*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątecznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świątecznie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 grudnia 2015

Tuż przed...

Ten moment zawsze lubię najbardziej...
W mieszkaniu unosi się zapach pieczonego karpia i zupy grzybowej. Stół jest już pięknie nakryty, zapalone świece radośnie migocą. Pod choinką stopniowo rośnie kolorowy stosik, w miarę jak kolejni Mikołajowie/kolejne Aniołki i niech będzie, że Gwiazdorzy ;) dorzucają to i owo. Wszystko jest już przygotowane, my odświętnie ubrani, dopinamy ostatnie guziki w swoich strojach i nie tylko. Atmosfera oczekiwania. Już za chwilę zasiądziemy do najbardziej uroczystej i rodzinnej kolacji w całym roku. Jest miło, radośnie, pięknie. Cudownie, uwielbiam ten czas. 
Dziś Wiking, nowy, choć już prawie roczny, członek naszej rodziny, weźmie udział w swojej pierwszej Wigilii. Jeszcze jej nie zapamięta, ale mam nadzieję, że będzie chłonął atmosferę i emocje, i że co roku święta będą dla niego tak samo pięknym i magicznym przeżyciem, jak dla mnie.

Jeszcze raz życzę Wam wszystkiego dobrego na te święta!

niedziela, 20 grudnia 2015

Idą święta.

Czuję to już od jakiegoś czasu. Być może od początku grudnia. Od kiedy czas przyspieszył, bo jakoś tak od kilku lat to był znak rozpoznawczy, że święta są coraz bliżej :)
Są oczywiście też inne - reklamy w radio i telewizji, świąteczne piosenki, kolorowe iluminacje, uliczne dekoracje, ozdobione witryny sklepów. Dobrze mnie to nastraja, nie przeszkadza mi, nie wkurzam się na kicz ani na tłumy w sklepach. Lubię tę atmosferę i zawsze ją lubiłam.
Święta na pewno mają inny smak co roku. Innych wrażeń dostarcza też ta przedświąteczna atmosfera, jako osoba dorosła mam inne przemyślenia niż jako dziecko albo nastolatka. Każdy rok oznaczał nowy bagaż doświadczeń, a więc i większe lub mniejsze zmiany we mnie, w moim odczuwaniu i postrzeganiu. Ale jedno się nie zmieniło - nigdy nie utraciłam zdolności odczuwania magii tego świątecznego okresu. Nigdy. Zawsze tej magii doświadczałam, zresztą wiele razy pisałam o tym na blogu. Czasami byłam bardziej zabiegana i trochę później docierało do mnie to, co dzieje się wokół, ale nigdy nie było tak, że wspominałam święta sprzed lat i myślałam - gdzie się podział tamten urok i czar? On zawsze był, nawet jeśli przybierał inne oblicza. Dla mnie więc święta nie były magiczne tylko wtedy, kiedy byłam dzieckiem. Prawdę mówiąc chyba nawet jest tak, że im jestem starsza, tym bardziej je doceniam i tym więcej ważnych drobiazgów dostrzegam. Od wielu lat, niezmiennie mniej więcej w okolicach dwudziestego grudnia zaczynam odczuwać przyjemne mrowienie w brzuchu na myśl o tym, że już za parę dni jest ten magiczny wieczór :) I w tym roku też mnie to dopadło.

Wiadomo, że tegoroczne święta będą inne. Spodziewałam się tego już rok temu i zastanawiałam się, jak to będzie. Będzie dobrze :) Jedziemy do Miasteczka na Wigilię :) Nie mogło być inaczej. Franek jak na razie buntuje się słabo, a może po prostu wie, że to jest coś, czego nie umiem odpuścić:) Do Poznania pojedziemy w drugi dzień świąt i zostaniemy tam i tak dłużej niż w Miasteczku.
Wiking rzeczywiście jest już kumaty, tak, jak się rok temu spodziewałam. Może jeszcze nie rozumie zbyt dużo, ale bardzo dużo odczuwa, wszystko uważnie obserwuje i na pewno trochę mu się ta świąteczna atmosfera udzieli. Nie spodziewałam się za to, że będzie już chodził :) Ciekawa jestem, jakie będą te pierwsze święta Wikinga i na ile inne będą one dla nas ze względu na jego obecność :) Te wszystkie refleksje pewnie jeszcze przed nami.

Tymczasem spakowałam już nas (jak ja tego nie znoszę!) i jutro rano wyjeżdżamy. Nie lubię tych wieczorów poprzedzających wyjazd, bo zawsze mam głowę pełną drobiazgów, która rano muszę dopakować (bo jeszcze będą potrzebne) i małych czynności, które muszę zrobić :) Odsapnę w samochodzie.

sobota, 4 kwietnia 2015

Podobno świątecznie

Poszliśmy dzisiaj do kościoła z koszyczkami poświęcić pokarmy i dopiero wtedy dotarło do mnie, że są święta. Dotarło do mojej świadomości, ale niestety nie do duszy. Przyznaję, że chyba pierwszy raz tak absolutnie nie czuję świąt wielkanocnych, które zawsze kojarzyły mi się z zadumą, refleksją i modlitwą. Niestety teraz naprawdę nie mam czasu na żadną zadumę. Moje myśli są cały czas zajęte. Na szczęście niedawno przy spowiedzi trafiłam na bardzo fajnego księdza, z którym mogłam sobie porozmawiać i który nie straszył mnie Panem Bogiem, jak to niektórzy mają w zwyczaju, tylko pocieszył mnie i przedstawił Boga jako wyrozumiałego i miłosiernego. Powiedział mi, że Pan Bóg na pewno doskonale rozumie, że mam myśli zaprzątnięte czymś innym, że trudno jest mi się od jakiegoś czasu skupić na modlitwie i żebym nie bała się mu po prostu o tym powiedzieć. A On poczeka. To mnie trochę podniosło na duchu... Postaram się więc przeżyć te święta najlepiej, jak umiem, choć nieco inaczej niż zwykle. 
Wczoraj po południu przyjechał Franek. Jutro już wyjeżdża, bo w poniedziałek musi iść do pracy. Początkowo myśleliśmy, że i ja z Wikingiem z nim wrócę od razu, ale jednak jeszcze zostanę i we wtorek wujek nas odwiezie. Zostałabym jeszcze trochę dłużej, ale po pierwsze mamy we wtorek wizytę u ortopedy, a po drugie im dłużej tu będę, tym trudniej będzie mi wrócić. W poniedziałek Franek idzie do pracy na dziesięć godzin - do 16:30, więc szkoda by było, żebym świąteczny dzień spędziła sama z Wikingiem, jak jeszcze mogę z rodziną.
Trochę się już boję tego powrotu, bo Wikuś w ostatnich dniach stał się absolutnie nieodkładalny :( W tygodniu bardzo dużo spał - w zasadzie zachowywał się jak noworodek, bo tylko co chwilę jadł i zasypiał, spał kilka godzin, budził się na jedzenie i znowu zasypiał. To oczywiście było dla mnie całkiem wygodnie, ale niestety w tych krótkich chwilach aktywności nie dał się w ogóle ani na moment odłożyć, musiałam go ciągle nosić. Dzisiaj spał mało, pewnie dlatego, że dużo się dzieje. A kiedy nie śpi, to chce, żeby go nosić :( W przeciwnym wypadku po prostu płacze. I wiemy, że nic mu się innego nie dzieje, bo uspokaja się momentalnie, kiedy się go weźmie na ręce a nic innego nie pomaga, bo oczywiście próbujemy go gdzieś położyć obok nas, żeby sobie obserwował, ale on nie chce. Liczę na to, że to po prostu skok rozwojowy z trzeciego miesiąca, bardzo na to liczę, choć trochę tracę nadzieję, bo coś długo to już trwa.

