*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dieta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2015

Jak w przedszkolu...

Rano wstaję, idę do kuchni, a tam na stole, jak niemal co dzień od dobrego miesiąca pudełko śniadaniowe - zaglądam i oczom nie wierzę - trzy - TRZY! - kromki chleba z wędliną, ogórek i pomidor. Zjadłam warzywka i półtorej kromeczki. Przyszedł Franek i dostałam ochrzan, że nie zjadłam wszystkiego, co mi przygotował.
Podczas mojego spaceru z Wikusiem dzwoni mama:
Mama: Ile razy dzisiaj jadłaś?
margolka: yyy... dwa razy...
M: Mało! Do tej pory powinnaś już trzy. A co jadłaś?
m: Opowiadam co jadłam.
M: A ta galareta, którą wczoraj zrobiłam z indyka i warzywami?
m: No jeszcze nie miałam kiedy jej zjeść.
M: Jak to kiedy? Wczoraj na kolację! Co jadłaś wczoraj na kolację?
m: Noo, nic, nie byłam głodna, bo późno zjadłam ciasteczko owsiane na podwieczorek.
M: Co to ma znaczyć, że nie byłaś głodna? Ty nie możesz nie być głodna! A jak nie jesteś głodna to i tak musisz coś zjeść! Najwyżej bez chleba. Nad tobą to chyba trzeba cały czas stać i pod nos ci jedzenie podsuwać!

Przychodzę do domu, Franek podsuwa :) mi pod nos talerz. 
m: Pomyliłeś się - tu są cztery kluski a na tamtym talerzu trzy. Zamieniłeś talerze, dostałam twój!
F: Nie, nie dostałaś mojego. Ty masz zjeść cztery kluski.
Oprócz tych czterech klusek i surówki miałam jeszcze na talerzu trzy ogromne kawały mięcha! A potem Franek stał nade mną i pilnował, żebym zjadła. Już nie mogłam, wciskałam w siebie na siłę, zatykałam się już i czułam się jak niegdyś w przedszkolu, kiedy to panie przedszkolanki pilnowały, żeby się wszystko zjadło. 
Do dziś pamiętam jak pani Grażynka wzięła mój talerz z zupą, podłożyła mi go pod brodę, żeby nie ściekało i łyżką wciskała mi do buzi to, czego nie zjadłam. Trauma! Ale to i tak lepsze od sytuacji, gdy ktoś za karę, ze nie zjadł zupy dostawał drugie danie do tego samego talerza - czyli do tej zupy... (czy ja już wspominałam o tym, że nie lubiłam przedszkola? :P)
W każdym razie ostatecznie Franek mi podarował jeden kawał mięsa i nie musiałam go jeść na siłę.

Powariowali normalnie z tym pilnowaniem mnie. Ja rozumiem, że muszę przytyć. Ciągle od wszystkich, łącznie z lekarzami, słyszę tylko, że muszę więcej jeść, ale ja po prostu nie umiem! Jem tyle co zawsze, albo nawet więcej! Ale nie umiem nic poradzić na to, że chudnę. Po prostu zawsze tyle jadłam, tylko wtedy nikt się temu nie dziwił. Wiem, że teraz powinnam swojemu organizmowi dostarczać większej ilości kalorii, ale naprawdę nie wiem, jak to zrobić. Teraz to już zaczęłam nawet codziennie jeść coś z pieczywa cukierniczego (wcześniej miałam postanowienie, ze tylko dwa razy w tygodniu) i nie pomaga.

Kto by pomyślał, że można się tym martwić? :P Żal mi moich ubrań, bo prawie wszystkie są za duże. W kozakach wyglądam jak kot w butach. Spodnie mi wiszą na tyłku i bluzki są porozciągane. Generalnie aż tak nad tym chudnięciem nie ubolewam, bo tak jak ostatnio Wam pisałam, przyzwyczaiłam się do swojego wyglądu. Tylko jak sobie robię zdjęcia to się dziwię.. A podobno fotki dodają 5kg... 

Mama przez cały tydzień, gdy u nas była, mnie tuczyła. Nawet jej się przez moment udało i jednego dnia na wadze miałam nawet pół kilo więcej. Ale dzisiaj rano znowu 43...
Franek już nie mówi na mnie "chuda glizdo". Teraz mówi "szkieletorku"...

Jestem rozdarta. Z jednej strony cieszę się, że nie muszę się martwić zbędnymi kilogramami. Z drugiej - wiem, że to nie jest zdrowe i przede wszystkim martwię się tendencją. Bo jak tak dalej pójdzie, to do ilu mi ta waga spadnie?? W pełni usatysfakcjonowałoby mnie 47 kilogramów.

piątek, 26 grudnia 2014

Trochę słodsze święta.

Jesteśmy już w Poznaniu. Niestety, nie wiem co się stało, ale internet tutaj pozostawia wiele do życzenia :/ Jak się jutro nie poprawi, to chyba będę musiała sobie zrobić kilkudniowy odwyk, bo niesamowicie mnie irytuje jego tempo i oporność:/

A tymczasem, wreszcie mogę napisać jakieś dobre wieści odnośnie mojej cukrzycy. Wychodzi na to, że dieta wigilijno-świąteczna jak najbardziej mi służy! Fakt, że ten najgorszy cukrzycowy czas minął już parę tygodni temu - chociaż niedawno trochę się rozregulowałam i zaliczyłam kilka niepokojących pomiarów. Niemniej jednak obawiałam się bardzo Wigilii i tego, jak mój organizm to zniesie. A tu miła niespodzianka!

