*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radośnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radośnie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2015

Jak mi dobrze, czyli chwilo trwaj :)

Zapiszę sobie to, żeby utrwalić ten moment, bo coś czuję, że niedługo gorzej może mi się zrobić :) Ale dziś jest miło, więc się podzielę tym dobrym nastrojem.
Wczoraj rano zaczęłam pisać notkę o tym, jak mi źle, bo rzeczywiście rano byłam zdołowana. Ale zajęłam się czymś innym, a potem Wiking się obudził i zbieraliśmy się do wyjścia, bo mieliśmy wczoraj zajęcia umuzykalniające w Warszawie. I bardzo dobrze, że tam pojechaliśmy!

Oczywiście zawsze te zajęcia dobrze nam robią, ale wczoraj wyjątkowo poprawiły mi humor. W tej kawiarni, do której jeździmy spotykam różne mamy. Zazwyczaj bardzo miłe (ze dwa, trzy razy spotkałam takie, które nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia), ale niektóre są takie, że nie przywiązuję większej wagi do ich obecności, a inne takie, na które czekam i cieszę się na ich widok. I wczoraj akurat tak się zdarzyło, że zebrała się ekipa fajnych mam, więc to spotkanie bardzo dobrze mi zrobiło. Wikingowi chyba też :)

Właśnie tego mi było potrzeba - takiej luźnej rozmowy z fajnymi dziewczynami! Z realnymi mamami, które były po prostu sobą i przyszły do kawiarni w tym samym celu, co ja. Muszę napisać którąś notkę na temat tych dziewczyn, ale to już przy innej okazji. Tak dobrze nam się rozmawiało, że aż zostałyśmy jeszcze po zajęciach pół godziny i razem w prowadzącą gawędziłyśmy sobie o wszystkim i o niczym, choć oczywiście głównie o macierzyństwie. Często uderza mnie to, że któraś z dziewczyn powie dokładnie to samo, co ja myślę :) Na przykład wczoraj jedna na coś się żaliła, na co inna powiedziała "na szczęście zawsze możemy tutaj przyjść i się wygadać innym mamom, które mają tak samo :)". 
Przed zajęciami jedna z mam podeszła do mnie i Wikinga, który piszczał z uciechy, bo bujałam go na huśtawce i pytała o jego drzemki. Opowiedziałam, jak jest, a ona powiedziała, że jej Marianka (urodzona dzień później niż Wikuś) bardzo niespokojnie ostatnio sypia i też jest problem z zaśnięciem. Potem dodała, że zawsze jest tak, że do czegoś się przyzwyczajamy, a dziecko potem się przestawia i zaczyna robić wszystko inaczej. To nie pierwszy raz, kiedy usłyszałam taką opinię od dziewczyn, które tam spotykam. Tak dobrze było pogadać z kimś, kto ma dokładnie takie same doświadczenia i przemyślenia, co ja, bo przecież wiele razy Wam tu opowiadam, jak Wiking sobie modyfikuje przyzwyczajenia :) W takich momentach przestaję myśleć, że zwariowałam i że tylko ja na całym świecie "tak mam" :D
Wyszłam stamtąd uskrzydlona, mimo, że nic wielkiego się nie wydarzyło. Widocznie po prostu potrzebowałam chwili rozmowy z kilkoma życzliwymi osobami :)Wiem, że to nic odkrywczego i że się powtarzam, ale naprawdę akurat wczoraj wyjątkowo mój nastrój został poprawiony tylko przez sam fakt obcowania z kilkoma osobami, które mnie rozumiały.
Do wieczora nadrabialiśmy z Frankiem zaległości w oglądaniu kilku programów przez internet, bo Wiking tak fajnie się bawił, że szkoda nam było się w tą zabawę wtrącać, zajęliśmy się więc sobą ;)

Dzisiaj znowu pojechaliśmy do kawiarni, a Franek, który kończył dzisiaj wcześniej, odsypiał sobie pobudkę o 2:45. Całą drogę powrotną i jeszcze jakieś pół godziny później Wiking spał, obudził się w dobrym nastroju i znowu mieliśmy po południu trochę czasu wolnego. Ale tym razem postanowiliśmy zrobić coś pożytecznego i zabraliśmy się za porządki. Znowu ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że Wikingowi bardzo się podobało to, że nie zwracamy na niego szczególnej uwagi, a on po prostu sobie uczestniczy w naszej codzienności. Wyglądało to tak, że na przykład sprzątaliśmy w pokoju, a Wikuś kręcił nam się pod nogami - tu zajrzał, tam postukał, tu zawołał. Kiedy wychodziliśmy, wychodził za nami, potem za nami wracał. A przez cały ten czas miał niesamowicie zadowoloną minę! Jaki z tego wniosek? Powinniśmy częściej sprzątać (bo przecież w sobotę też Wiking nam na to pozwolił) :P 

A tak serio - wszyscy dzisiaj byliśmy w dobrym nastroju i tak nam pozostało do tej chwili. Teraz Wiking już od ponad dwóch godzin śpi, a my oglądaliśmy sobie Na Wspólnej, a potem się "rozdzieliliśmy" każde do swoich ulubionych komputerowych zajęć. Za moment idę spać, Franek jeszcze trochę sobie posiedzi, bo jutro ma wolne. A ja chyba znowu zafunduję sobie wychodne, mimo, że od poprzedniego ledwie tydzień minął. Ale muszę poszukać prezentu dla taty, który miał niedawno urodziny. Sto lat temu (no dobra, może dwadzieścia) dostał ode mnie i siostry kubek z napisem Tata, który jest już bardzo sfatygowany i mama chce go wyrzucić, ale tata nie pozwala. Chcemy więc mu kupić nowy, żeby tego pozbył się bez żalu. Ale nie możemy takiego znaleźć! Wszędzie tylko jakieś głupie teksty typu "tata - najlepszy kumpel i pierwsza miłość albo "tata jest władcą wszechświata" itp. A my chcemy najzwyklejsze w świecie TATA! Nie młody, nie super, po prostu tata, bo to słowo mówi samo za siebie. Może więc się przejadę po Warszawie i poszukam jakichś sklepów z porcelaną...

I niech ten dobry nastrój nam towarzyszy jak najdłużej!

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Odczarowany piątek trzynastego.