A tymczasem życzę Wam wszystkiego dobrego na te święta. Radosnych, rodzinnych dni. Smacznych jajeczek i bab wielkanocnych :) I nie dajcie się zwieść pogodzie, wiosna jest! :D 

Ps. Na komentarze pod poprzednią notką odpowiem przy następnej okazji.
 

piątek, 26 grudnia 2014

Trochę słodsze święta.

Jesteśmy już w Poznaniu. Niestety, nie wiem co się stało, ale internet tutaj pozostawia wiele do życzenia :/ Jak się jutro nie poprawi, to chyba będę musiała sobie zrobić kilkudniowy odwyk, bo niesamowicie mnie irytuje jego tempo i oporność:/

A tymczasem, wreszcie mogę napisać jakieś dobre wieści odnośnie mojej cukrzycy. Wychodzi na to, że dieta wigilijno-świąteczna jak najbardziej mi służy! Fakt, że ten najgorszy cukrzycowy czas minął już parę tygodni temu - chociaż niedawno trochę się rozregulowałam i zaliczyłam kilka niepokojących pomiarów. Niemniej jednak obawiałam się bardzo Wigilii i tego, jak mój organizm to zniesie. A tu miła niespodzianka!

Podczas wieczerzy wigilijnej zjadłam właściwie wszystko to, co zawsze. Może w nieco mniejszych ilościach - ale ja w ogóle już od dłuższego czasu tak bardzo przyzwyczaiłam się do mniejszych porcji, że chyba skurczył mi się żołądek. Odstępstwem od tradycji było to, że wypiłam jeszcze chyba ze trzy szklanki kefiru i wszystko zagryzłam kawałkiem surowej kapusty (to była moja surówka - organizm lepiej trawi glukozę, kiedy dostarcza mu się świeże warzywa oraz produkty białkowo-tłuszczowe). Bardzo się tym najadłam i bałam się, jak będzie wyglądał mój cukier, ale był bardzo dobry!

Wczoraj i dziś po każdym z głównych posiłków to samo! W nagrodę nawet pozwoliłam sobie na coś słodkiego... Nawet dużo (wziąwszy pod uwagę fakt, że nie jadłam słodyczy od dobrych trzech miesięcy) - zjadłam kilka łyżek kutii, dwa ciasteczka (z mąki razowej), pierniczka, odrobinę czekoladowego Mikołaja i dwa cukierki z choinki. Zasłodziłam się. Totalnie się zasłodziłam! Ale miałam też ogromne wyrzuty sumienia, że przesadziłam. Jednak zmierzyłam cukier i... przekroczyłam normę tylko o jeden! Nie wiem, czy tak dobrze wpływają na mnie święta, dom rodzinny, czy może końcówka ciąży sprawia, że jest już po prostu dużo lepiej (a to ostatnie oznaczałoby ogromne szanse na to, że potem moja gospodarka węglowodanowa wróci do normy po porodzie)? Grunt, że jest bardzo dobrze! To jest niesamowite, jak bardzo mi się poprawiło w porównaniu do tego, co było jeszcze półtora miesiąca temu - kiedy to cukier podnosił mi się po normalnych, zdrowych posiłkach. Teraz nadal się bardzo asekuruję, już tak z przyzwyczajenia, a potem jestem zaskoczona, że poziom cukru mam prawie taki, jak na czczo :) Ale cały czas jestem bardzo podejrzliwa i czujna - prawie przed każdym pomiarem się stresuję i czekam, kiedy zobaczę zbyt wysoki poziom cukru... Zobaczymy, jak sytuacja będzie się dalej rozwijała, ale cieszę się, że świąt nie przegłodowałam i nie musiałam tylko wodzić tęsknym wzrokiem za pysznościami. Jak już wspomniałam - nawet po tej trzymiesięcznej przerwie cosik słodkiego skubnęłam i jest mi z tym błogo :)
Ale naprawdę do niejedzenia słodyczy można się przyzwyczaić i można z tym żyć - chociaż oczywiście dużo łatwiej jest, gdy jest to nasz świadomy wybór a nie przymus. Dlatego myślę, że będę starała się tego elementu diety przestrzegać nawet jeśli okaże się, że cukrzycy już nie mam - to jednak dobry nawyk. Nie żebym miała zamiar przestać jeść słodycze, po prostu starałabym się, żeby to było już naprawdę od czasu do czasu i nie jako łatwo dostępna przekąska, a raczej coś w rodzaju wyjątkowego dogodzenia sobie :)
Moim zdaniem dużo trudniej jest zrezygnowanie z innych produktów zawierających węglowodany - nawet złożone. Mam na myśli na przykład makarony, pieczywo, produkty mączne. Jakby nie było są to artykuły, które powinny stanowić podstawę piramidy żywienia i dlatego tak trudno zastąpić je czymś równie sycącym. Dlatego liczę na to, że jeśli ta cukrzyca naprawdę po ciąży ustąpi, to nie będę musiała już aż tak przejmować się tym, żeby nie zjeść na obiad więcej niż jednego dużego ziemniaka. A część nowych - dobrych nawyków żywieniowych przez ten czas tak bardzo weszła mi w krew, że raczej się będę ich trzymać (a nawet będziemy, bo Franek w dużej mierze stosuje tę dietę razem ze mną) i dzięki temu ograniczę ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II. W grupie ryzyka będę już zawsze, ale staram się pocieszać tym, że nigdy mój sposób odżywiania się nie był jakiś tragiczny. Owszem, lubiłam zgrzeszyć, lubiłam (lubię nadal) niezdrowe jedzenie, ale mimo wszystko jadałam je sporadycznie, a na co dzień odżywiałam się raczej rozsądnie i przede wszystkim regularnie.

Ale na razie to tylko gdybanie - pozwoliłam sobie na nie podniesiona na duchu tym, co ostatnio powiedział mi lekarz oraz ostatnimi pomiarami. Jak będzie tak naprawdę okaże się - najpierw za jakiś miesiąc, kiedy to już powinnam być po porodzie, a później wczesną wiosną, gdy będę musiała wykonać ponownie test obciążenia glukozą (którego wyniki będą dla mnie niczym wyrok)...
A święta się już skończyły, choć okres świąteczny jeszcze nie :) Jednak w tym roku trochę inaczej do tego podchodzę i nie jest to dla mnie aż tak bardzo przykre. Ale o tym następnym razem - o ile internet mi się nie zbuntuje!


