*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poznań. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Plany na ostatnie dni.

Plan na ostatnie dni roku 2015 jest taki - dziś od rana, o ile oczywiście Wikuś mi na to pozwoli ;) - pracuję nad sfinalizowaniem ostatnich projektów. Haha, nie mogłam się oprzeć użyciu tego sformułowania :P Brzmi tak ambitnie a dotyczy takich prozaicznych spraw :) Później Wam napiszę, co "finalizuję", w każdym razie myślę, że jestem na dobrej drodze i powinnam się ze wszystkim wyrobić w te dwa dni.
Po południu razem z Wikingiem pojedziemy do Doroty i Juski trochę sobie pogadać. Ale nie za dużo, bo jesteśmy ograniczeni czasowo - Juska dopiero około 17 wróci z pracy, a Wikinga po 19 już kąpiemy. Poza tym potem chcemy z Frankiem pójść do kina wieczorem. Mało brakowało, a nie udałby się nam ten wypad, a bardzo bym żałowała, bo naprawdę zależało mi na tym wspólnym wyjściu. Już nawet pal licho kino, choć wiecie, że lubię tam chodzić, ale bardzo chciałam, żebyśmy sobie wyszli tylko we dwoje.
W czwartek w pierwszej połowie dnia jedziemy do babci, a potem będziemy szykować coś lekkiego do zjedzenia na wieczór. A wieczorem mamy w planie wypad do kuzyna Franka i jego żony, u których będzie też drugi kuzyn z drugą żoną. Znaczy się nie ze swoją drugą żoną, tylko drugą żoną spośród żon kuzynów franka :P Najprościej rzecz ujmując, wybieramy się do Wojtka i Anety, a będą tam też Maciek i Asia, uff, zdecydowanie łatwiej ;) 
Cieszy mnie bardzo taki obrót sprawy, bo trochę się obawiałam, że skończymy na imprezie u kolegów, a raczej tego nie chciałam, bo wiedziałam, ze to będzie długo trwało, poza tym koledzy w większości bez zobowiązań i tylko jeden prawie z dzieckiem (ma się urodzić na początku roku), więc Frankowi pewnie udzieliłby się rozrywkowy nastrój i trudno byłoby go stamtąd wyciągnąć, a ja nie chcę przesadzać. Poza tym bardzo lubię i Anetę i Asię (ich mężów również :)), więc cieszę się, ze sobie pogadamy i spędzimy ten wieczór w towarzystwie w miarę ustatkowanym i dzieciatym, co jest o tyle istotne, że nikt na szaleństwa raczej ochoty nie będzie miał.
Prawdę mówiąc to trochę mi żal, że nie spędzimy tej nocy w Wikingiem, ale już dawno teściowie zapowiedzieli, ze chcą z nim żegnać stary rok a my sobie mamy pójść, więc z drugiej strony szkoda nie skorzystać. A poza tym i tak pewnie by spał :P

Ogólnie nasz pobyt tutaj jest zdecydowanie mniej towarzyski niż zazwyczaj. Jakoś trochę mniej mi się chce. Czasami po prostu trzeba sobie posiedzieć w domu :) Nie znaczy to oczywiście, że w ogóle się nikim nie umawiamy - wspomniałam, że na jutro jestem umówiona, a z kolei teraz Franek jest na spotkaniu z kolegą z Zielonej Firmy. Przedwczoraj z kolei wyszliśmy po południu na kręgle w towarzystwie kolegów Franka i żony jednego z nich. Miały być dwie godziny kręgli, a skończyło się na trzech i jeszcze dwóch godzinach ping ponga :P Wesoło było i trochę pobiegaliśmy sobie, co nam bardzo dobrze zrobiło po świętach :) Poza tym to był fajny sposób, żeby spotkać się ze wszystkimi za jednym zamachem. 