Zazwyczaj nie zwracam uwagi na datę - nawet jeśli chodzi o tę "pechową" :) Nigdy nie sprawdzam z wyprzedzeniem, kiedy w danym roku, trzynastego wypada w piątek i zwykle orientuję się, że oto mamy właśnie ten pechowy dzień tylko dlatego, że w radio trąbią o tym od samego rana :)

Tym razem było trochę inaczej, bo dwa dni wcześniej, na piątek swój przyjazd zapowiedziała szefowa. Spojrzałam wtedy w kalendarz i nie powiem, zrobiło mi się nieswojo, bo po pierwsze zastanawiałam się, z czym ta wizyta może się wiązać, a po drugie miałam do przeprowadzenia z szefową pewną ważną dla mnie, ale też kłopotliwą rozmowę. Data nie wróżyła dobrze :)

Zła byłam na siebie, że tak nietypowo ulegam głupim zabobonom. Cały czwartek i całą noc z czwartku na piątek się stresowałam i nie pomagało tłumaczenie Franka, że na pewno wszystko będzie dobrze, bo mam fajną szefową. W piątek rano stwierdziłam, że najlepsze, co mogę zrobić to pójść do kościoła i pomodlić się o to, żeby Pan Bóg wybił mi z głowy, że data może mieć jakikolwiek wpływ na rezultat rozmowy i w ogóle na to, czy wiadomości są dobre, czy złe. Pomogło :) W dodatku trafiłam na misje i przeżyłam bardzo fajne doświadczenie duchowe, choć musiałam wyjść przed końcem, bo spóźniłabym się do pracy. Ale dotarłam do niej już pełna spokoju, choć oczywiście stres nadal pozostał, tylko nieco zmienił postać.

Ostatecznie jednak  ten piątek trzynastego okazał się jednym z najszczęśliwszych dla mnie dni w ostatnim czasie. Okazało się, że szefowej coś wypadło i do nas nie dotarła, ale rozmowę i tak ze mną przeprowadziła a jej skutki przeszly moje najśmielsze oczekiwania. Mam naprawdę wspaniałą szefową - ze świetnym podejściem do pracownika i obowiązków służbowych.
Niczego nowego sie nie dowiedziałam, ani nie wyjaśniły się jeszcze żadne z naszych spraw firmowych. Ale ta rozmowa sprawiła, że na wiele rzeczy spojrzałam nieco inaczej. 

Wróciłam do domu i stwierdziłam, że po raz pierwszy od kilku miesięcy - nawet nie pamiętam od kiedy tak naprawdę - czuję ogromną ulgę i zaczynam wierzyć, że jakoś się wszystko poukłada. Nie zniknęły nasze problemy ani nic się w jakiś cudowny sposób nie rozwiązało, ale nareszcie poczułam, że jakiś ciężar spadł mi z serca - przynajmniej na razie. Na pewno pojawią się jeszcze niepokoje, ale na razie cieszę się tą chwilową lekkością i tym poczuciem, że jakoś to będzie.
W piątek popołudniu po prostu padłam. Leżałam na kanapie obok Franka i w zasadzie nie miałam siły ruszyć ręką ani nogą. Bardzo często mam tak właśnie w piątki, ale tym razem nastąpiła jakaś kumulacja, pewnie też dlatego, że spadło ze mnie napięcie. Jednak ta fizyczna niemoc nie przeszkadzała mi w delektowaniu się tym spokojem ducha - może jeszcze nie idealnie niezmąconym, ale jak się nie ma co się lubi, to wiadomo... :) I w takim właśnie nastroju weszłam w weekend, który naprawdę nam się udał!

niedziela, 28 lipca 2013

Niech żyją znowu wakacje :)

Nareszcie się urlopuję. Kocham swoją pracę, naprawdę. Teraz, odkąd się przeniosłam, podoba mi się jeszcze bardziej, mimo, że obawy miałam ogromniaste. Ale nawet kierownik logistyki musi czasami odpocząć :P Poza tym kocham też mieć wolny czas :)
W każdym razie, na ostatnim beztroskim urlopie byłam podczas październikowej podróży poślubnej. A od tamtej pory wiele się wydarzyło - głównie stresogennych rzeczy. W pierwszej połowie roku nie mogłam sobie pozwolić na dłuższy urlop, więc poza jednym długim weekendem, który zresztą w połowie spędziłam na pakowaniu i przygotowaniach do przeprowadzki, niewiele miałam chwil wytchnienia. Aż do teraz :)
Przyznam, że po raz pierwszy idę na urlop lekko niespokojna - zostawiam wszystko w rękach Asystenta i mam nadzieję, że sobie da radę, a niestety mam pewne obawy co do tego. Jest jeszcze niedoświadczony i nienawykły do podejmowania szybkich decyzji. Moja praca w dużej mierze teraz właśnie na tym polega - podejmuję decyzje lub zlecam komuś wykonanie usługi, która w ostatecznym rozrachunku ma po prostu służyć zadowoleniu klienta. Ale ja w tym siedzę już ponad dwa lata, zdążyłam się zorientować co, kiedy trzeba zrobić, kiedy kogoś ochrzanić, a kiedy poprosić... Uspokaja mnie to, że ostatnie dwa tygodnie, podczas których to Asystent się urlopował, były naprawdę spokojne ze względu na sezon wakacyjny. Jeśli tak będzie nadal, poradzi sobie i będzie to dobry trening dla niego, bo to i tak będzie wyzwanie.
Ale wyłączam się :) Ok, telefony będę odbierać, bo nie są one dla mnie szczególnym problemem, ale wyjdę z założenia, że skoro Pani Prezes idzie na urlop, to ja też mogę :P I zero sprawdzania służbowej skrzynki mailowej :)

Wsiadłam sobie wczoraj rano do Polskiego Busa i przyjechałam do Poznania. 20 złotych za 300 km :) Nawet nie przeszkadza mi to, że tracimy sporo czasu, bo kurs jest przez Łódź. Jest dużo wygodniej i przyjemniej niż w pociągu - nawet IC. I taniej!
Franek odebrał mnie z dworca na Górczynie, zjedliśmy obiad i on poszedł spać, a ja na rynek, gdzie umówiłam się z hiszpańską Anią :) No jak zwykle sobie coś wkręciłam, gdy nie było powodu, ale do tego jeszcze wrócę :)

