*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tasiemiec - Wiking. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tasiemiec - Wiking. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 października 2015

Kumulacja, czyli lęki, skoki, zęby i...

Wiking ostatnio bywa bardzo niespokojny a do tego ma bardzo zmienne humory. Potrafi bawić się na całego, sprawiając wrażenie, jakby zapomniał o całym świecie, a potem nagle wybuchnąć głośnym płaczem, którego nie koi nawet przytulanie ani noszenie. Nie chce w tym momencie ani jeść, ani pić, a rękę podającą mu smoczek zdecydowanie odpycha! Płacz jest głośny i wręcz słychać w nim złość. Albo w drugą stronę - marudzi, jęczy, płacze, czasem histeryzuje, a potem jakby ktoś palcami pstryknął - szeroki uśmiech, gardłowe hihihi, energiczne raczkowanie po całym mieszkaniu i jakieś absolutnie absorbujące zajęcie - na przykład pożeranie własnej skarpetki albo zabawa z mamą pod tytułem "ja będę rzucał czapeczkę na podłogę, a ty mi ją podasz! I tak sto razy - hihihi"

Niestety w ostatnim czasie Wiking ma nawroty stanu określonego przeze mnie dawno temu jako "nieodkładalność" :) To pojawiło się również mniej więcej dwa tygodnie temu i niestety bywa bardzo problematyczne. Wiking dosłownie trzyma się mamusinej spódnicy (a właściwie spodni) - potrafi się bawić z całym zaangażowaniem aż nagle podnosi głowę, patrzy na mnie, robi podkówkę i... buuuuu, płacze...  Podchodzi do mnie, staje obok i obejmuje moje nogi albo szarpie moją garderobę, czasami wyciąga też rączki. Oczywiście biorę go wtedy na ręce, bo trudno inaczej zinterpretować ten gest. Ale czasami jest to bardzo kłopotliwe, bo Wiking takie ataki nieodkładalności miewa często w sytuacjach, kiedy albo chcę iść do łazienki, albo coś zjeść, albo naszykować jedzenie jemu, albo przygotować nas do wyjścia na spacer itp.

Na całe szczęście często wcale nie chodzi mu o to, że to mama koniecznie musi być obok! Podobnie reagował na odejście Franka (marudził, więc Franek podszedł do niego i zaczął go zabawiać, kiedy Wiking zajął się klockami, Franek delikatnie wstał i chciał się oddalić, bo wyglądało na to, że dziecko jest całkowicie zaabsorbowane zabawą, ale nic z tego). Poza tym zauważyłam, że on się tak zachowuje tylko wtedy, kiedy jestem z nim sama! W weekendy ma bardzo dobry humor. Podobnie jest popołudniami, kiedy moi rodzice wracają z pracy albo kiedy przyjeżdżają wujek z dziadziem. Wiking przez dwie godziny potrafi być tak cichy, że muszę raz po raz sprawdzać, co się dzieje i czy dziecko przypadkiem nie zniknęło. Nie, wcale nie zniknęło, tylko bawi się w najlepsze swoimi zabawkami... Ewidentnie więc wcale nie chodzi mu o matkę, tylko o towarzystwo w ogóle. Im więcej ludzi, tym lepiej. Kiedy jestem z nim sama, ma oczywiście momenty, kiedy zajmuje się sobą, ale są one dużo krótsze niż jeszcze niedawno. Mam jednak nadzieję, że mimo wszystko jest to stan przejściowy...

Drugim problemem jest to, że niepokój Wikinga objawia się głównie wieczorem i w nocy. Bywa, że przez kilka dni z rzędu zasypia bez większego problemu, a potem znowu przez kilka dni jest z tym problem. Pół biedy, jeśli się chce wtedy bawić (choć oczywiście trochę mnie to denerwuje, bo to w końcu mój "czas wolny" :)), gorzej jeśli widać, że chce spać, ale się przed tym broni i płacze. W ogóle sypia dość niespokojnie. Na przykład jak już zaśnie bezproblemowo, to potrafi się po godzinie, dwóch obudzić z głośnym, jakby przestraszonym płaczem. Zwykle wystarczy go przytulić i zasypia z powrotem, ale zdarza się, że zanosi się płaczem i przez chwilę absolutnie nic nie pomaga i dopiero po paru minutach energicznego chodzenia z nim na rękach (zwykle rękach Frankach, chyba chodzi o to, że powierzchnia do przytulania jest większa, no i ramiona jednak silniejsze) się uspokaja i nagle śladu po tym płaczu nie ma, a wręcz zaczyna się uśmiechać i wierzgać nóżkami, co jest oznaką zadowolenia.

W nocy też różnie bywa. Nigdy nie mieliśmy większych problemów z nieprzespanymi nocami (choć Wiking prawie zawsze się budził przynajmniej dwa razy na jedzenie), a od jakiegoś czasu Wikuś w nocy się bardziej kręci, popłakuje i ewidentnie chce, ale nie umie zasnąć. Czasami musimy się ratować nawet podaniem mu butelki z mlekiem. Ogólnie nie jest najgorzej, bo nie chodzę niewyspana, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy, co utrudnia Wikingowi spokojny nocny wypoczynek.

Mam na te zachowania kilka teorii.
Po pierwsze - wspominałam jakiś czas temu, że Wiking chyba przechodzi przez coś w rodzaju lęku separacyjnego. Ominęło nas to w okolicach siódmego miesiąca, przyszło z opóźnieniem. Świadczyłaby o tym ta niechęć przed zostaniem samemu w pomieszczeniu, niesamowita czujność na to, czy ktoś się nie próbuje ostrożnie ewakuować, trzymanie się kurczowo moich nóg i głośny protest, gdy próbuję zostawić go samego w łóżeczku (wcześniej nie było z tym problemu). I tak nie jest najgorzej, bo tylko w niektórych momentach jedynie mama jest lekiem na całe zło, w większości przypadków wystarczy ktokolwiek, kto się nim zajmie.

Po drugie - siódmy skok rozwojowy i "czarny czas" jak ja to nazwałam, który może pojawić się na przełomie 41 i 42 tygodnia życia dziecka. U nas właśnie wtedy nastąpiło pewne pogorszenie w zachowaniu Wikinga, choć pewne symptomy występowały już wcześniej. Tę tezę potwierdza na przykład fakt, że Wiking znowu sobie przypomniał, że jest małym ssakiem i ciągle domaga się piersi. Czasami lubi sobie przy niej przysnąć. Widać, że często nie chodzi mu wcale o to, żeby zjeść, tylko żeby się poprzytulać. Podchodzi do mnie, wstaje i szarpie mnie za sweter, jednocześnie kierując główkę w kierunku mojego biustu i stukając w niego nosem :D I jak tu się oprzeć takiej prośbie? :D

Po trzecie -  ząbkowanie. Tak jest, Wikuś dojrzał do tego, żeby w dziesiątym miesiącu życia, wypuścić wreszcie na świat swoje pierwsze ząbki :) Mam nadzieję, że będą tak mocne, jak zapowiadają nam wszyscy, którzy potwierdzają, że im później tym lepiej i mam nadzieję, że jest to wystarczająco późno ;) Coś białego na dziąśle zauważyłam półtora tygodnia temu, teraz już prawa dolna jedynka już się przebiła (choć nadal jest malutka), a lewa jest w drodze. Nie wiem, na ile ząbkowanie ma wpływ na zachowanie Wikinga - nasłuchałam się i naczytałam tak dużo o tym, jaki to może być trudny czas dla dziecka i rodziców, że ciągle wyobrażam sobie, że to jednak powinno wyglądać gorzej. U nas jest ten niepokój, marudzenie w ciągu dnia i od czasu do czasu jakiś napad płaczu. To oczywiście męczy, ale obiektywnie rzecz biorąc, wydaje mi się, że wcale nie jest tak źle. Z jednej strony więc może ominie nas zębowa katastrofa, z drugiej, może dopiero nadejdzie :)

Po czwarte - może to być kombinacja jedynki z dwójką, czyli jakieś lęki związane z rozwojem. Być może Dzieciak przetwarza duże ilości wrażeń, które ma w ciągu dnia i potem w nocy jest niespokojny, może ma złe sny. W dzień z kolei może czasami ma za dużo bodźców. Trudno powiedzieć.

Po piąte - nie wykluczam oczywiście również tego, że Wikuś po prostu odnotował, że nie jest u siebie i że nie ma obok taty. Jest mu tu dobrze, to widać, ale przecież każdy tęskni za swoim domem i swoimi zabawkami prawda? :))

Nie wiem tak do końca, co temu naszemu Wikusiowi dolega, ale być może wszystko, o czym wspomniałam ma jakiś wpływ. 