środa, 24 grudnia 2014

Ostatnie takie święta po raz drugi

Bo już kiedyś pisałam notkę pod takim tytułem - była to ostatnia świąteczna notka przed ślubem :)
Tasiemiec ma trochę przechlapane, że się nie załapie już na prezenty w tym roku, za to my jeszcze mieliśmy o jeden prezent mniej :P Oj tam, wystarczy tych prezentów, bo przecież w ostatnim miesiącu sporo nowych rzeczy dostał :)
Tak, czy inaczej, kolejne święta będą już na pewno zupełnie inne, bo dołączy do nas zupełnie nowy członek rodziny. W dodatku będzie nim dziecko, dla którego wszystko będzie nowością i to przecież od tych wspomnień, które będzie zbierał co roku, będzie zależało w dużej mierze to, jakie później będzie miał podejście do świąt i tradycji. 
Tasiemiec za rok będzie już nawet całkiem kumaty. Nie tak, jak bym chciała co prawda ;), ale coś tam już sobie w tej swojej małej łepetynce będzie kodował pewnie, choć będzie to jeszcze proces nieuświadomiony. Ciekawa jestem bardzo tych przyszłych świąt. A przede wszystkim tego, gdzie je spędzimy, bo boję się, że się kiedyś Franek zbuntuje i będzie chciał na Wigilię pojechać do swoich rodziców, podczas gdy dla mnie jest to w tym momencie coś zupełnie nie do pomyślenia - a już zwłaszcza myśl, że moje dziecko nie miałoby uczestniczyć w takiej Wigilii, jakiej ja zawsze doświadczałam.
Przyznam, że nawet przez chwilę chodziła mi po głowie myśl, żeby może wobec tego w tym roku pojechać najpierw do Poznania, a później do Miasteczka. Po pierwsze dlatego, że i tak w tym roku za bardzo sobie nie pojem, więc brak typowych wigilijnych potraw (tych dla mnie) nie byłby aż tak dokuczliwy i jakoś bym to inne miejsce i dziwne jedzenie przeżyła. Po drugie - ponieważ, jeśli miałabym już wybierać, to wolałabym pierwszą Wigilię Tasiemca spędzić w Miasteczku kosztem tej, podczas której siedzi jeszcze "w gnieździe", jak to Franek określił. Powstrzymywała mnie tylko myśl, że naprawdę nie mam pojęcia, co będzie za rok, gdzie będziemy wtedy żyli, czy i gdzie będziemy pracowali i czy będziemy mieli w ogóle możliwość wyjazdu. A jeśli nie? To byłabym stratna aż dwie Wigilie :)
Franek rozwiał moje wątpliwości, bo powiedział, że nie będziemy już nic kombinować i jedziemy najpierw do Miasteczka. A gdy go zagadnęłam o przyszły rok, odpowiedział: "ale za to na Wielkanoc musielibyśmy być w Poznaniu" Spoko! Na taki kompromis to ja mogę iść :) Święta Wielkanocne są dla mnie mniej rodzinne i mniej tradycyjne. Ważniejsza jest wtedy dla mnie ta sfera duchowo-kościelna i akurat wszystko mi jedno, do którego kościoła pójdę na czuwanie, święcenie pokarmu, czy uroczystą Mszę Wielkanocną :) Mam więc nadzieję, że oboje będziemy zadowoleni.
A tymczasem dopiero przyszły rok pokaże, jak faktycznie będzie, bo życie wielokrotnie już mi udowodniło, że nie ma co się zastanawiać i martwić takimi sprawami, bo wszystko się rozstrzyga w ostatniej chwili. 
Teraz więc skupiam się na tych ostatnich świętach bez Tasiemca. Kiedy wciąż jeszcze należę do najmłodszego pokolenia i kiedy prezenty dla swoich rodziców podpisuję "dla mamy" i "dla taty". Za rok wszystko będzie już wyglądało inaczej i jestem tego bardzo ciekawa, ale jednocześnie na pewno zapamiętam Wigilię tegoroczną. Choćby dlatego, że jestem na tej głupiej diecie :P Za rok sobie odbiję ;)

A tymczasem:



Życzę Wam Wigilii przepełnionej ciepłem i radością. Ciekawych, pełnych refleksji i życzliwości rozmów przy wigilijnym stole i poza nim przez kolejne dni. Niech ta magia Świąt Bożego Narodzenia urzecze i poniesie każdego - niezależnie od tego, w jakiej sytuacji życiowej się znajduje i przed jakim zakrętem stoi. Zwolnijcie, zapomnijcie o całej reszcie, skupcie się na świątecznym tu i teraz pod kolorową choinką ;)
Wesołych Świąt !

niedziela, 14 grudnia 2014

Świąteczne zakupy i wizytacja

W tym roku niestety nie udało nam się zrealizować naszego planu, żeby świąteczne zakupy mieć z głowy już na początku grudnia - po prostu za szybko nam ten czas zleciał :) W jeden weekend musieliśmy pojechać do Miasteczka, bo nie mieliśmy innego dogodnego terminu, a trzeba było stamtąd odebrać rzeczy, które dostaliśmy od brata Franka dla Tasiemca (moi rodzice zabrali je z Poznania, kiedy byli tam na urlopie - swoją drogą Tasiemiec będzie spał w łóżeczku, które przejechało przez pół Polski - z Poznania do Miasteczka a potem jeszcze do Warszawy :P). Później kiedy Franek miał wolne, to musiał jechać do Poznania do urzędu i tak nam zeszło. 

Kiedy chcemy kupić świąteczne prezenty, zazwyczaj zabiera nam to mniej więcej dwa-trzy dni. Najpierw robimy wstępny rekonesans (tak jeszcze w listopadzie) - oglądamy co w ogóle jest w sklepach, zaczynamy na ten temat myśleć, zbieramy pomysły i później mamy czas na to, żeby ewentualnie poszukać czegoś podobnego lub na przykład zamówić prezent w internecie. Najbardziej opłaca się to z książkami! Zamówiłam sobie jedną w Empiku, drugą w Matrasie - zaznaczyłam opcję odbioru osobistego w tych księgarniach, do których i tak bym zajrzała - w ten sposób zaoszczędziłam 20 zł!
Nasza druga wyprawa jest już zazwyczaj konkretna - po zakup tego, co sobie postanowiliśmy i ewentualnie rozejrzenie się za czymś jeszcze. A trzecia to już tylko dokupowanie ewentualnych brakujących elementów :)

Na rozpoznanie terenu rzeczywiście wybraliśmy się jeszcze w listopadzie. Dzięki jednodniowej wycieczce po sklepach urodziło nam się już w głowach kilka pomysłów, które później trzeba było tylko doszlifować. Szlifowanie miało się odbyć w czwartek, ale niestety Franek się rozchorował (jakieś żołądkowe problemy) i musiał wrócić. Mnie już było szkoda tego, że cały dzień sobie zorganizowałam pod kątem tych zakupów i zostałam, wędrując trochę po galerii, porównując ceny i szukając inspiracji. Myśleliśmy, że wczoraj uda nam się wszystko kupić, ale niestety pojechaliśmy do złej galerii handlowej :) To znaczy - wiedziałam już co chcę kupić, bo już to widziałam w sklepach, ale niestety w innych galeriach i okazało się, że w tej dzisiejszej nie było tego, co sobie upatrzyliśmy :/ Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;) Kupiłam sobie za to przy okazji sweterek :) Taki długi, za pupę, wiązany. Będzie jak znalazł do legginsów i do mojej drugiej zimowej kurtki, która pomimo, że jest w rozmiarze XS, sięga mi aż do połowy uda i lepiej w niej wyglądam, gdy mam na sobie spódnicę albo właśnie legginsy i jakąś tunikę, tudzież długi sweter. Zakupy więc się nam udały. Ale dzisiaj musieliśmy się jeszcze wybrać do jednego sklepu. Poszło nam sprawnie i udało nam się już właściwie na dobre zamknąć temat prezentów świątecznych dla bliskich :) Pozostaje nam jeszcze tylko pakowanie. No, z jednym prezentem jest trochę więcej zachodu, bo postanowiłam go wykonać własnoręcznie, więc trochę to jeszcze potrwa, ale materiały mam, więc jestem dobrej myśli. Tylko zdolności manualnych trochę mi brakuje, ale mam nadzieję, że nadrobię czymś innym :)

W zasadzie to mamy teraz już zamknięty temat zakupów w ogóle, bo dla Tasiemca też już mamy prawie wszystko. Prawie, bo jeszcze musimy kupić materacyk do łóżeczka i potrzebujemy chwili do namysłu. Byliśmy dzisiaj w sklepie i w razie czego będzie można w każdej chwili po niego tam podjechać, ale jeszcze nie zdecydowaliśmy się do końca, jaki rodzaj kupimy i czy przypadkiem nie zamówimy go przez internet.