W Poznaniu zostajemy do drugiego. Pierwszy dzień nowego roku spędzimy w gronie rodzinnym, a Wiking będzie świętował trochę wcześniej swoje pierwsze urodziny. To był pomysł teściów, którym zapewne nie chce się za parę dni do Podwarszawia przyjeżdżać, a brat Franka, który jest Wikinga chrzestnym nie przyjechałby na pewno, więc stwierdzili, że tak będzie lepiej. W sumie może tak być, mnie tam wszystko jedno, a Wiking przynajmniej dwie imprezy zaliczy :P A Nowy Rok będzie na pewno ciekawszy w tym wydaniu. W sobotę wracamy, w niedzielę bierzemy głęboki oddech, a potem zaczynamy nowy tydzień. Franek idzie do pracy, a ja szykuję się mentalnie i nie tylko do wielkich zmian. Taki jest plan.

piątek, 25 grudnia 2015

Zmiana miejscówki.

Z przykrością muszę stwierdzić, że niestety dla mnie święta właściwie dobiegają końca :( Przynajmniej mentalnie... Tak, tak, ja wiem, że jeszcze drugi dzień świąt, ale jutro rano już wyjeżdżamy z Miasteczka. Jedziemy do Poznania, a to jednak nie to samo. Ja wiem, to jest sprawiedliwe - kolejną Wigilię spędziliśmy w Miasteczku, a jednak wypada pojawić się także w tej drugiej rodzinie jeszcze w świąteczny czas. No i zostaniemy tam cały tydzień i oczywiście nie omieszkałam sobie obliczyć, że to wychodzi o dwa dni więcej, niż te, które jesteśmy w Miasteczku... :) Doobra, ja wiem, Wigilia się liczy przynajmniej razy dwa. Dlatego właśnie przystałam na tę jawną sprawiedliwą niesprawiedliwość.
Co nie zmienia faktu, że żal mi bardzo stąd wyjeżdżać. Jak zwykle zresztą. Zwłaszcza, że nie wiem, kiedy znowu przyjedziemy :( W dodatku - co tu dużo mówić, ja po prostu nie czuję się rewelacyjnie mieszkając u teściów na trzydziestu metrach kwadratowych. Może i jestem wygodnicka, ale po prostu odzwyczaiłam się od takiego małego metrażu i naprawdę niemal dostaję tam klaustrofobii. Kiedyś mi to aż tak nie doskwierało, ale odkąd jeździmy z Wikingiem, to bardzo mi to przeszkadza. No i wiadomo, że nie jestem u siebie - mimo, że i tak czuję się tam w miarę swobodnie. Ale Franek sam mówi często, że z kilku powodów woli nawet jeździć do Miasteczka i lepiej się tu czuje niż w Poznaniu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest wcale najgorzej. Ale po prostu w Miasteczku lepiej i już :)

Wikingowi też się tu bardzo podoba! Przez ostatnie dni cały czas chodził zadowolony, nie do końca wiem, co jest przyczyną tego, że on tutaj jest zawsze tak mało absorbujący, ale Franek twierdzi, że to dlatego, że mieszkanie jest duże (o 30 metrów większe niż w Podwarszawie) i on tu cały czas ma gdzie chodzić, gdzie zaglądać i co zwiedzać :) W dodatku osób jest więcej, więc więcej się dzieje. Ale mam nadzieję, że w Poznaniu działo się też będzie dużo, więc Wikuś też się nudzić nie będzie :) Oby było zdecydowanie lepiej niż teraz sobie myślę, bo jakoś wyjątkowo bardzo nie mam ochoty tam jechać. Naprawdę aż dziwnie się z tym czuję, bo wiem, że to Franka dom rodzinny, ale serio, nawet nie chce mi się jakoś z nikim spotykać, a przecież wiecie, że pobyt w Poznaniu zawsze jest dla mnie bardzo owocny w spotkania towarzyskie.