Podczas wieczerzy wigilijnej zjadłam właściwie wszystko to, co zawsze. Może w nieco mniejszych ilościach - ale ja w ogóle już od dłuższego czasu tak bardzo przyzwyczaiłam się do mniejszych porcji, że chyba skurczył mi się żołądek. Odstępstwem od tradycji było to, że wypiłam jeszcze chyba ze trzy szklanki kefiru i wszystko zagryzłam kawałkiem surowej kapusty (to była moja surówka - organizm lepiej trawi glukozę, kiedy dostarcza mu się świeże warzywa oraz produkty białkowo-tłuszczowe). Bardzo się tym najadłam i bałam się, jak będzie wyglądał mój cukier, ale był bardzo dobry!

Wczoraj i dziś po każdym z głównych posiłków to samo! W nagrodę nawet pozwoliłam sobie na coś słodkiego... Nawet dużo (wziąwszy pod uwagę fakt, że nie jadłam słodyczy od dobrych trzech miesięcy) - zjadłam kilka łyżek kutii, dwa ciasteczka (z mąki razowej), pierniczka, odrobinę czekoladowego Mikołaja i dwa cukierki z choinki. Zasłodziłam się. Totalnie się zasłodziłam! Ale miałam też ogromne wyrzuty sumienia, że przesadziłam. Jednak zmierzyłam cukier i... przekroczyłam normę tylko o jeden! Nie wiem, czy tak dobrze wpływają na mnie święta, dom rodzinny, czy może końcówka ciąży sprawia, że jest już po prostu dużo lepiej (a to ostatnie oznaczałoby ogromne szanse na to, że potem moja gospodarka węglowodanowa wróci do normy po porodzie)? Grunt, że jest bardzo dobrze! To jest niesamowite, jak bardzo mi się poprawiło w porównaniu do tego, co było jeszcze półtora miesiąca temu - kiedy to cukier podnosił mi się po normalnych, zdrowych posiłkach. Teraz nadal się bardzo asekuruję, już tak z przyzwyczajenia, a potem jestem zaskoczona, że poziom cukru mam prawie taki, jak na czczo :) Ale cały czas jestem bardzo podejrzliwa i czujna - prawie przed każdym pomiarem się stresuję i czekam, kiedy zobaczę zbyt wysoki poziom cukru... Zobaczymy, jak sytuacja będzie się dalej rozwijała, ale cieszę się, że świąt nie przegłodowałam i nie musiałam tylko wodzić tęsknym wzrokiem za pysznościami. Jak już wspomniałam - nawet po tej trzymiesięcznej przerwie cosik słodkiego skubnęłam i jest mi z tym błogo :)
Ale naprawdę do niejedzenia słodyczy można się przyzwyczaić i można z tym żyć - chociaż oczywiście dużo łatwiej jest, gdy jest to nasz świadomy wybór a nie przymus. Dlatego myślę, że będę starała się tego elementu diety przestrzegać nawet jeśli okaże się, że cukrzycy już nie mam - to jednak dobry nawyk. Nie żebym miała zamiar przestać jeść słodycze, po prostu starałabym się, żeby to było już naprawdę od czasu do czasu i nie jako łatwo dostępna przekąska, a raczej coś w rodzaju wyjątkowego dogodzenia sobie :)
Moim zdaniem dużo trudniej jest zrezygnowanie z innych produktów zawierających węglowodany - nawet złożone. Mam na myśli na przykład makarony, pieczywo, produkty mączne. Jakby nie było są to artykuły, które powinny stanowić podstawę piramidy żywienia i dlatego tak trudno zastąpić je czymś równie sycącym. Dlatego liczę na to, że jeśli ta cukrzyca naprawdę po ciąży ustąpi, to nie będę musiała już aż tak przejmować się tym, żeby nie zjeść na obiad więcej niż jednego dużego ziemniaka. A część nowych - dobrych nawyków żywieniowych przez ten czas tak bardzo weszła mi w krew, że raczej się będę ich trzymać (a nawet będziemy, bo Franek w dużej mierze stosuje tę dietę razem ze mną) i dzięki temu ograniczę ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II. W grupie ryzyka będę już zawsze, ale staram się pocieszać tym, że nigdy mój sposób odżywiania się nie był jakiś tragiczny. Owszem, lubiłam zgrzeszyć, lubiłam (lubię nadal) niezdrowe jedzenie, ale mimo wszystko jadałam je sporadycznie, a na co dzień odżywiałam się raczej rozsądnie i przede wszystkim regularnie.

Ale na razie to tylko gdybanie - pozwoliłam sobie na nie podniesiona na duchu tym, co ostatnio powiedział mi lekarz oraz ostatnimi pomiarami. Jak będzie tak naprawdę okaże się - najpierw za jakiś miesiąc, kiedy to już powinnam być po porodzie, a później wczesną wiosną, gdy będę musiała wykonać ponownie test obciążenia glukozą (którego wyniki będą dla mnie niczym wyrok)...
A święta się już skończyły, choć okres świąteczny jeszcze nie :) Jednak w tym roku trochę inaczej do tego podchodzę i nie jest to dla mnie aż tak bardzo przykre. Ale o tym następnym razem - o ile internet mi się nie zbuntuje!


niedziela, 12 października 2014

Na froncie. Czyli znowu o jedzeniu.

Od czwartku znowu kontroluję to, co jem. Jak wiecie, nie jest to dla mnie żadna nowość, bo zawsze lubiłam sobie liczyć kalorie i regularnie organizowałam sobie takie tygodniowe liczenie, żeby wiedzieć co i ile jem. Teraz robię to samo, tylko przeliczam jeszcze ilość węglowodanów oraz tak zwanych wymienników węglowodanowych, których wedle dokumentu, który kazano mi ściągnąć ze strony poradni powinnam jeść dziennie 19-21.

