*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą margolkowa opinia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą margolkowa opinia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

Dobra decyzja

Być może zdziwi Was nieco tematyka tej notki, bo jest trochę przeterminowana :P Ale prawda jest taka, że do dzisiaj bardzo się cieszę z pewnej decyzji, którą podjęliśmy podczas przygotowań do ślubu i wiele razy na ten temat już myślałam, choć nigdy się tymi przemyśleniami nie podzieliłam tutaj a myślę, że warto.

Nie wiem, czy pamiętacie, moje notki przedślubne, w których poruszałam różne tematy dotyczące przygotowań do ślubu i wesela. Wspominałam parę razy o tym, że na pewno chcemy fotografa, ale co do kamerzysty nie byłam przekonana. Prawda jest taka, że zwyczajnie go nie chciałam - twierdziłam, że nie będę się czuła swobodnie ze świadomością, że jakiś facet z kamerą łazi za mną jak cień i że to niepotrzebny wydatek, bo później i tak się nie będzie chciało wcale takiego filmu oglądać. Jednak to nie był tylko mój ślub, ale również Franka a on także miał coś do powiedzenia w tej sprawie. Ponieważ zdecydowanie chciał mieć film z wesela, ustąpiłam bez specjalnego upierania się.
I wiecie co? To była naprawdę mądra decyzja! Dość szybko się  przekonałam, że bardzo żałowałabym, gdybym nie zgodziła się na filmowanie tamtego dnia! Zacznę od tego, że wbrew moim obawom nie czułam żadnego skrępowania, mimo, że grałam główną rolę w tym filmie. Naprawdę czułam się bardzo swobodnie nawet pomimo tego, że kamera rzeczywiście chodziła za nami krok w krok. Przyznać muszę, że tę swobodę nawet widać na filmie i wyszłam na nim dużo lepiej niż się spodziewałam, bo byłam naturalna i radosna.

Perspektywa otrzymania filmu z wesela cieszyła mnie bardzo już parę dni po ślubie. Nie myślałam o tym wcześniej, a kiedy było już po okazało się, że odczuwam przemożną potrzebę, żeby przeżyć to jeszcze raz - choćby nawet na ekranie. Wtedy po raz pierwszy doceniłam to, że Franek mnie przekonał do tej inwestycji. Nie mogłam się doczekać aż film będzie zmontowany i go otrzymamy. Wreszcie nadszedł ten dzień i później w ciągu roku od jego otrzymania oglądaliśmy go przynajmniej z dziesięć razy! Nie przesadzam. Oglądaliśmy sami i w towarzystwie - okazało się zresztą, że kiedy oglądamy z kimś, to za każdym razem na coś innego zwracaliśmy uwagę i zauważaliśmy kolejny nowy szczegół. Nie sprawdziły się więc zupełnie moje przepowiednie, że taki film obejrzymy w najlepszym wypadku pięć razy przez całe życie i że będzie nudny jak flaki z olejem. Oglądaliśmy za każdym razem z taką samą fascynacją i zainteresowaniem. Jeszcze raz przeżywaliśmy tamte emocje, wspominaliśmy i delektowaliśmy się każdą chwilą.
Oczywiście dla nas ten film był wyjątkowo interesujący - choć wcześniej wydawało mi się, że fakt, iż będziemy jego głównymi bohaterami nie będzie miał większego znaczenia. Myliłam się :) Nie bez znaczenia było też to, że film był naprawdę profesjonalnie i oryginalnie zrobiony. Obawiałam się, że będzie to po prostu taniec za tańcem i oglądanie śmiesznych min naszych oraz naszych gości. A tymczasem są przerywniki w postaci "wywiadów" z gośćmi, są żartobliwe wstawki, niektóre momenty są przyspieszone, inne mniej ciekawe fragmenty wycięte. Tak naprawdę ciągle coś się na tym filmie dzieje i to powoduje, że naprawdę da się go oglądać.

Dzięki tej płycie mogliśmy dopatrzeć się kilku interesujących szczegółów, które umknęły nam podczas ślubu i wesela. Możemy przeżyć to wszystko w jakiś sposób jeszcze raz. A ja stwierdziłam, że jestem bardziej fotogeniczna niż myślałam, że moje gesty, które nieświadomie wykonuję, do złudzenia przypominają gesty mojej mamy oraz że mam naprawdę zgrabne plecy :D
Teraz cieszę się z tego filmu z jeszcze jednego powodu - za jakiś czas będziemy mogli pokazać tamto wydarzenie Wikingowi ;)

W tym roku na rocznicę ślubu co prawda nie puściliśmy sobie płyty wzorem lat poprzednich, bo trochę nam nie starczyło czasu. Ale dobrze mieć świadomość, że w każdej chwili możemy sobie ją włączyć. To prawda, że już troszkę straciła mimo wszystko swój urok i nie jesteśmy aż tak podekscytowani oglądając ten film, jak to było jeszcze dwa lata temu, ale i tak cieszy. I na pewno jeszcze nie raz sobie ten film obejrzymy.
Naprawdę ogromnie się cieszę, że Franek mnie przekonał do tego, żeby zdecydować się na wynajem kamerzysty. To była bardzo dobra decyzja. Oczywiście nie twierdzę, że każdy obowiązkowo powinien mieć płytę z wesela, bo jak mało kto rozumiem obiekcje. Ale gdyby ktoś mnie teraz zapytał o zdanie, powiedziałabym, żeby się jeszcze raz zastanowił i opowiedziałabym o wszystkich wymienionych wyżej korzyściach.


czwartek, 13 sierpnia 2015

Woda, czyli notka zawierająca lokowanie produktu ;)

Kilka lat temu, nie do pomyślenia było dla mnie, żeby ugasić pragnienie wodą. Blee. Przecież, żeby się napić, trzeba poczuć smak, a taka woda, to co?? Nie piłam więc wody prawie wcale, mimo, że u mnie w domu już od jakiegoś czasu była stałym elementem.

Co więc piłam? Uwierzycie, że nie bardzo pamiętam? :) Na pewno jakieś kompoty gotowane przez moją mamę,ale to chyba tylko w weekendy. Przypuszczam, że wodę z sokiem w niej rozcieńczanym, soki owocowe, wodę z witaminkami typu Pluszzz. Bardzo możliwe, że jeśli nie było do picia nic poza wodą, nie piłam wcale :) 
Kiedy byłam na studiach, kupowałam "po taniości" w Biedronce jakieś kolorowe, gazowane, słodkie coś. I tak sobie piłam. Bo picie nie kojarzyło mi się z gaszeniem pragnienia, chyba raczej z chwilowym jego zaspokajaniem. A inna sprawa, że moje zapotrzebowanie na picie nigdy nie było jakieś szczególnie duże, zwłaszcza latem (chyba limity wypełniałam alkoholem :P), bo gdy było zimno, to jeszcze pijałam sporo herbat.

Nie jestem pewna kiedy to się zmieniło, ale możliwe, że jakieś siedem lat temu, kiedy postanowiłam się odchudzać z głową, przeszłam na dietę niskokaloryczną i najłatwiejszym sposobem było wyeliminowanie tych artykułów spożywczych, które mają dużo cukru i puste kalorie. Powoli przyzwyczajałam się do wody. Gdy zamieszkaliśmy z Frankiem razem, coraz mniej było u nas w domu kolorowych napojów, bo nawet Franek zaczynał się przekonywać, że woda bywa lepsza. Bardzo możliwe, że taki prawdziwy przełom nastąpił, kiedy byliśmy w podróży poślubnej na Fuerteventurze - najedliśmy się, naopalaliśmy, cały dzień spędziliśmy obijając się i popijając słodkie drinki. Kiedy wieczorem poszliśmy na kolację, zdarzyło się coś niebywałego (naprawdę!) - nie mieliśmy ochoty na nic innego do picia, tylko na wodę! Niegazowaną w dodatku! Wtedy przekonaliśmy się chyba tak naprawdę na własnej skórze, że tylko woda potrafi ugasić pragnienie skutecznie.

Od jakiegoś czasu słodkie, gazowane napoje oraz soki owocowe już naprawdę rzadko są przez nas spożywane. Jest to raczej na zasadzie jakiejś dziwnej zachcianki od czasu do czasu i traktujemy coś takiego bardziej jako przekąskę niż napój. Nie licząc herbat, pijamy tylko wodę. W tym roku w wyjątkowo dużych ilościach, bo o ile Franek zawsze pił dość dużo, mnie trzeba było w tej kwestii pilnować, bo naprawdę rzadko odczuwałam pragnienie. Starałam się pić bardziej świadomie w ciąży, ale tak naprawdę dopiero kiedy zaczęłam karmić piersią poczułam co to znaczy, że organizm naprawdę potrzebuje wody! Przez pierwsze trzy miesiące piłam naprawdę dużo (jak na mnie) - 3-4 szklanki z Ikei dziennie. Potem już przy karmieniu nie odczuwałam aż takiego pragnienia, ale jednak zwyczaj mi pozostał. Teraz wypijamy z Frankiem 1,5-2 butelek półtoralitrowych dziennie.