Można więc powiedzieć, że nasz plan został zrealizowany - do świąt zostało nam półtora tygodnia, a my możemy się już skupić na tym, co w tym czasie najważniejsze, zamiast gorączkowo biegać po sklepach albo stresować się, że nie ma jeszcze tego albo tamtego dla Tasiemca :)
Aaaa, no, oczywiście, jedno jeszcze do załatwienia zostało ;) Mianowicie prezent dla Franka. Ale w czwartek jeszcze nie byłam pewna, co chcę mu dać, a w weekend z wiadomych względów nie mogłam mojego zamiaru zrealizować. We wtorek mam wizytę u lekarza, więc przy okazji się wybiorę do pobliskiego sklepu. Nie sama się wybiorę, tylko z Dorotą, bo się właśnie zapowiedziała na jutro :) Przyjeżdża przed południem i zostanie u nas do środy :)) Jak zwykle wszyscy się bardzo z tego cieszymy. Co prawda trochę krótko będzie, ale będziemy się starać namówić ją na jeszcze jedną wizytę w pierwszej połowie stycznia, a ona twierdzi, że jej do odwiedzenia nas namawiać szczególnie nie trzeba, więc jeśli tylko rozkład zajęć jej na to pozwoli, to przybędzie ponownie. Ale póki co cieszymy się z tej najbliższej wizyty :)

środa, 23 kwietnia 2014

Poświątecznie i wiosennie

Święta, święta i po świętach, jak to się zawsze mówi, ale przyznać muszę, że udało mi się trochę zwolnić i ten uroczysty czas minął mi chyba wolniej niż wcześniejszy tydzień. 
Zupełnie niespodziewanie pojawiło się u mnie w pracy trochę komplikacji natury technicznej i miałam sporo do zrobienia. A zaczęło się już w piątek dwa tygodnie temu - kiedy to byłam w Poznaniu. Na czwartek wzięłam urlop, a co do piątku, umówiłam się, że będę pracować zdalnie. Jako że pojawiły się komplikacje z podpięciem mojego służbowego laptopa do internetu teściów, umówiłam się z Juską i Dorotą, że będę siedziała u nich. Dziewczyn nie było, ale zostawiły mi klucze i miałam się obsłużyć sama. 
Tak też zrobiłam. Wcześniejsze dni były bardzo spokojne - żeby nie powiedzieć, że nudne, więc wzięłam laptopa i książkę do czytania. Za to nie wzięłam nic do jedzenia, bo stwierdziłam, że zrobię to co najważniejsze do 12tej, potem zrobię sobię przerwę i wrócę o 15. A tu się wszystko rozhulało i siedziałam od rana aż do 18:30 z jedną tylko malutką przerwą - zrobiłam się taka głodna, że wyszłam od dziewczyn, poszłam do domu teściów po kawałek ciasta i wróciłam do pracy - co zajęło mi dokładnie 10 minut :)
Kolejny tydzień był równie pracowity aż do czwartku. Piątek w założeniu miał być wolny od 12. I tym razem pracowałam zdalnie. Wyjechaliśmy z Frankiem o 7 z Warszawy i już po 10 dojechaliśmy do Miasteczka, więc się rozłożyłam z moim komputerem, myśląc, że wszystko zrobię raz dwa, a tymczasem po dwunastej pojawiły się kolejne komplikacje i niestety znowu siedziałam do późnego popołudnia "w pracy". Cieszyłam się tylko, że jednak pojechałam rano do Miasteczka a nie, jak planowałam wcześniej dopiero po tej 12, bo chyba bym nie dojechała...
Ale grunt, że sytuacja została opanowana (i jak na razie tak zostało do dziś ;)). Mogłam zacząć świętować.

Przyznam, że tegoroczna Wielkanoc nadeszła dla mnie trochę niepostrzeżenie. Przez ten ostatni tydzień na wariackich papierach, ani się obejrzałam, a był Wielki Piątek. Wielkiego Czwartku, prawie nie odnotowałam :( Trochę zabrakło mi duchowego przygotowania w ostatnich dniach (dlatego właśnie uważam, że Wielki Czwartek, a zwłaszcza Wielki Piątek powinny być dniami wolnymi od pracy - zamiast np. Trzech Króli), na szczęście choć trochę nadrobiłam to w piątkowe popołudnie a wieczorem nareszcie miałam czas na chwilę skupienia i refleksji na czuwaniu w kościele.
Ale od soboty mieliśmy już w domu święta na całego. U nas w domu jest taka tradycja, że właściwie już od rana mamy święto, bo wszystko jest ugotowane i posprzątane wcześniej. Sobota to czas na pomalowanie jajek i przygotowanie koszyczków do święcenia. Później święcenie pokarmów i chwila modlitwy w kościele, a popołudnie to już czas dla rodziny.
Święta upłynęły więc nam w bardzo przyjemnej, rodzinnej atmosferze. Dużo, naprawdę dużo rozmawialiśmy. Pogoda sprzyjała, więc także sporo spacerowaliśmy - odświętnie ubrani, całą rodziną, spotykaliśmy w lesie inne ładnie ubrane całe rodziny :) Podoba mi się ten klimat. Oczywiście nie zabrakło też czasu na gry :) Sporo też pojedliśmy, jak to w święta bywa - w dodatku w te święta moja mama miała urodziny, więc mieliśmy więcej okazji do świętowania. Ale dzięki tym spacerom i sesjom aerobikowym, które urządzałam sobie z siostrą, przytyło się nam niewiele - myślę, że za chwilę już nie będzie śladu po tych dodatkowych gramach właściwie ;)

We wtorek rano wróciliśmy, a jechało się tak dobrze, że przyjechałam punktualnie na 10:00 do pracy :) Wracamy więc do poświątecznej rzeczywistości, a o minionych dniach przypomina nam jeszcze wałówka w lodówce, którą przywieźliśmy :)

Pogoda nadal jest cudna i mam nadzieję, że taka się utrzyma. Zaczyna się powoli najpiękniejszy moim zdaniem czas w przyrodzie, który potrwa przez najbliższe kilka miesięcy. Wtedy wszystko wygląda lepiej, mimo, że ostatnio znowu nam nie wyszło kilka rzeczy :( Chciałam częściowo o tym napisać, ale akurat byłam zapracowana, a teraz - dopóki jestem trochę pozbierana, nie chcę do tego wracać, za to chcę wierzyć, że jednak w końcu wyjdzie...

niedziela, 20 kwietnia 2014

Smacznego Dyngusa ;)

Ostatni tydzień był trochę na wariackich papierach i ani się obejrzałam, a nadeszły święta. Przyznam, że chyba z lekkim zdziwieniem odnotowałam fakt, że oto mamy Wielki Czwartek... Ale teraz jest właśnie czas na to, żeby trochę zwolnić i świętować w gronie rodziny. 
Dlatego dziś  chciałabym tylko życzyć Wam radosnych i pięknych Świąt Wielkanocnych. Znajdźcie czas na refleksję i długie rozmowy z najbliższymi. Niech będzie wesoło i beztrosko, nawet pomimo wszelkich, codziennych trosk.