A wracając do świąt, które jeszcze jednak trwają, a przede wszystkim wczorajszej Wigilii - chyba jednak naprawdę Wiking wyczuł, że to nie jest zwykły wieczór! Siedział spokojnie z nami przy stole przez prawie dwie godziny. I ciągle jadł! :) Przygotowałam mu zupkę z kotlecikami cielęcymi, szybko się z tym rozprawił a potem to już podbierał wszystko z naszego stołu. Najbardziej smakował mu kompot z suszonych owoców i karp. Ciągnął nas za rękaw, żebyśmy mu dali jeszcze kawałek! :) Pierogi też wcinał, chociaż starałam się dać mu je bez farszu jednak, bo tam grzyby były. Ja naprawdę nie wiem, jakim cudem Wiking ciągle jest taki drobny, bo on ciągle przecież coś by jadł. Normalnie zazwyczaj od stołu wigilijnego trzeba odchodzić, bo dzieci chcą już iść do prezentów i mówią, że się najadły. Wczoraj musieliśmy od tego stołu odejść, żeby Wiking wreszcie przestał jeść :P Bo ciągle po coś rączkę wyciągał. 
Ale prezenty też go bardzo zadowoliły. Zastanawiałam się, jak to będzie i czy nie okaże się, że kolorowy papier i cała otoczka nie zainteresuje Wikinga bardziej niż same prezenty, ale jednak nie. Ucieszyło mnie, że zainteresował się wszystkim od zabawek i instrumentów muzycznych, poprzez puzzle, na książeczkach kończąc i na każdą rzecz chociaż przez chwilę spojrzał i się nią pobawił. Przez cały wieczór był radosny i zainteresowany wszystkim, co się dookoła działo. Udało mu się nawet wytrzymać do późna i położył się spać dopiero o 22! To aż trzy godziny później niż zwykle. Co prawda specjalnie Franek wyszedł z nim jeszcze o 16 na spacer, żeby trochę pospał, ale i tak nie spodziewałam się, że to aż tak przedłuży żywotność wikusiowych akumulatorów :) A może to po prostu zasługa atmosfery i magii wigilijnego wieczoru. Grunt, że nasza pierwsza wspólna Wigilia była bardzo udana i lepszej sobie wyobrazić nie mogłam. Pięknie było :)

poniedziałek, 2 maja 2011

Już nie kolonia, jeszcze nie dom.

Nie wrócę już do Miasteczka. Nie wiem, jak to się stało. Wyjeżdżając prawie siedem lat temu na studia, nie myślałam o tym, że jadę do miasta, które już mnie nie wypuści. Nie było żadnych planów, nadziei, czy niechęci… Przez pierwsze miesiące w ogóle czułam się, jakbym wyjechała na kolonie i niedługo wracam :) Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam czuć inaczej. Nie jest tak, że Poznań stał się już dla mnie miejscem, o którym myślę, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Dom jest w Miasteczku, a w Poznaniu…? Jeszcze tego nie zdefiniowałam, już nie kolonia, jeszcze nie dom… Franek ma czasami do mnie żal, że to nie o Poznaniu mówię „dom”, ale on, jak Poznaniak od pokoleń chyba nie jest w stanie tego zrozumieć… Dla niego to naturalne, że ja tam jestem – tak po prostu. Nie myśli wcale o tym, że moja przeszłość była gdzieś indziej, że znałam inne zwyczaje, miałam inną mentalność, że po prostu przystosowałam się do życia gdzieś indziej na tyle, że niemal się zasymilowałam…
Nie mam tutaj tabunów znajomych. Ale mam ich na tyle wielu, że nie jestem w stanie spotkać się z każdym, nawet podczas kilkudniowego pobytu. Zawsze kogoś muszę przepraszać, że nie tym razem. Spotkałam się dzisiaj z koleżanką a później poszłam na imprezę urodzinową do Piórka, który swego czasu był moim najlepszym kumplem. Na tej imprezie było sporo osób, z którymi znam się tylko dlatego, że jesteśmy z Miasteczka. Ucięłam więc sobie pogawędkę z kilkoma z nich. Z Piórkiem też pogadałam… Większość z nich wyjechała na studia i wróciła. Albo nie wyjechała wcale. Teraz żyją sobie tutaj, od czasu do czasu wyjeżdżają tylko dorobić a potem znowu wracają… Fajni ludzie, świetnie mi się z nimi rozmawiało.
Ale ja już przestałam należeć do tego świata. Nie mogłabym tak żyć. Nie dlatego, że coś mi się w tym życiu nie podoba, tak się po prostu stało. Wyrosłam chyba z Miasteczka tak, jak wyrasta się z ulubionej sukienki… Można ją ubrać jeszcze do sprzątania albo „po domu”, ale do ludzi się już w niej nie wyjdzie… I nic to, że tyłka już nie zakrywa, jest po prostu wygodna i przypomina nam o tych fajnych czasach…
A jutro wracam do Poznania.
No właśnie, mówię, że jadę do Miasteczka, a do Poznania wracam… Ale jednocześnie jadę do domu, a wracam… jeszcze nie wiem gdzie…
***
Zapomniałam się pochwalić, że UEFA nas wylosowała i idziemy z Frankiem na mecz euro 2012 :)

