*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na wyjeździe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na wyjeździe. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 października 2014

Ostatnie takie wakacje

Jesteśmy z powrotem :) Urlop był co prawda krótki, ale jakże treściwy! :) To były naprawdę piękne dni - nie tylko pod względem aury, bo pogoda była wyśmienita, ale także dlatego, że mieliśmy mnóstwo czasu tylko dla siebie.
W piątek wyjechaliśmy po śniadaniu i dotarliśmy na miejsce koło południa. Zameldowaliśmy się w pensjonacie, który zarezerwowaliśmy sobie dwa dni wcześniej i wyszliśmy na obiad, małe zakupy i zwiedzanie okolicy. Tego dnia pogoda nas trochę przeraziła, bo nie padało na szczęście, ale było koszmarnie zimno! Tak bardzo, że aż Franek postanowił zakupić sobie kalesony a ja chodziłam w czapce! :) Brrr... Przeszliśmy się deptakiem, zjedliśmy obiad i późnym popołudniem wróciliśmy do pensjonatu ogrzać się przy ciepłej herbatce i delektować się wolnymi chwilami. 
Przy naszym pokoju stał stół bilardowy, więc zagraliśmy sobie, a resztę wieczoru spędziliśmy grając w karty w tysiąca :) Ostatni raz graliśmy w to tylko we dwójkę, gdy zamieszkaliśmy razem ponad cztery lata temu :) Pamiętam dokładnie te pierwsze wspólne dni...
Sobota powitała nas pięknym słońcem! Bardzo nas to ucieszyło, bo mieliśmy na ten dzień zaplanowaną długą trasę spacerową. Najpierw pojechaliśmy do Ustronia i tam wjechaliśmy wyciągiem na Czantorię. Na szczyt było jeszcze około 100 metrów pod górkę i zdecydowałam się iść! Taki mieliśmy plan, a stwierdziłam, że jak nie dam rady, to zawsze możemy zejść. Ale jak to miałabym nie dać rady? :)) Kondycyjnie oczywiście nie miałam z tym problemu, bo jednak mięśnie mam wytrenowane, ale moja wydolność teraz pozostawia wiele do życzenia, a chciałam uniknąć zadyszki, dlatego też wchodziliśmy naprawdę bardzo powoli i co chwilę robiłam przystanki. Nie chciałam, aby podwyższyło mi się tętno, dlatego oddychałam bardzo powoli i głęboko, i gdy tylko czułam, że oddech mi się spłyca, zatrzymywałam się, aby go uregulować. Wszyscy nas wyprzedzali :P Nawet dzieciaki, które ledwo od ziemi odrosły :) Kiedy sobie przypominam, jakie tempo mieliśmy rok temu w Tatrach i jak kosiliśmy wszystkich po drodze, to aż mnie boli! Ale cóż, wszystko dla Tasiemca :P schowałam swoją dumę i ambicję do kieszeni i starałam się po prostu nie forsować. Odpoczywałam nie dlatego, że byłam zmęczona, a po to, żeby tego zmęczenia zawczasu uniknąć i w zasadzie mi się to udało. Ależ miałam satysfakcję, że jestem na szczycie! :) Wypiłam sobie ta herbatkę, zjadłam drugie śniadanie i zaczęliśmy schodzić inną drogą. Znowu bardzo powoli, ale tu już nawet odpoczywać nie musiałam za często. 
Przejście tej trasy zajęło nam naprawdę dużo czasu - łącznie jakieś sześć godzin, bo gdy zeszliśmy z gór, okazało się, że w soboty nie jeździ żaden autobus, którym chcieliśmy wrócić do centrum, więc musieliśmy jeszcze przejść około 5 kilometrów asfaltówką. Paradoksalnie to był najtrudniejszy odcinek całej trasy - pewnie dlatego, że już nie tak przyjemny.
To był bardzo dobry dzień! Męczący, ale w taki pozytywny sposób. Zresztą wiecie, jak ja lubię aktywność fizyczną, świetnie się później czułam i moja satysfakcja była ogromna. Ale postanowiliśmy, że niedziela będzie dla odmiany w wersji bardzo light. Wiecie, że nie jestem skora do przesady, ale czasami po prostu lepiej dmuchać na zimne i po jednym bardziej forsownym dniu, stwierdziliśmy, że tym razem zrobimy sobie tylko spacer do kościoła, a potem wsiedliśmy w samochód i zrobiliśmy sobie wycieczkę objazdową.
Poniedziałek z kolei był już na piechotę, ale raczej po równinach. Staraliśmy się wykorzystać na maksa słońce, więc spacerowaliśmy przez cały dzień od dziewiątej do szesnastej, z przerwami na jedzenie i odpoczynek na ławeczkach. Cudnie było tak sobie siedzieć nad szumiącą Wisłą i delektować się chwilą.
A we wtorek już się powoli żegnaliśmy z miastem, bo nasz pobyt w Wiśle dobiegał końca. Chcemy jeszcze parę ostatnich dni urlopu spędzić w Miasteczku.
Naprawdę było cudownie. Pogoda nie mogła być chyba lepsza o tej porze roku, bo codziennie mieliśmy pełnię słońca, żadnej chmurki na niebie i temperatury w okolicach 12-15 stopni. Aura po prostu chyba wiedziała, że to musi być czas niezwykły pod każdym względem, bo to były bardzo ważne dla nas wakacje. Oboje mamy świadomość, że każde kolejne będą już zupełnie inne... Ale to już temat na zupełnie inną notkę :)