Z jednej strony jest to bardzo uciążliwe i mam trudne momenty - szczególnie rano, kiedy muszę iść do łazienki a mały mnie nie puszcza. Poszłabym z nim, ale za bardzo interesuje go wnętrze muszli klozetowej, którą potrafi już otworzyć i kończy się na tym, że wyje biedaczek pod drzwiami :(, bo wyrodna matka go zostawiła - na szczęście tylko na chwilę :))
A z drugiej strony stwierdzam, że naprawdę nie jest wcale tak źle. Tak sobie myślę, że w gruncie rzeczy jak na taką kumulację, to radzę sobie dobrze, a może nawet rewelacyjnie :) Znoszę to wszystko całkiem nieźle. Nie wiem, być może po prostu się już mocno uodporniłam, być może Wikuś jest taki fajny przez większość czasu, że to wystarcza, aby łagodzić skutki tych niefajnych momentów. A może jestem zwyczajnie silniejsza, a mocy dodaje mi myśl, że jednak nic nie trwa wiecznie. I ta, że niejedna trudna przeprawa jeszcze przed nami, więc nie można się tak łatwo załamywać.
Powiem Wam, że widzę różnicę w moim podejściu. Teraz nawet jeśli ogarnia mnie zwątpienie to jest ono chwilowe i trwa tylko tyle, ile napad gorszego humoru Wikusia. Kiedy jemu przechodzi (na szczęście zwykle dość szybko) i ja zapominam o tym, że coś mi przeszkadzało. A wcześniej przecież zawsze w takich gorszych okresach było tak, że miałam zły nastrój przez dłuższy czas, bo dołowałam się i stresowałam każdą niedogodnością i nawet kiedy było dobrze, już na zapas martwiłam się co będzie za godzinę, dwie, wieczorem, jutro... Teraz mam w sobie wewnętrzny spokój i mam nadzieję, że mnie nie opuści! Nawet kiedy będę już u siebie. 
Bo oczywiście to, że jestem teraz u rodziców też bardzo dobrze na mnie wpływa. Co prawda ten gorszy nastrój Wikinga zaczął się jeszcze w Podwarszawie (co też wskazywałoby na to, że nie chodzi tylko o tęsknotę za tatą) i wtedy też sobie z tym radziliśmy, ale ja w Miasteczku w ogóle zawsze czuje się dobrze. A przecież nie ma jak u mamy - o czym już chyba nawet Wiking się przekonał :)

*** Ale tak abstrahując już od tych gorszych momentów - zazwyczaj jednak Wikuś jest przekochany. I na przykład dzisiaj mieliśmy wspaniały dzień. Co prawda znowu z pobudką o 5:00 (czy jest szansa, że on się przestawi, czy tak będzie do końca marca? :P), ale wspaniale spędziliśmy razem dzień. I owszem, okazuje się, że z takim maluchem można już miło spędzać dzień (tak, dla mnie to też była abstrakcja! :) Bawiliśmy się w kosi-kosi łapki, w akuku, w ence-pence. Poczytałam mu trochę, potańczyliśmy razem, bawiliśmy się klockami i piłeczką pingpongową (wymiata!) Powiem Wam, że nawet mi aż tak bardzo nie przeszkadza, jak się Wiking rzuca na moją twarz z otwartą buzią i ślini mnie na potęgę. Tak, tak, dziąsła go swędzą - ale ja tam wolę myśleć, że to w jego wykonaniu buzi :D

***
Tak czy inaczej, trzymajcie za nas kciuki. Za Wikinga, żeby mu żadne strachy i bóle nie dokuczały, i żeby dobry nastrój trzymał się go jak najdłużej i jak najczęściej. Za mnie, żebym nie poddawała się chwilom zwątpienia, żeby siła i determinacja mnie nie opuszcza, i bym cały czas miała takie podejście jak teraz :) I za naszą rodzinkę, żebyśmy się po prostu nie dali i bardzo się kochali :D 
(nie mogłam się oprzeć :P)

środa, 21 października 2015

Raczkujemy w rytm muzyki.

Niedawno  opowiadałam Wam o znajomych mamach, które spotykam, kiedy jeżdżę z Wikingiem na zajęcia. Dzisiaj chciałabym znowu napisać o zajęciach, ale tym razem w kontekście tego,  na czym one w ogóle polegają, jak Wikuś się zmienił w ciągu tych siedmiu miesięcy, kiedy na nie jeździmy i jak się na nich zachowuje :)

Dobrym tłem do tej notki będzie mój wpis z marca. Pisałam wtedy mniej więcej na czym te zajęcia polegają. Wspominałam, że są to nie tylko zajęcia umuzykalniające, ale także ogólnorozwojowe. Opierają się na dość popularnej ostatnimi czasy teorii Edwina Eliasa Gordona. A więc chodzi o to, żeby dziecko niemal od urodzenia (kiedy jego umysł jest najbardziej chłonny) oswajać z dźwiękiem, muzyką, rytmem. To jest naprawdę dość złożona teoria, więc zainteresowanych odsyłam do linka, na przykład tego. :) Ja chcę się skupić na tym, jak wyglądają spotkania, na które jeździmy my. Mają stałe elementy – bo powtórzenia to podstawa. Chodzi o to, żeby dziecko po czasie zaczęło rozpoznawać znajome melodie a także z czym je kojarzyć. Na przykład z powitaniem, z tańcem, z masażem itp. Zajęcia zawsze rozpoczynają i kończą się w ten sam sposób. Na początku zawsze trochę śpiewamy – mamy również, choć przymusu nie ma :) Ale jesteśmy do tego zachęcane, bo dla dziecka nie ma lepszego głosu niż śpiewająca - nawet fałszująca – mama. Potem jest marsz, jakiś wierszyk w ruchu i znowu piosenka. Środek zajęć już wygląda za każdym razem inaczej (choć oczywiście raz na jakiś czas „atrakcje” się powtarzają). Prowadząca przynosi ze sobą zawsze jakieś akcesoria, które niesamowicie podobają się maluchom :) Nawet jeśli jest to zwykła wstążeczka albo balonik – w każdym razie spotkania te podsunęły mi kilka pomysłów na zabawy z Wikingiem :) Furorę robią zawsze kolorowe rurki do gry, instrumenty muzyczne (kastaniety, marakasy, tamburyna itp.), piórka, gumowe piłki z wypustkami, niepękające bańki mydlane… Całe mnóstwo tego jest! To wszystko wykorzystywane jest do różnych zabaw śpiewająco-rytmicznych. Dzieciaki się bawią a my sylabizujemy, wybijamy rytm, mruczymy, improwizujemy, śpiewamy na głosy. Czasami po prostu rozmawiamy. Poza tym recytujemy różne wyliczanki, wierszyki, rymowanki, ale także poznajemy różne triki, które można potem wykorzystać w domu – np. piosenkę, którą można wykorzystać przy obcinaniu dziecku paznokci albo inną, która pomaga odebrać dziecku coś, co nie jest jego zabawką. Nam przydała się jedna piosenka, przy której energicznie się poruszam, dzięki czemu Wiking się daje przebierać po kąpieli (tyle o ile :P). Albo masażyk, który Wikuś bardzo lubi, a ja wykorzystuję to i przy okazji smaruję mu buzię kremem. Zajęcia kończą się zawsze tą samą piosenką. Czasami są w całości a capella, innym razem prowadząca przynosi gitarę lub jakiś inny instrument. Tak naprawdę trudno to opisać, bo choć powtarzalność jest kluczowa, to każde zajęcia wyglądają inaczej :)

Pierwszy pojechaliśmy tam właśnie w marcu, kiedy Wiking miał dopiero dwa miesiące. Wróciłam zachwycona :) Przede wszystkim dlatego, że wyszłam z domu i fajnie spędziłam czas z innymi mamami, ale także dlatego, że widziałam reakcję Wikinga. Mimo, że jeszcze słabo ogarniał rzeczywistość, ewidentnie odnotował zmianę otoczenia. Poza tym bardzo się uspokajał i widać było, że interesuje go to, co dzieje się wokół. 
Na początku Wiking był najmłodszy i tak było przez długi czas. Dopiero kiedy miał jakieś sześć, siedem miesięcy, zaczęły pojawiać się dzieci młodsze. Z moich obserwacji wynika, że mamy zazwyczaj mają odwagę wyjść z dzieckiem "do ludzi" najczęściej dopiero kiedy skończy ono sześć miesięcy, jest już bardziej kumate i mobilne. Przez ponad pół roku uczęszczania na te zajęcia, tylko raz spotkałam drugą taką "odważną" jak ja, która przyszła na zajęcia ze swoim dwu i półmiesięcznym synkiem. Zwykle jednak najwcześniej pojawiały się mamy pięciomiesięcznych szkrabów, ale najwięcej było takich dzieci siedząco-raczkujących, czyli siedmio-ośmiomiesięcznych. Był czas, kiedy Wiking miał na zajęciach całe mnóstwo rówieśników :) Teraz jest już jednym z najstarszych dzieci i prowadząca mówi o nim "nasz weteran" - choć to przede wszystkim dlatego, że jest najstarszy stażem :) 