piątek, 12 listopada 2010

Znowu pięknie jest.

Aby wczuć się w mój nastrój, proszę o kliknięcie TU.
Cóż, notka nieco spóźniona, bo miałam ogromną ochotę napisać coś w środę, ale jakoś się nie złożyło :) Wróciłam z pracy, zrobiłam obiad, posprzątałam (uwaga, uwaga, tym razem nie było prasowania :P wyrobiłam się z nim już w poniedziałek),pobiegłam na aerobik. Po powrocie wzięłam ciepłą kąpiel i rozpoczęłam relaks. Bo jakże relaksująca jest myśl, że jutro nie muszę wcześnie wstać, że jutro mam wolne. Ba, mało tego, myśl, że przede mną długi weekend, dodawała mi skrzydeł :) Albowiem tak się wycwaniłam, że wzięłam sobie wolne na dziś.

Siedziałam więc w tę środę, popijałam herbatkę truskawkowo-rabarbarową, trochę poprzeglądałam Wasze blogi, rzuciłam okiem na film, delektowałam się możliwością położenia się spać później niż zwykle. Cóż, nie wytrzymałam dłużej niż 23 :) Odpłynęłam i nie obudziłam się nawet, kiedy Franuś wrócił z pracy. Obudziłam się za to o piątej, kiedy to Franek zrzucił mnie z łóżka :)
Łóżko mamy na szczęście dość niskie.
Jest też bardzo szerokie, ale Franek po prostu się do mnie tak przytulał, że znaleźliśmy się na samym brzegu i kiedy chciałam się przewrócić na drugi bok, wylądowałam na podłodze :) Mogę więc mu wybaczyć, bo chciał dobrze :) Poza tym fajnie tak się pośmiać w środku nocy.

Rano wstałam podekscytowana, bo czekaliśmy na gości. Przyjechali moi rodzice :) Ależ się cieszyłam! Kiedy weszli do domu, Franek stwierdził, że gdybym miała ogonek, to na pewno bym nim merdała z radości :) Zrobiłam obiad, wypiliśmy winko (oprócz Franka, bo on wychodził niestety do pracy) a potem ruszyliśmy szlifować bruki poznańskie. Jak co roku, powtórzę się – w Poznaniu 11 listopada obchodzony jest zupełnie inaczej, bo oprócz Dnia Niepodległości są to imieniny ważnej ulicy poznańskiej -  ul. Św. Marcin. Poszliśmy więc kupić Rogale Świętomarcińskie, a potem spacerowaliśmy ulicami miasta. Kiedy zmarzliśmy, wstąpiliśmy do mojej ulubionej kawiarni na herbatę. A na 21:00 wróciliśmy na pokaz sztucznych ogni. Po raz pierwszy nie byłam z Frankiem niestety :( To był zawsze taki nasz wieczór, szliśmy zawsze razem, tylko we dwójkę… Ale niestety, służba nie drużba, Franuś musiał pracować, żeby inni Poznaniacy mogli dotrzeć na imprezę w centrum. Tym bardziej cieszyłam się, że mogłam tam pójść z moimi rodzicami.
Dzisiejsze przedpołudnie minęło nam błyskawicznie, niestety. Było bardzo przyjemnie, ale wszystko, co dobre, szybko się kończy. Godzinę temu rodzice pojechali do domu. Strasznie mi żal, że tak szybko minął ten czas. Tak lubię spędzać czas z moją rodziną…