Wesołych Świąt!
 

piątek, 27 grudnia 2013

Łyse myśli

Kolejny przystanek - Poznań. Czyli, jak to określiła moja mama, wracamy do Warszawy na około. 
Przyjechaliśmy wczoraj na obiad. Fajnie, że akurat Dorota skorzystała z okazji i się z nami zabrała, to trochę pogadałyśmy. Jutro też jestem umówiona z nią i Juską na wieczór.
Ale dzisiaj mi trochę łyso. 
Żal mi, że już po świętach. Zawsze jest tak samo - tyle oczekiwania, a potem chwila i czar naprawdę pryska. Te święta były trochę inne niż zawsze. Choćby dlatego, że bez Rokiego :( Wspominaliśmy, jak się cieszył na prezenty pod choinką, jak nas wołał, żebyśmy już odeszli od stołu... Wiem o czym piszę! On naprawdę już w momencie, gdy zawiązywaliśmy mu jego "krawat" (czyli kokardkę) wiedział, że jest Wigilia i wiedział, że pod choinką znajdzie coś dla siebie. Kiedy za długo siedzieliśmy przy stole, zaczynał szczekać i biegł do pokoju. Nie przestawał, dopóki nie wstaliśmy i nie usiedliśmy przy choince. A potem wywęszył zawsze paczuszkę dla siebie i próbował ją otworzyć łapką...Czasami naprawdę bardzo go brak.
Ale mimo wszystko, święta były naprawdę miłe, szkoda, że krótkie.
Dzisiaj od rana byłam "w pracy". Mimo, że teoretycznie ten najgorętszy okres już minął, cały czas coś się dzieje i spokoju jeszcze nie mamy. Czekam z utęsknieniem na czas, kiedy będę mogła się trochę w pracy ponudzić :) Ale póki co, cieszę się, że nie muszę być w pracy fizycznie a jednocześnie mogę robić swoje. Czas minął mi jednak błyskawicznie. Nie wiem, czy mogłabym tak pracować zawsze - potrzebuję jednak mieć wyraźnie oddzieloną sferę prywatną od zawodowej - to jest fajne udogodnienie, ale dobrze to ktoś wymyślił, że do pracy się chodzi :D
Wracając do tego, że mi łyso. Lekki dołek mnie złapał. Sama nie wiem dlaczego. W dodatku wieczorem dowiedziałam się, że nie uda się w te święta spotkać z hiszpańską Anią :( Miałyśmy w planie się zobaczyć, ale okazało się, że nagle coś jej wypadło i już jutro rano wyjeżdża. Szkoda. Coś nam się ostatnio nie składa. Najlepiej byłoby, gdybyśmy się z Frankiem po prostu wybrali do Hiszpanii (wybieramy się już dwa lata), ale w naszej sytuacji nawet to teraz jest mało realne. Trudno :( Nie zobaczę się z dziewczynami jeszcze przez kolejne pół roku.
Ale cieszy mnie przynajmniej perspektywa jutrzejszego spotkania z Juską i Dorotą. Przyznam, że strasznie dziwna jest świadomość, że one są tuż obok - dokładnie dwa bloki dalej. Odwykłam od tego :)

wtorek, 24 grudnia 2013

Wigilijne przemyślenia

Ja się tu dopiero rozkręcam korzystając z tego, że mam więcej luzu, piszę notkę za notką (jakby nadrabiając ostatni miesiąc :))a Wam już tak spieszno z życzeniami :) Tymczasem notka świąteczna właściwa dopiero dziś.
Pisałam już o tym, że u mnie w pracy święta czuć już było z dużym wyprzedzeniem. Pod tym względem na brak świątecznej atmosfery narzekać nie mogłam. Ale przyznam, że ostatnimi czasy nastrój mało świąteczny miałam i nawet nad tym specjalnie nie ubolewałam. Po prostu chyba przywykłam już do życia niejako w zawieszeniu, a ponieważ nie bardzo mi to odpowiada, to w niewiele rzeczy angażuję się emocjonalnie, bo boję się, że górę wezmą nie te emocje, co potrzeba. Ale mimo wszystko starałam się. Świąteczne dekoracje w sklepach, świąteczne piosenki, świąteczny nastrój w radio i telewizji jednak zrobiły trochę swoje.
Ale w tym roku nie mamy nawet w domu (w Podwarszawie mam na myśli) choinki. Choinka jest u teściów w piwnicy. Początkowo plan był taki, że tydzień przed świętami pojedziemy do Poznania i ją weźmiemy. Ale później, kiedy okazało się, że spędzimy tam ładny kawałek świąt, stwierdziliśmy, że nie bardzo nam się opłaca tyle jeździć. Więc zrezygnowaliśmy z choinki. Własnej nie zamierzamy jeszcze kupować - po pierwsze i tak za dużo mamy rzeczy jak na taką ilość przeprowadzek, po drugie nie mamy jej gdzie trzymać, po trzecie to kwestia symbolu - dopóki nie mamy własnego kąta, własnej choinki też nie będzie! I już! Za to tradycji stało się zadość i jak co roku kupiliśmy jedną bombkę. Tym razem w kształcie... choinki :P To też jakiś symbol... :) No więc tyle mamy ze świątecznych dekoracji w domu. Były jeszcze cukierki i czekoladowe orzechy do powieszenia na choinkę, które dostałam w paczce od podwykonawcy, ale skoro choinki nie ma to je zjedliśmy :P
Przyznam, że nie cierpię jakoś szczególnie z powodu tego, że choinki w Podwarszawie nie ubieraliśmy. I tak nas tam nie będzie przez dwa tygodnie albo i dłużej. Zresztą póki co, traktuję to mieszkanie - mimo, że świetnie urządzone i wygodnie - jako bazę tymczasową. Tyle zmian w ostatnim czasie już było w naszym życiu, że chyba nic nie jest dla mnie stałe.

A nastrój się pojawił i bez choinki :) I bez śniegu! No właśnie, to kolejna istotna kwestia. Kocham tegoroczny grudzień! Kocham tegoroczną zimę (oby jak najdłużej taka :))! Zerkałam wczoraj kątem oka na jakiś program w TV i tam prowadząca zadała gościowi pytanie, czy wyobraża sobie święta bez śniegu a może nawet z palmami w tle, spodziewając się oczywiście odpowiedzi przeczącej. A gość zaskoczył mowiąc, że tak, wyobraża sobie :) No więc ja sobie też wyobrażam i powiem więcej - śnieg wcale nie tworzy według mnie świątecznej atmosfery. Atmosfera to ludzie, myśli, tradycja, uczucia i może jeszcze zapachy. A nie pogoda :) A ja zdecydowanie wolę taką aurę jak dziś. Tak pięknej Wigilii to nie pamiętam - słoneczko, błękitne niebo i siedem stopni na plusie :) Jestem tak konsekwentna w nieznoszeniu zimy, że naprawdę nikt mnie nie przekona nawet do tego, że odrobina śniegu na święta równa się magia. Dla mnie to się równa zimno, mokro i ślisko :P
Niemniej jednak tym, którzy są rozczarowani brakiem tego białego, życzę, aby mimo wszystko magię świąt poczuli :)

Wszystkim, którzy zajrzą tutaj w tym świątecznym czasie, życzę pięknych świąt. Spokoju, pogody ducha, radosnych spotkań, pozytywnego zamyślenia, smacznych pokarmów dla ciała, ale też bogatej strawy duchowej. 
Słowem - wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

(źródło, internet)


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Idą święta

Jak już wspomniałam - jesteśmy w Miasteczku :) Wigilia w Poznaniu w dalszym ciągu jest dla mnie nie do pomyślenia i tylko naprawdę wyjatkowe okoliczności mogłyby mnie skłonić do kompromisu w tej kwestii. Jak na razie nie zaszły i tym samym póki co nie spełniają się proroctwa niektórych z Was, że po ślubie wszystko wygląda inaczej :):) Franek nie protestuje i nie było nawet zastanawiania się, co robimy ze świętami, jakoś dla nas obojga oczywistym było, że Wigilia będzie w Miasteczku. Zresztą to było wiadome już w październiku, kiedy to nazbieraliśmy w lesie wyjątkowo dorodnych prawdziwków, które miały być przeznaczone na wigilijną zupę grzybową. No jak to? Zbieraliśmy i nie zjemy? :))
A tak serio - Franek naprawdę lubi tu przyjeżdżać, a ponieważ mnie zależy bardziej na pierwszych dniach świąt w Miasteczku niż jemu na tym, aby spędzać je w Poznaniu, bez zbędnych dyskusji uznaliśmy to za plan. Ja wspaniałomyślnie :P zaproponowałam drugą połowę świąt spędzić w Poznaniu. A ostatecznie skończy się na tym, że będziemy tam do Nowego Roku albo i dłużej, więc suma summarum Poznań ilościowo i tak jest w przewadze :)