Jest całe mnóstwo rzeczy, które podobają mi się w tych zajęciach i myślę, że mogłabym na ten temat napisać kilka notek. Ale jedną z podstawowych zalet jest to, że można zauważyć, jak bardzo zmienia się zachowanie dziecka z tygodnia na tydzień. W tej marcowej notce pisałam o tym, że patrzyłam na te starsze dzieci (których już nie ma, bo przeniosły się do "starszych" grup albo po prostu ich mamom skończyły się już urlopy macierzyńskie i nie mają jak przychodzić w środku tygodnia) i obserwowałam, jak cieszą się kolorowymi akcesoriami, jak się śmieją, bawią, nasłuchują i przemieszczają. To wszystko było jeszcze wtedy absolutnie poza naszym zasięgiem :) Ale doczekaliśmy się! Dziś to Wikuś jest takim dokazującym małym szkrabem, którego wszędzie jest pełno :)
Tak, jak to opisywałam, na początku po prostu obserwował. Trzymałam go na rękach, a on nasłuchiwał i rozglądał się - choć jeszcze raczej niewidzącym wzrokiem. Następnie przechodziliśmy przez czas, kiedy Wiking zdecydowanie bardziej przytomnie rozglądał się wokół, kolorowe piórka, obrazki, czy instrumenty przyciągały jego uwagę. On sam leżał zwykle na brzuszku i obserwował wszystko podpierając się na rękach. Później nareszcie zaczął brać do rączki a następnie do buzi to, co mu się podało. Zaczął też żywo reagować, na to co się działo wokół – na przykład głośnym śmiechem. Jednocześnie stał się wtedy bardzo wrażliwy na hałasy - kiedy ktoś głośniej tupnął albo jakieś dziecko krzyknęło mu do ucha, od razu zaczynał płakać. Nie żeby wpadał w jakąś histerię, bo wystarczało, że go głaskałam albo na chwilę wzięłam na ręce i mu przechodziło, ale ewidentnie tego nie lubił. Ale ze spotkania na spotkanie, był coraz sprawniejszy i bystrzejszy. W miarę jak rosła jego sprawność ruchowa, interesował się innymi dziećmi i próbował sam chwytać piłeczki albo rurki przynoszone przez prowadzącą.
Potem mieliśmy dłuższą przerwę - wyjechaliśmy na wakacje. W tym czasie nauczył się siedzieć, raczkować i wstawać. Liczyłam na to, że jak wrócimy po takiej przerwie, to będzie zachwycony zajęciami, bo odkryje nowe możliwości :) I się przeliczyłam - pierwsze dwa spotkania były nijakie. Za to tydzień później nagle odżył! Nareszcie doczekałam się takiego Wikinga, jakiego zawsze chciałam widzieć. Nareszcie to Wikuś przypominał te maluchy, które zachwyciły mnie na pierwszym spotkaniu - wyrywał się pierwszy do instrumentów i zabawek i kiedy zwraca uwagę na inne dzieci. Od tamtej pory na każdych zajęciach dokazuje na całego :) Głośno się śmieje, często jest pierwszy przy instrumentach, np. ostatnio grał na bębenku i gitarze :) Dotychczas tylko jedna dziewczynka dorównywała mu w tym liderowaniu, pozostałe dzieci, nawet te starsze, raczej trzymają się swoich mam albo interesują się innymi rzeczami. Oczywiście to wynika w dużej mierze z jego sprawności ruchowej, ale myślę, że też czuje się tam już pewnie. No i charakter zdecydowanie nie pozostaje bez znaczenia (już zauważyłam, że dzieci dzielą się na takie, które będą otwierały wszystkie szuflady i szafki w domu i te, których to zupełnie nie interesuje, Wiking należy do tej pierwszej, a więc zdecydowanie bardziej ciekawskiej grupy :P) , bo obserwowałam również dzieci, które chodziły regularnie na zajęcia i zachowywały się różnie – niektóre grały pierwsze skrzypce, jak Wiking, inne wolały eksplorować otoczenie (to Wikingowi czasami też się zdarza), a jeszcze inne zdecydowanie najlepiej czuły się przy mamie (z Wikingiem jest tak, że jak go coś zainteresuje to sobie idzie, a potem nagle sobie o mnie przypomina, podchodzi do mnie, wstaje i zaczyna się przytulać :))
W każdym razie wydaje mi się, że te zajęcia pokazują również, że Wiking z natury jest bardzo towarzyski i aktywny. Czasami bywa duszą towarzystwa - w niemowlęcym wydaniu rzecz jasna :) – śpiewa, mruczy, krzyczy, zaczepia inne dzieci. Bardzo mnie to cieszy, bo właśnie na to czekałam - kiedy będzie się wyrywał do tego, co przyniosła prowadząca, kiedy będzie zaglądał do torby, kiedy będzie już wyraźnie reagował na wszystko, co się wokół niego dzieje...

Od tamtej pory - a to już dwa miesiące -  jeszcze bardziej cieszy mnie perspektywa tych spotkań, nie mogę się ich doczekać już nie tylko ze względu na to, że spotkam się ze znajomymi mamami, ale także cieszę się na to, że będę mogła obserwować Wikinga w akcji. Tak bardzo lubię obserwować, z jakim zaangażowaniem bada nowe przedmioty, jak wita się z innymi dziećmi, jak podchodzi do prowadzącej i innych mam. :) Oczywiście wcale nie twierdzę, że on się zachowuje w jakiś wyjątkowy sposób :) Na pewno usposobienie ma na to jakiś wpływ, ale w dużej mierze chodzi po prostu o to, że jest to kolejny, naturalny etap w rozwoju. A mnie bardzo cieszy, że już go osiągnęliśmy :) Uczęszczanie na te zajęcia na pewno może ten rozwój tylko wspierać.
Moim głównym celem nie jest jednak to, żeby Wiking był jakiś wyjątkowo muzykalny albo szczególnie utalentowany. Bardziej zależy mi na tym, aby od małego uczył się obcowania z innymi ludźmi a także, żeby widział, że czas można spędzać aktywnie.

Ponieważ jesteśmy w Miasteczku, omijają nas niestety dzisiaj zajęcia. Często wykorzystuję zabawy i piosenki z tych zajęć w domu, szczególnie, że są one na stronie internetowej prowadzącej, a więc i dzisiaj na pewno się trochę pobawimy, chociaż to jednak nie to samo, bo nie mam takich akcesoriów, jakie często przynosi prowadząca, a przede wszystkim, nie ma towarzystwa innych dzieci :) Ale zawsze to coś. Ja w każdym razie zrekompensowałam sobie tą nieobecność tym bardzo długim wpisem, który z założenia miał być tylko krótkim opisem. Dobre sobie :P

czwartek, 8 października 2015

Dziewięć miesięcy we trójkę.

Ostatnio znowu przechodzę przez okres uwielbienia dla Wikinga, które przejawia się u mnie tym, że mam ochotę go ciągle całować i przytulać ;) Chyba zresztą się w tym zgraliśmy, bo z Wikusia też taka mała przylepka. Odkąd nauczył się wstawać nie tylko przy meblach, bardzo często staje przy naszych nogach i mocno się do nich tuli, wyciągając rączki, co jest dla nas znakiem, że mamy go wziąć na ręce :)
Wczoraj miałam taki moment, że wieczorem po kąpieli i jedzeniu, zamiast normalnie położyć Wikinga do łóżeczka, położyłam się z nim na łóżku, mocno go przytulałam, głaskałam i śpiewałam. Znosił to dzielnie i wcale się nie wiercił, co dla niego nie jest wcale typowe :) Ale chyba był już zmęczony. Dopiero po kilku minutach zdecydowanie dał znać, że już chce spać i mam go położyć normalnie spać ;)

Dziewiąty miesiąc skończony i nadal bez przełomu. Wiking zaszalał po ukończeniu pół roczku i od tamtej pory powoli i systematycznie szlifuje swoje umiejętności. Ostatnio chodził przy meblach, teraz doskonali stawanie. Już nie podciąga się przy meblach, ale potrafi stanąć przy każdej powierzchni, a także bez niej :) Jeszcze dwa tygodnie temu było tak, że np. stał przy odkurzaczu, a kiedy delikatnie odsunęłam odkurzacz, bo był mi potrzebny, Wiking został w pozycji stojącej. To był pierwszy raz. Potem zdarzało mu się coraz częściej, że stawał przy czymś a potem się puszczał albo trzymał w rączce zabawkę i zdawało mu się, że to o nią się opiera :) Ale od tygodnia potrafi już stanąć bez niczego w rączce, w dodatku nie podpierając się o nic. Stoi na szeroko rozstawionych nóżkach przez kilka sekund, robi to bez wysiłku i często. Bardzo jestem ciekawa, jak daleko jeszcze jesteśmy od tego, aż wykona pierwszy krok :) Na razie chodzi przy meblach lub ewentualnie podtrzymywany za rączki. Z odkurzacza (co my byśmy zrobili bez odkurzacza?? :)) i z krzesła zrobił sobie chodzik i w tym wydaniu potrafi już przejść przez całe mieszkanie. Czasami chodzikiem są też moje nogi, których ostatnio naprawdę często się czepia. Ja krok do tyłu, Wiking krok do przodu... :)

Wikuś od początku był towarzyski, ale teraz jest jeszcze dodatkowo bardzo pogodny i stanowi to doskonałe połączenie z tą towarzyskością :) Uśmiecha się prawie cały czas - do obcych, do znajomych, do małych dzieci. O nas nawet nie wspominam. Wcześniej też to robił, ale teraz jest to zdecydowanie bardziej świadome. Po prostu widzę, że uśmiecha się dlatego, że jest tak po ludzku zadowolony :) Łazi sobie po mieszkaniu za nami, z tym swoim uśmieszkiem i papapa na ustach... Gada dużo, sylabizuje, ale zdecydowanie najbardziej upodobał sobie dźwięki ebłabła, ebww khikhi i brrrr.