Na szczęście syndrom przedszkolaka mnie jak na razie nie dopadł. Nawet pomimo tego, że siedzę sama. Być może otuchy dodaje mi świadomość, że Franuś ma wolny cały weekend i o ile mi wiadomo, spędzimy go razem :)  Prawdę mówiąc jak na razie humorek mam znakomity. Pierwszą połowę weekendu spędziłam wspaniale, a teraz mam świadomość, że przede mną jeszcze dwa dni wolnego.
Żyć nie umierać :)

sobota, 27 marca 2010

Misterium na Cytadeli

Mieszkam w Poznaniu szósty rok. Przy okazji drugiego lub trzeciego Wielkiego Postu spędzonego w tym mieście dowiedziałam się, że w przeddzień Niedzieli Palmowej na poznańskiej Cytadeli odbywa się Misterium Męki Pańskiej. Nie wiedziałam za bardzo na czym to polega – myślałam, że może to coś w rodzaju drogi krzyżowej. Ale nigdy nie mogłam tego sprawdzić, bo tak się składało, że co roku w ten dzień miałam naprawdę dużo pracy i musiałam się intensywnie przygotowywać do jakichś testów lub egzaminów – najpierw na poniedziałek lub wtorek, a w ciągu ostatnich dwóch lat na niedzielę. No i nareszcie w tym roku się doczekałam.

Wybraliśmy się dziś na Cytadelę i muszę przyznać, że Misterium zrobiło na mnie wrażenie. Okazało się, że nie jest to droga krzyżowa, a widowisko przedstawiające  znane nam z Biblii ostatnie wydarzenia przed ukrzyżowaniem Chrystusa. Bardzo mi się podobało. Forma przekazu była interesująca i inna od wszystkich, które wcześniej widziałam – a zawsze bardzo lubiłam oglądać opowieści biblijne w telewizji. Jednak tam odczuwało się to inaczej – przebrani aktorzy, scenografia, doskonała akustyka… Fakt, że „scena” była daleko, ale można było dodatkowo oglądać wszystko na telebimie. Ludzi było mnóstwo – mimo, że aura wcale nie sprzyjała. Było zimno, a przez pierwsze dwadzieścia minut intensywnie padało. Ale, że staliśmy przytuleni z Frankiem, to nawet nie przemarzłam na kość :) I uważam, że naprawdę było warto. A w przyszłym roku, jak okoliczności będą sprzyjały, pójdę jeszcze raz.

Zastanawiałam się dzisiaj przez chwilę, jak to jest, że wszyscy wierzący i praktykujący znają tę historię na pamięć. A jednak co roku przeżywają to od nowa i mają szansę zdobyć się na nowe refleksje. To jest coś, co się nie nudzi. Historia ostatnich dni życia Jezusa, jak i wiele innych opowieści z Biblii, może zostać przedstawiona na tysiące różnych sposobów, a jednak zawsze chodzi o to samo. Aranżacja może być inna, przekaz pozostaje niezmieniony. Choć prawda jest taka, że nie wszyscy go dobrze odczytują. Ale to już sprawa każdego z nas. Ja tu nikogo nawracać nie będę :)

Ta notka to nie żadna propaganda :) Misterium Męki Pańskie nie jest co prawda zwykłym przedstawieniem, ale jednak może być tak potraktowane przez osoby niewierzące. I sądzę, że one również mogą poczuć niezwykłą atmosferę widowiska – choć może nie ma ona dla nich wymiaru duchowego. Jest to jednak coś, co warto zobaczyć. Przyznać muszę, że chociaż było zimno i nogi nieco bolały od prawie dwugodzinnego stania w jednym miejscu, nie nudziłam się i ani przez chwilę nie miałam myśli, żeby nie zostać do końca.