Jest jednak jedno ale. To nie jest tak, że woda to woda i pijemy każdą :) O, nie, nie, jesteśmy wybredni. Poza sytuacjami naprawdę wyjątkowymi, nie pijamy wód niegazowanych (źródlanych) - które smakują jak kranówa, a tej nie toleruję (Franek jeszcze jako tako, ale z kolei jak nie ma bąbelków, to on się nie napije - w sensie, że pije, ale tak jakby nie pił :D) ani gazowanych z dużą ilością CO2, które sprawiają wrażenie, jakby chciały urwać łeb :) 
Kompromisem w tej kwestii są - zwykle oznaczone jako niegazowane - wody mineralne wysoko lub średniomineralizowane, ewentualnie (gdy nie ma innego wyboru) lekko nasycone CO2 lub lekko gazowane.

Woda, która jest dla mnie absolutnie numerem jeden i która jest u nas w domu prawie zawsze to Staropolanka 2000. Smakuje mi najbardziej i pijam jej najwięcej. Problemem jest często jej dostępność, bo nie w każdym sklepie można ją kupić. Dlatego jeśli się już pojawia, np. u nas w Tesco, to Franek kupuje nawet sześć zgrzewek i potem mamy całą baterię w domu :P

Z kolei dla Franka, chociaż pije też Staropolankę, najlepszą wodą jest Muszynianka. Ja też ją lubię, ale jest dla mnie troszkę za bardzo gazowana w stosunku do tej pierwszej. Niemniej jednak jest dobrym zamiennikiem a bywa częściej dostępna, więc łatwiej na nią trafić, kiedy na przykład jestem na mieście i nagle zachce mi się pić.

Czasami kupujemy również Muszynę, która też jest dość mocno gazowana (oczywiście w porównaniu do innych wód niegazowanych, bo tych naprawdę gazowanych w ogóle nie biorę pod uwagę ;)). Zaletą jest to, że czasami można dostać ją w małych butelkach 0,33l, co jest dla mnie pojemnością idealną, kiedy jestem poza domem. Ale wcale nie tak łatwo ją znaleźć.
Mniej więcej od półtora roku pijamy także Kingę Pienińską, która dla mnie jest najlepszą alternatywą dla Staropolanki 2000. Zaczęło się od tego, że dostawałam tę wodę w pracy w nieograniczonych ilościach, później zobaczyliśmy, że od czasu do czasu bywa do kupienia w Tesco. Dla Franka jest ona trochę zbyt gorzka, ale przyznam, że ja tej goryczy nie odczuwam. 
Znalezione obrazy dla zapytania kinga pienińska
Gdy już nie ma absolutnie żadnej z wyżej wymienionych wód w sklepie (choć staramy się nie dopuścić do tego, aby całkowicie wyczerpały nam się zapasy :)), posiłkujemy się na zasadzie "no ewentualnie" Cisowianką lekko gazowaną (chociaż to już nie ten smak, czuć ewidentnie dwutlenek węgla) albo Kryniczanką. Pozostałych wód w zasadzie nie pijamy.

Mnie denerwuje tylko to, że wody, które lubię, są stosunkowo łatwo dostępne (ale nie we wszystkich sklepach) w butelkach półtora lub dwulitrowych (to Muszyna), natomiast bardzo trudno kupić je w mniejszych pojemnościach w pierwszym lepszym sklepie lub kiosku. Wtedy niestety jestem zmuszona wypić jakąś wodę niegazowaną, która w ogóle mi nie smakuje. Najczęściej jest to Cisowianka lub Nałęczowianka, jeśli nie ma żadnej z tych dwóch to już jest mi wszystko jedno, choć Kropla Beskidu to już naprawdę ostateczna ostateczność :)
Jednak jestem zdania, ze nic nie zastąpi mojej Staropolanki 2000, którą pijam od lat (i która paradoksalnie w Miasteczku jest łatwo dostępna, był czas, kiedy woziłam ją do Poznania :)

Dzisiejsza notka sponsorowana jest oczywiście przez panujące upały ;)

sobota, 6 czerwca 2015

Margolka o prezydencie

Bardzo rzadko zdarza się, żebym na moim blogu wspominała coś na temat polityki. Wynika to z tego, że po prostu nie lubię na ten temat dyskutować. Niemniej jednak interesuję się tą sferą życia od dość dawna i na bieżąco śledzę wszelkie wydarzenia oraz słucham komentarzy publicystów, choć przyznaję, że mniej więcej od dwóch lat jest to już w mniejszym stopniu niż wcześniej. Wiadomości słuchamy w domu codziennie i między sobą (w sensie ja i Franek) komentujemy niektóre kwestie, ale nie lubimy na ten temat rozmawiać np. ze znajomymi, bo niestety nie każdy ma takie podejście jak my i uważa, że każdy ma prawo do swoich poglądów bez bycia obrażanym z ich powodu :)

Tym razem jednak chciałabym napisać coś na temat wyborów, które odbyły się dwa tygodnie temu. Bardzo dobrze pamiętam, kiedy dziesięć lat temu nie mogłam wziąć udziału w drugiej turze wyborów prezydenckich i później, gdy ogłoszone zostały wyniki cały czas miałam wrażenie, że to moja wina. W tym roku obawiałam się czegoś podobnego. W pierwszej turze zagłosowaliśmy oboje, w drugiej już nie mieliśmy możliwości. Swoją drogą cztery lata temu bardzo fajnie była zorganizowana możliwość głosowania poza miejscem zameldowania - wystarczyło odpowiednio wcześniej iść do Urzędu Miasta w swojej gminie po zaświadczenie uprawniające do głosowania w dowolnym miejscu przy okazaniu go. Teraz niestety trzeba iść już do Urzędu Miasta, w którym się mieszka i się tam zarejestrować. Brzmi nieźle, ale pod warunkiem, że ktoś jest przekonany, że w danym miejscu zabawi dłużej. Tymczasem my z Frankiem nie mamy pojęcia co będzie za jakiś czas i nie chcieliśmy się rejestrować w Podwarszawie.

No, ale odbiegłam od tematu. Nie poszliśmy na wybory w drugiej turze, choć tym razem obeszło się bez wyrzutów sumienia. Bynajmniej nie dlatego, że wynik był po mojej myśli. Obecny Prezydent elekt zdecydowanie nie jest moim Prezydentem. Nie oznacza to wcale, że z kolei ten urzędujący jest dla mnie idealnym kandydatem na następną kadencję, bo nie o to chodzi. Raczej wydawał mi się mniejszym złem. Nie podobała mi się arogancka postawa Komorowskiego ani jego wpadki. W pewnym momencie nawet już sobie pomyślałam, że może ten Duda wcale nie będzie taki zły... Ale potem zobaczyłam go w akcji na debacie i bardzo nie podobało mi się jego zachowanie. Wydawał mi się niegrzeczny, butny i z oczu wyzierał mu fałsz (subiektywna opinia rzecz jasna :)).
W porządku, kampanię poprowadzoną miał po mistrzowsku. Rzeczywiście starał się być bliżej ludzi, te wszystkie triki naprawdę robiły wrażenie. Ale nie potrafię, po prostu nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że to wszystko nie było szczere. Że za tym wszystkim stoi ktoś inny, ktoś kogo bardzo nie chciałabym widzieć na naszej scenie politycznej z jego skrajnie konserwatywnymi poglądami i teoriami spiskowymi.
Sam Andrzej Duda być może by mi nie przeszkadzał, gdyby nie to, że właśnie boję się, że za moment zza jednego filara wychyli się Jarosław Kaczyński, zza drugiego Antoni Macierewicz i krzykną "A kuku!". W polityce naprawdę dużo jest osób, które gadają takie rzeczy, że uszy mi od tego więdną i trudno jest mi się czasami nie bulwersować - i takie osoby zdarzają się w każdej partii i z każdej strony sceny politycznej. Uważam, że nie ma ugrupowania idealnego ani nawet takiego, na którego mogłabym zagłosować z czystym sumieniem twierdząc, że głosuję za nimi, a nie przeciwko innym. Ale akurat wspomnianych wcześniej panów boję się szczególnie. Myślę, że to dlatego, że właśnie należę do tych osób, które doskonale pamiętają, co się działo 8-10 lat temu. Niby nie potrafię dokładnie powiedzieć o co mi konkretnie chodzi, bo wydarzenia w pamięci trochę mi się zatarły, ale doskonale pamiętam atmosferę tamtego czasu i absurdalne kłótnie o krzesło. Nie chcę, żeby to wróciło. Naprawdę nie chcę. I dlatego właśnie boję się nowo wybranego Prezydenta.

