna sprawa, że tak podwójnie to załatwiają, bo gdzie ochrona danych osobistych?; ale akurat ta laska była w porządku. Była tak samo niezorientowana jak ja! Bo nikt nam nie powiedział, po co tam właściwie jesteśmy i jaki jest plan dnia. Próbowałyśmy się czegoś dowiedzieć, ale kiedy dziewczyna o coś pytała, to usłyszała, że od tego był lekarz prowadzący i to on powinien jej wszystko powiedzieć, a kiedy ja zadałam jakieś pytanie, położna odpowiedziała mi - tu cytat: "Sorry pacjentko, ja nie mam czasu, mam innych ludzi! Wszystkiego się dowiecie". Nie była jakaś szczególnie niemiła, ale o bycie sympatyczną też bym jej raczej nie posądzała.
W ogóle to potem chyba o mnie zapomniała, bo siedziałam w tym gabinecie bez sensu sama, przez jakieś 15 minut, a potem po prostu kazała mi iść usiąść na ławeczkę razem z dwiema innymi dziewczynami i czekać. Zastanawiałam się, co mi tam będą robić przez tyle godzin i teraz już wiem - po prostu testowali moją cierpliwość. Bo ostatecznie było nas 9 i ciągle trzeba było czekać - najpierw aż wszystkie wypełnią dokumenty, potem na KTG wszystkich, później na wywiad lekarski itd itp. Dobrze, ze przynajmniej większość tych dziewczyn była w porządku, więc sobie trochę pogadałyśmy. Jak Franek do mnie zadzwonił o 12 i usłyszał, że przez dwie godziny miałam tylko badane tętno dziecka to mi niemal nie uwierzył. Później jeszcze tylko zrobili nam posiew i kazali wszystkim przejść do jakiegoś przedsionka, w którym była pogadanka z dietetyczką. Tam przynajmniej można było zadać jakieś pytania, ale tylko na forum i dotyczące diety. A potem to już tylko zawołali nas, żebyśmy odebrały wypisy ze szpitala i receptę na glukometr.

Poza zwykłym wywiadem lekarskim (przeprowadzanym przez stażystę więc wykorzystałam sytuację i o parę rzeczy podpytałam) nikt mnie o nic nie pytał, nikt nic nie sprawdzał. Po prostu przyjęto mnie jako pacjentkę z cukrzycą. Wiem, że niektóre z tych dziewczyn miały dwa razy robione obciążenie glukozą i drugie badanie potwierdzało im cukrzycę. Ale były też takie, które jak ja, powtórki nie miały.
Dobrze, że dostałam ten glukometr (i przykaz sprawdzania poziomu cukru na czczo i po trzech głównych posiłkach), a stosowanie diety na pewno mi nie zaszkodzi, ale jednak jestem mocno zawiedziona tą wizytą.
Zwłaszcza, że na przykład jedna położna ze szkoły rodzenia, z którą rozmawiałam dziwiła się, że dwa pierwsze wyniki miałam w normie a już od razu zdiagnozowano u mnie tą cukrzycę. Poza tym zgłosiłam się na królika doświadczalnego i biorę udział w badaniu do pracy doktorskiej . Pojechałam więc się dzisiaj dobrowolnie pokłuć, ale przy okazji miałam indywidualną rozmowę z inną dietetyczką. Ona chyba też nie jest pewna, czy ta diagnoza była na pewno trafna, bo nie miałam skoków cukru nawet kiedy zjadłam coś "zakazanego". 
Wiadomo - tylko się cieszyć z tego, że mierzenie poziomu glukozy po posiłkach wykazuje cukier w normie, a tak, jak wspomniałam, nic mi się nie stanie jeśli będę stosować się do diety cukrzycowej, a pewnie tylko zyskam (no, chyba, że nadal będę tak chudła, dzisiaj rano miałam już -1,2kg, czyli cofnęłam się do wagi z 27 września). Ale po prostu wolałabym mieć pewność. Cóż, chyba po prostu muszę właśnie tę cukrzycę przyjąć za pewnik w tej sytuacji i po prostu stosować się do zaleceń. Przynajmniej jest szansa, że po porodzie mi przejdzie, chociaż jasne jest, że będę musiała na dietę na pewno uważać już zawsze. Ale przynajmniej nie pożegnam się tak całkowicie z pierogami, kluskami i słodkimi bułkami :) Po porodzie nie trzeba już przestrzegać tych zasad tak restrykcyjnie.