Ostatnio Wiking sypia w ciągu dnia coraz mniej. Bywa, że jest to tylko jedna godzinna drzemka. Z tego powodu mam zdecydowanie mniej czasu na blogowanie, bo zawsze, kiedy spał, pisałam notki albo zaglądałam do Was :) Ale za to na inne rzeczy ma więcej czasu, bo jak Wiking nie śpi, to zwykle przez dłuższy czas zajmuje się sobą i bawi się sam, a ja go tylko doglądam i mogę zajmować się też swoimi sprawami. Poza właśnie pracą na komputerze, bo laptop za bardzo go kusi :) Ten brak drzemek jednak mnie nie martwi, bo widocznie nie są one Wikingowi potrzebne - nie marudzi i jest w dobrym humorze. Cóż, szkoda mu czasu na spanie - skąd ja to znam? :) Też wolę się zajmować innymi sprawami zamiast spać w dzień ;)

Nadal jest drobniutki :) Dwa tygodnie temu ważył 6795 kg i chociaż to naprawdę mało jak na dziewięciomiesięczne dziecko, to lekarze nie mają zastrzeżeń, bo przyrost w stosunku do wcześniejszego ważenia miesiąc wcześniej był duży. Ubranka nosi w rozmiarze 68. Je coraz chętniej i coraz bardziej interesuje się jedzeniem. Karmimy go chyba na wszystkie możliwe sposoby ;) Ostatnio nastąpił swego rodzaju przełom i widać, że bardziej polubił metodę BLW (no w zasadzie u nas to jest coś a'la BLW, bo nie stosujemy się do wszystkich reguł, kiedyś napiszę notkę na ten temat, jak mi starczy czasu :P) Dużo chętniej bierze do buzi kawałki jedzenia i świetnie sobie z nimi radzi, coraz więcej ląduje u niego w żołądku ;) Mimo, że ciągle nie ma zębów! Ale byliśmy jakiś czas temu u ortodonty (z innego powodu- i tym samym skończyliśmy chyba nasz rajd po lekarzach, Wiking jest zdrów jak ryba ;)) i przy okazji zapytałam o brak zębów. Pani doktor potwierdziła, że Wiking ma jeszcze czas i powiedziała, że naprawdę jest tak, że im później dzieciom rosną zęby tym lepiej, bo są bardziej zmineralizowane, a tym samym mocniejsze. Myślałam, że to tylko plotki lub niesprawdzone teorie, a jednak okazało się, że naprawdę tak jest. No byle by mu do lutego te zęby jednak wyrosły, bo jeśli nie, to będziemy się musieli zacząć martwić.

Już ostatnio to pisałam, ale Wiking naprawdę jest kochany ;) Z miesiąca na miesiąc jest coraz lepszy i zawsze myślę sobie, że już jest dobrze, że już taki może zostać. Zresztą wydaje mi się, że już lepszy być nie może, a okazuje się, że jednak może :P Teraz śpi sobie słodziak w łóżeczku (jakby na przekór temu, co napisałam o drzemkach :P) i zastanawiam się, czy zdążymy na nasze spotkanie klubu kangura... :)
 W każdym razie teraz nawet jak marudzi, to można go szybko czymś zainteresować, pobawić się z nim, a on ma frajdę z drobiazgów. Czasami oczywiście muszę się trochę poświęcić i na przykład pozwolić mu wywalić całą zawartość szuflady na podłogę, co skutkuje bałaganem totalnym... Ale nie mam serca mu tego zabraniać, bo tak słodko wygląda, kiedy tak wyciąga pojedynczo każdą rzecz i ogląda ją ze wszystkich stron :) A jeszcze słodszy widok to ten, kiedy jakaś zabawka mu wpadnie pod fotel. Jest na tyle sprawny i sprytny, że potrafi ją sobie sam wyciągnąć. Wygląda jak taka miniaturka człowieka, kiedy się kładzie z buzią na podłodze i wyciąga rączkę pod fotel. Rośnie nam maluch, rośnie i potrafi już naprawdę coraz więcej.
***
Ostatnio gotowałam kompot i ponieważ za chwilę potrzebowałam garnka, przelałam napój od razu do szklanek. I tak rozczulił mnie ten widok, bo uświadomiłam sobie, że teraz już wszystko będziemy dzielić nie na dwa, a trzy...

niedziela, 4 października 2015

U progu dziesiątego miesiąca.

Nie pamiętam, czy Wam juz wspominałam, ze mamy teraz czas intensywnie towarzyski. A właściwie - gościnny ;) W kazdy weekend (i nie tylko) ktoś do nas przyjezdza, najpierw byli rodzice, potem Dorota, następnie mój wujek i dziadek. Teraz byli u nas rodzice Franka, jutro wpadnie Karolina juz-nie-hiszpańska (pisałam, ze wraca do Polski po ośmiu latach?). Potem przyjedzie moja siostra. A potem my pojedziemy do Miasteczka ;) A potem nie wiem, ale to juz będzie prawie listopad, więc pewnie tez jakieś wyjazdy nam się będą szykować. Jeśli nie, to będzie syndrom przedszkolaka zapewne :)

Wiking ostatnimi czasy ma sporo wrazeń. Jak tylko ktoś przyjezdza, to zawsze gdzieś go zabieramy - jakiś dłuzszy spacer, sklepy, kawiarnia, restauracje... Ale kiedy nie mamy akurat gości, to tez na brak wrazeń chyba narzekać nie moze. Cały czas jeździ ze mną na zajęcia dwa razy w tygodniu. Słucha, bawi się, dotyka, nawet wącha i smakuje :) Ostatnio miał okazję na przykład pograć na bębenku, poganiać trochę za balonikiem albo posłuchać koncertu. A przede wszystkim ma mozliwość obcowania z innymi ludzmi, zwłaszcza innymi dziećmi. Od pewnego czasu Wiking bardzo chętnie inicjuje kontakt z innymi maluchami - zaczepia je, głaszcze, wkłada im palce do buzi (co ciekawe to się tym dzieciakom całkiem podoba ;)). Uśmiecha się do nich a na niektóre reaguje wręcz szerokim uśmiechem i pełen energii "biegnie" w ich kierunku na czworakach :). Wikuś zawsze był towarzyski, ale dotychczas raczej był bierną stroną tych kontaktów, poza tym nie przepadał za hałasem i zgiełkiem, reagował płaczem na jakiś głośniejszy pisk albo płacz. Mniej więcej dwa miesiące temu się to zmieniło i mam wrazenie, ze budzi się w nim jakaś dusza lidera wręcz :P To się oczywiście jeszcze dziesięć razy moze zmienić, ale na razie dokazuje na całego :) Ale o tym jeszcze będę pisać. To co mnie cieszy najbardziej, to ze cały czas daje się poznać jako pogodny maluch - potrafi podraczkować do innej mamy, popatrzeć na nią i nagle szeroko się uśmiechnąć - ciągle słodko bezzębnym ;)
Poza tym jest coraz bardziej zainteresowany otaczającym go światem, co oznacza, ze juz nie tylko na spacerach potrafi siedzieć długo i cierpliwie. Na przykład w kościele jest w stanie spokojnie wysiedzieć większość mszy, po kazaniu zwykle chce zeby go wyciągnąć z wózka (no w końcu jak wszyscy stoją, to on tez chce :P), ale nadal jest spokojny, do komuni wręcz lubi chodzić i dopiero na ogłoszeniach zaczyna się trochę nudzić, co pokazuje domagając się tego, zeby z nim chodzić albo po prostu zaczyna gadać po swojemu. Jest nieźle. Tylko kiedy chodzimy na 18 jest trudniej, bo jednak jest juz bardziej zmęczony i mniej wytrzymały, ale nie jest najgorzej.
Mozna tez z nim w miarę spokojnie zjeść obiad na mieście ;) Wczoraj na przykład byliśmy w restauracji i to dość późno, bo po osmienastej właśnie. Wikuś siedział na krzesełku dla dzieci i... jadł razem z nami :P Jedliśmy między innymi kopytka i się z nim podzieliliśmy. Całą kluchę zjadł i widać było, ze bardzo mu smakuje. A my mogliśmy w spokoju zjeść to, co mieliśmy na talerzach, bez zmianowego noszenia dziecka. W dodatku potem przyszedł czas na muzykę na zywo (to ta sama knajpa, co ostatnio) i Wiking bardzo chętnie przysłuchiwał się i obserwował panów grających na skrzypcach i akordeonie. Kiedy przyszliśmy do domu, ani myślał szykować się do spania, choć była juz prawie ósma ;) Wyjątkowo więc poszedł spać dopiero o 20.30... Ale dzisiaj juz goście pojechali i wszystko wróciło do normy - o 19:30 juz smacznie spał. Ubolewam tylko nad jednym - juz prawie od tygodnia mu nie czytałam, bo zasypia prawie od razu kiedy połozę go do łózeczka.Oczywiście cieszę się, bo mamy dłuzszy wieczór dla siebie, ale będę musiała sobie jakoś zmodyfikować dzień, zeby znaleźc czas na te 30 minut czytania.
A jeśli juz o ksiazkach mowa... Ostatnio juz kilka razy zauwazyłam, ze Wiking wreszcie interesuje się ksiązeczkami, które dla niego kupiłam! I to nie tylko wkładając je do buzi, jak dotychczas, ale przewraca sobie strony, klepie rączką po obrazkach, ogląda... Jeszcze nie popadam w euforię, bo nie mam pewności, czy to nie jest zwykły zbieg okoliczności... Ale bardzo chciałabym, zeby to właśnie ksiązeczki go interesowały! Póki co ma je cały czas pod ręką i sam sobie je ściąga z półki (co samo w sobie jest atrakcją, bo musi się trochę wspiąć)...