Poza tym jeszcze jedno nie daje mi spokoju - czy to możliwe, że tyle ludzi dało się nabrać na te wszystkie obietnice i uwierzyło, że Duda jako Prezydent będzie mógł je wszystkie spełnić? Komorowski też obiecywał (zresztą, kto nie obiecywał?? na tym polega kampania... Pamiętam, że kiedy startowałam w wyborach na przewodniczącą szkoły to też musiałam naobiecywać - bo mi kazali! - a wiedziałam dobrze, ze większość z tego nie zależy kompletnie ode mnie; ale ranga była inna i kiedy te wybory wygrałam nikt nie oczekiwał ode mnie, że faktycznie będę organizować cotygodniowe dyskoteki szkolne :P) - ale ludzie się przekonali, że kłamie, że przez ten czas niewiele zrobił, to dlaczego miałby zrobić teraz. I zagłosowali na kontrkandydata licząc na to, że on będzie inny*. I to mnie właśnie wkurza, bo nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pan Duda wygrał te wybory oszukując ludzi. Bo pewnie spora część uwierzyła w to, że Prezydent naprawdę to wszystko może...

Jeśli o mnie chodzi, to Duda wcale nie byłby taki zły - wygląda dobrze, ma zgrabną żonę. Jest kumaty, zna języki (podobno, bo nie znalazłam nigdzie potwierdzenia, ale akurat wierzę) - słowem jest naprawdę reprezentatywny. I o to moim zdaniem chodzi w instytucji Prezydenta. Co prawda jeśli chodzi o poglądy to nie do końca się zgadzam z tym panem a czasami wręcz nie zgadzam się bardzo, ale... No właśnie, bo wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że Prezydent elekt uparcie twierdzi, że wyjdzie spod żyrandola i absolutnie odcina się od prezydentury Komorowskiego, która akurat pod tym względem mi bardzo odpowiadała. Rzecz w tym, że akurat moim zdaniem żyrandolowa prezydentura to całkiem dobra prezydentura. Od podejmowania ważnych decyzji powinien być rząd, a osoba zamieszkująca Pałac Prezydencki (czy też Belweder) nie powinna się za bardzo w to wszystko wtrącać i zająć się raczej spotykaniem się z innymi ważnymi osobistościami, tym żeby dobrze wyglądać i nie mieć wpadek (Komorowski się raczej nie popisał w tej dziedzinie). I aby zająć stanowisko w jakiejś ważnej sprawie od czasu do czasu i wypowiedzieć się na temat budzący emocje, ale raczej na zasadzie autorytetu niż głosu wpływowego. Wtedy nawet inne poglądy Prezydenta nie są tak dokuczliwe dla Obywatela.
***
Po co w ogóle to wszystko piszę? Ponieważ mam ogromną nadzieję, że bardzo się mylę. Piszę to ku pamięci, żebym za pięć lat mogła to wszystko przeczytać i oficjalnie odszczekać! Chciałabym bardzo, żeby Andrzej Duda okazał się bardzo dobrym Prezydentem, który nie oszukiwał, nie naciskał, nie ośmieszał Polski na arenie międzynarodowej, który godnie reprezentował nasz kraj i przy którego nazwisku z czystym sumieniem będę mogła postawić krzyżyk na drugą kadencję. Naprawdę bardzo bym sobie tego i Polsce życzyła...

Na koniec chciałabym podkreślić, że to wszystko, co tutaj napisałam jest jedynie moją subiektywną opinią. Ekspertem nie jestem i mogę się mylić, ale swoje zdanie jednak w tej kwestii mam i niniejszym je przedstawiłam. Absolutnie nie zamierzam potępiać osób, które poparły kandydata, który nie był moim, nikogo nie zamierzam też przekonywać do swojej racji. Szanuję fakt, że ktoś może mieć inne zdanie i jak najbardziej ma prawo głośno je wyrazić - również tutaj. Niemniej jednak od razu zaznaczam, że nie mam ochoty na szczególnie zawiłe dyskusje polityczne, bo mnie to zwyczajnie męczy. Nie czerpię satysfakcji z tego, że kogoś do czegoś mogę przekonać albo z tego, że udowodnię komuś, że się myli a do tego nie znoszę, kiedy ktoś próbuje wpływać na mnie.
Nie przeszkadza mi, że ktoś ma inne poglądy polityczne ode mnie i nie wpływa to na moje postrzeganie tej osoby i życzyłabym sobie, aby tak samo działało to w drugą stronę :)

* absolutnie nie chcę generalizować, wiem, że nie wszyscy dali się nabrać i nie wszyscy zagłosowali na niego, bo coś obiecał. I doskonale rozumiem motywację wielu osób, które głosowały np. dlatego, że chciały czegoś nowego, że ani trochę nie popierają Komorowskiego, że nie mogą na niego patrzeć albo zwyczajnie Duda wzbudził ich sympatię.

Ps. Swoją drogą miałam prawdziwy dylemat, czy pisać Prezydent, czy prezydent. Ważny urząd, więc wypada wielką literą, szczególnie, kiedy mowa o konkretnej osobie. Ale kiedy piszę ogólnie, to też wielką? I kiedy jest to już na tyle ogólnie, żeby na wielką nie zasługiwał? :)) Hmm...

piątek, 21 listopada 2014

Spóźnienie

Randka nam się jak najbardziej udała, chociaż na początku było nieco inaczej, niż sobie wyobrażałam, bo się po prostu trochę spóźniłam :/ Nie na sam film, bo byłam nawet dziesięć minut wcześniej, ale plan był trochę inny, bo miałam przyjechać z prawie godzinnym wyprzedzeniem. A wszystko przez to, że osiem godzin wcześniej nie przyjechał mi autobus...
Miałam wszystko ładnie zaplanowane i obliczone - Franek jechał na szkolenie, więc zabrałam się z nim i stamtąd tuż przed siódmą miałam autobus, którym chciałam dojechać do szpitala na badanie krwi i konsultację. Zakładałam, że się szybko ze wszystkim uwinę i około dziesiątej będę już w domu. Ale na przystanku zamiast siedmiu minut musiałam czekać ponad dwadzieścia i cały mój plan się posypał - na miejsce dojechałam z półgodzinnym opóźnieniem. To spowodowało, że i na oddział weszłam później i nie zdążyłam przed obchodem. Musiałam czekać na lekarza i tym sposobem wszystko przedłużyło się o kolejne pół godziny. Kiedy wyszłam, okazało się, że kolejka, którą planowałam wracać odjechała mi już 15 minut wcześniej a następna jest za kolejne 15. Niestety miałam do przystanku kawałek drogi i nie zdążyłam. Postanowiłam więc jeden przystanek przejść na pieszo, żeby nie czekać znowu na stacji tyle czasu. Zdążyłam. Tyle, że okazało się, że ze względu na remonty akurat ten następny pociąg nie dojeżdża do stacji końcowej, więc i ja do swojej nie dojadę. Znowu musiałam czekać 30 minut. I tym sposobem ostatecznie zamiast o 10:00 dotarłam do domu przed 12:00. Z porannych dwudziestu paru minut zrobiło mi się opóźnienie dwugodzinne. Nie wyrobiłam się więc ze wszystkim, co sobie zaplanowałam i wyszłam pięć minut później z domu niż zakładałam. Ale pomyślałam sobie, że zamiast dojść na przystanek, podjadę sobie jeszcze jednym autobusem. Niestety na wiadukcie zepsuł się jakiś samochód i zrobił się mega korek. Na autobus, którym miałam dojechać do Franka spóźniłam się jakieś dwie minuty... Musiałam jechać okrężną drogą i znowu wpakowałam się w korek.
Ostatecznie dotarłam na miejsce, ale naprawdę nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to wszystko skutki tego porannego opóźnienia autobusu! Zastanawia mnie, jak często się zdarza, że jakieś niewielkie opóźnienie - nawet nie z naszej winy - ma później wpływ na całą resztę dnia i dezorganizuje nam plany, chociaż możemy sobie z tego nie zdawać sprawy. Ile cennych minut marnuje się codziennie na czynnościach zupełnie bezsensownych.. Ja przyznaję, że zdarza mi się czasami zająć czymś zupełnie bez sensu, tylko dlatego, że na przykład nie chce mi się wziąć za coś produktywnego :) Na szczęście nie za często - za to prawie zawsze, gdy sobie wcześniej nie ustalę jakiegoś planu dnia. Gdy go mam, to zwykle udaje mi się go trzymać, zwłaszcza, że zostawiam sobie margines błędu.
Ale oczywiście można też w drugą stronę - nadrobić parę straconych minut i dzięki temu na koniec dnia zyskać całkiem sporo czasu. Chociaż z doświadczenia wiem, że tego się aż tak nie zauważa, bo wtedy tym chętniej te nadrobione minuty trwonimy na jakieś bezproduktywne czynności :)
W ostatecznym rozrachunku jednak najważniejsze, że mimo wszystko zdążyłam, popołudnie nam się udało a dzisiaj tamto poranne spóźnienie autobusu nie ma już żadnego znaczenia :)