Wiele nie musiałam zmieniać - godziny posiłków pozostawiłam takie same, tylko dodałam jeszcze tę kolację, do której nie przywykłam. Okazało się, że jeśli chodzi o same produkty to też wcale tak wiele zmieniać nie muszę, bo ja po prostu wcale nie jadłam aż tak dużo i często produktów mącznych na przykład - chociaż je uwielbiam. Ale jednak na pizzę wybieramy się raz na miesiąc, dwa, pierogi albo kluski też robię nie częściej niż raz w miesiącu. Jeśli chodzi o pieczywo, to okazało się, że najlepiej nie rezygnować całkowicie z pszennego tylko jadać mieszane albo po prostu na zmianę. Tak naprawdę jedyne z czego musiałam zrezygnować to cukry proste - a więc odstawiłam słodycze, bo właściwie spożywałam je tylko w tej postaci. I przyznaję, że niedawno jadłam ich sporo! Na pewno więcej niż zazwyczaj. No i zaczęłam bardziej przyglądać się produktom pod względem indeksu glikemicznego i stwierdziłam, że większość tych, które mają niski indeks lubię i jadam dość regularnie, a zrezygnować powinnam tylko z bananów i winogron.

Jaki wniosek po czterech dniach? Jak tak dalej pójdzie to będę ciągle chudła! Już teraz waga mi spadła o pół kilo (chociaż oczywiście pewnie ma na to wpływ ten mały szok, który zaserwowałam organizmowi, bo zawsze tak jest nawet przy niewielkiej modyfikacji diety). A to dlatego, że po prostu jadając normalne porcje - czyli takie do syta - dziennie zjadam od 1300-1500 kalorii, a pod koniec drugiego trymestru przy mojej wadze powinnam ich jeść przynajmniej 1900. Przynajmniej! A tymczasem ja po prostu nie wiem skąd je brać! Ja w ogóle nawet jadając wszystko  (w umiarze ) i nie odmawiając sobie niczego mieściłam się zawsze w normie kalorycznej odpowiedniej dla mnie, a co dopiero teraz, kiedy musiałam zrezygnować z produktów niezdrowych bądź mniej zdrowych, które właśnie zazwyczaj są wysokokaloryczne. Kaloryczność posiłków często podnosiły mi słodycze albo jakieś wysokowęglowodanowe dania. Są też kaloryczne produkty, które nie mają prawie wcale węglowodanów, ale za to są tłuste i dlatego też należy z nich rezygnować przy cukrzycy, bo mogą prowadzić do hiperglikemii. 
Na razie mam więc problem, bo przecież oczywistym jest, że w ciąży nie mogę ograniczać ilości kalorii i powinnam jednak trochę przytyć. Wiadomo, fajnie mi z tym, że nie obrosłam tłuszczykiem, ale jednak lada dzień zaczynam siódmy miesiąc a ważę tylko 3,5 kg więcej niż przed ciążą. 

Druga sprawa - mimo, że starałam się jeść produkty wskazane przez poradnię, w ciągu dnia nie udawało mi się dostarczyć organizmowi tych wskazanych 19-21 jednostek wymienników węglowodanowych, tylko mniej. Jedynie w czwartek zjadłam ich aż 22, bo zostały mi naleśniki z farszem jak do pierogów ruskich z dnia poprzedniego - a więc produkt zakazany (!). A przecież za mało węglowodanów też nie mogę spożywać.

Poza tym na weekend przyjechał do nas mój tata. Wspominałam jakiś czas temu, że jest na długiej delegacji (został mu ostatni tydzień) w Szczytnie, a ponieważ stamtąd do Miasteczka ma około 500 km, to był tam tylko w dwa weekendy, w pozostałe jeździł na wycieczki albo do nas, bo to tylko 160 km. (swoją drogą niezła rodzinka z nas - mama w Miasteczku, tata na Mazurach, siostra w Krakowie a ja w Warszawie :P) 
Skorzystałam więc z okazji i mierzyłam sobie cukier godzinę po każdym posiłku (tak, jak było wskazane w tej rozpisce z poradni) a czasami również po drugiej  i dzisiaj na czczo. I wyobraźcie sobie, że nie miałam ani razu przekroczonej normy - nawet jak postanowiłam poeksperymentować i zjeść coś zakazanego. Najwyższa wartość jaką miałam po godzinie wynosiła 112 po obfitym śniadaniu (norma wg. poradni to do 120) Bywało, że nawet Franek miał wyższą wartość niż ja, a on zawsze miał z cukrem wszystko ok. A jedliśmy wszyscy to samo.

Zastanawiam się, co to dla mnie oznacza. I czy możliwe jest, że jednak to była zbyt pochopna diagnoza. To, że coś jest nie tak jest pewne, bo mimo wszystko nie powinno być tak, że wartość po dwóch godzinach od wypicia tej glukozy mi wzrosła. Ale może to nie jest jeszcze cukrzyca? Może jakiś stan przedcukrzycowy albo nietolerancja. No, ale to nie ja jestem lekarzem. Na razie po prostu starałam się na własną rękę czegoś podowiadywać, opierając się na informacjach z poradni, z książek oraz od moich rodziców. Zobaczymy co mi powiedzą w środę w szpitalu. 
Ale może jednak nie będzie wcale tak źle? Może po prostu źle podeszłam do tamtego badania - w tygodniu poprzedzającym jadłam naprawdę dużo słodyczy, a w ostatnim czasie również dużo słonecznika, który jak wiecie uwielbiam, a zbyt duże jego ilości mogą właśnie prowadzić do hiperglikemii. Na pewno jest to wskazówka do tego, że nie mogę tak całkiem sobie folgować jeśli chodzi o cukry, ale naprawdę zastanawiam się, czy jest ze mną faktycznie tak źle, skoro te wartości na glukometrze były w normie. A jeśli jednak mam tę cukrzycę, to z kolei ostatnie dni pokazują, że praktycznie od razu -rezygnując przede wszystkim ze słodyczy- jestem w stanie doprowadzić mój organizm do względnego porządku.
Ech, na razie wiem, że nic nie wiem.