Gdyby ktoś chciał się dowiedzieć czegoś więcej polecam stronę
http://www.misterium.com.pl/
, jest tam opis widowiska i krótki filmik.

środa, 12 listopada 2008

Różne różności.

No to przeżyłam :) Mało tego, było bardzo przyjemnie. Rodzice przyjechali z małym poślizgiem, więc mieliśmy trochę mało czasu, a mama chciała jeszcze przejść się po sklepach, zrobić jakieś zakupy. W efekcie zdążyliśmy oblecieć tylko C.H., w którym pracuję. Ale nie było nic ciekawego. Tylko tacie udało się kupić spodnie, które zostały komisyjnie zatwierdzone przez żonę i córkę :) A potem przyszedł czas na kolację. Wbrew moim obawom od samego początku było miło. Tematów nie zabrakło :) Mieliśmy iść na krótko a zasiedzieliśmy się ponad cztery godziny. Rodzice się dogadywali. Ale w sumie dlaczego mieliby się nie dogadać, skoro ja lubię i swoich i Franka, i on też. To znaczy, że fajni ludzie są nie? :) Tato Franka to w ogóle otwarty człowiek, więc się nawet parę razy pomylił i do moich na „Ty” się odezwał. Ale to chyba dobry znak. Teraz to nawet żałuję, że nie mamy okazji częściej się spotykać, bo chyba by się polubili. No to pierwsze koty za płoty i to jeszcze w przyjemnej atmosferze.

A poza tym wczorajszy dzień upłynął mi bardzo miło. W Poznaniu 11 listopada to nie tylko Święto Niepodległości, ale również święto miasta, a konkretnie imieniny ulicy Św. Marcin. Co roku ten dzień jest hucznie obchodzony  trochę na wesoło, a trochę na poważnie – żeby było też patriotycznie. Poza tym w ten dzień Poznaniacy szczególnie zajadają się rogalami marcińskimi. Nie będę wyjaśniać co to za rogale, a zainteresowanych odsyłam na
http://pl.wikipedia.org/wiki/Rogal_%C5%9Bwi%C4%99tomarci%C5%84ski.
Prawie cały dzień spędziłam na mieście. Najpierw poszłam z rodzicami na długi spacer  i tak doszliśmy na ulicę Św. Marcin, gdzie miała zacząć się coroczna parada. Zainteresowanych również odsyłam :)

Pogoda w tym roku wyjątkowo dopisała, więc ludzi było mnóstwo. Nie przepadam za tłumami, ale wreszcie chciałam zobaczyć tą paradę, bo, wstyd się przyznać, mimo, że mieszkam tu już piąty rok, to jeszcze nie miałam tej przyjemności :) Podobało mi się bardzo. Po południu niestety rodzice musieli już jechać i znowu zostałam sama jak ta sierotka. Ale nawet nie przechodziłam tym razem przez syndrom przedszkolaka, bo nie miałam czasu :) Jak pojechali, poszliśmy z powrotem z Frankiem na miasto, gdzie trwał koncert T-Love a potem był pokaz sztucznych ogni. Jednym słowem cudowny długi weekend z przerwą na pracę w poniedziałek :) 
 Niestety dziś musiałam już wrócić do szarej rzeczywistości. W pracy trochę zaległości się zdążyło nazbierać, ale najgorsza ta nieszczęsna prezentacja sobotnia. Już mi się nawet nie chce o niej myśleć. Uhhh, teraz marzę tylko o tym, żeby była już godzina 13:00 w sobotę, kiedy będzie po wszystkim. Ja się chcę teleportowaaaaać:(
Wybaczcie, że nie byłam u Was od dwóch dni, postaram się w pierwszej wolnej chwili nadrobić zaległości.
 
Ps. Ze zdziwieniem zauważyłam, że mój post dostał gwiazdkę. Dziękuję osobie, która go poleciła. Cieszę się, że moja pisanina Wam się podoba :) I przy okazji witam wszystkie nowe osoby, które dzięki poleceniu odwiedziły mój kolorowy, wirtualny świat:)
No to częstujcie się :)