piątek, 20 września 2013

Rocznicowy tydzień

Jak na złość, kiedy tak zajęci jesteśmy świętowaniem, w pracy porządnie się ruszyło i nie wiem w co ręce włożyć. Przychodzę rano i ani się obejrzę, mija osiem godzin.
A przecież tyle mam ostatnio do napisania i nie nadążam:)

Wczoraj wieczorem oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień :P Nie mogliśmy nigdzie na weekend wyjechać (w sensie na przedłużony weekend, bo tak sobie planowaliśmy jeszcze gdy nie wiedzieliśmy, że Franek będzie miał nową pracę),nie mogliśmy się całkowicie w tym świętowaniu zatracić ze względu na szarą rzeczywistość, ale zrobiliśmy co mogliśmy, żeby mimo wszystko stworzyć nastrój i celebrować ten ważny dla nas czas. Udało się :)

Zaczęliśmy od soboty. W weekend w ogóle postanowiliśmy świętować w gronie najbliższych. Najchętniej zrobilibyśmy drugie wesele w tym samym składzie :P Ale wiadomo, nic dwa razy się nie zdarza... Dlatego zaprosiliśmy tylko rodziców, moją siostrę ze szwagrem, dziadka i wujka. Zarezerwowaliśmy stolik w restauracji w Miasteczku. Nie dało się w tej samej, w której mieliśmy wesele, bo odbywało się tam inne wesele, ale zorganizowaliśmy sobie miejsce w innej restauracji z tej sieci w naszej okolicy.
Całą sobotę od rana wspominaliśmy chwila, po chwili, co się działo rok temu :) Uczucie nie do opisania... O 14, czyli godzinie, o której zaczynał się nasz ślub przyjechali z Poznania rodzice Franka. Usiedliśmy sobie przy stole i łyknęliśmy po kieliszku naleweczki :) Później wszyscy się odświętnie ubraliśmy i pojechaliśmy do knajpki, w której w odosobnionym miejscu czekał na nas pięknie nakryty stół.
Posiedzieliśmy sobie tam jedząc, pijąc i rozmawiając ładnych kilka godzin :) Było naprawdę bardzo przyjemnie. Fajna była ta świadomość, że zebraliśmy się w konkretnym celu i że ten dzień nie tylko dla nas jest ważny, a nasi bliscy chcą świętować razem z nami. Na koniec Franek poszedł zapłacić, a na ciekawskie pytanie kelnera, cóż to za okazja, z dumą odpowiedział, że rocznica ślubu! :) Jak fajnie jest móc się tym pochwalić ;)
W niedzielę rano poszliśmy do kościoła i od razu na początku spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo, bo traf chciał, że mszę odprawiał nie kto inny, jak ksiądz, który udzielał nam ślubu! Ten drobiazg sprawił, że i tak szczególna dla nas msza nabrała jeszcze bardziej symbolicznego znaczenia :)
Rocznicowy dzień spędziliśmy w dość oryginalny sposób, bo... w Juraparku w Krasiejowie! :D Taki był pomysł, żebyśmy wraz z rodzicami wybrali się na jakąś przyjemną, ciekawą wycieczkę gdzieś niedaleko i padło właśnie na to miejsce :) Nie bardzo wiedzieliśmy, czego się spodziewać, bo różne opinie słyszałam na temat takich miejsc, ale Krasiejów naprawdę pozytywnie nas zaskoczył. Wbrew naszym oczekiwaniom, wycieczka nie polegała tylko na spacerze pośród większych i mniejszych sztucznych dinozaurów. Była cała masa dodatkowych atrakcji! W tunelu czasu - do którego wjeżdżało się wagonikami, a który okazał się trójwymiarowym kinem - usłyszeliśmy naukowe wyjaśnienie procesów które zachodziły na naszej planecie miliony lat temu. W innym miejscu widzieliśmy prawdziwe kości dinozaurów znalezione właśnie na tamtym terenie oraz zobaczyliśmy rekonstrukcję codziennego żywota tamtych zwierząt. Największą atrakcją jednak było chyba oceanarium :) Być może ktoś z Was wybierze się tam kiedyś, więc nie chcę zdradzać niespodzianek, ale naprawdę było tam co oglądać! Wszystko było w trójwymiarze i w zasadzie trudno uwierzyć, że to były tylko ruchome obrazy, a nie prawdziwe zwierzęta. W dodatku wszystko było zorganizowane bardzo pomysłowo i w taki sposób, żeby zaskoczyć zwiedzającego. Chętnie wybiorę się tam ponownie! Zwłaszcza, że były tam jeszcze inne atrakcje, jak np. wesołe miasteczko, plaża i kino 5D których nie zaliczyliśmy z różnych mniej lub bardziej oczywistych powodów.
Spędziliśmy tam kilka godzin i musieliśmy wracać - po drodze jeszcze obiad w restauracji, a potem pakowanie i rozjechaliśmy się w dwie różne strony :P Rodzice Franka na północny zachód, my na północny wschód. Moi rodzice zostali na miejscu ;)
W samochodzie trochę sobie z Frankiem pogawędziliśmy, jak to zwykle bywa. Lubimy jeździć samochodem w dłuższe trasy, choćby dlatego, że jest okazja, żeby porozmawiać, a w dodatku, jak już kiedyś wspominałam, nie wiedzieć czemu, Franek w aucie staje się bardzo wylewny :) Zachwycaliśmy się trochę minionymi dniami i nietypowym trochę, ale jednak udanym świętowaniem. Cieszyliśmy się, że wszystko nam wyszło. Na miejsce dojechaliśmy późno, więc w ekspresowym tempie umyliśmy się i poszliśmy spać ;)