Dzisiaj natomiast Franek znowu z rana poszedł do pracy, a ja miałam całą chatę teściów dla siebie, bo oni ten upalny weekend spędzają na działce. Od rana w zasadzie tylko czytałam, czytałam i czytałam. I od razu poczułam, że mam wolne :)
Jeszcze tylko jutro, a we wtorek wyjeżdżamy do Miasteczka. Zaczynam się przyzwyczajać do tego jeżdżenia przez Poznań (mimo, że w ten sposób z 260 km robi mi się 500 :), ale z Warszawy do Miasteczka połączenia są żadne!) i całkiem mi się to podoba :) Dwie pieczenie na jednym ogniu zawsze upiekę dzięki temu.
Tym razem do Miasteczka wpadamy tylko na chwilę - prześpimy się i wyruszamy w ukochane Tatry! Nareszcie! Dawno nas tam nie było! Już zacieramy ręce, a właściwie nogi, na myśl o szczytach, które zdobędziemy :)
A potem - się zobaczy. Może zostaniemy w Miasteczku. A może wyruszymy do Podwarszawia wcześniej. Wszystko okaże się - mam nadzieję - jutro, a najpóźniej we wtorek. Bo chyba czeka nas kolejna rewolucja. Ale do tego jak widać też się można przyzwyczaić.

czwartek, 21 marca 2013

Św. Antoni od łańcuszka ;)

Ale się cieszę :))) A rano było zupełnie inaczej. Miałam napisać notkę o tym, że jest mi smutno, bo zgubiłam łańcuszek, który dostałam od Franka na urodziny, ale miałam dzisiaj tyyle pracy. Rzadko się zdarzają aż tak intensywne dni. Ale od początku.

Rano chciałam założyć łańcuszek. Ostatni raz miałam go na szyi przedwczoraj. Poszłam na aerobik i w szatni zorientowałam się, że mam go na sobie. Zdjęłam go i włożyłam do kieszonki w torbie. Wracając z aerobiku zrobiłam jeszcze małe zakupy i poszłam do domu.
No i dzisiaj chciałam ten łańcuszek znowu założyć. Sięgam do torby, a tam - nie ma go! Wywaliłam wszystko i nic :( Zgubiłam! Przypomniałam sobie, że kiedy wchodziłam z tymi zakupami i wyciągałam z torby klucze, to coś mi wypadło na schodach - na półpiętrze, na którym akurat żarówka była przepalona, więc słabo było widać. Ale podniosłam wsuwkę do włosów i breloczek. I poszłam do domu. No i pomyślałam sobie dzisiaj, że łańcuszek wtedy mi też pewnie wyleciał.
Ze łzami w oczach wyżaliłam się Frankowi i poszłam do pracy. Ale mi było szkoda :( Zadzwoniłam jeszcze dla porządku do fitness clubu, czy przypadkiem nikt biżuterii nie znalazł, ale w zasadzie już spisałam go na straty. Wymyśliłam jeszcze, że powieszę na klatce ogłoszenie. Potem trochę przestałam o tym myśleć, bo zajęłam się pracą. Tuż przed wyjściem z biura stwierdziłam, że może jednak napiszę szybko jakąś kartkę, w której opiszę sytuację i podam numer kontaktowy, mimo, że niemal się pogodziłam z tym, że łańcuszka już nie odzyskam. Wydrukowałam krótki tekst i po przyjeździe do domu powiesiłam go na drzwiach wejściowych.

Po niecałych dwóch godzinach zadzwoniła kobieta, że wczoraj znalazła ten łańcuszek!! :):):) Przyniosła mi go, a w ramach podziękowania dałam jej butelkę czerwonego wina.
Ale się cieszę! :) Skakałam z radości :) Musiałam się aż z Wami całą tą historią podzielić. I pomyśleć, że prawie odpuściłam napisanie tego ogłoszenia! Jak dobrze, że są jeszcze ludzie uczciwi. Ja też w takiej sytuacji na pewno oddałabym znalezioną rzecz, ale różnie to przecież bywa.
Ja to jednak mam szczęście :) Tyle razy już coś pogubiłam, ale jakimś cudem większość z tych rzeczy potem odzyskuję. Święty Antoni chyba trzyma nade mną pieczę :P

środa, 10 października 2012

Wesele! Nasze w dodatku ;)

Zanim zaczniecie czytać... :) Tak, wiem, że notka jest bardzo długa, umówmy się, że już nie musicie mi tego uświadamiać w komentarzach :) Ale chciałam, żeby właśnie tak to moje opisywanie tamtych wydarzeń wyglądało. Skupiam się na całym mnóstwie szczegółów, bo sprawia mi to przyjemność i pomaga posegregować moje wspomnienia - w celu lepszego ich przechowywania. Chyba rozumiecie, że to dla mnie bardzo ważne :) Dzielę się z radością z Wami tym, co się działo, więc chętnych zapraszam do lektury :) Pisałam tę notkę z przerwami dwa dni, więc Wy też możecie sobie czytanie rozłożyć:)

W notce sierpniowej pisałam o tym, że nie jesteśmy jeszcze zdecydowani, która piosenka będzie naszym akompaniamentem w pierwszym weselnym tańcu, ale ostatecznie postawiliśmy na walca! Niestety, nie ma nigdzie w internecie dokładnie tej wersji, do której tańczyliśmy, ale TA jest najbardziej zbliżona. Nasz walc był nieco szybszy, ale cała reszta się zgadza - łącznie z podkładem i głosem (bo piosenka ta miała całe mnóstwo wykonawców).



Nawet teraz, gdy słyszę tego walca mam dreszcze :) I to nawet nie dlatego, że przypomina mi się wesele, ale dlatego, że jak żywe stają mi przed oczami wszystkie nasze próby :) Myślę, że to był świetny pomysł, żeby jednak coś sobie przygotować, ten czas, który spędziliśmy na ćwiczeniach (choć wcale nie było go tak dużo) był naprawdę wspaniały - pomijając krew (podeptałam Franka obcasami - ale mówiłam mu, żeby też założył buty), pot (w sierpniu ćwiczyliśmy, za oknem bywały upały) i łzy (wywołane śmiechem), to naprawdę nas do siebie jeszcze bardziej zbliżyło. I opłaciło się, bo walc wyszedł nam świetnie! Dopracowaliśmy każdy szczegół, choć jeszcze w poniedziałek przed weselem Daga miała kilka uwag: "Franek, ale stawiasz Margolkę, jak worek ziemniaków! A ty Margolka nie wystawiaj tak tych rąk, nie jesteś samolotem!" :D Nasza nauczycielka (załapała się zresztą na zdjęciu - niebieska sukienka za Frankiem) denerwowała się zresztą przed naszym występem, ale później była z nas bardzo zadowolona i stwierdziła, że to była najlepsza z naszych prób ;)) Jej chłopak też był zachwycony i powiedział, że on też chce tak tańczyć i dlaczego jego tak nie nauczyła :) Wyszły nam nawet obydwa podnoszenia - nie przeszkodziła suknia ani halka! Franek wręcz stwierdził, że dużo lepiej mu się chwytało niż tą suknię studniówkową, w której ćwiczyłam ;)

Zrobiliśmy wrażenie tymi podnoszeniami :) Nikt się tego (poza Dagą i kilkoma osobami, które widziały naszą próbę w domu;)) nie spodziewał. I moglibyśmy tak tańczyć całą noc. Ale walc trwał tylko niecałe dwie minuty, więc musieliśmy zakończyć...