wtorek, 15 lipca 2014

Post kaloryczny*

 *jeśli ktoś liczy na przepis na tort z bitą śmietaną, to niestety nie ten kierunek, przepisów w ogóle nie będzie :)

No! To teraz już mogę mówić, że naprawdę jestem w ciąży :P Wczoraj rano miałam po raz pierwszy (i mam nadzieję ostatni) bliskie spotkanie trzeciego stopnia z muszlą klozetową. Może to tak na pożegnanie (według niektórych źródeł oczywiście) tego zupełnie bezobjawowego pierwszego trymestru ? :)
Tasiemcowi zdecydowanie nie posmakował arbuz, którego zjadłam wczoraj na drugie śniadanie. W sumie to bardzo dziwne, że mnie tak nagle dopadło i tak sobie myślę, czy przypadkiem ten arbuz po prostu nie stał za długo w lodówce, a mój żołądek jest teraz mniej tolerancyjny...?

A poza tym w weekend znowu stwierdziłam, że spadła mi waga. W ramach eksperymentu postanowiłam policzyć, ile zjadam kalorii. W sobotę przez cały dzień zjadłam: twarożek z jogurtem, rzodkiewką i pomidorem, resztkę zupy ogórkowej z piątku, rosół z makaronem, kopytka okraszone masełkiem i cebulką, surówkę, arbuza z sałatą, garść chipsów i dwa "michałki". Policzyłam wszystko dokładnie, dwa razy, zaokrąglając do góry. I wiecie, ile wyszło? 1460. Dorzuciłam więc jeszcze tosta z żółtym serem i pomidorem. I tak podobno za mało. Podobno, bo w końcu nie wiem, jakie mam zapotrzebowanie kaloryczne. Jak to zwykle bywa, różne źródła podają różnie. Ostatecznie przyjmuję, że przy moim wzroście, wadze, wieku, wykonywanej pracy i umiarkowanej aktywności fizycznej (ćwiczenia minimum trzy razy w tygodniu, codziennie rower lub marsz do pracy) powinno to być około 1800 kcal. W pierwszym trymestrze podobno dorzucać nic nie trzeba a później od 170 do nawet 500 kalorii.

W normalnych warunkach naprawdę trudno mi przejeść te 1800 - nawet jeśli pozwalam sobie na słodycze, czy dania powszechnie uznane za kaloryczne. W ogóle wydaje mi się, że mój organizm wcale tyle nie potrzebuje, o czym świadczyć może fakt, że nie chudnę przy normalnym odżywianiu się nawet jeśli intensywnie ćwiczę. Ogólnie to mam przechlapane przy odchudzaniu :P No bo ileż można sobie odmówić? Poniżej 1000 kcal dziennie to w ogóle nawet nie należy schodzić, a to jest wcale nie tak dużo więcej, niż jadam normalnie, więc długo trwa, zanim zrzucę ten kilogram lub dwa.

No, ale chwilowo wygląda na to, że nie muszę się o to martwić, bo Tasiemiec za mnie odwala brudną robotę :P To z jednej strony całkiem fajnie, że jem jak zwykle lub nawet więcej, a waga spada. Z drugiej mam nadzieję, że się za długo nie utrzyma, bo to chyba raczej nie jest dobre dla Dzieciorka. Na razie się jeszcze nie martwię, bo tydzień temu wyszło, że rośnie w sam raz, zobaczymy, jak wyjdzie w tym miesiącu, bo podobno w czwartym to już powinno coś być widoczne. Cóż, może ja jestem po prostu pusta w środku i Tasiemiec ma dużo miejsca? :))
Eksperyment kontynuuję i na przykład dzisiaj obliczyłam sobie, że do godziny 16 zjem 705 kalorii (tost z dżemem, kanapka, budyń, banan,  rosół z makaronem) a gdzie ja jeszcze znajdę drugie tyle?? Drugie danie mi tego nie załatwi, ani nawet lekka kolacja. 
Wszędzie jest napisane, że w ciąży odchudzanie jest absolutnie zabronione - tylko co ja mam zrobić, jak się wcale nie odchudzam i jem normalnie a nadal tych kalorii jest za mało? :) Przecież nie będę na siłę się opychać, choć to ma swoje pozytywne strony, bo na przykład mogę sobie pozwolić na kebaba albo pizzę bez obaw, że to puste kalorie. Coś czuję, że Tasiemiec będzie umiał je zagospodarować :))

Nie jem więcej niż zazwyczaj, bo po prostu nie mieszczę. Nie chodzę głodna, bo uczucie głodu, gdy się pojawia jest tak dojmujące, że nie mogę go zignorować i zaraz muszę coś przekąsić. Pod tym względem może i jem trochę więcej niż zwykle, ale ogólnie nadal jadam kilka posiłków dziennie tak co 2-3 godziny. Jak już wspomniałam, musiałam dorzucić jeszcze kolację. Wczoraj ze względu na zjedzony o 19tej obiad ją sobie odpuściłam i w nocy byłam głodna :/

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy straciłam 1,5 kg zajadając się lodami, kopytkami, drożdżowym ciastem i kiełbaską z grilla, więc ogólnie nie narzekam :) Zwłaszcza, że w ostatnim miesiącu musiałam zrezygnować z ćwiczeń ze względu na wskazania medyczne. Ale w końcu jednak mój metabolizm chyba musi zwolnić i zacznę przybierać na wadze, choć mam nadzieję, że nie będzie to więcej, niż należy i że zbędny tłuszczyk mi się nie odłoży :)

Ps. A swoją drogą może któregoś dnia się zdziwię, jak się nagle z brzuchem obudzę? :))

piątek, 11 lutego 2011

Notka dietetyczna.