Jeśli o mnie chodzi mam wolne i go nie mam ;) Ale na własne życzenie. Prawie wszyscy u mnie w pracy idą na urlop do 7 stycznia. Ja też mogłam tak zrobić, ale że mimo wszystko sprzedaż ma miejsce, postanowiłam tego nie robić, bo nie chciałam zostawiać Asystenta ze wszystkim samego. Poza tym uczciwie przyznam, że chciałam po prostu nad wszystkim czuwać. To moja działka i czuję się komfortowo, gdy mam nad wszystkim kontrolę. Wygląda więc to tak, że po prostu pracuję z domu - od dziś do 31 grudnia, a chodzi mi po głowie przedłużenie sobie tego półurlopu jeszcze do 6go stycznia. Wszystko, co mi potrzebne to służbowy laptop i telefon. W biurze siedzieć nie muszę, żeby robić większość tego, co trzeba, więc to jest dla mnie rozwiązanie idealne. Siedzę sobie w domu jednocześnie robiąc to, co bardzo lubię, czyli pracuję, a w międzyczasie załatwiam prywatę ;) I jeszcze nie tracę dni urlopu ani nie robię sobie zaległości. 

Niemniej jednak jutro Wigilia i nie pracujemy wcale. Zamykam więc mój służbowy kramik do piątku.
Uszka polepiłam już wczoraj. 105. Ale trzy zjadłam - no wiecie, żeby sprawdzić, czy nie zatrute :) Jutro pierogi. To moje dwie działki, którymi nie lubię się dzielić. Wolę wziąć na siebie w całości uszka i pierogi niż jakieś tam asystowanie przy pieczeniu ciasta :) Prezenty popakowaliśmy z Frankiem już tydzień temu. Posprzątane jest. Choinka ubrana została wczoraj. Grzechów pozbyliśmy się dzisiaj. Święta przyszły, jak nic :)

środa, 3 kwietnia 2013

I jak to zwykle bywa - po świętach :)

No i przeżyłam te nowe święta :) W całkiem dobrym nastroju. Nie wszystko było idealnie, ale cóż, możemy uznać, że się czepiam :) No i Franek przez chwilę był niegrzeczny, ale już doszliśmy do porozumienia.

Śniadanie wielkanocne od "normy" nie odbiegało :) Tylko dzieliliśmy się jajkiem inaczej (i bez chrzanu jajko było a u nas jest zawsze tak delikatnie posypane korzeniem ;)) - u nas po prostu senior rodu je dzieli i podaje każdemu, potem składa życzenia, robimy znak krzyża i zasiadamy do śniadania. Wiem, mało wylewnie, ale tacy właśnie jesteśmy. U Franka życzenia są jeden do jednego - no i oczywiście te nieszczęsne całusy... :) Ale przetrwałam.
Do jedzenia było to samo (jak już sobie zapewniłam obecność odpowiedniego ketchupu do kiełbasy i ćwikły), a więc szału nie robiło :) Bo przy tej okazji wyjaśnić muszę, że średnio odpowiadają mi święta wielkanocne pod względem jedzeniowym. Nie przepadam ani za jajkami (tylko żółtka wyjadam) ani za mięsem i wędlinami - a tego zawsze jest najwięcej. Tak naprawdę to zawsze czekam, aż po świętach będzie coś normalnego do jedzenia :P
Po śniadaniu było bardzo sympatycznie i swojsko, bo graliśmy w gry, czyli  robiliśmy to, co margolki lubią najbardziej. A nawet było ociupinkę lepiej niż w Miasteczku, bo tam mama się zawsze jeszcze ciągle krząta a tu jakoś wszyscy po prostu spoczęli :)
Późnym popołudniem wybraliśmy się do frankowej rodzinki, czyli nadszedł moment, którego się najbardziej obawiałam :) Ufff, na szczęście tym razem dzieci nie zdominowały nas całkowicie. W zasadzie to nawet nie wiem co robiły, czymś tam się zajęły, podczas gdy my, dorośli w liczbie trzynastu i wieku 25-79 graliśmy w "Mafię". Ale było fajowo! :) Ale nic nie trwa wiecznie, przyszedł czas na kolację (naprawdę obeszłabym się bez kolejnej porcji białej kiełbasy, szynki i jajka, ale podobno o to też chodzi w te święta :P), a po niej już do gry nie wróciliśmy. Potem przez chwilę dzieci miały swój czas a kiedy poszły, mogliśmy sobie jeszcze trochę pogadać. Naprawdę było sympatycznie i świątecznie. Inaczej niż w domu co prawda, ale miło. Ale oczywiście wypomniano mi żartobliwie moje buziaki w powietrze oraz krótkie "wzajemnie" w odpowiedzi na życzenia :) Jej, wylewność tej rodziny naprawdę trochę mi doskwiera. No trudno, postanowiłam, że najwyżej wyjdę na dziwadło, ale nie będę udawać, że aż wyrywam się do tych uścisków :) Może za parę lat wszyscy się przyzwyczają :D

Wieczorem niestety było mniej przyjemnie, bo Franek miał jakieś swoje humory, ale przeszło mu do rana i w poniedziałek znowu było dobrze. Ten dzień w większości spędziłam w towarszystwie mamy i babci Franka, bo mężczyźni poszli do pracy, coby Poznaniacy mieli czym do rodziny dojechać... Było leniwie i trochę śpiąco, ale od tego też te święta są, żeby sobie trochę poleżeć i ponicnierobić :) Te babskie chwile były bardzo przyjemne. 
Miałam się zmyć zaraz po obiedzie, ale nie chciało mi się ruszyć i posiedzieliśmy jeszcze (już z Panem Tatą) oglądając Rodzinkę Pl. i "Ja Wam pokażę".
Ostatecznie dotarłam do domu przed siódmą.

I tak sobie myślę - atmosferę świąteczną z pewnością odczułam, nie mam poczucia, że coś straciłam. Nie żałuję, że było tak, a nie inaczej. Mimo, że właśnie było inaczej niż zwykle :) I dlatego właśnie uważam, że mogę te święta z całą pewnościa uznać za udane. Pierwsze koty za płoty ;)