Właściwie zaczynając pisać tę notkę, nie wiedziałam, o czym będzie i jakoś tak samo wyszło o Wikingu :) Ale niech to juz będzie na poczet tego dziesiątego miesiąca, ktory się lada moment zacznie, choć pewnie krótkiej notki podsumowującej ten dziewiąty sobie i tak nie podaruję ;)

piątek, 2 października 2015

Trzydzieści osiem tygodni.

Wiking przedwczoraj skończył 38 tygodni. A urodził się również dokładnie po 38 tygodniach spędzonych w moim brzuchu jako Tasiemiec. Oczywiście jeśli chodzi o ten drugi okres to jest on trochę umowny i krótszy mniej więcej o dwa tygodnie, ale właśnie tej umownej terminologii i symboliki się chciałabym dzisiaj trzymać. Bo pomyślałam sobie, że od wczoraj zaczął się czas, od którego możemy mówić, że odtąd Wiking żyje już dłużej po tej stronie brzucha :P Wiecie, że ja lubię takie drobne symbole skłaniające do przemyśleń ;)

Przemyśleń mam zwykle sporo, tyle, że nachodzą mnie w najmniej oczekiwanym momencie i zazwyczaj w takiej sytuacji, kiedy nie mogę ich spisać, a później umykają. Ale to, co ostatnio coraz częściej sobie uświadamiam, to fakt, że Wikuś naprawdę rośnie, żeby nie powiedzieć w tym kontekście - starzeje się :P Chodzi o to, że pomimo tego, że przecież obserwuję go każdego dnia, widzę jakie robi postępy i dostrzegam to, jak bardzo się zmienił w ciągu ostatnich dziewięciu miesięcy - jak bardzo urósł, jaki się zrobił sprawny i jak bardzo się różni od tego maluszka ze stycznia, to wielokrotnie się temu dziwię :) Oczywiście wiecie, że jak mało która matka szaleję z radości, że Wiking nam rośnie i że jest coraz bardziej kumaty, bo takie niemowlaczki to nie do końca moje klimaty (choć stwierdzam, że mimo wszystko z czasem można się przyzwyczaić :P), ale chodzi o to, że mimo wszystko cały czas wydaje mi się malutki, tak, jakby dopiero co się urodził :) Albo raczej rzecz w tym, że bardzo się dziwię, kiedy widzę wokół mnie inne mamy, które spacerują z głębokimi wózkami, w których śpią ich maluszki - od takich miesięcznych, po czteromiesięczne na przykład. Dziwię się, że... są jakieś dzieci tyle młodsze od Wikinga :) Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale naprawdę chwilami miałam wrażenie, jakby świat się zatrzymał i mój Wikuś juz zawsze będzie najmłodszym dzieckiem na ziemi ;)
Oczywiście cieszę się bardzo z tego, że jesteśmy już do przodu z wieloma sprawami, ale jakaś nostalgia zawsze zostaje. Ciekawe jest też to, że te wszystkie dzieciaczki są jednak urodzone ciągle w tym samym roku i za parę lat różnica między nimi bardzo się zatrze, a teraz jest taka ogromna. Muszę przyznać, że jednak cieszę się, że Wiking się urodził w styczniu. W pewnym momencie będzie mu po prostu pewnie nieco łatwiej się przystosować do nowej rzeczywistości. W przypadku chłopców to często ma znaczenie (to nie jest zasłyszana teoria, wynika raczej z obserwacji nauczycieli z mojego otoczenia). Ale oczywiście gdyby się urodził pod koniec roku, to wcale nie byłby gorszy i tak samo bym go kochała ;) W każdym razie - wszystko ma swoje plusy i minusy :)

Tak, czy inaczej, odtąd jestem już z Wikusiem przy sobie dłużej, niż byłam w ciąży... Przyznaję, że chyba już jestem na tym etapie, kiedy dość słabo pamiętam tamto życie przed Wikingiem... Jeszcze niedawno zdarzało mi się dość często z nostalgią wracać do tamtych chwil, tęsknić za nimi i chcieć choć na chwilę wrócić (choć oczywiście nie za cenę tego, że Wiking miałby zniknąć, echh, trudno to wyjaśnić, bo to zupełnie nielogiczne :)). Teraz oczywiście nostalgia pozostała, ale już nie odczuwam takiej silnej potrzeby, żeby cofnąć się do tamtego czasu. No, może w gorszych chwilach. Ale rzecz w tym, że oswoiłam się już chyba z moją nową-nienową rzeczywistością... Jestem w pełni świadoma tego, że teraz już będziemy we trójkę, że Wiking jest nierozerwalną częścią naszego małżeństwa. Czasami to zadziwia i naprawdę jest w tym wszystkim coś magicznego, że nagle jest z nami taka istota, o której jeszcze półtora roku temu nawet nie słyszeliśmy. Niesamowite jest to, że dla niego jesteśmy w tym momencie całym światem i że jest tak zupełnie od nas zależny. I tak będzie jeszcze przez ładnych parę lat. Chwilami to przeraża ;)
Kochany jest ten nasz Wikuś. Bardzo dużo się śmieje i uwielbia się z nami bawić. Czasami wystarczy mu do szczęścia, żebyśmy koło niego usiedli lub położyli się na podłodze lub łóżku (to drugie dla nas jest opcją bardziej wymagającą, bo ciągle musimy pilnować, żeby nie spadł), a on się po nas wspina i się do nas przytula. Bardzo się przy tym cieszy, choć nie do końca wiem, z czego konkretnie ;) Nie mogę uwierzyć czasami, że ten mały chłopczyk, z którym jest teraz taki świetny kontakt, który śmieje się w odpowiedzi na nasze słowa, gesty i miny, który sam ten kontakt inicjuje i z którym jest taka świetna interakcja, to ten sam, który jeszcze parę miesięcy temu patrzył na nas nieprzytomnym wzrokiem. Albo raczej w ogóle na nas nie patrzył i generalnie miał nas gdzieś, bo liczyło się tylko to, żeby brzuszek był pełny i później nie bolał (nie wiem, czy Wiking był dzieckiem kolkowym, ale z perspektywy czasu coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bóle brzuszka to była u nas niemal codzienność, choć wtedy nie potrafiliśmy stwierdzić, co się dzieje). A już w ogóle nie mogę uwierzyć w to, że on kiedyś siedział u mnie w brzuchu się tam rozpychał!

sobota, 26 września 2015

Notka wysokiego ryzyka.