Sądząc po gromkich brawach i uśmiechach na twarzach naszych gości, naprawdę udał nam się ten pierwszy taniec! Najbardziej zaskakujące dla mnie było to, że w ogóle nie czułam tremy! Franek też się nie denerwował. Nie przeszkadzało nam ani trochę, że jesteśmy w centrum uwagi i że wszyscy na nas patrzą.

A później zaczęła się zabawa!




 My jednak w pierwszej przerwie "wymknęliśmy się" na zdjęcia. Daleko nie musieliśmy iść, bo otoczenie restauracji było piękne. W dodatku jak na zamówienie wyszło nam słoneczko - akurat na naszą sesję :) 


 
Dzięki temu, że byliśmy przy restauracji, goście cały czas mieli nas na oku, a więc nie zniknęliśmy nagle wszystkim z pola widzenia na parę godzin, jak to się zdarzało na niektórych weselach, na których byłam - nie podobało mi się to. I sama też nie chciałam, żeby jako pannę młodą omijała mnie cała zabawa ;) Od razu też odrzuciliśmy pomysł, żeby sesję zdjęciową robić innego dnia - nie przemawia do mnie taki zwyczaj. To jest dzień niepowtarzalny pod każdym względem, a pomijając nawet same emocje, to żadnego innego dnia tak ładnie się już nie wygląda, jak w dniu ślubu ;) Poza tym na każdym weselu, na którym byłam, goście zawsze, dosłownie zawsze (oczywiście gdy nie padało) po obiedzie wychodzili na spacer, jeśli tylko było gdzie wyjść. Byliśmy przekonani, że i u nas tak będzie i nie pomyliliśmy się. Goście więc spacerowali w tym samym czasie i w tym samym miejscu, w którym mieliśmy sesję. Dzięki temu mieliśmy też kilka zdjęć z nimi :)

Kiedy wróciliśmy, zabawa trwała. Wyglądało na to, że goście bawili się bardzo dobrze. Nie miało znaczenia, czy przyszli z osobą towarzyszącą, czy bez albo czy pary są mieszane, czy nie. Podeszła do mnie nawet dziewczyna naszego kolegi (jedyna osoba, którą poznaliśmy dopiero w dniu wesela - wydaje się bardzo sympatyczna) i powiedziała, że bardzo podoba jej się to, że jest tyle osób bez pary a mimo to nie siedzą przy stoliku tylko tańczą i na przykład "samotne" dziewczyny wymieszały się z "samotnymi" chłopakami. Albo trzy dziewczyny obtańcowywały jednego faceta lub na odwrót ;)
Na parkiecie praktycznie cały czas ktoś był, co jest w dużej mierze zasługą naszego zespołu. Naprawdę nam się udał, słyszałam ich wcześniej, więc wiedziałam, że kompromitacji nie będzie, ale nie spodziewałam się, że tak fajnie poprowadzą zabawę. Goście wręcz do nas podchodzili i mówili, że zespół jest naprawdę świetny.
Na spotkaniu w przededniu wesela ustalaliśmy kilka szczegółów. Między innymi zastrzegliśmy sobie, że nie chcemy żadnych zabaw z podtekstem seksualnym albo takich, które ośmieszałyby w jakiś sposób uczestników. Ale lider zespołu od razu nam powiedział, że to w ogóle nie jest w ich stylu i że nie musimy sie o to martwić. Dodał jeszcze, że w ogóle z zabawami nie chcą przesadzać, bo to jest ciekawe dla uczestników, a dla otoczenia już niekoniecznie, jeśli jest ich za dużo. Ustaliliśmy więc, że zobaczy jaki będzie klimat, jacy goście itd. Ostatecznie myślę, że wszystko wyszło tak, jak powinno. Była jedna, bardzo krótka taneczna zabawa i dwie trochę dłuższe. W jednej z nich goście dostawali jakieś elementy przebrania (maski, czapki itp.), które mieli na siebie założyć i prawdę mówiąc zaskoczona byłam, jak wszyscy chętnie brali w tym udział! Wręcz się bili o peruki, czy czapeczki :) Część osób, która nie była na parkiecie od razu przybiegła, jak zobaczyła, co się dzieje i ostatecznie tańczyli prawie wszyscy. Nie spodziewałam się tego, bo myślałam, że niektórzy nie będą chcieli sie  wygłupiać. Chcieli - i to niezależnie od wieku :)

Kolejna zabawa wymagała odrobiny sprawności fizycznej :) Uczestnicy w rytmie Lambady przechodzili pod liną trzymaną przeze mnie i Franka, która z każdą rundą była coraz bliżej ziemi. Prowadzący byli zaskoczeni ilością chętnych a przede wszystkim ich zawziętością i wolą walki :) Technika była dowolna - trzeba było tylko pod liną przejść tak, żeby jej nie dotknąć a przechodziło się parami i para musiała się trzymać za rękę - albo za jakąkolwiek inną część ciała :) Chodziło o stały kontakt fizyczny. Nooo, ja też byłam zdumiona tym, że tyle osób chciało wygrać (do wygrania było tysiąc złotych.... kropelek :P, czyli wódka weselna). Nogi już mnie później zaczęły boleć, bo kucałam w dość niewygodnej pozycji. A w ogóle to okazało się, że zupełnie podświadomie dawałam fory uczestnikom - niechcąc wcale tego robić unosiłam lekko linę (naprawdę nie miałam pojęcia, kiedy to robię, ale kilka razy korygowałam linę, bo widziałam, że jest wyżej niż po stronie Franka) Obserwatorzy później mówili, że kto zauważył, że u mnie jest łatwiej, przechodził po mojej stronie :)) No naprawdę nie chciałam nikomu ułatwiać! :)
Tu już jedna z ostatnich rund, (na drugim zdjęciu Dorota :))