sobota, 30 marca 2013

Podwójne święta


Święta Bożego Narodzenia spędzaliśmy w Miasteczku, więc Wielkanoc miała być w Poznaniu. Ale jakiś czas temu Franek spojrzał w swój grafik i zarządził, że w piątek jedziemy do Miasteczka, w sobotę święcimy jajka w Miasteczku a późnym popołudniem wracamy do Poznania i śniadanie wielkanocne jemy u jego rodziców. Oczywiście z radością przyklasnęłam temu pomysłowi. I tak też zrobiliśmy.
Można więc powiedzieć, że pierwszą – miasteczkową – połowę  świąt mamy już za sobą :) Trochę krótko było, to fakt, ale jednak zdecydowanie lepsze to niż nic. Cieszę się, że udało nam się te święta tak trochę podzielić i to  dodatku, że wyszło to zupełnie naturalnie. I wcale nie uważam, że „nie opłacało się” jechać na niecałe dwa dni, bo czas spędzony z bliskimi jest po prostu tego wart. Zwłaszcza czas świąteczny.
To będą moje pierwsze święta poza domem – a właściwie źle się wyraziłam, bo już raz spędzałam Boże Narodzenie w Hiszpanii, ale pierwsze święta z inną rodziną :) A to oznacza inne zwyczaje oraz inną formę ich spędzania. Przyznam, że tak leciutko się tego obawiam. Święta kojarzą mi się z relaksem, odpoczynkiem, czasem spędzonym w gronie rodzinnym. Franek u mnie w domu (czyt. w Miasteczki) czuje się zupełnie jak u siebie – ma tam swoje kapcie, ręcznik,  w każdej chwili może sobie iść do pokoju, położyć się, poczytać, pograć na komputerze.  Nawet w pokoju dziennym rozkłada się z pełną swobodą :) Wynika to zapewne z tego, że jeździmy tam dość regularnie, zawsze z noclegiem, poza tym mieszkanie rodziców jest dość duże. U teściów jest nieco inaczej – owszem, pomieszkiwaliśmy tam, ale zawsze, gdy rodziców Franka nie było. Kiedy jesteśmy tam podczas ich obecności to zawsze w charakterze gości i na parę godzin – jakiś obiad, ewentualnie z kolacją. Nie czuję się tam więc tak zupełnie po domowemu. A zupełnie nie odpowiadają mi święta polegające na siedzeniu przy stole. U nas nigdy tak nie wyglądają. Lubię mieć możliwość zaszycia się gdzieś z boku na fotelu z książką albo nawet zerknięcia na bloga :)  Fajnie jest obejrzeć w rodzinnym gronie jakiś film puszczany w telewizji na święta albo pogranie w jakąś planszówkę. A nie wiem jak to wygląda w rodzinie Franka :) Ze względu na to, że na śniadaniu będziemy tylko we czwórkę, to myślę, że gry i zabawy, czy nawet jakiś wspólny spacer mogą wypalić (w szerszym gronie, zwłaszcza dzieciatym, pewnie byłoby z tym kiepsko). Ale po południu mamy iść do frankowej cioci i tam już na pewno będzie „stołowo”.  Trochę obawiam się powtórki z ostatniego rodzinnego spotkania.
Ale zobaczymy :) Nie jest tak, że jestem nastawiona negatywnie i nie chcę tych świąt spędzać w ten sposób. Po prostu jestem chyba bardziej przywiązana do naszej świątecznej tradycji, niż Franek do ichniej. I jest mi trudniej, bo jak coś jest inaczej, to w pewnym sensie wydaje mi się, że gorzej (nie w takim ogólnym sensie, bo myślę, że nie ma lepszych ani gorszych tradycji, tylko w kontekście mooch obchodów), chociaż przecież wiem, że to nieprawda. Ale też nie żałuję, że nie jesteśmy w Miasteczku i tak naprawdę myślę, że będzie miło. Poza tym prawdopodobnie będziemy u teściów nocować, a w poniedziałek Franek idzie do pracy, a ja zostanę, więc może nawet poczuję się już bardziej jak u siebie :)
W każdym razie jedno jest pewne – jest i będzie rodzinnie :) A o to właśnie chodzi przecież najbardziej.  W dodatku jak na razie udaje nam się łączyć dwie tradycje i świętować razem, więc jest dobrze :)
Wam też życzę, żeby te święta były dobre :) Wesołego jajka i lanego – a nie śnieżnego poniedziałku :P  Zdrowych,  radosnych, rodzinnych i smacznych świąt wielkanocnych! :)

wtorek, 1 stycznia 2013

Podsumowując dwa tysiące dwunasty...

Niektórzy powtarzają, że jaki sylwester, taki cały rok. Inni, że jaki Nowy Rok, taki cały rok... Wzięłam więc sobie do serca oba powiedzonka i postarałam się w te dwa dni zachować równowagę we wszystkim :) Wczoraj rano poszłam z Dorotą na aerobik i do sauny. Potem wróciłam do domu i wzięłam się intensywnie do roboty, prałam, prasowałam, sprzątałam. Przysiadłam też na chwilę do papierów, które przyniosłam z pracy i ogarnęłam wszystko tak, żeby jutro było mi łatwiej. Później zabrałam się za przygotowanie małego co nieco na wieczór sylwestrowy, który mieliśmy spędzić z kuzynostwem Franka w nowym mieszkaniu kuzynki. Franek wczoraj pracował jeszcze do 21. Kiedy wrócił, szybko zrobiliśmy się na bóstwo i pojechaliśmy. Byłam z siebie naprawdę dumna, że tak się ze wszystkim wyrobiłam. Mogę sobie pogratulować dobrej organizacji pracy :)
Noc sylwestrowa była bardzo udana. Tylko trochę krótka, bo jednak rozpoczęliśmy świętowanie niedługo przed 23, więc ani się obejrzeliśmy a była północ. Złożyliśmy sobie życzenia, wypiliśmy szampana i zasiedliśmy do stołu - żeby porozmawiać i pograć w jakieś gry. Było więc spokojnie, ale wesoło. Do domu wróciliśmy w okolicach czwartej.
Nawet się wyspałam - obudziłam się grubo po dziesiątej a to zdarza mi się niezwykle rzadko i jedynie w wyjątkowych warunkach :) Ponieważ wczoraj miałam dzień bardzo pracowity, dzisiaj postawiłam na relaks! A więc czytałam książki oraz moją ulubioną prasę obcojęzyczną. Słuchałam koncertu noworocznego, oglądałam seriale w internecie. Popołudniu poszliśmy z Frankiem spacerem do kościoła. I tak minął nam cały dzień, a niedługo trzeba będzie szykować się już do spania. 
Zawsze bardzo mi żal, gdy kończy się ten długo wyczekiwany świąteczny czas...

Widzicie więc, że gdyby sądzić po minionych dwóch dniach, zanosi się na to, że rok, który właśnie się zaczął będzie obfitował we wszystko, co w życiu najważniejsze :) 

Rok temu napisałam, że życzyłabym się aby rok 2012 charakteryzował się spokojnym dążeniem do osiągnięcia kolejnego etapu stabilizacji.  I myślę, że cel ten został osiągnięty w stu procentach! To był kolejny po 2011 bardzo udany rok! Wspaniały. I to rzeczywiście był rok stabilizacji. Mogłam się cieszyć tym, co osiągnęłam w latach wcześniejszych i jednocześnie nadal się rozwijać w dogodnym dla mnie kierunku. 

Pierwsza połowa upłynęła nam oczywiście na przygotowaniach do ślubu. Z sentymentem wspominam nauki przedmałżeńskie oraz wybieranie sukni ślubnej. Przez długi czas bałam się bardzo, że coś zakłóci nam radość z dnia naszego ślubu - chyba wynika to z tego, że bardzo nie lubię snuć długofalowych planów i czułam się bardzo niekomfortowo z faktem, że mieliśmy wyznaczoną datę z rocznym wyprzedzeniem :) Ale im bliżej było godziny zero, tym mój lęk był mniejszy aż zniknął zupełnie. A 15 września naprawdę był jednym z najwspanialszych dni w moim życiu. Wszystko było tak, jak należy, lepiej niż mogłam sobie wymarzyć, ale o tym już wiecie, bo się rozpisywałam na ten temat :) 
Rok 2012 był bardzo dobry dla naszego związku. Układa nam się wręcz wzorowo (przy czym zaznaczam, że dla mnie wzorowy związek to taki, w którym od czasu do czasu mają miejsce gwałtowne burze :)). Nawet Juska z Dorotą jakiś czas temu stwierdziły, że małżeństwo nam służy i czasami tęsknią za czasami, gdy przyjeżdżałam do nich wyżalić się (lub nawet zostać na noc) po kłótni z Frankiem... Oo, to nie zdarzyło się już chyba od dwóch lat. Mnie też tego czasami brakuje :P 

Skoro już o znajomych mowa - rok upłynął znowu na pielęgnowaniu znajomości, które są dla nas ważne. A na weselu mieliśmy obok siebie wszystkich najbliższych nam znajomych zebranych razem. W dodatku wraz z rodziną :) Bo ten rok oczywiście był też rodzinny - bo i my rodzinni jesteśmy :)

Zawodowo wszystko się ładnie ułożyło, chociaż przez pierwsze dwa miesiące żyłam w napięciu - intuicja mnie nie zawiodła, okazało się, że słusznie przeczuwałam rewolucję, tyle, ze okazała się ona dla mnie jak najbardziej pomyślna. Oby tak dalej... 