Jeszcze słówko odnośnie filmu, bo pod poprzednią notką pojawiły się komentarze na ten temat - nie oczekiwaliśmy niczego szczególnego, więc się nie rozczarowaliśmy. Prawdę mówiąc bardziej chodziło o to, żeby iść do kina niż na film, a w takim wypadku lepiej wybrać coś, co ja nazywam "oglądadełkiem". Chcieliśmy coś lekkiego, relaksującego i pozytywnego. Nie mieliśmy ochoty na kino ambitne, z morałem, czy szczególnie emocjonujące, więc "Dzień dobry, kocham cię" spełniło nasze oczekiwania. Z zasady nie polecam innym filmów, czy książek, bo wiem, że każdy ma inny gust a także inne oczekiwania co do potrzeb, jakie ma dany seans czy lektura zaspokoić. Więc i tego filmu bym nie poleciła pewnie. Był przewidywalny, prosty, raczej nierealny - ale właściwie czego można się spodziewać po komedii romantycznej? :) Widziałam kilka dużo gorszych filmów, a generalnie i tak mi się podobało, bo chodziło o samo wspólne wyjście i kinową atmosferę. Nawet Franek, który jest bardzo krytyczny jeśli chodzi o filmy a polskich to już właściwie nie ogląda z zasady, nie narzekał, bo ten seans i tak spełnił swoją rolę. 
A tak już abstrahując od tego konkretnego przypadku  - nie wiem jak Wy, ale muszę przyznać, że ja w ogóle rzadko mam jakieś szczególne oczekiwania co do filmów. Zwykle traktuję je jako prostą rozrywkę. Owszem, czasami lubię wybrać się na coś ambitniejszego, na coś z morałem, o czym się później myśli jeszcze przez jakiś czas. Ale nie mam też nic przeciwko typowo komercyjnym produkcjom albo lekkim opowiastkom. To samo zresztą dotyczy na przykład książek. W końcu wszystko jest dla ludzi :)

A i tak najważniejsze, że randka nam się udała :)

sobota, 15 listopada 2014

Panowie uczą się rodzić

W tym tygodniu skończyliśmy trwający sześć tygodni kurs w szkole rodzenia. Będzie mi brakowało tych spotkań. Podobało mi się, kiedy jeździliśmy razem z Frankiem na te zajęcia i kiedy później omawialiśmy to, co tam usłyszeliśmy. W ogóle od samego początku wiedzieliśmy, że na takie zajęcia się zapiszemy i nie zawiodły one naszych oczekiwań. Pewnie jeszcze napiszę o naszych wrażeniach ogólnych albo po prostu o refleksjach, które przyszły nam na myśl po omówieniu jakiegoś tematu, ale dzisiaj trochę o czymś innym - o facetach :)

Na pierwszych zajęciach położna prowadząca powiedziała coś, co bardzo mnie zaskoczyło - że wie, że panowie przyszli tutaj zaciągnięci na siłę przez swoje partnerki i pewnie będą się nudzić jak mopsy, ale jednak zachęcała ich, aby nie traktowali tego kursu jako zła koniecznego, skupili się na tematach, postarali się wsłuchać, zaangażować i na pewno zobaczą, że to nie jest tak zupełnie tematyka im obca... Byłam zdumiona, bo ja Franka nawet nie musiałam na uczestnictwo w szkole rodzenia namawiać, a co dopiero zaciągać go na siłę. Właściwie dla niego to było naturalne, że się na takie zajęcia zapiszemy, bo kiedy tylko wspomniałam coś na ten temat po raz pierwszy, od razu powiedział, że też o tym myślał.Nie traktował tych cotygodniowych spotkań jako przykrego obowiązku, ale jechał na nie tak jak ja - z przyjemnością i z ciekawością. Nawet kiedy był mocno zmęczony po pracy. Słuchał bardzo uważnie, był zaangażowany i później omawiał ze mną w domu to, co usłyszeliśmy.

Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, że miałoby być inaczej! Jeśli Franek jeździłby na takie zajęcia niechętnie, to wolałabym, żeby nie jeździł wcale. A samej pewnie też by mi się za bardzo nie chciało, bo źle bym się czuła sama pośród par. Ale przede wszystkim byłoby mi cholernie przykro! Nie uważam, że ciąża i dziecko to tylko moja sprawa. Sądzę, że oboje powinniśmy się angażować w równym stopniu w to wszystko, co się z tym tematem wiąże i nawet jeśli ze względu na fizjologię, oczywistym jest, że pewne rzeczy Franka bezpośrednio nie dotyczą, to i tak powinien o nich nie tylko wiedzieć, ale podchodzić do nich tak, jakby było inaczej.

Kiedy patrzyłam na innych facetów w naszej grupie, wydawało mi się, że właściwie większość z nich podchodzi do zajęć tak samo jak Franek. Byli zaangażowani nawet bardziej, niż kobiety. Zadawali więcej pytań, rwali się do ćwiczeń praktycznych, aktywnie uczestniczyli w spotkaniach i widać było, że sprawiają im one przyjemność. Zwróciłam uwagę na to, że kiedy mieliśmy ćwiczenia z lalkami, to właśnie mężczyźni w większości trzymali je w objęciach :)

Ale okazało się, że to chyba jakieś wyjątkowe egzemplarze :P Ze względu na nasz urlop, nie mogliśmy brać udziału we wszystkich zajęciach w naszej grupie, ale mieliśmy możliwość odrobienia dwóch spotkań z inną grupą w Warszawie. Pojechaliśmy więc i tam właśnie zobaczyłam tych facetów, o których wspominała położna na wstępie!
Byłam w szoku, kiedy patrzyłam na te znudzone miny albo kiedy usłyszałam od dwóch dziewczyn, że ich mężowie nie przyjechali, bo wieczorem jest mecz w telewizji i oni nie mogą się na niego spóźnić! Franek też jest kibicem i też zależało mu, żeby ten mecz obejrzeć, ale do głowy mu nie przyszło, żeby wobec tego powiedzieć, że mam jechać sama. Dwóch kolesi rozsiadło się (a właściwie rozłożyło) na workach sako, po czym całkowicie zatopili się w wirtualnej rzeczywistości. Nie wiem co robił ten siedzący na przeciwko mnie, ale facet obok sprawdzał pocztę na swoim smartfonie a potem przez całe zajęcia grał w jakąś głupią gierkę. Nie dość, że zupełnie nie był zainteresowany tym, co się dzieje na kursie, to jeszcze po prostu pokazywał położnej prowadzącej zajęcia, że ma ją gdzieś. W pewnym momencie ona nawet zwróciła mu delikatnie uwagę, ale nie zrozumiał aluzji :/ Żenada. Autentycznie wstydziłabym się za takiego faceta.

Wiem, że mężczyźni są różni. Związki też są różne. Ludzie dobierają się w pary w taki sposób, jaki im odpowiada i mnie nic do tego. Ale słowo daję, cieszę się, że Franek jest inny! Tak, jak już wspomniałam, byłoby mi bardzo przykro, gdybym widziała, że nie obchodzi go to wszystko, co dzieje się podczas tych dziewięciu miesięcy oczekiwania na dziecko. Byłabym też pewnie wkurzona. Prawdę mówiąc, to nie wiem, czy byłaby to rzecz, którą potrafiłabym zaakceptować, wydaje mi się, że nie. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym być z tym wszystkim sama - bo tak właśnie bym się czuła. Odnosiłabym wrażenie, że mój mąż uważa, że te wszystkie ciążowe sprawy go nie dotyczą, nie mogłabym z nim o tym porozmawiać i zwyczajnie nie czułabym, że mam w nim jakiekolwiek oparcie.
Nie twierdzę, że tamci faceci będą złymi ojcami, bo tego wcale nie wiem i nie mam podstaw, żeby tak sądzić. Ale nie jestem pewna, czy są dobrymi partnerami. Dla mnie na pewno by nie byli...

Wolę jednak Franka, który do mojej ciąży podchodzi nawet bardziej emocjonalnie niż ja - który w przeciwieństwie do mnie gada z moim brzuchem i któremu zdecydowanie lepiej poszło zmienianie pieluchy lalce :) Jeździ ze mną na większość badań, rozmawia ze mną na tematy związane z ciążą, porodem i dzieckiem. Który od samego początku - od tego momentu, kiedy wszedł do łazienki i zobaczył mnie zapłakaną nad testem ciążowym - jest dla mnie wsparciem, pomimo wszystkich gorszych dni i pomimo tego, że nie skacze usłużnie wokół mnie.
I  nie chodzi mi o to, że absolutnie wszystko musimy robić razem i być jak papużki nierozłączki. Wręcz przeciwnie - uważam, że to niezwykle ważne, aby każde z nas zachowało autonomię. Ale są pewne sprawy, które według mnie można przeżywać tylko we dwoje i które należy traktować po prostu jako wspólne.