Dawno nie było o Wikingu :)  Jakoś ostatnio inne tematy mam w głowie, ale dzisiaj w ramach przerywnika, będzie o nim. 
Po tym, jak z początkiem września pożegnaliśmy "kryzys drzemkowy", wszystko znowu wróciło do normy. Czyli do tego pięknego czasu, który mieliśmy mniej więcej od maja. A tak naprawdę najfajniej się zrobiło w lipcu, kiedy Wiking już zaczął siedzieć i raczkować. Stał się wtedy zupełnie innym dzieckiem. Czasami mam podejrzenia, że wcześniej marudził, bo po prostu był wkurzony, że jest uziemiony:) 
W sierpniu mieliśmy nieco trudniejsze dni, kiedy Wiking więcej marudził i miał problemy z tym zasypianiem. Do tego jeszcze ja miałam gorszy czas, a przecież jednym z wniosków w mojej niedawnej notce było to, że moja interpretacja zachowania Wikinga zależy w dużej mierze od tego w jakim jestem nastroju. Ale potem z dnia na dzień się poprawiło i prawie od miesiąca mamy w domu dziecko idealne :P A przynajmniej wymarzone (przeze mnie, wszak każdy ma inne marzenia ;))

Co prawda od paru dni znowu w ciągu dnia nie zasypia, ale tym razem nie wiąże się to z jego marudzeniem a moim stresem, bo nie chodzi o to, że jest śpiący i nie umie zasnąć, tylko po prostu drzemki nie potrzebuje. Być może po prostu nadszedł taki czas, kiedy zmniejsza sobie dzienną dawkę, bo zasypia tylko rano na niecałą godzinę, a później dopiero późnym popołudniem podczas spaceru na jakieś pół godziny. W międzyczasie jest w doskonałym humorze, bawi się na całego i nie marudzi. Wydaje mi się więc, że nie jest zmęczony i nie ma potrzeby, żeby zasypiać, więc nie kładę go na siłę. Podstawowym minusem braku długich dziennych drzemek jest to, że nie mam kiedy siedzieć przy komputerze :) Bo kiedy dzieciak nie śpi mogę robić prawie wszystko, ale kiedy tylko zasiadam do laptopa, on włącza turbodoładowanie i wspina się na stolik, na którym stoi komputer, wyciąga kabel od internetu albo zmienia mi ustawienia ekranu.
Noce mamy różne. Czasami bardzo spokojne i Wiking budzi się dopiero nad ranem, innym razem jest niespokojny, kręci się i popłakuje. Ale ogólnie się wysypiam, więc nie narzekam. Na wieczorne zasypianie tym bardziej, bo nadal jest tak, że czytam Wikusiowi, a jeśli nie zaśnie w ciągu dwudziestu minut, to wychodzę z pokoju. Co jakiś czas do niego zaglądam i za którymś razem gdy wchodzę, Wiking już smacznie śpi. Pod tym względem naprawdę mamy cudowne samozasypiające dziecko. Chętnie bym się teraz cofnęła w czasie do stycznia i opowiedziała o tym tamtej margolce. Nie uwierzyłaby :D

Dni mamy bardzo spokojne i pogodne. Bywają takie, kiedy wieczorem stwierdzam, że prawie nie musiałam się dzieckiem zajmować, bo ono samo się sobą zajmowało :P Serio, powiem Wam, że mam czasem wyrzuty sumienia... Czuwam cały czas nad Wikingiem, jestem obok niego, ale kiedy widzę, że zajął się jakąś swoją zabawką albo czymś innym, z czego zrobił sobie zabawkę, to zabieram się za swoje sprawy albo ogarniam mieszkanie. Z jednej strony wykorzystuję ten czas, z drugiej, zwyczajnie nie mam serca mu przeszkadzać, kiedy widzę, że tak bardzo się zaangażował w jakąś czynność. Ale myślę sobie czasami, że co ze mnie za matka ;) Że powinnam go czegoś uczyć w tym czasie, coś mu pokazać, gadać do niego i tak dalej. Kiedy się zwierzam z moich wątpliwości koleżankom-mamom, to pukają się w czoło i mówią, że mam korzystać z łaskawości synka :P W sumie to też czasami myślę, że takie zajmowanie się sobą to również umiejętność i na pewno też się w ten sposób dziecko rozwija. Poza tym jestem obok i kiedy tylko widzę, że Wiking robi się spragniony mojego towarzystwa, zaczynam się z nim bawić, pokazuję mu książeczki albo gadam do niego. W ostatnim czasie jedną z ulubionych zabaw Wikinga jest chowanie się za zasłoną. Dosłownie przewraca się ze śmiechu, kiedy kolo niego siadam po drugiej stronie tej zasłony. W ogóle bardzo dużo się ostatnio śmieje, a kiedy on się śmieje, to i my się śmiejemy, bo po prostu nie da się inaczej.

W ogóle to ostatnio Wiking ma katar (który trwa już ponad tydzień), a więc ma prawo być bardziej marudny, ale chyba się wdał pod tym względem w mamusię, która na katar nigdy nie umiera i całkiem dzielnie go znosi. Ma na przemian cieknący albo zatkany nosek, a jednak zachowuje się, jakby mu to wcale nie przeszkadzało. Kupiliśmy inhalator, żeby trochę mu ulżyć. Na początku myślałam, ze to bezsensowny zakup, bo przecież nie było szans, żeby założyć małemu maseczkę na buzię, ale po prostu trzymaliśmy rurkę tak, żeby wdychał opary i podobno tak jest ok. Kiedy po tygodniu katar nie minął poszliśmy do lekarza i dostaliśmy przykaz, żeby Wiking inhalował się nie przez nos a przez usta. Ta wersja zdecydowanie mu się bardziej podoba. Sam sobie trzyma ustnik i wdycha :P Choć oczywiście po pewnym czasie się niecierpliwi, ale myślę, że dobre i to.

Zdaję sobie sprawę z tego, że to jest notka wysokiego ryzyka :D Wiking ma przekorę w genach! Ja jestem przekorna. A Franek zawsze, kiedy go chwaliłam publicznie, to się lubił zepsuć, więc kto wie, co następne dni przyniosą ;) Poza tym dobrą passę mamy już prawie miesiąc, a to nigdy nie trwa wiecznie :) Dlatego też stwierdziłam, że czym prędzej muszę napisać tę notkę, żeby w gorszych momentach mieć do czego wracać. Nie mam złudzeń, że nie przyplącze się do nas już żaden kryzys, ale liczę na to, że będziemy sobie z nim sprawnie radzić. A na razie cieszę się harmonią dnia codziennego i wspólnymi chwilami z kochanym synkiem. Wbrew temu, co myślałam kiedyś, kiedy siedziałam w dołku wykopanym przez baby blues, macierzyństwo naprawdę potrafi przynieść sporo radości :P

poniedziałek, 14 września 2015

Dogłębna analiza uczuć :)

Ostatnio Pola słusznie zauważyła, że swoje emocje poddaję gruntownej analizie. Rzeczywiście tak właśnie jest. Przyznam, że nie potrafię się nad swoimi uczuciami nie zastanawiać. Rozmyślam o tym skąd się biorą, jakie jest ich źródło, czy chciałabym je zmienić, czy mogę to zrobić i jak... To zazwyczaj przynosi pozytywne efekty, bo jeśli coś mi doskwiera, jest mi łatwiej sobie z tym poradzić.

I na przykład w ostatnim czasie taka analiza pozwoliła mi stwierdzić, że myliłam się myśląc, że gorsze dni Wikinga negatywnie wpływają na mój nastrój. Oczywiście nie pozostają bez echa, bo to chyba dość naturalne, że jeśli coś nie idzie, jeśli Wikuś jest bardziej marudny niż zwykle to ja się bardziej stresuję lub martwię. Ale tak naprawdę takich sytuacji wcale nie ma wiele. Na co dzień Wiking jest dość prosty w obsłudze i wiele rzeczy dzieje się po prostu podobnie - rano budzi się dość wcześnie i jest trochę niedospany (ale położyć się nie chce), więc co za tym idzie marudny. Muszę więc mu znaleźć jakieś interesujące zajęcie, na czas kiedy ogarniam się porannie. Mniej więcej po dwóch godzinach jest drzemka, potem spacer, deserek, zabawa. Później znowu drzemka, obiadek, zabawa i ewentualny drugi spacer. Wieczorem jest różnie - w zależności od tego, jak bardzo Wiking jest już zmęczony, po 18tej marudzi mniej lub bardziej, ale zawsze trzymamy go do siódmej, kiedy to bardzo się ożywia, bo uwielbia się kąpać. Potem się wścieka, że wyciągamy go z wanny a poza tym nie znosi się ubierać :P A później już tylko jedzenie, czytanka na dobranoc i śpi. Nie mamy stałych godzin tych czynności, ale wszystko dzieje się mniej więcej w stałej kolejności. Czyli niby wszystko jak należy. A jednak czasami jestem z takiego stanu rzeczy zadowolona, innym razem czuję się trochę nieswojo, coś mi dolega wewnętrznie i sama nie wiem co.

