Tak
się dość długo zastanawiałam nad tym, co ja właściwie myślę o tych
całych Walentynkach. I wymyśliłam, że chyba jednak, w przeciwieństwie do
Halloween, mi nie przeszkadzają. Jeśli chodzi o Halloween uważam to za
nieprzyjemną, niesmaczną i w ogóle niezabawną imprezę. Natomiast Dzień
Zakochanych… Cóż, kiczowate – na pewno, skomercjalizowane – jak
najbardziej, ale… jest coś słodkiego w tym wszystkim.
Oczywiście
łatwo z tą słodkością przesadzić, aż człowieka zemdli jak patrzy na te
wszystkie czerwone serduszka, zakochane zwierzątka na kartkach i
witrynach sklepów i na wszystkie obściskujące się pary. Ale tak naprawdę
– okazja jak każda inna, żeby wyjść razem, spędzić wspólnie trochę
czasu. Tak naprawdę te wszystkie pary w większości i tak by ten czas ze
sobą spędzały, a że zrobią to wszystkie w ten sam dzień i często w tym
samym miejscu? Mnie to aż tak bardzo nie przeszkadza. A z drugiej
strony, dla wielu nieśmiałych osób to może być jakiś pretekst, żeby się
wreszcie odważyć i chociaż tę głupią, kiczowatą kartkę z jeszcze
bardziej kiczowatym wierszykiem wyśle… To zawsze miłe.
Kiedy
byłam w ósmej klasie podstawówki dostałam kartkę walentynkową. Nie
pierwszą i nie ostatnią, ale to była jedyna kartka, której nadawcy nie
znałam. To znaczy starałam się jakoś po charakterze pisma rozpoznać i
nic… Po kilku latach, trzech zdaje się znowu dostałam kartkę, to była
kartka od mojego kolegi z klasy z podstawówki. Odnowiliśmy wtedy kontakt
i zaczęliśmy się spotykać na stopie przyjacielskiej. To znaczy ja tak
myślałam, bo okazało się, że on liczył na coś więcej. Po trzech
miesiącach wreszcie wyznał mi, że podkochuje się we mnie od kiedy
pamięta… Cóż, ja się w nim też podkochiwałam w podstawówce, ale potem
moje serce skradł ktoś inny. A Marcin po prostu nie trafił z tym
wyznaniem, bo zrobił to tydzień po tym jak zerwałam z moją wielką
miłością i leczyłam rany. Nie szukałam pocieszyciela. Ale do dziś się
zastanawiam, co by było gdyby… A jak to się ma do tej nieszczęsnej
kartki? Jakiś czas temu przeglądałam swoje skarby i znalazłam właśnie tę
Walentynkę od Tajemniczego Wielbiciela. Porównałam ją w kartką od
Marcina i zagadka się rozwiązała. Dla niego to była jedyna szansa, żeby
jakoś wyrazić swoje uczucia, dać o sobie znać. Niestety ja się okazałam
za mało domyślna… Ale i tak całą tę historię miło wspominam.
Ja
też pod koniec podstawówki i w liceum lubiłam kupować kartki i wysyłać
je znajomym i chłopakom, w którym się mniej lub bardziej podkochiwałam.
Traktowałam to jako fajną zabawę. Teraz, ekhm, spoważniałam
i już od paru lat nie przejmuję się za bardzo Walentynkami. Oboje z
Frankiem podchodzimy do nich z przymrużeniem oka, ale jeśli to ma być
dla nas po prostu kolejna okazja i pretekst do tego, żeby spędzić razem
czas i powiedzieć sobie to i owo, dlaczego nie? Chociaż z racji tego, ze
w niedzielę mam prezentację a jutro kończę zajęcia dość późno, Walentynki przeniesiemy chyba na niedzielę