Na koniec jeszcze taka anegdotka z kursu - na jednych zajęciach położna mówiła o tym, że kobiecie podczas porodu nie można nic jeść, więc, aby pamiętała, żeby posilić się wcześniej. Poza tym poród, to czas, kiedy ma się ona skupić tylko na sobie i kiedy to ona jest najważniejsza, a osoba towarzysząca (w większości przypadków mąż) ma być jej podporą. Opowiadała właśnie historię z morałem - rodząca kobieta w przerwie między jednym a drugim skurczem chodziła na paluszkach obok szpitalnego łóżka, na którym chrapał jej zmęczony po nocce facet - kiedy jeden z chłopaków podniósł rękę i nieśmiało zapytał:
- Bo pani mówiła, że kobieta nie może jeść podczas porodu... Ale czy w szpitalu jest jakaś stołówka, żebym mógł sobie coś kupić? Bo przecież ja będę głodny...
Biedactwo powiedział to w taki sposób, że wszyscy wybuchnęliśmy szczerym śmiechem :))

wtorek, 11 lutego 2014

Krótko o nadziei

Co może być gorsze od niespełnionej nadziei? Niespełniona nadzieja, której istnienia człowiek nie był świadomy... Wtedy oprócz rozczarowania dochodzi jeszcze poczucie zaskoczenia - bo to rozczarowanie przychodzi znienacka. Skoro się nie wiedziało, że się na coś liczy, to nie można było spodziewać się zawodu i taki niespodziewany zawód zadaje silniejszy cios. 
Ech, tak czy inaczej, zdecydowanie nadzieja, która nagle zostaje brutalnie rozwiana boli bardzo. 
Ale człowiek to taki dziwny stwór, że nawet kiedy w obawie przed kolejnym rozczarowaniem buduje wokół siebie mur nieprzepuszczający nadziei, pozostawia w nim (pod)świadomie szczeliny, przez które jednak promyk kolejnej nadziei będzie mógł się przedrzeć.

Ps. Dziwny dzień mam dzisiaj. A w zasadzie już od wczoraj to trwa. Pozwólcie więc, że na komentarze pod poprzednią notką odpowiem jutro.

niedziela, 29 grudnia 2013

Konsternujący kalendarz

Prezenty - fajna sprawa! Lubię je dawać i lubię je dostawać.Już kilka razy na ten temat pisałam, ale dzisiaj chciałam napisać jeszcze parę słów :)
Zawsze bardzo starannie szukam podarunku dla innej osoby - biorę pod uwagę jej zainteresowania, zastanawiam się nad tym, co lubi lub czego potrzebuje. Bardzo zależy mi, żeby prezent nie był przypadkowy - staram się zwracać uwagę na to, co mówi dana osoba lub co jej się podoba i zapamiętuję to - później przydaje mi się to, kiedy nadchodzi okazja do zakupu prezentu. Cieszę się, gdy udaje mi się prezentem zaskoczyć, ale nie silę się celowo na oryginalność. Wychodzę z założenia, że praktyczny prezent często jest dobrym rozwiązaniem, kiedy pomysłu brak - nawet jeśli miałby być mało oryginalny.
Jeśli chodzi o prezenty, które dostaję - cieszy mnie prawie wszystko. Chyba po prostu mam takie szczęście, że osoby, od których otrzymuję podarki dość dobrze mnie znają. A druga kwestia -  że naprawdę potrafię w każdej rzeczy odnaleźć coś fajnego. Lubię praktyczne prezenty, bo zawsze można zrobić z nich pożytek - niezależnie od tego, czy chodzi o zestaw codziennych kosmetyków, czy o mikser ;) (chyba, że to już trzeci, ale na taki prezent raczej nie zdobywa się nikt, kto nie jest pewny, czy już takiego sprzętu nie mam;)). Lubię drobiazgi, uwielbiam książki! Najbardziej lubię prezenty - niespodzianki. Te też nie muszą być oryginalne, ale przyznaję, że fajnie jest też dostać coś, czego się zupełnie nie spodziewam.
Właściwie oboje z Frankiem mamy w tej kwestii bardzo podobne podejście. Z każdego prezentu potrafimy się ucieszyć, ze wszystkiego umiemy zrobić pożytek - nawet jeśli wcześniej mogło się nam wydawać, że coś jest niepotrzebne. Doceniamy też bardzo chęci osoby, która nas obdarowuje. Nigdy nie zdarzyło się, żebyśmy byli z prezentu niezadowoleni. Nigdy nie zdarzyło się, abyśmy nie potrafili go jakoś wykorzystać. Nigdy żaden prezent nie był nietrafiony. Aż do teraz. Chyba... :)
Rzeczywiście po raz pierwszy dostaliśmy prezent, który wprawił nas w lekką konsternację, chociaż sama nie wiem, czy to dobre słowo, żeby opisać naszą reakcję. Spojrzeliśmy po prostu na siebie dyskretnie a następnego dnia dopiero prezent skomentowaliśmy - poczułam wtedy ulgę, że Franek również nie uważa, że właśnie dostaliśmy najlepszy prezent pod słońcem :P Otóż, brat i bratowa Franka dali nam w prezencie kalendarz ze zdjęciami swojej córki. Uważam, że to świetny prezent, ale na przykład dla dziadków (którzy zresztą takowy dostali w ubiegłym roku ;)) lub dla osób, którym dziecko jest szczególnie bliskie i które są z nim jakoś szczególnie emocjonalnie związane. Owszem, to jest Franka chrześniaczka, ale u nas w rodzinach "instytucja" chrzestnego nigdy nie była szczególnie istotna na co dzień i nie przywiązujemy wagi do tego, kto jest czyim chrzestnym lub jakie relacje ma się z nim relacje. Franek jest więc dla Magdy przede wszystkim wujkiem a nie chrzestnym. Z bratem i bratową widujemy się umiarkowanie często - wiadomo, że jest to utrudnione z racji tego, że nie mieszkamy w tym samym mieście, ale jeszcze przed naszą przeprowadzką wcale nie było to częściej. Widzimy się zawsze na większych uroczystościach rodzinnych lub spotykamy się na niedzielnym obiedzie u teściów - od czasu do czasu odwiedzimy się nawzajem. Relacje Franka z bratem są po prostu dobre - braterskie, ale nie kumpelskie, tak chyba najlepiej to określić. 
Chrześniaczkę lubimy widywać, zawsze wtedy się z nią bawimy i poświęcamy jej sporo uwagi, ale na co dzień nie tęsknimy za nią specjalnie. Choć to bratanica Franka, nie jest dla nas dzieckiem, z którym jesteśmy związani jakoś bardzo emocjonalnie - to po prostu dziecko naszych bliskich, więc się nią interesujemy i jest dla nas na tyle ważna, ale nie więcej - nie do tego stopnia, żebyśmy byli w niej zakochani tak, jak jej rodzice.
Tak naprawdę trudno wyjaśnić nasze odczucia w stosunku do tego prezentu, ale chyba właśnie trochę o to chodzi - nie chcemy, aby ktoś nas zmuszał, żebyśmy byli zauroczeni jego dzieckiem a taki właśnie odebraliśmy przekaz (oczywiście ma to związek z szeregiem innych sytuacji, których byliśmy świadkami oraz jak bardzo - w porównaniu do innych rodziców - brat i bratowa są zapatrzeni w swoje dziecko). Poza tym trochę brakuje nam zaangażowania i zastanowienia się nad tym, dla kogo jest to prezent, tego indywidualnego podejścia, o którym pisałam wcześniej. I jest to o tyle dziwne w przypadku tych właśnie osób, że zawsze trafiali w punkt ze swoimi prezentami dla nas. Przez chwilę nawet przemknęło mi przez myśl - zanim rozpakowaliśmy prezent do końca - że może są to zdjęcia Magdy z nami. Ale nie... 
Chyba największy problem polega na tym, że ni w ząb nie potrafimy odczytać intencji, jakie mieli brat i bratowa - my na pewno nie dalibyśmy takiego prezentu na święta nikomu, kto nie jest bezpośrednio zaangażowany emocjonalnie w relacje z naszym dzieckiem.
Nie chciałabym być źle zrozumiana - tak naprawdę nie musielibyśmy dostać nic i nie poczulibyśmy się ani trochę urażeni. Prawda jest taka, że brak jakiegokolwiek prezentu może trochę by nas zdziwił (bo to byłoby coś nowego) ale nie zasmucił ani nie zezłościł. A tymczasem taki prezent chyba trochę nas poirytował. Bo doskonale rozumiemy zauroczenie rodziców własnym dzieckiem, jest ono dla nas czymś naturalnym, ale nie podoba nam się przesada i nie lubimy podejścia, jakie niestety mają brat i bratowa - to znaczy, że wydaje im się, że ich dziecko jest pępkiem świata. Żeby było jasne - całego świata i dla wszystkich. Przyznam, że denerwują mnie rodzice, którzy niejako zmuszają otoczenie do zachwytów nad ich latoroślą (moim zdaniem fajne dziecko i tak obroni się samo :P) - Franek podziela moj pogląd w tej kwestii. Szczególnie, że przecież nie wszyscy dzieci lubią po prostu! My akurat należymy do grupy osób neutralno-pozytywnej :D To znaczy - nie nielubimy dzieci, ale raczej nie zwracamy na nie uwagi (chyba, że jest niegrzeczne lub głośne - wtedy nas wkurza) a już na pewno się nim nie zachwycamy. Wyjątkiem są dzieci "występujące" w rodzinie lub wśród bliskich znajomych - takimi dziećmi się interesujemy, naprawdę lubimy się nimi zajmować lub z nimi bawić, zależy nam na tym, żeby wiedziały kim jesteśmy i żebyśmy byli fajnym wujkiem i ciocią, ale w dalszym ciągu się nimi nie zachwycamy (wyjątkiem jest córeczka mojej koleżanki, którą zachwycam się ja, ale to naprawdę wyjątkowa sytuacja do opisania przy innej okazji - ale i tak nie chciałabym dostać kalendarza z jej zdjęciami w prezencie :)). No cóż - taki z nas typ, pewnie tylko nasze własne dziecko będzie w stanie nas jakoś specjalnie poruszyć...
Naprawdę lubimy Chrześniaczkę. To fajne dziecko jest. Chętnie bym się nią zajmowała częściej i z większym zaangażowaniem (gdyby tylko jej rodzice nas do niej bardziej dopuścili :)), ale mimo wszystkich ciepłych uczuć jakie mam w stosunku do niej zwyczajnie nie mam ochoty wieszać jej zdjęć na ścianie swojego mieszkania.