Zgodnie z umową, przed nami były jeszcze trzy dni obchodów :P Niestety w poniedziałek i środę kończyłam pracę dopiero o 19, więc za wiele czasu nie mieliśmy, ale wystarczyło. Te dni spędziliśmy w domu. Po pracy zjadaliśmy obiad, a później odcinaliśmy się od wszystkiego i przy kieliszku wina, oglądaliśmy zdjęcia i film z wesela :) Miło było tak siedzieć trzymając się za ręce i przytulając w ciemnym pokoju i wspominać jeszcze raz to wszystko - tym razem za pomocą dodatkowego bodźca, jakim był film...
W środę oficjalnie zakończyliśmy rocznicowy tydzień  wspólną kąpielą :) 

Ostatnie dni były trochę zabiegane ze względu na naszą pracę. Poza tym dość ponure - ze względu na aurę na dworze. A jednak świętowanie bardzo nam się udało. Nie robiliśmy nic nadzwyczajnego i musieliśmy nasze obchody połączyć z przyziemną rzeczywistością dnia codziennego, ale i tak było magicznie. Wiedzieliśmy po co to robimy i z jakiego powodu i to nam wystarczyło, żeby było niezwykle ;)

Ps. Notkę pisałam przez dwa dni, stąd ewentualne nieścisłości czasowe ;)


niedziela, 28 lipca 2013

Niech żyją znowu wakacje :)

Nareszcie się urlopuję. Kocham swoją pracę, naprawdę. Teraz, odkąd się przeniosłam, podoba mi się jeszcze bardziej, mimo, że obawy miałam ogromniaste. Ale nawet kierownik logistyki musi czasami odpocząć :P Poza tym kocham też mieć wolny czas :)
W każdym razie, na ostatnim beztroskim urlopie byłam podczas październikowej podróży poślubnej. A od tamtej pory wiele się wydarzyło - głównie stresogennych rzeczy. W pierwszej połowie roku nie mogłam sobie pozwolić na dłuższy urlop, więc poza jednym długim weekendem, który zresztą w połowie spędziłam na pakowaniu i przygotowaniach do przeprowadzki, niewiele miałam chwil wytchnienia. Aż do teraz :)
Przyznam, że po raz pierwszy idę na urlop lekko niespokojna - zostawiam wszystko w rękach Asystenta i mam nadzieję, że sobie da radę, a niestety mam pewne obawy co do tego. Jest jeszcze niedoświadczony i nienawykły do podejmowania szybkich decyzji. Moja praca w dużej mierze teraz właśnie na tym polega - podejmuję decyzje lub zlecam komuś wykonanie usługi, która w ostatecznym rozrachunku ma po prostu służyć zadowoleniu klienta. Ale ja w tym siedzę już ponad dwa lata, zdążyłam się zorientować co, kiedy trzeba zrobić, kiedy kogoś ochrzanić, a kiedy poprosić... Uspokaja mnie to, że ostatnie dwa tygodnie, podczas których to Asystent się urlopował, były naprawdę spokojne ze względu na sezon wakacyjny. Jeśli tak będzie nadal, poradzi sobie i będzie to dobry trening dla niego, bo to i tak będzie wyzwanie.
Ale wyłączam się :) Ok, telefony będę odbierać, bo nie są one dla mnie szczególnym problemem, ale wyjdę z założenia, że skoro Pani Prezes idzie na urlop, to ja też mogę :P I zero sprawdzania służbowej skrzynki mailowej :)