Pisałam jakiś czas temu notkę, w której dzieliłam dni na idealne, dobre i tak dalej :) Z notki w zasadzie wynikało, że ten podział najbardziej zależy od tego, jak w danym dniu zachowuje się Wiking. W komentarzach już doprecyzowałam, że to bardziej kwestia moich subiektywnych uczuć. I dzisiaj absolutnie to potwierdzam! Jestem już przekonana o tym, że tak naprawdę to mój nastrój determinuje "łatkę", którą oznaczony zostanie dzień. Po pierwsze chodzi o to, że dla mnie problematyczne może być coś, co dla innej mamy w ogóle problemem nie jest, a po drugie, i to jest chyba ważniejsze, to, jak się czuję, czy jest mi dobrze, źle, czy jestem smutna, czy radosna, determinuje moje postrzeganie tego, co dzieje się wokół mnie. To jest zresztą chyba dość naturalne i wydaje mi się, że każdy tak ma. Kiedy ma się w życiu dobry czas i ogólne poczucie spełnienia i szczęścia, to nawet poważniejsze niepowodzenia tego nie rujnują i nie postrzegamy ich jako katastrofy. Z kolei gdy z jakiegoś powodu jest nam w życiu gorzej i tego szczęścia przez dłuższy czas znaleźć nie możemy, to nawet jakiś drobiazg urasta do rangi ogromnego problemu. 
Oczywiście to nie jest też tak, że codzienność wcale nie ma wpływu na nasz nastrój, bo jakieś zdarzenie może go poprawić albo pogorszyć i tak dalej. Więc chodzi mi po prostu o to, że tak naprawdę nic w tej kwestii nie jest bez znaczenia, ale jednak wszystko ma początek w stanie naszego ducha ;)

W każdym razie, ostatnio właśnie sporo się nad tym zastanawiałam... Doszłam do wniosku, że bywają dni, kiedy Wiking jest spokojny i ma dobry humor, a ja jednego dnia jestem w nastroju doskonałym, innym razem snuję się po domu ze łzami w oczach :) Albo inaczej - Wikuś ewidentnie ma gorszy dzień, jęczy, trudno mu dogodzić, a ja dzielnie stawiam temu czoła, radzę sobie ze wszystkim i w dodatku na koniec dnia jestem w stanie stwierdzić, że był on całkiem dobry. 
Ostatnio rzeczywiście mieliśmy małe kłopoty w postaci kryzysu drzemkowego, o którym Wam wspominałam ;) (i jak sama przyznałam, wiem, że w tej kwestii przesadzam i właśnie widzę problem tam, gdzie inni go nie mają ;)), ale kiedy bardziej się na tym skupiłam stwierdziłam, że choć nie pozostawało zupełnie bez znaczenia, to wcale nie było źródło mojego ewentualnego gorszego nastroju danego dnia. Bo kryzys trwał nawet, kiedy byłam w dobrym nastroju. A z kolei jak już nie było większych problemów ze spaniem i obiektywnie rzecz biorąc wieczorem stwierdzałam, że przez cały dzień Wiking zachowywał się bez zarzutu, nie wiedzieć czemu, ja sama nie czułam się w szczytowej formie psychicznej. 

Nie znoszę takich chwil, kiedy jest mi źle, a ja nie potrafię znaleźć przyczyny tego stanu rzeczy. Od paru lat nie wszystko w życiu układa nam się tak, jak byśmy sobie życzyli i sporo już przeszliśmy, a jeszcze więcej przed nami. Mimo wszystko staram się nie myśleć o problemach, które nad nami wiszą i zazwyczaj nawet mi się to udaje, chociaż czasami przebija się jakiś żal, który cały czas siedzi mi w głębi serca. Żal o to, że miało być inaczej. Albo o to, że mogło się wszystko potoczyć inaczej gdyby nie to albo tamto. Jeszcze parę lat temu nie miałam takich myśli, pewnie dlatego, że jeszcze nigdy nie byłam tak blisko upragnionej stabilizacji jak w ostatnich latach i w ostatniej chwili zostało mi to odebrane. Ale już o tym pisałam parę razy, więc nie chce teraz do tego wracać, bo właśnie okazuje się, że nawet nie w tym rzecz ;)
Bowiem gdy zaczęłam szukać przyczyn mojego dołka stwierdziłam, że przyczyn może być kilka. 

Po pierwsze jest to chyba znudzenie monotonią dnia codziennego, która czasami mnie dopada. Czasami jest mi od rana smutno tylko dlatego, że mimo iż kocham rutynę, to bywa, że szlag mnie trafia na myśl o tym, że zaraz wszystko potoczy się tak, jak każdego innego dnia :) Mam wtedy takie przykre poczucie bezcelowości.

Po drugie, i to jest przyczyna mojego ostatniego kryzysu* - syndrom przedszkolaka! Tak! Olśniło mnie, że to wszystko przez to, że za długo już mnie nie było w Miasteczku. Zawsze przecież tak miałam, że jak tam nie jechałam przez okres dłuższy niż 3 tygodnie, to mnie łapał dołek. Odkąd Wiking się urodził moja tolerancja trochę się wydłużyła, ale i tak wynosi niewiele ponad miesiąc. I gdy pod koniec sierpnia zdałam sobie sprawę z tego, że już minął miesiąc od moich wakacji i że jeszcze przez kolejny miesiąc tam nie pojadę to mi się zrobiło smutno. Dużo wtedy myślę o tym co pisałam tu i tu... Nadal podtrzymuję, sami sobie ten los wybraliśmy i świadomie się na to zdecydowaliśmy, ale nic nie poradzę na to, że smutno mi się robi, kiedy uderza mnie to, że jesteśmy tu sami. Kiedy myślę o tym, że dziecko zupełnie inaczej wychowywało by się w domu pełnym ludzi... Bo nikt mi nie wmówi, że to bez większego znaczenia. Pomijam już oczywisty fakt odciążenia rodziców - bo tu jakaś ciocia przez chwilę ponosi, wujek zabawi, dziadkowie przejmą na dwie godziny... Tego się czasami nawet nie zauważa (na przykład ostatnio było tak, ze przez tydzień moi rodzice już chodzili do pracy, więc i tak byłam przez większość czasu z Wikingiem sama, ale jednak czasami ten czas między 16 a 19 gdy już nie byłam sama bardzo mocno odciążał mnie psychicznie), a jednak ma ogromne znaczenie. Moja mama też przyznała, że jej było łatwiej, bo choć siedziała w domu i ze mną i z moją siostrą, to nie ciążyło jej to szczególnie, bo po południu zawsze schodziła się cała rodzina. No właśnie - bo chodzi jeszcze o to, że takie dziecko ma zupełnie inne możliwości rozwoju. Jest więcej osób wokół niego, które mają większy wpływ (mniej lub bardziej bezpośredni) na jego wychowanie. Dziecko obserwuje więcej wzorców zachowań, słyszy więcej głosów, ten powie jeden wierszyk, tamten zaśpiewa jakąś piosenkę, jeszcze kto inny zagada... Nawet jeśli będzie to w kółko to samo, to będą to cztery albo więcej wersji tego samego a nie tylko dwie, jak w przypadku dwójki rodziców. I potem na przykład roczne dziecko potrafi pokazać Turbinę Peltona...**No, ale cóż, tego już nie zmienimy. Jest jak jest. Ale właśnie czasami dopada mnie smutek, kiedy tego rodzaju refleksje się pogłębiają i kiedy bardzo chciałabym znowu pojechać do Miasteczka... Na szczęście w następny weekend przyjadą do nas moi rodzice, potem Dorota, a później wujek z dziadkiem, więc już się jakoś raźniej robi ;) 

I wreszcie po trzecie -bardziej niż od nastrojów Wikinga, moje samopoczucie zależy od nastrojów Franka :) Kiedy on jest nie w sosie, zachodzi duże prawdopodobieństwo, że przeniesie się to także na mnie. Bardzo tego nie lubię. Ale to chyba dlatego, że kiedy on jest nie w humorze, to zamyka się w sobie i ja wtedy czuję się bardzo osamotniona.

I znowu popłynęłam ;) Domorosły psychoanalityk się ze mnie zrobił, ale póki co poprzestaję na analizie siebie :D

*Mowa o przełomie sierpnia i września, bo wtedy chyba czułam się psychicznie najgorzej. Później się poprawiło, a choć tydzień temu w notce o kacu poweekendowym pisałam, że obawiam się jak to będzie, to życie mnie zaskoczyło i okazało się, że właśnie przez ten czas byłam w wyśmienitym humorze ;) Chooociaż, dzisiaj trochę mamy do czynienia z trójeczką. Franek wrócił bardzo zmęczony z pracy, w dodatku źle się czuje. No i przez to mnie się też trochę pogorszyło popołudniu. Zły czas sobie wybrał. W takich nastrojach raczej trudno będzie świętować...

** Ja właśnie wychowywałam się w domu pełnym ludzi, bo moi rodzice mieszkali z rodzicami i bratem mojej mamy. I to właśnie mój wujek na zmianę z tatą usypiali mnie przeglądając Młodego Technika i nauczyli mnie co to jest Turbina Peltona :D

niedziela, 13 września 2015

Pierwsze dwa miesiące - wspomnienie.