Cała ta sytuacja wywołała we mnie tak dziwne uczucia, że aż musiałam się tu wypisać :) 
Ale skoro już przy temacie dzieci jesteśmy, to się dzisiaj dowiedziałam, że mam do nich podejcie i że do mnie lgną - tak przynajmniej stwierdziła moja teściowa na kolejnym spotkaniu rodzinnym. Rzeczywiście ostatnio zamiast siedzieć z innymi przy stole, w drugim pokoju rysowałam z Magdą, a dzisiaj trzyletnia córeczka kuzyna Franka od razu pokazała mi wszystkie swoje zabawki i opowiedziała ich historię. Ale nie dajcie się zwieść, ja po prostu lubię się bawić, a moja infantylna natura sprawia, że dzieci widzą we mnie równego :D

wtorek, 12 listopada 2013

Kto Ty jesteś?

Czy jestem patriotką? Tego właściwie nie wiem. Bo to chyba zależy od tego, po jaką definicję tego słowa sięgniemy. Nie jestem pewna, czy byłabym gotowa ponosić ofiarę za Ojczyznę ani czy umiałabym przedkładać jej dobro ponad dobro swoje i swoich bliskich. W zasadzie na ten moment wydaje mi się, że nie. Na szczęście nie muszę tego udowadniać.
Pod tym względem jestem trochę tchórzem i egoistką, bo wydaje mi się, że zawsze bardziej będzie mi zależało na dobru moim i mojej rodziny niż dobru ogółu - choćby miało to dotyczyć mojego kraju. Ale piszę to z perspektywy wolnej osoby żyjącej w niepodległej Polsce, kraju suwerennym i niezależnym. Nie znam odczuć osoby mieszkającej w kraju pod okupacją i... nie chcę poznać! Bardzo się cieszę, że mamy wolny kraj, że nie musimy walczyć o niego, ani do prawa do polskiego języka i polskiej kultury.

Gdyby rozszerzyć nieco definicję patriotyzmu lub dostosować ją do obecnych realiów, myślę, że pod wieloma względami faktycznie jestem patriotką. Być może nie jestem aktywistką, nie działam w żadnej organizacji czy to politycznej, czy społecznej, nie czuję potrzeby tak zwanego "zbawiania świata", czy w tym wypadku - kraju. Po prostu skupiam się na innych rzeczach w życiu. Ale interesuje mnie los mojego kraju. Jestem na bieżąco jeśli chodzi o wydarzenia polityczne i społeczne, mimo, że się nimi nie emocjonuję. Mam własne zdanie na wiele kwestii, które są obecnie poruszane na przykład w mediach, ale rzadko się na ten temat wypowiadam i nikogo nie usiłuję do swoich racji przekonywać. Absolutnie nie uważam, że wszystko jest idealnie w naszym kraju, ale nie należę do osób, które narzekają na wszystko jak leci i nikt ode mnie nie usłyszy, że Polska to "chory kraj".

Dla mnie chory nie jest - a przynajmniej nie bardziej niż wiele innych. Owszem, mamy tu wiele absurdów, wiele złych rozwiązań, przykro czasami człowiekowi na tę niemoc i bezradność, kiedy widzi, że nic nie może zrobić, po przepisy, bo głupie prawo, bo biurokracja, bo.. nie wiadomo właściwie co. Ale mimo to naprawdę rzadko narzekam, bo w zasadzie jakie mam do tego prawo? Nic mądrejszego nie wymyślę, nie mam pomysłu na inne rozwiązanie. A jeśli czasami mam, to jestem świadoma tego, że zapewne tylko mi się wydaje, że to takie proste i na pewno nie podjęłabym się próby jego realizacji, bo za słabo się znam na wielu rzeczach.
Ja po prostu lubię Polskę ze wszystkimi jej wadami. Uważam, że jestem Polką pełną gębą. Znam kilka języków, w tym dwa na wysokim poziomie, ale najważniejszy jest dla mnie ten mój język ojczysty. Dbam o niego i denerwuję się, gdy jest kaleczony. Lubię polską kulturę. Lubię nawet w dużej mierze polską mentalność! Oczywiście nie wszystko w niej lubię, ale nie generalizuję i wcale nie uważam, że wszyscy Polacy to marudy i kombinatorzy (takich nie znoszę) i za kieliszek wódki daliby się pokroić. Pewnie, że są tacy w naszym kraju. Podobnie jak chamy i prostaki :) Ale na moje szczęście większość osób, z którymi obcuję to zwyczajni, kulturalni, sympatyczni ludzie. I powiem Wam, że o wiele bardziej cenię sobie polską szczerość i powściągliwość niż zagraniczny sztuczny optymizm i fałszywą otwartość. Gdy mieszkałam w Hiszpanii irytowało mnie bardzo, że każda nowo poznana osoba rzucała mi się na szyję i traktowała jak przyjaciela na całe życie - niby to miłe, ale jednocześnie bardzo powierzchowne i sztuczne. W takich momentach człowiek gubi się i nie wie, na kogo tak naprawdę może liczyć. Polacy są trochę inni i mnie to zdecydowanie bardziej odpowiada.

Nie chciałabym wyjeżdżać. Tęskniłabym za Polską, za jej kulturą i jedzeniem. Na pewno nie dla mnie życie za granicą. Nie uważam wcale, że mamy tu kraj mlekiem i miodem płynący - oj daleko mu do tego. Ale ja po prostu akceptuję swoją Ojczyznę taką, jaka jest i szanuję ją właśnie za to. W takim sensie na pewno jestem patriotką. Zawsze otwarcie o tym mówię - chociaż nigdy nie próbuję na siłę przekonać kogoś, kto uważa inaczej, że się myli. Jest mi trochę przykro, gdy słyszę, jak niektórzy narzekają, ale zakładam, że mają ku temu powody. Chociaż przyznam, że czasami, gdy widzę, że niemal nienawidzą Polski, to dziwię się, co tu jeszcze robią - w czasach, gdy granice są otwarte. Uważam, że każdy ma prawo wyjechać i powinien to zrobić, jeśli jest mu tutaj tak bardzo źle. Wydaje mi się, że każdy kraj ma jakieś słabe strony - niektórym jest je łatwiej zaakceptować, innym trudniej. Polska na pewno tych słabości ma wiele, ale ja akurat potrafię je zaakceptować, chociaż oczywiście nie oznacza to, że przyjmuję wszystko bezwarunkowo, wszystkiem przyklaskuję albo jest mi wszystko jedno. Po prostu dokonałam świadomego wyboru - mieszkam tu, bo chcę, bo jestem Polką, czuję się Polką i czuję przynależność do tego kraju.

O tym wszystkim myślałam wczoraj, gdy przepełniona pozytywnymi uczuciami oglądałam relację z uroczystości odbywających się z okazji kolejnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Z dumą patrzyłam na nasze mundury, na nasze biało czerwone flagi, napawałam się uroczystą atmosferą i cieszyłam się z tego, że mamy to wszystko łącznie z wolnością wypowiedzi, prawem do świętowania tego dnia, że mamy swoje tradycje i swój protokół dyplomatyczny.
I tylko wieczorem było mi naprawdę wstyd... Szkoda :( Ale jak widać, gdy kocha się swój kraj, trzeba się czasami i wstydu najeść... 
Zdania mimo to nie zmienię - bo kto ja jestem? Polak mały rzecz jasna... Jak dotąd niezmiennie, nawet gdy bywałam na obczyźnie.