Dzisiaj obiecana notka, bo niektóre z Was zaczynają się już lekko niecierpliwić :) Ostrzegam, będzie długa, bo jednak chciałam podać jak najwięcej szczegółów. Zanim jednak opiszę główne zasady, do których się stosuję podczas diety, muszę coś ważnego podkreślić: nie należę do osób, które mówią, że są grube, tylko po to, żeby usłyszeć, że to bzdura. Mam lustro i zdrowe spojrzenie na samą siebie, wiem, że jestem drobna i raczej szczupła. Ale każdy ma jakąś piętę achillesową. Moją jest talia. Tłuszcz odkłada mi się „po męsku” w okolicach brzucha, a ja nie lubię tej oponki, która się czasami pojawia. I chociaż zazwyczaj inni jej nie widzą, bo można ją ukryć pod mniej obcisłymi ubraniami, to ja nie czuję się dobrze z nadmiarem tłuszczyku w tych okolicach.
A więc osobom, które dziwiły się, że chcę schudnąć odpowiadam – moim głównym celem było nie tyle zrzucenie zbędnych kilogramów, co po prostu osiągnięcie ładniejszego kształtu sylwetki :)

Druga ważna kwestia: uważam, że jednym z najczęstszych błędów, jeśli chodzi o diety, jest jednoznacznie kojarzenie każdej diety z odchudzaniem i wyrzeczeniami. A przecież wcale nie musi tak być. Diety bywają różne – także oczyszczające lub wysokokaloryczne i te drugie, bynajmniej nie służą utracie zbędnych kilogramów. A dieta to po prostu pewien sposób odżywiania się, czasami warto ją zastosować wcale nie dlatego, żeby schudnąć, czy przytyć, ale żeby zmienić swoje nawyki żywieniowe. I to był drugi cel, który chciałam osiągnąć – chciałam znowu zacząć zwracać uwagę na to co i jak jem.
***
Nie dla mnie wszelkie diety, które wymagają odmawiania sobie czegokolwiek, ignorowania jakiegoś rodzaju produktów, zajadania się ciągle tym samym albo kombinowania jakichś specjalnych dań składających się z „dozwolonych” składników. Za bardzo LUBIĘ JEŚĆ, żeby zadowolić się jakimś koktajlem zapychającym zamiast obiadu :) Żadnych głodówek, bo kiedy jestem głodna, nie potrafię normalnie funkcjonować. Dlatego właśnie jedyną odpowiednią dla mnie dietą jest dieta niskokaloryczna. Pozwala mi ona na jedzenie wszystkiego, bez żadnych ograniczeń, co do typu jedzenia, a jedynie limituje jego ilość. Cóż, diety cud nie istnieją i bardzo w to wierzę. Nie da się chudnąć jedząc bez umiaru, więc ograniczać się trzeba i bez wyrzeczeń niczego się nie osiągnie, byleby te wyrzeczenia były w normie.

Podstawowe założenia tej diety wymieniałam już w notce Dieta cud? Nie, dziękuję, więc zainteresowanych proszę o powrót do tej notki. Żeby się nie powtarzać, przypomnę tylko, że ta dieta to czysta matematyka - jeżeli naszemu organizmowi dostarczymy w ciągu określonego czasu o 7000 kalorii mniej niż tego potrzebuje, schudniemy 1 kilogram (700 kcal = 100 gr). Dla przykładu, młodzież żeńska (16-20 lat) potrzebuje dziennie dostarczyć organizmowi 2500-2700 kcal. Kobiety w wieku 20-59 lat pracujące lekko (na przykład tak jak ja – w biurze) potrzebują 2100-2300 kalorii. Dane te zaczerpnięte są z książek dotyczących zdrowego odżywiania się a także potwierdzone u osób znających się na rzeczy (bo na przykład miały do czynienia na studiach z metabolizmem człowieka i jego żywieniem). Można oczywiście wszystko sprawdzić w internecie – wyliczyć sobie zapotrzebowanie kaloryczne w odniesieniu do wieku, wzrostu, wagi i aktywności fizycznej. Ale zalecam ostrożność – warto sprawdzać dane na kilku stronach.
Należy pamiętać, że kalorie spalamy bez przerwy – także podczas oddychania, snu, czy… jedzenia :) Do tego dochodzą codzienne czynności jak nauka, sprzątanie, zakupy. Wszystko to trzeba wziąć pod uwagę, kiedy wylicza się ile kalorii spalamy każdego dnia. Dla przykładu posłużę się moją osobą :) Pracuję w biurze, mam pracę raczej siedzącą (chociaż oczywiście nie jestem do krzesła przyklejona przez osiem godzin, ze dwadzieścia razy dziennie kursuje między biurem a kuchnią czy magazynem i bynajmniej nie po to, żeby jeść :)) Ćwiczę raczej regularnie – przynajmniej dwa razy w tygodniu chodzę na aerobik, do tego zdarza się basen, spacery, bieganie… do autobusu :) Codziennie chodzę piechotą przynajmniej przez 20 minut. W domu przynajmniej przez dwie godziny dziennie zajmuję się sprzątaniem, gotowaniem, praniem czy prasowaniem. Czasu wolnego raczej nie spędzam tylko przed telewizorem, nie ruszając się. Można więc powiedzieć, że jestem osobą o umiarkowanej aktywności fizycznej. Absolutne minimum dla mnie, ale naprawdę minimum – które zakłada niewielką aktywność fizyczną, to 1850 kcal dziennie. Jednak kiedy tak jadam, to zwykle chudnę. Najbezpieczniejsza ilość kalorii dla mnie to 2000-2100 kalorii dziennie.
Więc aby chudnąć w tempie 1kg na tydzień, codziennie musiałam dostarczać organizmowi o 1000 kalorii mniej niż tego potrzebuje. Udało się – jadłam dziennie 900-1100 kalorii i faktycznie schudłam trzy kilo w ciągu trzech tygodni.
Czysta matematyka, tu się nie da oszukać.