W tym roku wybraliśmy się na krótki nadmorski wypoczynek, żeby świętować kolejną rocznice oraz moje urodziny. Było cudnie, ale prawdziwe wakacje zaliczyliśmy w październiku na Fuerteventurze :) To dopiero był wypoczynek! Ale może w końcu uda mi się jeszcze o tym napisać :)

Ogólnie 2012 rok minął mi bardzo szybko - a może tylko mi się zdawało? :) W każdym razie, było po prostu fajnie :) Oczywiście, że zdarzały się gorsze dni i jakieś dołki, ale teraz nawet specjalnie ich nie pamiętam. Nie wszystko było idealne i sprawy przykre tak całkowicie nas nie omijały, ale jakoś sobie ze wszystkim poradziliśmy. Mimo mniejszych lub większych zmartwień, przez większość czasu czułam się po prostu szczęśliwa. 
Tak, to był dobry rok. Już trzeci z rzędu :) Mam nadzieję, że ta dobra passa naprawdę nie musi się skończyć...

I jeszcze tradycyjne podsumowanie blogowe... Chociaż w tym roku jest z tym kiepsko. No trudno, widocznie każdego prędzej czy później dopada mniejsza blogowa aktywność. Fakt, że uodporniłam się na wiele rzeczy, które jeszcze rok temu sprawiały mi przykrość, ale chyba efektem ubocznym tego mniejszego emocjonalnego zaangażowania (które generalnie wyszło mi na dobre) jest to, że straciłam trochę serce do blogowania. A to w połączeniu z brakiem czasu na pisanie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy zaskutkowało jedynymi stu dwudziestoma trzema notkami. Co i tak daje o dwie notki więcej niż w roku ubiegłym, co mnie teraz lekko zszokowało :P Nie wiem, jak to jest możliwe, że przy tak niskiej aktywności tyle napisałam. Oczywiście ważnym blogowym wydarzeniem było przeniesienie się na blogspota :) Muszę przyznać, że chociaż czasami brakuje mi poprzedniego bloga a jego nowa odsłona nawet mi się podoba, to jestem bardziej zadowolona z kolorów na blogspocie :) Statystyki na obu blogach wskazują na 746441 (58833 na bloggerze) odwiedzin, co oznacza, że w minionym roku moje blogi były odwiedzane 90500 a komentowane 7668 razy :) No przecież kto jak kto, ale ja muszę przy podsumowaniu posłużyć się cyframi :)
Blogowo to nie był najgorszy rok - przynajmniej do października, ale niektórych rzeczy mi żal. Na przykład pewnych znajomości. Zwłaszcza, że dotkliwie przekonałam się o tym, że te wirtualne są wyjątkowo kruche. Czasami wędrując po blogowisku mam wrażenie, że już tu nie pasuję :( No, ale ten niech ten nieco pesymistyczny akcent nie rzutuje na całości przekazu :) Może mimo wszystko ktoś jeszcze tu zostanie. I może będzie czekać aż się wreszcie pozbieram :P

Mimo, że ten rok był taki dobry, to w odróżnieniu do końca 2011 nie czuję wielkiego żalu, że się kończy. Raczej po prostu z optymizmem patrzę w to, co przed nami :) I cieszę się, że spełniły się moje oczekiwania dotyczące 2012 :)

***
Niech ten nowy rok będzie pełen radosnych wydarzeń, pogodnych dni, spełnionych marzeń. Niech obfituje w szczęśliwe chwile, właściwe decyzje oraz zrealizowane cele. Niech nie zabraknie nam zdrowia, pogody ducha, miłości i wytrwałości :) 
I jak najmniej zmartwień!

Ps. Na komentarze pod poprzednią notką jeszcze odpowiem, ale teraz już pora spać ;)

czwartek, 27 grudnia 2012

Pierwsze wspólne święta za nami


I guzik! Czas nie zwolnił ani odrobinę :) Święta minęły w tempie ekspresowym. Wróciliśmy już do Poznania. Pociesza mnie jednak fakt, że już za dwa dni weekend – długi, bo w poniedziałek nie pracujemy. Potem tylko trzy dni do pracy i znowu wolne. Ale dzisiejszego dnia nieco się obawiam, jeśli prognozy się sprawdzą, pobijemy rekord wysyłki w ciągu jednego dnia, a to oznacza nerwówkę i ogrom pracy. Ale to tylko jeden dzień... Mam nadzieję, że jakoś przeżyjemy :)
Wracając do świąt – było jak zwykle bardzo rodzinnie i sympatycznie. Po raz pierwszy święta spędziliśmy w powiększonym gronie, czyli z Frankiem, jako nowym członkiem rodziny :) Cieszę się, że nam się tak fajnie w tym roku ułożyło, że mógł przyjechać. Franek też ze świąt bardzo zadowolony –podobało mu się u nas.

Tradycyjnie spędziliśmy dużo czasu na grach i zabawach :) Szczególnie, że dostaliśmy aż trzy nowe gry, choć jedna była prezentem ode mnie dla Franka. Ale naprawdę było co robić. Zwłaszcza, że tuż przed świętami odebraliśmy nasz film z wesela. Długo czekalismy, tak wyszło, ale dzięki temu mogliśmy obejrzeć go wszyscy razem – przynajmniej w tej części rodziny :) teraz jeszcze frankowa.  Częściowo więc święta spędziliśmy przed telewizorem, ale to było oglądanie wyjątkowe :) Był też świąteczny spacer, uczestnictwo w świątecznej mszy i oczywiście świąteczne biesiadowanie przy stole oraz duużo prezentów. Jednym słowem było ciepło i przyjemnie.

Było oczywiście inaczej niż zwykle – właśnie z tego względu, że po raz pierwszy całe święta spędziliśmy razem (mimo, że zazwyczaj i tak Franek przyjeżdżał na dzień lub dwa, ale nie na Wigilię). Ale nie mogłabym powiedzieć, że przez to było jakoś bardzo wyjątkowo – raczej naturalnie :) To po prostu normalne, że teraz najczęściej przyjeżdżamy do Miasteczka razem i w ogóle prawie cały czas jesteśmy razem. Pewnie dziwnie by było, gdybyśmy te święta musieli spędzić osobno (choć nie wykluczam, że w przyszłości tak się zdarzy) i bardzo żałowałabym, że Franka nie ma obok, ale na szczęście nie musiałam się tym martwić.

I syndrom przedszkolaka jakoś ostatnimi czasy ma dużo łagodniejszy przebieg :) Jest zdecydowanie lepiej i nie dołuję się już w drodze z Miasteczka do domu. Po powrocie do Poznania jesteśmy z Frankiem razem, więc jest fajnie i lubię to nasze wspólne życie. Ale to, że w Poznaniu czuję się jak w domu, nie oznacza, że przestanę się tak czuć w Miasteczku i nie wiem, dlaczego w ogóle jedno miałoby wykluczyć drugie :) Dla mnie najważniejsze jest, że mam dwa domy, w których czuję się świetnie i nie dołuję się już będąc w którymś z tych miejsc z powodu tego, ze nie jestem w tym drugim :)