środa, 2 października 2013

Październikowa refleksja o nauce



Październik - miesiąc, który wielu osobom kojarzy się z rozpoczęciem roku akademickiego... Z tej okazji snułam sobie różne przemyślenia na temat nauki i studiów.
Lubię uczyć się czegoś nowego i jest jeszcze całe mnóstwo rzeczy, których chciałabym się nauczyć. Lubiłam moje studia pierwszego i drugiego stopnia, chociaż bywało, że doprowadzały mnie do łez.Byłam bardzo zadowolona z moich studiów podyplomowych i chodziłam na wykłady z przyjemnością. Ale odczułam ogromną ulgę, że je skończyłam.Od jakiegoś juz czasu wiem, że na razie to koniec z nauką – niestety, albo stety, tego jeszcze pewna nie jestem :)
Ale pewna jestem, że nie mam już chwilowo na to siły. Mimo tego, że naprawdę sprawia mi przyjemność dowiadywanie się czegoś nowego, czy pogłębianie już zdobytej wiedzy, to zwyczajnie teraz mam już inne priorytety i nie wyrabiam ze wszystkim. 
Jeszcze jakiś czas temu myślałam, że nie przeszkadzałoby mi może poświęcanie swoich weekendów na to, żeby spędzić po osiem godzin dziennie na uczelni. Ale niestety, przeszkadzałoby już to, że ten wolny czas – mój czas, którego mam i tak niewiele, muszę poświęcać w domu jeszcze na naukę... Gdyby nie konieczność zdawania egzaminów, czy w ogóle uczenie się we własnym zakresie do egzaminów być może zdecydowałabym się na coś jeszcze –za jakiś czas. Ale myślę, że i tak dużo już w siebie zainwestowałam pod tym względem i na razie wystarczy... Zwłaszcza, że teraz weekendy mamy zdecydowanie przeznaczone na coś innego. Gdybym w nasze plany musiała jeszcze wplatać zajęcia, nie wyrobiłabym.
 
Pamiętam, że maj 2011 - czyli ostatni miesiąc nauki przed obroną pracy na studiach podyplomowych mnie wykończył – doszły mi dodatkowe obowiązki w postaci korepetycji, w pracy zaczął się ruch i nagle okazywało się, że musiałam wybierać – albo gotuję zupę na jutro, albo się uczę :) Jeść trzeba. Tak samo jak posprzątać, wyprać i wyprasować :) Zwłaszcza, że nie prowadziłam już życia studenckiego. I tak Franek robił (i robi) połowę tego wszystkiego, co w domu jest do zrobienia, o ile nie więcej... W każdym razie kiedy się tak męczyłam tym, że nie mam ani chwili wytchnienia i z trudem znajdowałam czas, żeby chociaż dwa razy w tygodniu wyskoczyć na aerobik, pomyślałam sobie – jak to dobrze, że mi nie odbiło i nie postanowiłam robić doktoratu :) Bo swego czasu miałam takie myśli. Jak pomyślę sobie, że prawdopodobnie cały czas jeszcze byłabym na studiach, to aż mi ciarki przechodzą po plecach :) 
Okazuje się, że po prostu na wszystko jest czas. Dla mnie czas na studia już minął – nie oznacza to, że nie mam zamiaru do końca życia się już niczego uczyć :) Nie zarzekam się też, ze nigdy... Ale na chwilę obecną stwierdzam, że zakończyłam swoją edukację... Inne rzeczy się dla mnie liczą. Teraz chcę się rozwijać w pracy, chcę utrwalać to, czego już się nauczyłam. Zwłaszcza, że tak wiele się w moim życiu ostatnio nauczyłam.

Być może jeszcze kiedyś powrócę do nauki. Moja mama robiła dodatkowe studia, gdy ja i moja siostra chodziłyśmy już do szkoły. Tata indeks studiów podyplomowych odebrał w tym samym miesiącu, w którym ja odebrałam swój na studia pierwszego stopnia, a teraz robi jakiś kurs ufundowany przez UE. Dlatego nie wykluczam, że i ja za kilka, kilkanaście lat znowu znajdę czas i chęci, żeby się zapisać na jakieś studia, czy kurs. Teraz zdecydowanie coś innego jest dla mnie w życiu, a z moich dotychczasowych osiągnięć jestem naprawdę zadowolona.

Wracając jeszcze do pomysłu robienia doktoratu - trochę nie podoba mi się tendencja naszych czasów. Teraz wiele osób po studiach, nie wiedząc co ze sobą zrobić, wybiera doktorat. A ja nie wyobrażam sobie być wieczną studentką - skoro nawet nie wiązałam swojej zawodowej przyszłości ze studiami pierwszego i drugiego stopnia! Jak najbardziej rozumiem studia doktoranckie w przypadku, gdy ktoś jest naukowcem lub pozostaje na uczelni. W takim wypadku jak najbardziej pochwalam dalszy rozwój, prowadzenie badań itd. Daleko szukać nie muszę - Dorota za chwilę obroni tytuł doktora. Kosztowało ją to wiele wysiłku, wytrwałości i czasu. Jest specjalistką w swojej dziedzinie i jestem dumna z tego, że mam taką mądrą koleżankę :) Pracowała na uczelni na zastępstwo przez kilka lat. W kwietniu pracę straciła, ale od tego roku akademickiego dostała etat wykładowcy na Uniwersytecie Szczecińskim :) Bardzo się z tego cieszę, bo kibicowałam jej już od jakiegoś czasu, ale trochę odbiegłam od tematu - chodzi mi o to, że ona jednak cały czas w tej swojej dziedzinie siedzi! Cały czas się dokształca, czyta, pisze, prowadzi badania. Jak najbardziej rozumiem w takim wypadku ideę robienia doktoratu. Ale jeśli ktoś idzie na takie studia dla samego tytułu? Trochę to bez sensu i powoduje, że sam tytuł się dewaluuje. 

Ja pracowałam w biurze jako księgowa - po jakie licho byłby mi tytuł doktora filologii angielskiej? :D 
Zdecydowałam się więc na podyplomówkę. Wiem, że niektórzy uważają, że studia podyplomowe powinno się robić, kiedy już się pracuje kilka lat i że głównym ich celem ma być dokształcenie się bądź zdobycie wiedzy teoretycznej do codziennie wykonywanej praktyki. Tymczasem ja zrobiłam inaczej - wybrałam takie studia podyplomowe, bo akurat miałam na nie czas, interesowało mnie to i chciałam nauczyć się czegoś nowego. I to był najlepszy z możliwych wyborów - mogę tak powiedzieć z perspektywy czasu, ponieważ gdyby nie te studia, nie zostałabym zatrudniona w firmie, w której pracuję! Ówczesny pracodawca zwrócił uwagę na to, że mam studia logistyczne... A i obecna szefowa awansując być może kojarzy, że studiowałam filologię, ale przede wszystkim skupia się na tym, że mam dyplom logistyka. Jak widać naprawdę było warto - piszę to ja: kierownik logistyki, która bardzo lubi swoją pracę :) I obym tylko miała możliwość lubić ją jak najdłużej.


czwartek, 8 marca 2012

Warto rozmawiać.

Kiedy dzisiaj Franek wrócił chwilę po północy z pracy ledwie to odnotowałam przez sen. Ale gdy zapytał mnie, czy śpię, mruknęłam, że nie. Przytulił się więc, pocałował i złożył mi życzenia z okazji Dnia Kobiet – bo chciał być pierwszy. Niemal od razu później zasnęłam z powrotem i dopiero rano sobie o wszystkim przypomniałam.
Ale czasami bywa tak, że gdy Franek wraca w nocy (no, dla niektórych to dopiero późny wieczór, ale ja zazwyczaj już o tej porze śpię od jakichś dwóch godzin) siłą woli nakazuję sobie pobudkę. Leżymy sobie wtedy po ciemku i rozmawiamy. Zazwyczaj zaczyna się od tego, że Franek opowiada, jak było w pracy. Później rozmawiamy o moim dniu, a potem to już płyniemy i w zależności od dnia i okoliczności poruszamy inne tematy.
Gdy Franek idzie do pracy na rano, kładziemy się razem wcześniej i zazwyczaj najpierw czytamy a później gasimy światło i jeszcze wymieniamy parę słów. Nie lubię, kiedy on zasypia szybciej albo kiedy ja nie wytrzymam i oczy kleją mi się kiedy on jeszcze czyta – bo najfajniej jest, gdy uda nam się chociaż tę chwilkę przed samym zaśnięciem porozmawiać. Czasami – zwłaszcza w wolne weekendy, gdy te rozmowy są dłuższe – zdarza nam się zasnąć dosłownie w pół słowa :)
Ostatnio widziałam ankietę, w której jedno pytanie dotyczyło tego, o czym rozmawia się ze swoim partnerem/partnerką i byłam zaskoczona jej wynikami. Bo całkiem sporo osób na przykład rozmawiało ze sobą tylko o pracy albo wręcz przeciwnie – rozmawiało o wszystkim, a o pracy nie. I jeszcze kilka takich ciekawostek tam dojrzałam. Trochę się zdziwiłam, że ludzie w związku nie rozmawiają ze sobą o wszystkim – niech nawet powody tego będą różne, niekoniecznie zaraz trzeba się doszukiwać złej woli. Tak, ja wiem, że czasami popadam w inną skrajność i wszystko chcę rozmową rozkładać na czynniki pierwsze. Wiem, że czasami warto przemilczeć, odczekać. Franek tak ma, w końcu jest facetem, a oni podobno lubią się od czasu do czasu zaszyć w swojej jaskini i nie trzeba ich pytać „o co chodzi”… Ale z drugiej strony – on się też przy mnie tej rozmowy nauczył. Gadamy dużo i często.
I ostatnio, kiedy byliśmy na tej nasej „randce”, gdy wstawaliśmy od stolika Franek powiedział do mnie właśnie: „Dziękuję, bardzo miło się rozmawiało”. Być może spodziewałyście się czegoś bardziej romantycznego, czy zaskakującego. Ale mnie właśnie te słowa sprawiły ogromną przyjemność! Wszak zazwyczaj takie zdanie słyszy się w początkach znajomości. Ja na przykład wypowiadam je – ale też chyba słyszę – najczęściej, gdy ta przyjemna rozmowa, to werbalne porozumienie jest swego rodzaju zaskoczeniem… Oto zupełnie niespodziewanie spotykamy kogoś, z kim odbieramy na tych samych falach, z kim można porozmawiać o wszystkim bez skrępowania. Dlatego też, gdy usłyszałam od Franka, że dziekuje mi za miłą rozmowę, poczułam się, jakbyśmy naprawdę kończyli właśnie bardzo udaną pierwszą randkę :) Poczułam po prostu świeżość naszej relacji, która przecież trwa już prawie sześć lat.
Mnie też się miło rozmawiało. Zaczęliśmy od spraw bardzo przyziemnych. Ale później przeszliśmy też do niezwykle poważnych i ważnych tematów. Wymienialiśmy się opiniami, spostrzeżeniami. Dyskutowaliśmy na przykład o życiowych priorytetach, szukaliśmy kompromisów, słuchaliśmy swoich argumentów i dochodziliśmy do wspólnych wniosków. Ludzie na co dzień nie mają zbyt wielu okazji, żeby na spokojnie porozmawiać o niektórych wartościach, nawet gdy ze sobą żyją. Oczywiście wiele rzeczy po prostu się wie. Ale ja lubię niektóre kwestie zwerbalizować. Przyznam, że czasami gdy zastanawiam się nad jakimś zagadnieniem- bardzo ważnym choć nie pilnym, myślę sobie „ciekawe, co na ten temat myśli Franek…?” i na przykład notuję sobie gdzieś u siebie, że musimy kiedyś na spokojnie o tej sprawie pogadać :) Kiedy przychodzi taki wieczór jak sobotni, nieraz wyciągam ten swój notatnik i razem przyglądamy się tym sprawom do omówienia :) Franek chętnie daje się wciągać w takie rozważania.
A jego sobotnie słowa odebrałam tak, jakbym właśnie usłyszała wspaniały komplement pod swoim adresem :)