A właśnie! Zapomniałam Wam ostatnio napisać, że moja siostra na zlecenie lekarza powtórzyła to badanie obciążenia glukozą i tym razem wyszło w normie, czyli jednak nie ma cukrzycy! Ewidentnie znajdujemy się w grupie ryzyka i nasza gospodarka węglowodanowa nie jest idealna, ale jednak jej przykład pokazuje, że może się zdarzyć i tak (choć oczywiście skoro nie jest w ciąży to jest to trochę inna sytuacja).

Nadal więc przyzwyczajam się do nowego sposobu odżywiania się. To znaczy dla mnie nie jest on aż tak zupełnie nowy, ale współczuję tym, które muszą się całkowicie przestawić. U mnie to jest tylko kwestia wyeliminowania tych słodyczy i białej mąki - ale też zauważyłam, że kiedy eksperymentuję i zjadam coś, co nie do końca jest wskazane, to cukier mi się trochę podnosi, ale nie przekracza normy. Nie będę tego jednak robić za często - jakoś wytrzymam jeszcze te trzy miesiące. No i jeśli o mnie chodzi, to o ile jeszcze do jedzenia kolacji jakoś się przekonałam, to najgorszy jest ten posiłek nocny! Mam go zjeść około pół godziny przed snem - straszne! Zwłaszcza, że bywają dni, kiedy o 20:30 oczy mi się już zamykają i ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę to przekąska :/ Nie wiem dlaczego zakłada się, że wszyscy ludzie chodzą późno spać i późno wstają. Na szczęście upewniłam się w kilku źródłach, że godziny posiłków po prostu trzeba dostosować do swojego rytmu dnia (zachowując przerwy między nimi 2-4 godzin), ale widziałam, że ta dietetyczka, która ustalała dietę najchętniej wpakowałaby wszystkich w szablon i tylko czekałam jak mi powie, że mam się kłaść później a potem zmuszać swój organizm do tego, żeby spał do 8:00 :P Ale potem chyba rozsądek zwyciężył i stwierdziła, że skoro śniadanie jem chwilę po 6:00, to faktycznie ten nocny posiłek nie musi być o 22:00.

I tak to właśnie wygląda. Będę po prostu funkcjonować na nieco zmienionych zasadach, które pewnie na złe mi nie wyjdą i dobrze, że mam możliwość kontrolowania sobie poziomu glukozy. Ale i tak wcale nie jestem z tego powodu szczęśliwa. Cieszę się jednak, że nie jest tak najgorzej, a przede wszystkim, że nie kazali mi przychodzić po tygodniu na kontrolę (taka konieczność jest tylko wtedy, gdy pomimo wprowadzenia diety, cukier jest powyżej normy), bo przecież w przyszłym tygodniu z Frankiem wyjeżdżamy na ten wyczekany urlop!
Do Franka za to zadzwonił kierownik, żeby sobie zrobił badania okresowe, bo w styczniu kończy mu się termin ważności uprawnień do przewozu osób a tym samym jego prawo jazdy. W sumie dobrze, że już teraz dostał skierowanie i może się za to zabrać już po urlopie (a na pierwsze badanie zapisał się już na wtorek), bo jest szansa, że w grudniu będzie już po wszystkim (chociaż wszystko zależy od terminów szkoleń). Franek co prawda stwierdził, że ostatecznie przecież, jeśli z czymś nie zdąży, to może dokończyć w styczniu, ale powiedziałam mu, że w styczniu to on będzie miał inne plany, więc lepiej, żeby miał to z głowy wcześniej ;)

*miałam wykupiony przez firmę abonament w sieci prywatnych poradni medycznych, w których mam dostęp do wielu specjalistów i mogę wykonywać większość badań bezpłatnie; teraz przedłużyłam go sobie na preferencyjnych warunkach, dzięki czemu płacę mniej, niż gdybym miała tylko raz w miesiącu chodzić na wizytę do lekarza prowadzącego, a nadal mogę korzystać z wielu innych usług i nie czekać tygodniami lub miesiącami na przykład na konsultację z okulistą, czy neurologiem.