I proszę się nie przerażać :) Tysiąc kalorii tylko wygląda tak groźnie. Może się wydawać, że nic się nie da zjeść, żeby się zmieścić w takiej ilości :) A tymczasem przez te trzy tygodnie jadłam  normalne kanapki (ale często nie smaruję ich żadnym tłuszczem), owoce, jogurty (nie tylko light), słodycze (ważny jest umiar, ale zakazu nie ma) i normalne obiady składające się z zupy i drugiego dania. Uwaga! Byłam (jestem) na diecie, ale w tym czasie pozwoliłam sobie także na pączka, na pizzę, na ciastko czekoladowe a także trochę chipsów i bułkę tartą z masłem jako dodatek do kalafiora. I mimo tego – schudłam. A to dlatego, że najważniejsza jest równowaga. Kiedy wiedziałam, że zjadłam na śniadanie pączka, to już na obiad nie jadłam pizzy albo kotleta schabowego w panierce. Natomiast gdy na śniadanie zjadłam kromkę zwykłego chleba (kupujemy mały chleb i jedna kromka to zazwyczaj 25 gramów) z drobiową wędliną (razem to najwyżej 100 kalorii) to na drugie śniadanie zjadłam sobie batonika. I cóż… – tak to właśnie działa – naprawdę można jeść wszystko, ale w rozsądnych ilościach i rozsądnie je łącząc.
Myślę, że kluczem do sukcesu jest zrezygnowanie z jedzenia tego, co dostarcza nam ogromnych ilości kalorii mimo, że wcale się tym nie najemy. Ja na przykład od dawna już nie słodzę herbaty (dwie łyżeczki cukru to 80 kcal), więcej gotuję na parze a nie smażę na tłuszczu, kiedy idę na lody, unikam bitej śmietany, kiedy jem chleb z jakimś smarowidłem, to rezygnuję z masła, zup i sosów nie zagęszczam mąką i śmietaną, rezygnuję z sosów na bazie majonezu, nie piję słodkich napojów itd. Wiem, że na pewno znajdą się jakieś niedowiarki, które stwierdzą, że nie da się schudnąć jedząc pączki i fast foody :) A ja mogę powiedzieć tylko – w takim razie i tak Was nie przekonam, dopóki sami na własne oczy tego nie zobaczycie obliczając samodzielnie kalorie w tym, co jecie:)

Oczywiście dieta jest dość mocno wymagająca i absorbująca – przynajmniej na początku. Ważenie wszystkiego, odmierzanie i przeliczanie trwa długo. Ale dość szybko człowiek uczy się ile można zjeść, zapamiętuje mniej więcej co ma jaką kaloryczność i z czasem skrupulatne liczenie nie jest aż tak konieczne. Ale zaznaczam od razu – to dieta dla cierpliwych i zdeterminowanych. No i oczywiście silną wolę też trzeba mieć, żeby przy podwieczorku zjeść tylko jeden kawałek ciasta a nie dwa – żeby nie przekroczyć dziennej dawki kalorii :)

I jeszcze jedna ważna sprawa – bardzo istotne są stałe godziny posiłków (bez przesady, nie co do minuty) Ja jem pięć razy dziennie co trzy godziny zaczynając od 6:30, a kończąc na 18:30- 19:00 :) Nawyk kilku mniejszych posiłków w ciągu dnia w regularnych odstępach czasu wszedł mi w krew już kilka lat temu podczas ostatniej diety. Przypuszczam, że w dużej mierze to dzięki temu nawet po zakończeniu diety utrzymywałam stałą wagę ciała, która wahała się najwyżej o 2 kg. No i za tą regularnością posiłków idzie jeszcze jedna zasada: ZAKAZ PODJADANIA! No nie można, bo w ten sposób nie nauczymy naszego mózgu i żołądka, że mają sobie tak rozłożyć dostarczoną energię, żeby ładnie ją strawić w ciągu tych kilku godzin do kolejnego posiłku. Poza tym psujemy sobie wtedy kaloryczną statystykę i trudniej jest zmieścić się w założonej ilości kalorii :) Na początku polecam po prostu planowanie sobie posiłków na cały dzień, żeby nie ocknąć się w porze drugiego śniadania, że nie mamy co zjeść i z głodu jemy byle co. Później to już wchodzi w krew i planowanie jest zbędne bo i bez tego wiemy, na co można sobie pozwolić.