Wsiadłam sobie wczoraj rano do Polskiego Busa i przyjechałam do Poznania. 20 złotych za 300 km :) Nawet nie przeszkadza mi to, że tracimy sporo czasu, bo kurs jest przez Łódź. Jest dużo wygodniej i przyjemniej niż w pociągu - nawet IC. I taniej!
Franek odebrał mnie z dworca na Górczynie, zjedliśmy obiad i on poszedł spać, a ja na rynek, gdzie umówiłam się z hiszpańską Anią :) No jak zwykle sobie coś wkręciłam, gdy nie było powodu, ale do tego jeszcze wrócę :)

Dzisiaj natomiast Franek znowu z rana poszedł do pracy, a ja miałam całą chatę teściów dla siebie, bo oni ten upalny weekend spędzają na działce. Od rana w zasadzie tylko czytałam, czytałam i czytałam. I od razu poczułam, że mam wolne :)
Jeszcze tylko jutro, a we wtorek wyjeżdżamy do Miasteczka. Zaczynam się przyzwyczajać do tego jeżdżenia przez Poznań (mimo, że w ten sposób z 260 km robi mi się 500 :), ale z Warszawy do Miasteczka połączenia są żadne!) i całkiem mi się to podoba :) Dwie pieczenie na jednym ogniu zawsze upiekę dzięki temu.
Tym razem do Miasteczka wpadamy tylko na chwilę - prześpimy się i wyruszamy w ukochane Tatry! Nareszcie! Dawno nas tam nie było! Już zacieramy ręce, a właściwie nogi, na myśl o szczytach, które zdobędziemy :)
A potem - się zobaczy. Może zostaniemy w Miasteczku. A może wyruszymy do Podwarszawia wcześniej. Wszystko okaże się - mam nadzieję - jutro, a najpóźniej we wtorek. Bo chyba czeka nas kolejna rewolucja. Ale do tego jak widać też się można przyzwyczaić.

niedziela, 7 kwietnia 2013

W obrazkach


Dziś kolejna porcja wspomnień z odbytej już dawno podróży poślubnej :) Tyle, że dziś minimum słów, a maksimum widoków :)

Oto brzeg, którym spacerowaliśmy sobie rankami i wieczorami:


 Kiedy nie spacerowaliśmy, obserwowaliśmy fale...
...lub się w nie zanurzaliśmy :) Tu akurat Franek:
 A tu ja :) W oddali wyspa Lobos.
 Tutaj kawałek rezerwatu na wyspie. I kawałek Franka :P
 Tu podziwiam sobie widoki :) We wspomnianej czerwonej sukience ;)) Proszę zwrócić uwagę na prawą dłoń. Cosik się na niej błyszczy ;) W końcu to podróż POŚLUBNA :)


Tu wieczorny widok na leżaczki, na których w ciągu dnia się wylegiwaliśmy.




 A gdy się nie wylegiwaliśmy, to sobie popijaliśmy drinki. W tym momencie popijam zielonego, ale niestety, słabo został uwieczniony ;) Musicie uwierzyć na słowo.

 Nie mogło w tej fotoopowieści zabraknąć wschodów słońca :)


Zachodów takoż ;)

A po wspaniałych siedmiu dniach trzeba było wsiąść na pokład samolotu. W oddali, za tymi chmurami było widać Afrykę :) Jednak nieśmiała jest, więc się schowała do zdjęcia.


Za to Hiszpania się nie wstydziła :)) Przedstawiam Wam Walencję.
 