Myślę, że taka ilość zabaw na całe wesele była wystarczająca! Zwłaszcza, że były jeszcze inne atrakcje :)
W pewnym momencie na przykład wodzirej zapowiedział występ zespołu, który podobno występuje bardzo rzadko i tylko w wyjątkowych okolicznościach. Goście myśleli, że to jakaś niespodzianka z naszej strony, my nie wiedzieliśmy o co chodzi, przyszło nam do głowy, że może to goście coś takiego wymyślili. Ustawiliśmy się wszyscy w kółeczku i nagle na miejsce zespołu wkroczyło trzech facetów w ciemnych okularach! Po kilku sekundach dotarło do nas, że to... kelnerzy, którzy nas obsługiwali! Rozbawili nas między innymi piosenką "Jesteś szalona"! Naprawdę oszaleliśmy, bo ten ich występ był niesamowity :) A jaka niespodzianka!
Myśleliśmy na początku, że oni to zawsze robią, ale okazało się, że taki występ jest tylko dla wybranych :) Na poprawinach Franek rozmawiał z jednym z kelnerów, mój dziadek też zagadał innego i okazało się, że kelnerzy występują tylko na weselach, na których jest dobry klimat do zabawy, kiedy widzą, że para młoda jest w porządku i że wszyscy się fajnie bawią. Mieli kiedyś przypadek, kiedy zrobili taki występ a później para młoda przyszła ze skargą i stwierdziła, że chce obniżenia kosztów jako rekompensaty za zepsute wesele i oskarżyła kelnerów o pijaństwo. Przeżyłam szok, jak to usłyszałam, bo u nas nikt nie miał takich odczuć, wszystkim się bardzo ta niespodzianka podobała :)) Umiemy się bawić! :) I czujemy się wyróżnieni, że dla nas wystąpili :) Nie wyglądamy na snobów czy innych sztywniaków :P W każdym razie atmosfera naprawdę była wspaniała. Nasi goście chwalili zespół i obsługę, ale my podobne pochwały słyszeliśmy właśnie ze strony obsługi. Kamerzystka wychodząc powiedziała nam, że rzadko się zdarza, żeby goście byli tacy chętni do zabawy, tacy weseli i że klimat wesela był naprawdę niepowtarzalny. Podobne słowa usłyszeliśmy od zespołu: powiedzieli nam, że to była dla nich przyjemność, że mogli zagrać dla nas i dla takich fajnych ludzi, jakimi są nasi goście. Wielokrotnie tego wieczoru słyszeliśmy zdania: "Świetny zespół" "Fajnych macie gości" a także "Zajebiste jedzenie" :)
  
Jedzenie naprawdę robiło furorę. Mnie i mojej najbliższej rodzinie te smaki nie były obce - sieć tych restauracji jest dość znana na naszym terenie, zajmują się też cateringiem i na przykład obsługiwali naszą studniówkę. Poza tym to było nasze swojskie jedzenie. Ale goście przyjezdni, zwłaszcza Poznaniacy nie mogli się nachwalić (ha! zawsze twierdziłam, że jedzenie na poznańskich weselach jest takie se :P przynajmniej dla mnie zawsze takie było, bo miałam porównanie do wesel odbywających się w wielu innych regionach).
Nie chcieliśmy eksperymentów. Na pierwsze danie oczywiście rosół :) Żadne tam kremy z borowików, rosół i już. Mięs do wyboru było trochę więcej i tu już akurat zrezygnowaliśmy z tradycyjnego schabowego. Ale były oczywiście kluski :) Chociaż ja nie jestem Ślązaczką, ani moje Miasteczko nie jest śląskie, to już niektóre okolice takowe są, a więc kluski i w ogóle kuchnia śląska nie są nam obce :) Musiałam Poznaniakom pokazać, co się jada na weselach :) Oprócz tego oczywiście był deser w postaci ciasta i lodów, później zimne przekąski. Kolację zamieniliśmy na kolację w postaci grilla, czym znowu zachwyciliśmy gości :) Zajadali się, oj tak :) Poza tym było trochę sałatek, w okolicach północy tradycyjny barszczyk z krokietem a później miała być jeszcze gulaszowa i flaki, ale już nie było komu podawać, więc przenieśliśmy to na poprawiny. Bo naprawdę jedzenia był ogrom i to prawie wszystko w standardzie, bo dodatkowo zamówiliśmy tylko wędzone ryby (rodzina frankowa jest bardzo rybna, więc to był ukłon w ich stronę, ale moja też nie pogardziła) oraz indyka. Nie spodziewaliśmy się jednak, że tego jedzenia standardowego będzie aż tyle - bo podawali jeszcze jeden mały posiłek w gratisie. Więc jedyne na co goście narzekali to ilość tego jedzenia - a właściwie na fakt, że wszystko takie dobre i trzeba spróbować a potem się nie mogą ruszać :)
No i był oczywiście tort. Ten słynny tort, z powodu którego pani z cukierni dzwoniła do mnie niemal z płaczem :P


 No i ładnie  tymi różyczkami, co za różnica, czy byłyby na nim storczyki, czy nie :) A tylko zapłacilibyśmy jakieś 200 zł więcej. Biedna pani niepotrzebnie się przejęła, że będziemy kręcić nosem. A dla nas najważniejsze było, że tort był dobry.
A to wspomniany indyk:


Kurczę, ja specjalnie mięsożerna nie jestem, ale na wspomnienie mięs weselnych ślinka mi cieknie (bo chociaż na weselu za dużo tego nie zjadłam, to mnóstwo zostało i mieliśmy potem obiady przez cały tydzień zapewnione :))
Oczywiście były również oczepiny - w nieco innej formie niż na weselach w Poznaniu, więc to też przyciągnęło uwagę gości (między innymi dlatego tak bardzo zależało mi, żeby robić wesele w moich stronach, chciałam, żeby zobaczyli coś innego, moją okolicę i moje tradycje). Welon złapała moja kuzynka i nie podlegało to dyskusji, bo dosłownie wpadł jej w ręce, ale z muszką już taka prosta sprawa nie była :) Dawno nie widziałam, żeby się kawalerzy tak bili o tę muchę :) A tu trzeba było powtarzać, bo muszka wpadła w ręce kolegi Franka i chłopaka mojej siostry. Żaden nie chciał puścić i ostatecznie ją... rozerwali :P Więc wodzirej zarządził powtórkę. Ostatecznie potwierdziło się, że gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta, bo tym razem mucha dostała się w rękę trzech nieustępliwych kawalerów, ale narzeczony kuzynki od welonu wykazał się sprytem i tak to jakoś zrobił, że tych dwóch zostawił z niczym :)
Później Franek miał do obtańcowania wszystkie panny, a ja wszystkich kawalerów. No i pozostało jeszcze przeprowadzenie testu zgodności małżeńskiej :) Nie wiem, czy znacie tę zabawę oczepinową - w każdym razie w moich stronach jest bardzo popularna, w Poznaniu spotkałam się z nią tylko raz. Młodzi siadają na krzesełkach tyłem do siebie i ściągają buty, każde z nich trzyma  buta swojego i swojego współmałżonka. Prowadzący zadaje pytania w stylu: "Kto pierwszy powiedział kocham cię" (Franek :)) A my odpowiadamy podnosząc buta jej lub jego :) Nie widziałam odpowiedzi Franka ani on moich, ale goście co chwilę wybuchali śmiechem. Myślałam, że to dlatego, że ciągle odpowiadamy inaczej, a tymczasem później okazało się, że byliśmy wyjątkowo zgodni :) Chyba tylko w dwóch czy trzech kwestiach udzieliliśmy innej odpowiedzi :) Niektórzy goście nie mogli wyjść z szoku, że się tak we wszystkim zgadzamy, łącznie z kwestiami - kto bałagani, kto sprząta, kto trzyma kasę, kto rządzi w sypialni, kto jest większym zazdrośnikiem :P No cóż, my to wszystko mamy już od dawna ustalone, pod tym względem rzeczywiście lepiej nie mogliśmy się dobrać ;)

Przy okazji oczepin często jest również podziękowanie dla rodziców, ale na naszym weselu zrobiliśmy to wcześniej, głównie ze względu na mojego dziadka i babcię Franka - nie mieliśmy pewności, że będą chcieli zostać aż do północy, a dla nich również mieliśmy upominki. To właśnie wtedy zatańczyliśmy nasz drugi taniec, dedykowany rodzicom i dziadkom, tym razem do piosenki "Chcę tu zostać". Fajnie się złożyło, bo nasz zespół miał ten kawałek w swoim repertuarze, więc tańczyliśmy do muzyki na żywo. Teraz to już w ogóle był luzik i zero stresu :) A później zatańczyliśmy wszyscy razem: my, nasi rodzice i dziadkowie, oczywiście do piosenki "Cudownych rodziców mam". Tak, wiem, że niektórzy twierdzą, że to oklepane, ale uważam, że nie ma żadnej innej piosenki pasującej tak bardzo na tę okazję. 
Naprawdę piękne to wszystko było... I my też bawiliśmy się wspaniale, teraz to już zupełnie nie rozumiem, kiedy ktoś mówi, że w ogóle nie bawił się na swoim weselu, bo albo nie miał czasu, albo był zbyt zestresowany :) My w zasadzie cały czas byliśmy na parkiecie! W przerwach "na jednego" staraliśmy się podejść do każdego i trochę pogadać, ale nic na siłę, bo nie zawsze się dało. Ale byliśmy :) Dla siebie i dla innych. Siedząc przy stole, czasami patrzyliśmy na siebie i wymienialiśmy swoje spostrzeżenia. Przede wszystkim nie mogliśmy uwierzyć, że to już się dzieje i obiecywaliśmy sobie, że będziemy cieszyć się każdą chwilą i korzystać z każdego momentu na całego. 
Czas rzeczywiście płynął bardzo szybko, ale też nie było tak, że w ogóle nie wiem, kiedy to minęło :) Byłam bardzo świadoma wszystkiego, wiedziałam, że to się właśnie dzieje, a ja jestem w centrum wydarzeń i odczuwałam to całą sobą.
I jak zwykle dodam, że tego się nie da opisać... :) Chociaż być może do tego, jak się czułam i co myślałam jeszcze wrócę, dzisiaj staram się skupić na konkretach.
W zasadzie nie wiem kiedy impreza zaczęła się kończyć :) Tu jeszcze trwała na całego:
Ale to chyba było niedługo po naszym babskim występie - bo ten widzieli jeszcze niemal wszyscy goście. Aa właśnie, bo o babskim występie nie było prawda? :)) A więc to był taki zaplanowany spontan :) Zaplanowany, bo brałyśmy pod uwagę możliwość, że zatańczymy, spontan, bo decyzję podjęłyśmy pod wpływem chwili i tak naprawdę w ogóle nie byłyśmy do tego przygotowane :)
Wystąpiłam ja, moja siostra oraz wszystkie nasze koleżanki! 
Dawno temu, na pierwszym roku studiów, kiedy miałam coś w rodzaju WFu nauczyłyśmy się z dziewczynami układu tanecznego do tego:
Pokazałam to też Dorocie i Jusce i swego czasu tańczyłyśmy sobie to na domówkach, no ale od tego czasu to też już minęło dobre pięć lat :)
Próbowałam też nauczyć dziewczyny tego układu podczas panieńskiego, ale za późno się za to zabrałam, bo flaszki już na stole stały puste i tylko moja siostra cokolwiek załapała :) Mimo to nie zniechęciłyśmy się. Kiedy tylko stwierdziłyśmy, że tak - zatańczymy, przećwiczyłyśmy z Karoliną, Anią i Alą  na szybko gdzieś w jakimś przedsionku podstawowe ruchy. Potem pokazałam jeszcze co i jak Dadze. Reszta poszła na żywioł i robiła to, co my :)
Nie powiem, że byłyśmy mistrzyniami synchronizacji :) Na pewno nie. Nie powiem też, że wszystko wyszło nam pięknie - bo oczywiście, że chwilami się myliłyśmy i obracałyśmy każda w inną stronę, ale nie o to chodziło :) Chodziło o ten żywioł! O to, żeby zrobić coś razem! Skoro zawsze się tak dobrze razem bawimy, to dlaczego nie na moim weselu? :) I co z tego, że było nierówno, myślę, ze większość osób, która na nas patrzyła, widziała zupełnie coś innego - i to właśnie to chciałam pokazać :)
To chyba było moim marzeniem, żeby zorganizować coś takiego na własnym weselu z bliskimi koleżankami i jestem im bardzo wdzięczna, że się na to zgodziły. Niektóre aż się do tego paliły, inne trochę się obawiały, ale żadna nie protestowała, żadna nie była niechętna. Nie obawiały się kompromitacji, nie przeszkadzało im, ze nie znają układu - ani nawet to, że przecież 'występowały' w większości przed ludźmi zupełnie sobie obcymi. Wiem, że zrobiły to też dla mnie i bardzo to doceniam :) Ale jestem też pewna, że niczego nie robiły na siłę. Wiele było pięknych momentów na weselu, a to był jeden z nich...
Chyba po drugiej gości zrobiło się jakoś mniej i powoli każdy dojadał to, co miał na talerzu i dopijał zawartość kieliszka :) Nie mam pojęcia, o której zwinęła się orkiestra - z zapowiedzią, że wrócą jutro, ale chyba jakoś po trzeciej?? Wiem, że ostatni goście - to znaczy nasi rodzice, siostra, ciocia, Karolina, Ania, Dorota i Juska wychodzili po czwartej. Zostaliśmy z Frankiem oraz z Alą i R. którzy pomagali nam jeszcze ogarnąć kilka spraw. 
A później poszliśmy już na górę do naszego "apartamentu nowożeńców" Ach, jakże żal było zdejmować tę moją suknię, o której wiedziałam, że więcej jej już nigdy nie włożę (chociaż... moja mama włożyła swoją na 25tą rocznicę więc kto wie:)) Kiedy ostatni raz patrzyłam na zegarek było po piątej, a to oznacza, że spaliśmy tylko cztery godziny, jednak mimo tego, obudziliśmy się radośni i wcale nie zmęczeni. Ale to już znowu inna historia :)