Dzisiaj kolejna garść refleksji i wspomnień na temat mojego macierzyństwa. Jestem świadoma tego, że czasami przynudzam :), ale tyle mam tych przemyśleń zapisanych gdzieś na luźno albo nawet jeszcze nie, że żal mi nic z nimi nie zrobić... A w planie mam wyczyszczenie swoich wersji roboczych do końca tego roku, więc strzeżcie się, mogą się pojawiać tutaj bardzo dziwne wpisy :D

***
 Wiele razy powtarzałam, że w żadnym wypadku nie chciałabym jeszcze raz przechodzić przez pierwsze dwa miesiące życia Wikinga. Tak, dwa pierwsze były najgorsze i najtrudniejsze, bo choć naprawdę poprawiło się dopiero po trzecim, to już w marcu było trochę lepiej. Dzisiaj, z perspektywy minionych ośmiu miesięcy nadal tak myślę, chociaż to stwierdzenie wymaga sprecyzowania. 
Bowiem chodzi o to, że absolutnie nie chciałabym wrócić do tamtych dni – nie chciałabym znowu borykać się ze złym nastrojem, z tym smutkiem i bezsilnością, które odczuwałam. Co pamiętam z tamtego czasu? Towarzyszący mi niemal bez przerwy stres. Stresowałam się, że Wiking płacze, a ja nie potrafię nic na to poradzić. Stresowałam się, że mało śpi, a ja nie mam czasu na wiele rzeczy, na które chciałabym go mieć. Kiedy spał też się stresowałam, bo wiedziałam, że w końcu nadejdzie ten moment, że się obudzi i znowu będzie płakał. Potrafiłam się przez cały dzień stresować tym, co będzie popołudniu, bo zazwyczaj około 16 Wiking się budził i już do wieczora nie zasypiał, a ja nie wiedziałam co z nim robić, bo przecież bawić się jeszcze nie dało.
Poza tym pamiętam poczucie bezradności, kiedy nie potrafiłam Wikinga uspokoić. Albo może inaczej (choć to wiem dopiero dziś, wtedy tego nie widziałam) – poczucie bezradności, kiedy Wiking nie uspokajał się w taki sposób, w jaki ja chciałam, czyt. nie zasypiał, nie leżał spokojnie w łóżeczku itp. 
Do tego jeszcze doszedł smutek – byłam smutna, bo żal było mi… ciąży. Tak, żałowałam, że już nie jestem w ciąży, bo ten okres był dla mnie jednym z najlepszych w całym życiu (pomijając cukrzycę ciążową i negatywne emocje z nią związane, ale przyznaję, że dziś już ich  nie pamiętam). Było mi smutno, że już wyszłam ze szpitala, w którym poświęcano mi tyle uwagi, że z dnia na dzień nowa sytuacja powszednieje Frankowi, który coraz mniej koło mnie skakał (dobra, wiem, że to nie brzmi najlepiej, ale to było takie cudowne być przez chwilę zagłaskiwaną na śmierć :)) Było mi smutno, że nie mogę prowadzić takiego życia, jakie prowadziłam – z moim ukochanym grafikiem, w którym zapisane miałam od której do której uczę się słówek hiszpańskich, a kiedy robię porządek w szufladzie! Jak mi się wspaniale funkcjonowało w ten sposób. Nie! Plany i grafiki nigdy nie były moim wrogiem i nie ograniczały mojej wolności, wręcz przeciwnie, miałam poczucie, że moja wolność została ograniczona właśnie teraz, kiedy swojego grafiku nie mogę mieć.  A przede wszystkim byłam smutna – bo tak! To właśnie było najgorsze – ryczałam po południu i nie bardzo wiedziałam dlaczego. Klasyczny baby blues...?
Jeszcze jedno pamiętam – poczucie bezcelowości. Bywało, że wstawałam rano i  uderzała mnie myśl – jakie to wszystko jest bez sensu! Nic się nie dzieje, nie mam do czego dążyć, jedynym moim celem jest zaspakajanie potrzeb mojego dziecka. To straszne...!

Od razu wyjaśnię – ja nie byłam zaskoczona tym, że tak to wszystko wyglądało. Spodziewałam się tego! Ba! Ja wiedziałam, że tak będzie! Byłam jednak zaskoczona tym, że w taki sposób to na mnie wpłynęło. Macierzyństwo mnie nie rozczarowało, bo nie miałam wobec niego żadnych wzniosłych oczekiwań. Liczyłam się z tym, że będę musiała porzucić swój dotychczasowy styl życia i zrezygnować wielu rzeczy, ale byłam zdziwiona, że przychodzi mi to jednak z takim trudem. Bo choćbym nie wiem jak bardzo świadoma była tego, że dzieci to nie roboty, że nie da się ich zaprogramować, że nie ma do nich instrukcji obsługi i choćbym nie wiem jak skrupulatnie przygotowywała się do tego, że będę musiała przemeblować swoje życie – nie byłam w stanie wyobrazić sobie rzeczywistości. Nie uważam, że się myliłam, nie sądzę też, że rzeczywistość mnie przerosła, ale na pewno zaskoczyła. I wiecie, ze nie wstydzę się do tego przyznać ani, że nie uważam, że jestem złą matką. Bo od samego początku robiłam wszystko, aby Wikingowi było dobrze.

Ale to wszystko, co napisałam, nie oznacza, że te pierwsze dwa miesiące to było nieustanne pasmo niepowodzeń i udręki :) Owszem, miałam przytępioną zdolność odczuwania radości, skoro ciągle siedziałam w kąciku smutku i nie umiałam z niego wyleźć, ale wiele rzeczy wspominam z sentymentem. Na przykład bardzo długie karmienia… Nawet godzinne. Naprawdę to lubiłam i bardzo mi tego dzisiaj brakuje. A ile książek wtedy przeczytałam! :) Albo ten zaburzony rytm dnia i nocy – spanie przy zapalonym świetle, czytanie przez godzinę książki o 2 nad ranem, bo wzięłam sobie za punkt honoru, że Wikuś zaśnie w łóżeczku… Spanie we trójkę w łóżku, leniwe pobudki grubo po ósmej. Wiking kwękający na bujaczku. Albo przysypiający po jedzeniu ułożony wzdłuż moich kolan, z tym grymasem błogości przypominającym uśmiech na ustach… 
Wiele z tych rzeczy innym kojarzy się źle, a ja jestem jakaś dziwna, bo mnie akurat to nie przeszkadzało :) Pomimo tego wszystkiego, o czym napisałam powyżej, pomimo dużo płaczącego dziecka, pomimo żalu za tym, co minęło, od samego początku całym sercem kochałam swoje dziecko. Podkreślam, że nie byłam w nim zakochana, ale je kochałam (mam nadzieję, że łapiecie różnicę). Uwielbiałam trzymać mojego malutkiego chłopczyka w ramionach, spontanicznie całowałam go i przytulałam. Często mu się przyglądałam. Nie płakałam ze wzruszenia, ale rozczulały mnie (i rozczulają nadal) jego rączki i stópki a także bezzębne dziąsełka oraz karczek (i tu może jestem dziwadłem, bo jeszcze nie słyszałam, żeby kogoś to rozczulało, ale naprawdę mam słabość do karku Wikinga :P). Cieszyłam się, że jest z nami, zaakceptowałam go w pełni i bezwarunkowo i ani razu nie pomyślałam sobie „co ja najlepszego zrobiłam”. 
 
Oczywiście czasami z rozrzewnieniem myślę o tym maleńkim Wikusiu, który mieścił się w całości na moich udach :) Oglądam pierwsze zdjęcia i myślę sobie „ojej jaki malutki!”, oglądam filmiki z tamtego okresu i dziwię się jego słodkim niezgrabnym ruchom i kwileniu, które wydobywa się z jego ust. Tak, przyznaję, że czasami chciałabym jeszcze raz wziąć tę małą kruszynkę na ręce i przytulić. Chciałabym jeszcze raz doświadczyć niektórych emocji. Ale to nie zmienia faktu, że zdecydowanie wolę mojego dzisiejszego Wiktosia, którego znam już lepiej, który jest taki ciekawski, który reaguje śmiechem na mój widok.  Choć widok tamtego maluszka sprzed pół roku mnie rozczula, to mam trochę wrażenie, jakby to było jakieś inne dziecko. Takie nie moje :) Bo ten dzisiejszy Wiking zdecydowanie jest mój!
Jasne, dziś też mam gorsze momenty. Mamy też kryzysy (na przykład wózkowy albo ostatni drzemkowy, który najwidoczniej już za nami... ale kto wie, bo ilekroć o czymś tu napiszę to się odmienia :P), ale to wszystko ma zupełnie inny wymiar niż kiedyś. Inaczej to przeżywam i nawet jeśli z jakiegoś powodu mam zły nastrój, to zupełnie inaczej to wszystko wygląda niż na początku.


Chociaż nie byłam zakochana bez pamięci w swoim dziecku (ale może z czasem trochę się w nim zakochałam, ale raczej z pamięcią :P), chociaż nie potrafię zdobyć się na całkowite poświęcenie i nie zrezygnuję z wielu rzeczy dla dziecka (na przykład z czasu dla siebie), choć nie twierdzę, że macierzyństwo to najlepsze co mi się w życiu przytrafiło (nie mówię, że nie jest fajne, ale po prostu w życiu przytrafiło mi się wiele równie fajnych rzeczy), to nigdy ani przez sekundę nie pożałowałam, że mam Wikusia i on sam jest dla mnie ogromnie ważny.
Nie chciałabym wracać do pierwszych dwóch miesięcy macierzyństwa, ale paradoksalnie, dziś wiem, że mając szansę przeżyć to jeszcze raz, wiele rzeczy zrobiłabym inaczej. Dopiero dzisiaj uświadamiam sobie pewne błędy, które popełniłam i dopiero dzisiaj przyszły pewne refleksje. O tym jednak napiszę przy następnej okazji, żeby już nie przedłużać zanadto :)