Cudnie było. Oglądamy te zdjęcia na okrągło. I cieplej od razu się robi. (chociaż wiosna nareszcie zaczyna już do nas nieśmiało pukać:))
Chciałoby się wrócić do tamtego czasu. I nie tylko dlatego, że chcę beztroskich wakacji na wyspach. Ale chciałoby się wrócić do tych czasów słodkiej nieświadomości i poczucia pełni szczęścia. Chociaż... nie.. chyba lepiej mi z tą wiedzą, którą mam. Nawet mimo tego, że czasami wydaje mi się, że tej pełni nie poczuję.. no może nie nigdy, ale jeszcze przez długi czas :)

czwartek, 28 marca 2013

Ciepłe wspomnienia

O ja pinkolę! Cały tydzień mnie tu nie było?? Nawet nie wiem, kiedy to minęło. A miałam już dawno notkę przygotowaną (na pierwszy dzień wiosny, ale znaleziony łańcuszek dostał priorytet). Problem z nią tylko taki, że muszę jeszcze zdjęcia dorzucić i nie miałam się kiedy tym zająć. Postanowiłam więc zrobić inaczej - notkę wrzucę, a zdjęcia następnym razem - bez notki :P

*** 

Tej pogodzie coś się chyba pomyliło. No porąbało ją i tyle :/ Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w pierwszy dzień wiosny za oknem było całkiem biało! Przymrozki się zdarzały, jakieś tam śniegowe prószenie też. Ale bez przesadyzmu! Czegoś takiego to nie było!
Rozmyślałam sobie dzisiaj na ten temat i postanowiłam się ogrzać ciepłymi wspomnieniami. Wtedy mnie oświeciło! Przecież nie opisałam w końcu jak to było na tych naszych wakacjach! Najpierw nie miałam czasu, potem z blogowaniem było mi nie po drodze, później nastroju nie miałam, a potem mnóstwo innych spraw na głowie i jakoś się nie złożyło. No więc dzisiaj na złość zrobię tej głupiej zimie i będę pisać o lecie! :D

A konkretnie o później jesieni, kiedy to byliśmy na Fuerteventurze.
Jak już wspominałam, pierwszy raz byliśmy na tego typu wakacjach. Zazwyczaj wszystko sami planujemy, dużo zwiedzamy, chodzimy, jesteśmy bardzo aktywni. Tym razem postanowiliśmy postawić przede wszystkim na leniuchowanie. Stwierdziliśmy, że podróż poślubna to na tyle wyjątkowa okazja, że trzeba to świętować trochę inaczej :)
Muszę przyznać, że klimat tamtego miejsca naprawdę temu sprzyjał. Początkowo planowaliśmy trzy dni leżeć plackiem i trzy dni zwiedzać - przy czym mieliśmy to robić na przemian, ale potem trochę zmodyfikowaliśmy nasze plany. Szybko podziałał na nas klimat tamtego miejsca. Kiedy recepcjonistka nas meldowała, zostaliśmy odesłani do drink baru przy basenie. I już wiedzieliśmy, że to będą prawdziwe wakacje :):)

 Kiedy już dostaliśmy klucz do pokoju, rozpakowaliśmy się trochę i odświeżyliśmy po podróży (przecież z przygodami była :)). A później obiad. Nigdy nie byłam na wakacjach typu all-inclusive i nie bardzo wiedziałam, co one znaczą. Teraz już wiem - wyżerka :P Tyle było pyszności, że naprawdę człowiek chciał spróbować wszystkiego. Wyszłam totalnie objedzona. W sam raz, żeby udać się na sjestę na leżaku przy basenie. Końcówka października, a ja w letniej sukience, na leżaczku, słoneczko mi przygrzewa. Błogo się zrobiło i sobie trochę przysnęłam :) Później mieliśmy jeszcze spotkanie z rezydentką, a po nim... kolacja :P Wieczorem zrobiliśmy sobie krótki spacer brzegiem oceanu i wróciliśmy do hotelu, bo chcieliśmy obejrzeć jakiś występ zaplanowany na ten dzień. Jak się później okazało, tego typu rozrywka oferowana była co wieczór. Były to tańce, występy kabaretowe, śpiewanie, jakieś sztuczki-magiczki itp... Ale pierwszego wieczoru nie bardzo jeszcze byliśmy z tym wszystkim obyci. Franek popijał sobie ulubione piwko, którego wreszcie miał pod dostatkiem, a ja wypatrzyłam, że ludzie chodzą z kolorowymi drinkami i strasznie miałam na nie ochotę. Ale się wstydziłam po nie pójść :P Bo nie wiedziałam, czy za to trzeba dodatkowo płacić, ani nie byłam pewna do kogo mam po tego drinka iść :) No co? Naprawdę nigdy wcześniej nie byłam na takich wakacjach :) Obserwowałam więc, gdzie idą i co mówią inni ludzie i zorientowałam się, że jednak za darmo :) Ale dziwnie mi trochę było tak iść do baru, prosić o napój i odchodzić nie zapłaciwszy :) 
Tego pierwszego wieczoru wypiłam dwa przepyszne koktajle alkoholowe i walczyłam ze snem oglądając to, co się działo na scenie. Byłam wymęczona i Franek kilka razy przyłapał mnie na tym, że oczy już miałam zamknięte :) Szybko więc skierowaliśmy się do pokoju, padliśmy na łóżko i spaliśmy do samego rana. 