środa, 22 lutego 2012

Każdy kij ma dwa końce.

Myślę, że całkiem sporo dobrego o naukach napisałam i zdecydowanie dałam do zrozumienia, że nasza opinia na ten temat jest jak najbardziej pozytywna. Ale wspomniałam też o drugiej stronie medalu :) Zazwyczaj tak bywa, że wszystko ma dobre i złe strony – i w tym wypadku nie wszystko mi się tak bardzo podobało.
Przyznam nawet, że po pierwszym spotkaniu miałam mieszane uczucia. Pierwsza jego połowa prowadzona była przez miłe małżeństwo i fajnie było posłuchać tego, co mają do powiedzenia. Na drugą część miał przyjść proboszcz i omówić kilka kwestii organizacyjnych, ale nie dotarł (nadrobił to na ostatnim spotkaniu), więc w jego zastępstwie wystąpił pan, który jest opiekunem tych nauk – nazwijmy go Panem Czesiem. Pan Czesio, choć wyglądał bardzo poczciwie i sympatycznie na wstępie nas zrugał za używanie terminu „nauki” przedmałżeńskie, zamiast „katechezy” przedmałżeńskie. Przyznaję, to drugie słowo w wielu wypadkach było bardziej adekwatne, ale bez przesady – czegoś się jednak uczyliśmy, nie wiem w jaki sposób słowo „nauka” miałoby uwłaczać tym spotkaniom :) Ale to tylko taki szczególik, tak naprawdę nie podobało mi się nastawienie Pana Czesia do nas, czyli narzeczonych. Krótko mówiąc sprowadzało się ono do tego, że większość z nas, którzy na kurs przybyliśmy wcale na małżeństwo nie zasługuje, bo tacy z nas grzesznicy. A w ogóle to w większości się rozwiedziemy całkiem niedługo.Z tego pierwszego spotkania wychodziłam lekko zdołowana. Nie brzmiało zachęcająco to wszystko, co usłyszeliśmy, ale przede wszystkim, czułam się wręcz przytłoczona ciężarem winy i grzechów jakimi zostałam obarczona i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrehabilitować :) Małżeństwo to ciężka praca i raczej nie podołamy – choćbyśmy się nie wiem jak starali. A w ogóle to na pewno myślimy, że to tylko zabawa a nie święty sakrament. To by było na tyle :) Na szczęście Pan Czesio się za wiele nie udzielał a na późniejszych spotkaniach wydawał się jakby mniej straszny – może za bardzo wczuł się w rolę zastępując samego księdza proboszcza? :)
Zresztą już kolejny wykład wymazał moje negatywne odczucia, bo dotyczył właśnie trudności w małżeństwie oraz miłości małżeńskiej. Prowadzony był przez kobietę z poradni, która wplatała opowieści o prawdziwych przypadkach z jakimi spotkała się w czasie swojej pracy. To, co mówiła pozwoliło nam uwierzyć, że nie ma trudności nie do pokonania dla dwojga ludzi, którzy chcą być razem i którzy się kochają. A nawet jeśli się pogubili, ale wierzą w swoje małżeństwo, to nigdy nie jest za późno. Z kolei na innym spotkaniu usłyszeliśmy, że wcale nie jesteśmy tacy źli a nasza wina znowu nie taka wielka.
Ale była jeszcze jedna katecheza, która mnie trochę zdegustowała, dotycząca odpowiedzialnego rodzicielstwa. Już na samym początku zirytowało mnie to, że babka czytała wszystko z kartki i kompletnie nie nawiązywała kontaktu wzrokowego, czy jakiegokolwiek innego ze słuchaczami. To nawet nie było podpieranie się notatkami. Ale to i tak dałoby się przeżyć, tylko, że ta kobieta była totalną… męską szowinistką :)) Kobieta pracować oczywiście w dzisiejszych czasach powinna, więc nie chodzi o zagonienie jej do garów, ale moje drogie, nie oczekujmy od zmęczonego pana męża pomocy w jakichś prozaicznych i przyziemnych obowiązkach. On jest stworzony do wyższych celów – na przykład do świecenia przykładem :) Dzieciom rzecz jasna ma świecić, podczas zabawy na przykład. Bo kobieta dzieci wychowuje i oczywiście jest przez nie kochana, ale to facet jest tym prawdziwym autorytetem, on nie musi prosić ani krzyczeć (od krzyków to jest mama) bo wystarczy, że jest, a dzieci już wiedzą, co mają robić :) Mężczyzna jak najbardziej dziećmi się ma zajmować i nie wolno nam męża od wszystkiego odsuwać (z tym się akurat zgadzam) ale to kobieta powinna się mocno poświęcać dla rodziny i dzieci – no, generalnie to facet spija całą śmietankę (dokładnie tego zwrotu użyła) jeśli chodzi o rodzicielstwo – kobieta ma cierpieć z godnością i być wdzięczna za wszystko :)
Należy podkreślić, że to moje bardzo subiektywne odczucia – po prostu od początku mi kobita nie podeszła i jakoś niełatwo mi było później zmienić swoje nastawienie. Franek nie wszystko odebrał tak jak ja, więc nie wykluczam tego, że przesadzam (ale z drugiej strony on jednak jest facetem :P, może zwyczajnie nie zwrócił uwagi na to, co mnie najbardziej zabolało). Poza tym tutaj podałam wersję bardzo mocno skróconą i uproszczoną, pewnie także trochę wyolbrzymioną, żeby dokładnie podkreślić, o co mi chodzi. Ale sprawiedliwie muszę dodać, że nie wszystko, co mówiła (czytała :)) ta pani wydawało mi się nieżyciową bzdurą i trochę mimo wszystko z tego skorzystałam. A tak w ogóle, gdy później zerknęłam na rozpiskę, to zobaczyłam, że ten wykład miał być prowadzony przez jakiegoś faceta, więc ona prawdopodobnie była w zastępstwie – co tłumaczyłoby jej nieprzygotowanie.
Zdecydowanie te zajęcia podobały mi się najmniej. Frankowi z kolei nudziło się na innym wykładzie, prowadzonym w jego odczuciu monotonnie i raczej nieciekawie. Ale i tak nie zmienia to naszych ogólnych odczuć, które jednak są jak najbardziej pozytywne. Nie chciałam jednak podawać wersji totalnie wyidealizowanej :)) Myślę, że każdy po prostu ma jakieś kwestie, na których punkcie jest mniej lub bardziej przewrażliwiony a to zakłóca odbiór – dlatego zawsze wybierając się na takie nauki trzeba być przygotowanym, że nie wszystko, co usłyszymy nam się spodoba i będzie zgodne z naszymi przekonaniami. Ważne jednak, żeby mimo wszystko znaleźć coś dla siebie – my skupiliśmy się na tym, co do nas bardziej przemawiało i  to z tego czerpaliśmy najwięcej korzyści.