Ps. Link do piosenki już chyba działa :)





sobota, 11 sierpnia 2012

Aaaaaaa....

....aaaaa!!!!
Właśnie się dowiedziałam, że Karolina kupiła bilety! Karolina, czyli jedna z Hiszpańskich Dziewczyn! Co prawda potwierdzała mi w dzień moich urodzin, że będzie, ale we wtorek dowiedziałam się, że to nie taka prosta sprawa :( Ania będzie bez problemu, bo ma urlop od 8 do 20 września i przyleci do Polski. Ale Karolina jest nauczycielką w prywatnej szkole językowej - i zaczynają rok szkolny akurat 17 września! Miała ogromny problem z biletem powrotnym.
Zmartwiłam się, bo byłam przekonana, że się spotkamy a tu taki klops. Sama szukałam dla niej połączeń i jakieś były, ale wcale nie takie tanie i z przesiadkami. Przyznaję, że zwątpiłam, nie sądziłam, że ktoś mógłby iść na coś takiego tylko po to, żeby przylecieć na wesele koleżanki ze studiów.
Ależ się myliłam! Wczoraj od rana wymieniałyśmy się informacjami na FB i dziś dostałam informację, że: KUPIŁA! Przyleci w czwartek ("mna się nie przejmuj dam se rade sama bez problemu!! Bede się relaksowac przed weselem i cwiczyc tance wygibance!!!" rzekła, gdy zmartwiłam się, że nie będziemy się mogli nią w piątek zająć tak jak byśmy chcieli z racji różnych obowiązków przedweselnych).
Będzie lecieć z Sewilli do Rzymu a z Rzymu do Krakowa (calutki dzień w podróży, bo z tego co widziałam w Rzymie będzie musiała czekać parę godzin). Stamtąd albo przyjedzie z moją siostrą albo ją pokierujemy i wyjdziemy po nią na dworzec w Miasteczku. No a powrót... Wracać będzie z Poznania przez Londyn do Sewilli. Wylot z Poznania o 15:55 a to oznacza, że przynajmniej półtorej godziny wcześniej musi być w Poznaniu. Co z kolei oznacza, że z Miasteczka będzie musiała jechać pociągiem o 7:50. Po weselu!
Jest jeszcze opcja, żeby ktoś ją zawiózł do Miasta Pośredniego skąd miałaby pociąg o 11 i w Poznaniu byłaby i 13:20 - dzięki temu z Miasteczka wystarczyłoby wyjechać po 9tej. No ale wiadomo jak po weselu trudno o kierowcę :) Ale wstępnie rozmawiałam z moim wujkiem, może się uda.

Mimo wszystko Karolina będzie wymęczona - całodniowa podróż i to po weselu. Świeża to ona nie będzie. Do Sewilli przyleci przed północą, a na drugi dzień do pracy... Jak dla mnie jest to niesamowite poświęcenie! W dodatku zapłaciła za bilety chyba z 1000zł (
"spoko kochana.....jak nie bede miala na jedzenie to wezme wyprawke z wesela na tydzien i bedzie dobrze" odpowiedziała mi, kiedy się zauważyłam, ze mimo iż są to tanie linie to te konkretne bilety do najtańszych nie należą). Oboje z Frankiem prosimy ją, żeby sobie jakikolwiek prezent wybiła z głowy...

Do tematu gości w ogóle jeszcze wrócę, ale najpierw chciałam podzielić się tą radosną informacją. Tak sobie myślę - muszą nas chyba ci wszyscy znajomi lubić skoro taki kawał drogi (z Poznania to też jednak ponad 200 km) jadą na nasz ślub :)))

***
Ps. Ponieważ niektóre z Was skarżą się na problemy z komentowaniem, dodałam nowy "wątek" w zakładce "Pomoc techniczna"...

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Po prostu zadowolenie.