***
Podsumowując (to takie streszczenie dla leniwych :P, z tym, że bez powyższego rozwinięcia to brzmi jak zbiór banałów :) :
1. Najważniejsza jest RÓWNOWAGA! Można jeść wszystko, ale rozsądnie! Schudniemy bądź po prostu nie przytyjemy tylko wtedy, gdy nie dostarczymy organizmowi więcej kalorii niż potrzebuje danego dnia. Jeśli zdarzy nam się dzień kiedy po prostu nie wypada nie jeść, albo zwyczajnie nie chcemy rezygnować z pyszności (np. wesele lub inna impreza), to nie należy się załamywać. Zawsze można następnego dnia zmniejszyć ilość kalorii i wszystko się zrównoważy.
2. Równie ważna jest REGULARNOŚĆ – zarówno posiłków jaki naszych zwyczajów po prostu. Ważne jest, żeby weszło to nam w krew. Uważam, że tak naprawdę w tej diecie najważniejsze jest przyswajanie poprawnych nawyków żywieniowych – zapamiętujemy co i jak jeść.
3. Nic nie da się zrobić bez KONSEKWENCJI i WYTRWAŁOŚCI. Nie należy poddawać się zbyt szybko. Ale przede wszystkim należy pamiętać, że jest to dieta, która przynosi prawdziwe, długoterminowe efekty dopiero po kilku tygodniach jej stosowania.
4. Jak już wspomniałam, niezbędna jest też CIERPLIWOŚĆ do wyliczania wszystkiego, wyszukiwania posiłków w tabelach kalorycznych, analizowania ile możemy zjeść, ile nam potrzeba energii itd.
5.No i w końcu – ZDROWY ROZSĄDEK. Nie można przesadzać ani w jedną, ani w drugą stronę. Ja nie mam zamiaru już więcej chudnąć, bo wiem, że ani tego nie potrzebuję, ani nie wpłynęłoby to korzystnie na mój wygląd i zdrowie. Kiedy zrzucimy kilka kilo, należy stopniowo zwiększać ilość kalorii do tej, która jest nam potrzebna, aby utrzymywać stałą wagę. Nie można katować się głodówkami, ale też nie wolno popadać w euforyczne obżarstwo :) – skoro wiemy, że owszem, można sobie pozwolić na pączka, to nie jedzmy dwóch!

Gwarantuję Wam skuteczność tej diety. Zwyczajnie ją przetestowałam – okazała się skuteczna za każdym razem (za pierwszym razem schudłam z wagi 59 i od tamtej pory nigdy nie przekroczyłam 52 kg, teraz pozbyłam się trzech kg). Ale to wszystko pod warunkiem, że ilość kalorii dostarczanych organizmowi będzie mniejsza niż ta, której potrzebuje.
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem :)

niedziela, 30 stycznia 2011

Wstęp do diety :)

No to jesteśmy na diecie :) Znaczy się ja i mój żołądek, bo Franek już chyba chudszy być nie może :)
Niektóre z Was być może pamiętają, że trzy lata temu byłam na diecie i w ciągu czterech miesięcy schudłam 12kg. W planie było 9, ale mój organizm się rozpędził i potem musiałam dwa kilo przytyć, bo się za bardzo koścista zrobiłam. Przez kolejne miesiące moim jedynym celem było utrzymywać moją wagę tak, aby wahała się od 48 do 50 kg. (Od razu podkreślam, ze mam 158 cm wzrostu, więc nie jestem anorektyczką! :)) Udawało mi się to przez dwa lata i niestety pod koniec ubiegłego roku trochę mi przybyło tu i ówdzie.

Mój tryb życia nie zmienił się specjalnie, nadal regularnie ćwiczyłam i starałam się jeść tak, jak wcześniej. Ale możliwe, że przy Franku moje posiłki stały się trochę bardziej tłuste albo porcje były większe. A może i słodyczy jadłam więcej niż kiedyś? Tak czy inaczej, moja waga niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do 52 kg. Dwa tygodnie temu powiedziałam sobie – dość!

Zbierałam się do tego długo, ale widocznie musiałam dojrzeć do tej decyzji. Co prawda podobno w ogóle po mnie nie widać tych dwóch kilogramów więcej, we wszystkie ubrania mieszczę się tak jak zawsze, ale mnie zawsze przybywa kilogramów w talii i nie podoba mi się ten tłuszczyk, który się tam odkłada. Możliwe, że inni go nie widzą, bo nietrudno jest to zamaskować, ale dla mnie przede wszystkim liczy się to, co ja o sobie myślę i czy sama sobie się podobam. Postanowiłam powalczyć z tymi kilkoma centymetrami w talii.
Moim problemem było to, że to tylko dwa kilo :) Ciągle szkoda mi było zachodu, ale wreszcie się zmobilizowałam.
Od dwóch tygodni jestem na mojej ulubionej i moim zdaniem jedynej skutecznej dla mnie (podkreślam, ze dla mnie, bo skoro są osoby, które chudną po Kopenhaskiej, Dukana i innych, to widocznie coś w tym jest, ale na pewno nie są to diety dla mnie) diecie niskokalorycznej. Już kiedyś pisałam bardziej szczegółowo, jak się do tego zabieram, więc niech notka Dieta cud? Nie dziękuję. będzie uzupełnieniem dzisiejszej.

Teraz pochwalę się tylko, że już udało mi się zrzucić 1,5 kg, a więc mam nawet szybsze tempo od tego, które sobie założyłam (1kg na dwa tygodnie). A poza tym moja talia wygląda już tak, że jestem z niej całkiem zadowolona, zbędnego tłuszczyku za wiele tam nie ma :)
 Wiem, że być może dla niektórych takie tempo to żadne tempo, ale ja uważam, że takie chudnięcie jest najbardziej optymalne dla mojego organizmu, który stopniowo przyzwyczaja się do mniejszej ilości kalorii. Myślę, że jeszcze jakieś dwa, trzy tygodnie i zacznę etap stabilizacji. Muszę się bardzo pilnować, żeby nie ważyć poniżej 48 kg, bo zaczynam wtedy nieładnie wyglądać. Mam chyba ciężkie kości, bo nawet przy wadze, która dla mnie jest jeszcze prawidłowa wyglądam niedobrze – chudnę na twarzy i wyglądam niezdrowo, a poza tym straszę wystającymi kośćmi obojczykowymi. Moja mama i Franek (zwłaszcza Franek, bo nie podobałam mu się w wersji 46,5kg) bardzo mnie pilnują, żebym nie przesadziła.
O kolejnych szczegółach wspomnę następnym razem. Bo o jedzeniu to ja mogę długo :)

poniedziałek, 26 maja 2008

Dieta cud? Nie, dziękuję

Zainspirowana wpisem NoAngel „Być szczupłym – trzeba potrafić!” postanowiłam napisać to i owo  na temat odchudzania.