Kolejne dni były już tylko piękniejsze i bardziej błogie :) Chodziliśmy na plażę nad oceanem, potem na obiad. Następnie schodziliśmy na leżaki przy basenie i tam opalaliśmy się i czytaliśmy. Później była kolacja, ewentualny spacer a wieczorem drinkowanie. Siadaliśmy w auli albo przy stoliku na tarasie i stamtąd obserwowaliśmy codzienne "show" (bo tak się nazywały te występy) Rozmawialiśmy - o przeszłości - czyli o naszym ślubie i weselu. O teraźniejszości - czyli jak nam jest teraz dobrze i błogo oraz o przyszłości - planach mieszkaniowych, pracy... (ach, żebyśmy wtedy wiedzieli to, co dziś.. ;P)
Jeszcze teraz mam w głowie obraz naszej dwójki - siedzimy przy małym stoliku. Franek w długich czarnych spodniach i eleganckiej koszuli z krótkim rękawkiem, ja w czerwonej sukience i szaro-czerwonych balerinkach. Popijam zielonego drinka, a on piwo. W ręku trzymam książkę, którą podczytuję, kiedy nie rozmawiamy i gdy nie zerkam na scenę. Wieje leciutki wiatr. Powietrze pachnie wakacjami. A mnie jest tak dobrze... :)

Planowaliśmy w środę ruszyć tyłki, ale tak dobrze nam się leniuchowało, że odpuściliśmy sobie i dopiero w czwartek zrobiliśmy sobie w pierwszej połowie dnia długi spacer do Corralejo - miejscowości niedaleko naszego hotelu. Czuliśmy się rozgrzeszeni, że nie korzystamy ze słońca, bo akurat tego dnia schowało się lekko za chmurami :) Szliśmy brzegiem oceanu a po dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce. Poszliśmy tam właściwie bez celu - dla samej przechadzki. W mieście nie było nic ciekawego, więc ruszyliśmy z powrotem. Słońce zdążyło już znowu wyjść, a gdy spojrzeliśmy na termometr było ponad 30 stopni (25go października :)). Dotarliśmy akurat w samą porę żeby załapać się jeszcze na jakieś konkretne przekąski w barze przy basenie. Zjedliśmy i... oczywiście skierowaliśmy się w stronę leżaków, żeby odpocząć po tej wyczerpującej pierwszej połowie dnia :P I przed kolejnym dniem - bo mieliśmy już zaplanowaną wycieczkę objazdową po całej wyspie (ale ta zasługuje na osobną notkę - oby nie za kolejne pół roku :P), która zajęła nam calutki piątek. Przyjechaliśmy wieczorem, zjedliśmy kolację (w końcu prawie cały dzień głodowaliśmy :D) i odebraliśmy telefon od Ani i Karoliny, bo okazało się, że one z Hiszpanii mogą na wyspy dzwonić za darmo :) Pogadaliśmy trochę, powspominaliśmy wesele i umówiliśmy się, że wkrótce odwiedzimy dziewczyny w ich nowym mieszkaniu w Sevilli (cóż, na razie się na to nie zanosi, ale może  jeszcze się uda, pomimo wszystkich zmian) A wieczorem poszliśmy na dyskotekę :P No tego się po nas nie spodziewałam :) Poszliśmy niby tylko na chwilę, zobaczyć, jak jest. Ale zachciało mi się tańczyć i pląsałam wokół Franka, który na podrygi nie miał za bardzo ochoty i stał przy stoliku obserwując, jak go obskakuję :P No dobra, raz to ja mogłam trochę wokół niego poskakać, a co, niech ma chłopak coś z życia :)
Sobota była już naszym ostatnim dniem pobytu na wyspie, więc definitywnie postanowiliśmy, że nie robimy nic poza korzystaniem ze słońca, wody, leżaków, drinków i jedzenia! Plan został zrealizowany w całości :) A wieczorem posiedzieliśmy na balkonie popijając szampana, którego dostaliśmy pierwszego dnia od obsługi hotelu - w ramach prezentu ślubnego. Słuchaliśmy szumu oceanu, gwaru rozmów przy stolikach barowych na dole, obserwowaliśmy gwiazdy... Delektowaliśmy się chwilą, a jednocześnie żałowaliśmy bardzo, że nasz krótki pobyt w tym miejscu dobiega końca.
W niedzielę zdążyliśmy już tylko zjeść śniadanie, dokończyć pakowanie i musieliśmy udać się na autokar, który zawiózł nas na lotnisko. 
I tak niestety skończyły się te nasze najpiękniejsze wakacje, które zdecydowanie spełniły nasze oczekiwania jeśli chodzi o to, jak powinna wyglądać podróż poślubna. Była naprawdę wymarzona :)

A potem trzeba było zejść na ziemię, gdy w Poznaniu wyszliśmy z samolotu i okazało się, że temperatura oscyluje wokół zera. A my - opaleni, w półbucikach, lekkich kurtkach i z walizkami pełnymi słońca i pięknych wspomnień nie do końca potrafiliśmy się w pierwszej chwili odnaleźć na starych śmieciach.