Lubię chodzić do pracy. Lubię poniedziałki – nie wstaję rano niczym za karę, a raczej jestem pełna energii i nie mogę doczekać się tego, jak zasiądę przy swoim biurku i ruszę do przodu ze swoimi misternymi tabelkami i wyliczeniami :) To jest trochę jak łamigłówka – kiedy widzę, że na przykład sprzedaż nie zgadza mi się o dwie butelki i szukam przyczyny tej niezgodności. A jaka satysfakcja, gdy widzę, że mam wszystko na zero :)
Ale mimo tego, że lubię swoją pracę, jeszcze bardziej lubię swoje wolne weekendy :) I chociaż najlepsze są te, które możemy spędzać razem z Frankiem, to w najbliższym czasie niestety będą dla nas luksusem, bo Franuś musi pracować. Ale radzę sobie też bez niego :) W piątek wybrałam się z Dorotą na miasto. Posiedziałyśmy przy piwku, obgadałyśmy trochę mój ślub i wesele :P Oczywiście na razie czysto hipotetycznie, bo jeszcze szczegółów żadnych niestety nie znamy – nie mamy nawet kiedy zorganizować spotkania naszych rodziców, żeby pogadać na ten temat :( Cóż, musimy jeszcze chwilę poczekać.
W każdym razie posiedziałyśmy w pubie a potem poszłyśmy potańczyć. Świetnie się bawiłyśmy, ale postanowiłyśmy nie szaleć za bardzo i już o drugiej wróciłam do domu. Ależ Franek był zdziwiony – spodziewał się mnie najwcześniej o siódmej :)) – a zadowolony jeszcze bardziej.
Chociaż wcale tak dużo nie wypiłam, obudziłam się rano z bólem głowy. O ósmej spanikowana zerwałam się z łóżka i dopiero po chwili dotarło do mnie, że mamy sobotę i nie spóźnię się do pracy :) Ale skoro już wstałam, postanowiłam wyjść z domu. Na aerobik :) Dorota wpadła na ten sam pomysł i po dziewiątej już truchtałyśmy w rytm muzyki. I mimo kryzysowego momentu podczas skłonów (u mnie) i pompek (u Doroty) dałyśmy radę, a po aerobiku czułam się rześka, jakbym na żadnej imprezie nie była :) Polecam wszystkim aerobik na kaca ;)
Reszta dnia upłynęła mi na nie-wiadomo-czym. Internet znowu mi zaszwankował (dlaczego zawsze w sobotę??), więc nadrobiłam trochę zaległości w czytaniu. Potem wrócił już Franek i siedzieliśmy sobie razem. A w niedzielę zaskoczyłam mojego narzeczonego (uwaga! sformułowanie użyte po raz pierwszy:)) obiadem. Myślał, ze będą zwykłe kotlety schabowe. Ha! A ja zrobiłam roladki :P Taki był zadowolony z obiadu, że aż mnie zabrał na piwo. Mnie! Nie kolegę :)) To mi się podoba :)
Ale weekend się skończył i zamieniliśmy się rolami – dzisiaj to Franek miał wolne i to ja wracałam po pracy do wysprzątanego domu, a Franuś serwował obiad :)

niedziela, 2 stycznia 2011

Witam w dwa tysiące jedenastym :)

Witam w Nowym Roku :)) Jak się czujecie w 2011? Bo ja przyznam, że jak na razie jest świetnie, oby tak dalej :)
Zacznę może od końca – końca roku 2010, czyli Sylwestra :) Muszę przyznać, że to był naprawdę wspaniały wieczór! Jeden z lepszych. Może znowu polubię ten wieczór? Może wreszcie po tych z 2007 i 2008 Sylwester został odczarowany? :) I na pewno duża w tym zasługa Franka, zachowywał się bez zarzutu, czasami mam wrażenie, że on naprawdę jest osobą, która uczy się na błędach i potrafi się poprawić…
Tak, jak pisałam, ten wieczór spędziliśmy w domu w towarzystwie Franka brata i jego żony. Było naprawdę przyjemnie – wesoło i radośnie, czyli tak, jak powinno być w tę noc :) Jedzenia było naprawdę sporo, większa część przygotowana przez Franka. W ogóle przyznaję, że tego dnia jakaś taka wyjątkowo leniwa byłam i nie miałam serca do niczego. Kiedy wróciłam z pracy, mieszkanie już było wysprzątane a sałatki były zrobione. Ja zajęłam się uszkami, które podawaliśmy z barszczem po północy oraz nakryłam do stołu i byłam odpowiedzialna, za stronę estetyczną :) Świeczki, dekoracje i takie tam :) Franek w tym czasie jeszcze czyścił kuchnię. Goście przyszli niepunktualnie – to ich znak rozpoznawczy :) I dzięki temu ze wszystkim zdążyliśmy idealnie, nawet notkę jeszcze napisałam i w domofon zadzwonił dokładnie w momencie, gdy klikałam ‚publikuj’ :))
Są dwie rzeczy, za które kocham ostatnią noc roku – za fajerwerki i szampana – to mój ulubiony trunek :) Na początku chciałam, abyśmy wzięli butelkę szampana i poszli o północy do centrum miasta obejrzeć pokaz sztucznych ogni. Nie zrobiliśmy jednak tego, ale okazało się, że to była świetna decyzja. Nie sądziłam, że z balkonu mojego nowego miejsca zamieszkania jest tak świetny widok! Widzieliśmy sztuczne ognie z trzech stron miasta, a co dla mnie było najważniejsze – widać było również ten profesjonalny pokaz fajerwerków, organizowany przez miasto! Amatorskie petardy średnio mi się podobają i generalnie spokojnie bym się bez nich obyła, ale takimi pokazami zawsze jestem zachwycona. Według mnie, mają one w sobie coś z magii, zwłaszcza na przełomie roku – w sylwestrową noc uwielbiam patrzeć na sztuczne ognie i wypowiadać po cichu życzenia na kolejny rok… Szampana mieliśmy niestety tylko jednego, więc wyszło po lampce na łebka, ale Franka szwagierka była tak uprzejma, że widząc jak się rozpływam nad smakiem szampana, oddała mi swój kieliszek i wystarczyło jej to, co wypiła od męża :) Nasz Sylwester skończył się w okolicach piątej. Spędziliśmy go rozmawiając, śmiejąc się, jedząc i oczywiście oddaliśmy się naszej ulubionej rozrywce (szwagry też ją lubią:)) – grom planszowym :)) Nie zabrakło też zimnych ogni oraz tańcowania na balkonie. Naprawdę było wspaniale. Po imprezie posprzątaliśmy z Frankiem i położyliśmy się spać :)
Noworoczny poranek spędziliśmy dość leniwie razem. Natomiast popołudnie upłynęło nam w gronie rodzinnym, bo odwiedzili nas rodzice Franka oraz jego kuzyn z żoną i dziećmi. Bardzo dobrze, że wpadli, bo zostało nam tyle jedzenia, że musielibyśmy się tym żywić chyba przez tydzień :P Goście poszli dopiero po 21. I znowu sprzątanie, a potem to już padłam jak kawka :) I obudziłam się dopiero dziś o wpół do dziewiątej. Wczorajszy dzień też był wspaniały. Może Nowy Rok też zostanie odczarowany i nie będzie to już dla mnie najgorszy dzień w roku? :))
Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić razem w domu. Poszliśmy tylko do kościoła i na spacer. A potem każde z nas zajęło się swoimi sprawami – czytaj Franuś gra w Fifę 2011 a ja bloguję :) Ale za chwilę znowu sobie w coś pogramy :)
Na chwilę obecną nastawiona jestem bardzo pozytywnie i nowy rok mi się podoba. Jeśli będzie taki, jak noc sylwestrowa oraz pierwsze dwa dni stycznia, to już mi wystarczy.
Ps. Wiecie czego Franek życzył mi na rok 2011? Żeby „jeden głupek” mi się oświadczył. Phi, bezczelny !  :D