Temat dla mnie bardzo aktualny, bo od trzech tygodni jestem na diecie. Dlaczego? Bo lubię siebie i chcę, żeby tak pozostało. Nie napiszę, że akceptuję siebie w pełni, bo wtedy chyba nie chciałabym nic zmieniać prawda? W każdym razie, jestem zadowolona ze swojego wyglądu. Jest parę rzeczy, jak na przykład moje nogi, które mi się we mnie wyjątkowo podobają. Ale przyszła wiosna i kiedy musiałam ubrać się w bardziej obcisłe koszulki nie podobało mi się moje odbicie w lustrze. Powód? Talia. Po boczkach porobiły mi się wałeczki , a kiedy stanęłam bokiem do lustra, to jakieś takie duże to brzucho miałam… Zaczęłam źle się czuć w swojej skórze. Chciałam sobie kupić coś ładnego, w te wakacje czekają mnie aż trzy wesela, ale niestety nieładnie wyglądam w sukienkach z takim brzuszkiem.

Jem niedużo, ale moje zwyczaje żywieniowe… hmmm. Bez śniadania z domu  raczej nie wychodzę, ale coraz częściej zdarzało się, że rano stwierdzałam, że lodówka pusta, więc zjadałam jogurt, gorący kubek, a jak już wyjątkowa bieda była, to tylko herbatka z cukrem i cytrynką. Potem nadal bez planu, wyskakiwałam z pracy, żeby na drugie śniadanie kupić batonika, a kiedy wracałam do domu byłam tak głodna, że kupowałam byle co – byle dało się szybko przygotować. Przeważnie była to mrożona pizza albo zupka chińska. Niezbyt mądrze co? A od obiadu do śniadania już nic nie jadłam, po prostu nie byłam głodna. I jeszcze jedno, pracuję jako księgowa. W restauracji :) Przysługują nam obiady, a porcje mamy naprawdę obfite. Dwa razy w tygodniu frytki i smażone mięsko z sosikiem nie robią dobrze na figurę:) Sportu żadnego nie uprawiam, ale chodzę regularnie na aerobic, basen, rolki, mimo to, stwierdziłam, że jednak powinnam ważyć parę kilo mniej.

Mój pomysł na dietę – skromne posiłki pięć razy dziennie, co trzy godziny i ograniczona ilość kalorii. Zamieniłam słodycze na owoce i warzywa, jasne pieczywo na razowe, a przede wszystkim jestem świadoma tego co jem i w jakich ilościach, i planuję posiłki na cały dzień, więc nie mam już nagłych ataków głodu, podczas których rzucam się na fast foody:) Poza tym codziennie ćwiczę przez 20 minut mięśnie brzucha. Nadal chodzę na aerobic i basen. Kiedy nie spieszy mi się za bardzo, rezygnuję z tramwaju i idę na piechotę.  Zdarza się czasem, że zjem coś „niedozwolonego” – na przykład tydzień temu moja siostra miała urodziny, zjadłam kawałek tortu, ostatnio pozwoliłam sobie na kawałek pizzy. Obie rzeczy odpokutowałam:) za pierwszym razem pojechałam na wycieczkę rowerową, za drugim poszłam na basen. Schudłam już 2,5 kilo. Brzuszek mi spadł i jestem naprawdę zadowolona. Ale dietę utrzymuję, bo mi się podoba:) Dobrze się czuję, zdrowo się odżywiam, żyję aktywnie. Jeszcze może 2 kilo, a później zwiększę ilość kalorii i będę się starała po prostu utrzymać wagę.

Jestem przeciwniczką wszelkich diet cud, oraz głodówek. Uważam, że nie tylko szkodzą one zdrowiu, ale także ich efekty nie utrzymują się długo. Ile czasu można wytrzymać wszystkiego sobie odmawiając?? A tymczasem ja jem prawie wszystko, tyle że w mniejszych ilościach. Każdemu, kto chciałby zacząć dietę proponuję:

1.       Przez parę dni notować, co się je i w jakich ilościach, a potem przeliczyć to na kalorie – w Internecie można znaleźć bardzo dużo tabeli kalorycznych.

2.       Sprawdzić, ile kalorii potrzebuje nasz organizm (również można sprawdzić to w Internecie)

3.       Aby schudnąć 1 kg, należy spalić 7000 kalorii. Od ilości kalorii, które potrzebujemy, odjąć tyle aby spalić te 7000. Najlepiej dać sobie na to od tygodnia do dwóch i obliczyć ile kalorii powinniśmy dziennie spalać.

4.       Rozplanować sobie na każdy dzień pięć posiłków o określonej ilości kalorii.

5.       Zacząć żyć aktywnie, nawet piętnaście minut gimnastyki dziennie potrafi zdziałać cuda – naprawdę!! Wiem po sobie.

6.       Kiedy już się zrzuci parę kilo, należy dalej stosować się do diety, z tym że ilość kalorii dostarczana organizmowi powinna być odpowiednia dla naszego wieku, płci i wykonywanej pracy. 

To dieta dla osób cierpliwych. Liczenie kalorii naprawdę może być czasochłonne. Ale ja cierpię na tak zwane zboczenie zawodowe:), lubię liczyć. Na efekty trzeba trochę poczekać, ale ja wolę stracić kilogram w dwa tygodnie, niż cztery w jeden, a kiedy zakończę dietę przytyć 8 :)

Dziewczyny, naprawdę można ładnie wyglądać i świetnie się czuć we własnym ciele! Każdy ma gorsze etapy, kiedy chciałby coś w sobie zmienić, ale to jest naprawdę do zrobienia, trzeba tylko trochę wytrwałości i konsekwencji!