Ech... Kiedy to było? :D

środa, 27 lutego 2013

Pracowita refleksja



Siedziałam dzisiaj w warszawskiej sali konferencyjnej w towarzystwie marketingowca oraz dwójki gości z Anglii. Tłumaczyłam im procedury sprzedaży, omawialiśmy problemy z oprogramowaniem. Pytali, czy mam jakieś sugestie, dotyczące ulepszenia raportów. Wspólnie analizowaliśmy tabelki i wykresy.  Później wyszliśmy na lunch (śmiać mi się zawsze z tego słowa chce, wydaje mi się jakieś pretensjonalne :)) i rozmawialiśmy o sprawach nie tylko służbowych. Wszystko po angielsku.

Naszła mnie refleksja, że kiedyś to wszystko wydawało się kompletnie poza moim zasięgiem.  Delegacje, dojazdy taksówką na koszt firmy, spotkania  z zagranicznymi gośćmi, konferencje, omawianie strategii, laptop, komórka... A już w ogóle nie do pomyślenia było, że na takiej konferencji nie będę robić tylko za sekretarza, ale ktoś mnie będzie słuchał! Pytał o zdanie! Ba! Traktował jak osobę, która wie o czym mówi i od której inni mieliby się uczyć.
Takie rzeczy to tylko dla ludzi w garniturach i garsonkach. Tych ważnych. Nie dla jakiejś Margolki, która z jakiegoś zapyziałego Miasteczka se przyjechała. To dla tych, co karierę robią, a nie dla takiej, która zawsze chciała mieć męża na własność i może jeszcze jakieś dzieci.
Okazało się, że nie wszystko jest tak niedostępne i że czasami ktoś potrafi docenić nie tyle przebojowość i bezkompromisowość, co pracowitość i solidność. A niektóre rzeczy wcale nie są takie burżujskie i snobistyczne, ale całkiem normalne i dostępne zwykłym śmiertelnikom :) Tylko z daleka wydają się "ważniakowate" :P

Tak, to jest to, w czym się realizuję, co sprawia mi radość, co chciałabym w życiu robić. Ponieważ jestem już wykończona*, skupię się właśnie na tym i będę się delektować tą myślą. Nie będę się teraz zastanawiać nad tym, jakie może to za sobą nieść konsekwencje.

*notkę oczywiście napisałam wczoraj w pociągu a moje wykończenie było na tyle skrajne, że jak weszłam do domu to włączyłam komputer po to, żeby go od razu wyłączyć i poszłam spać! :)

sobota, 1 grudnia 2012

Ciepłych wspomnień początek

A więc witajcie w grudniu (nie do wiary!). Na szczęście jeszcze nie przysypało świata na biało, tak jak miało to miejsce dwa lata temu, ale to więcej niż pewne, że bez zimy w tym roku się nie obejdzie. Niestety. Ale cóż, trzeba przeżyć i to. A tymczasem, może to właśnie najlepszy moment, aby ogrzać się trochę przy wspomnieniach z wakacji... :) 

Wylot na Fuerteventurę zaplanowany był na niedzielę 21 października po godzinie 18. Obudziliśy się rano w nastroju oczekiwania. Odsłoniłam rolety i zdziwiłam się, że po takiej pięknej, słonecznej sobocie na zewnątrz jest tak ponuro i szaro. A właściwie biało, bo wszystko zasnute było mgłą. Ale nie przejęłam się tym specjalnie, jakoś nie skojarzyłam... Dopiero Franek uświadomił mi, że lepiej żeby do popołudnia mgła opadła, bo nie polecimy, czym zasiał we mnie odrobinę niepokoju. Ale był dopiero poranek i nawet mimo tego, ze mgła wydawała się wyjątkowo gęsta i nie opadała przez długi czas, wydawało się niemożliwe, że nie przejdzie do osiemnastej. I rzeczywiście, pół godziny przed naszym wyjściem z domu wyjrzało słońce. Na lotnisko jechaliśmy już uspokojeni i pewni, że wszystko będzie w porządku. Błąd. Dosłownie kilkaset metrów przed lotniskiem mgła znowu się pojawiła. I gęstniała z minuty na minutę. Odprawa odbyła się normalnie, przeszliśmy przez bramki i udaliśmy się do strefy dla VIPów  (prezent ślubny od naszego biura podróży). Na początku jeszcze wydawało nam się, że będzie dobrze, dopóki nie odwołali pierwszego lotu. Później siedziałam cała w nerwach, bo nie wiedziałam, co się dzieje w takiej sytuacji. Okazało się, że nasz lot został przekierowany. Przez megafony ogłoszono, że mamy odebrać bagaże i udać się do autobusów czekających na zewnątrz, które zawiozą nas do Warszawy. 

