Franek mnie wziął na litość. A konkretnie na chorobę
Zadzwonił w niedzielę (miał być w pracy), żebym przyszła do niego.
Powiedziałam, żeby on przyszedł do mnie. A tu się okazało, że on
unieruchomiony, bo coś mu w plecach strzeliło, jak się schylał w pracy
po 30 kg mięcha i ledwo się rusza. Odpowiedziałam, że się zastanowię.
Wstąpiłam do niego po drodze do kościoła. Posiedziałam trochę, żeby
stwierdzić, czy nie zmyśla. Ale nie zmyślał, wyglądało, że naprawdę go
boli. Prosił mnie, żebym przyszła jeszcze później, ale odmówiłam.
Jeszcze mi nie przeszło. W ogóle mało się do niego odzywałam, wzięłam ze
sobą testy z hiszpańskiego i się uczyłam. Wczoraj dzwonił do mnie od
rana i strasznie mi słodził. Był milutki jak nigdy. Uświadomiłam go, że
nadal jestem zła i że czekam na przeprosiny. No to mnie przeprosił
:) Cały czas się łasił i namawiał mnie, żebym przyszła do niego po pracy.
W końcu zadzwoniłam po 18 i powiedziałam łaskawie: „Przyjdę do Ciebie
na chwilę i będziesz mógł mnie przepytać ze słówek”
No nie miał wyjścia, zgodził się. Przepytywał mnie ze dwie godziny. A
ponieważ nadal był bardzo miły i cały czas miałczał, jak to się mało
widzieliśmy, że on tak czekał na mnie aż ja przyjdę i żebym jeszcze nie
wychodziła, że stwierdziłam, że ewentualnie mogę zawiesić karę 