Podróż trwała dość długo, bo warunki nie były najlepsze. Cały czas wydawało nam się, że polecimy, bo nikt nie udzielił nam innej informacji, chociaż wydawało nam się to bardzo dziwne - zwłaszcza, gdy słyszeliśmy wiadomości radiowe i gdy moja mama zadzwoniła z wiadomością, że w telewizji podają, że wszystkie lotniska są pozamykane. Jednak autokar zawiózł nas od razu do hotelu. Tam zjedliśmy kolację, zameldowaliśmy się i usłyszeliśmy, że mamy się dowiadywać, co dalej. W okolicach północy trafiliśmy do pokoju hotelowego i położyliśmy się, ale tylko na chwilę, bo po pierwszej zadzwoniłam na recepcję i dowiedziałam się, że od drugiej będą podstawiane autobusy, które zawiozą nas na lotnisko. Zdrzemnęliśmy się jeszcze chwilę a przed trzecią wyszliśmy do autobusu. I znowu odprawa, czekanie i wejście na pokład samolotu. O 4:35 wysłałam smsa, że za chwilę startujemy, ale moment później kapitan powiedział, że są jakieś problemy techniczne i muszą wszystko posprawdzać... Jak pech to pech. Ostatecznie wylecieliśmy o 5:50. A i tak mieliśmy szczęście, bo z tego, co później słyszałam, to był jedyny lot jaki wypuścili przez długi czas...

Na miejsce dolecieliśmy po około pięciu godzinach. I jakby nie było, z dwunastogodzinnym opóźnieniem. Jak widzicie podróż mieliśmy z mega przygodami. Byliśmy zmęczeni i nieco zawiedzieni, że tak wyszło, ale nie źli - bo przecież takie rzeczy po prostu się zdarzają. Na szczęście później było już tylko lepiej :) Zameldowaliśmy się, pojechaliśmy windą na ostatnie piętro naszego hotelu, do pokoju 730 i rozpoczęliśmy jedne z najwspanialszych wakacji w życiu! 

To nasz hotel


 i widok z niego:

 


 

niedziela, 29 lipca 2012

Urlopowe opowieści

Napiszę wreszcie parę słów na temat samego urlopu i pobytu nad morzem, zanim się wszystko całkiem przedawni :)

Oczywiście najbardziej interesowała nas pogoda, ale prognozy nie były dla nas pomyślne, więc choć początkowo zakładaliśmy wyjazd w środę, zdecydowaliśmy się go przesunąć o jeden dzień. I na dobre nam to wyszło, bo przynajmniej kupiliśmy garnitur Frankowi :) W czwartek rano nareszcie wyszło słońce, chociaż w drodze różnie bywało. Wcześniej planowaliśmy noclegi pod namiotem, ale podobnie jak w ubiegłym roku, aura nam nie sprzyjała. Ostatecznie kilka dni przed wyjazdem zadzwoniłam do tego samego miejsca, w którym spaliśmy w zeszłym roku i zarezerwowałam nocleg. Do Grzybowa zajechaliśmy w południe. I od razu zostaliśmy mile zaskoczeni przyjęciem nas przez gospodynię. Rok temu była na początku jakaś gburowata, teraz przez telefon również (właśnie Iza, zapomniałam Cię o tym uprzedzić podczas naszej rozmowy telefonicznej) - a tym razem była bardzo miła i pamiętała nas. Kiedy dowiedziała się, że wkrótce bierzemy ślub pogratulowała nam i zaprosiła na przyszły rok obiecując dobę gratis :)

Ale wracając do samego urlopu - zdążyliśmy się rozpakować i wyszliśmy, żeby przywitać się z morzem, kiedy zaczęło padać :/ I tak padało przez jakiś czas, więc posiedzieliśmy w domku - ja czytałam, Franek spał. Ale po południu niebo sie rozpogodziło, więc wyszliśmy na obiad i spacer. Na wieczór nie mieliśmy żadnych specjalnych planów i ogólnie czuliśmy się trochę zmęczeni, więc poszliśmy szybciej spać, z nadzieją na to, że następny dzień będzie ciepły i słoneczny.
Niestety nie ziściło się - od rana było raczej pochmurno i zdecydowanie zanosiło się na deszcz, więc postanowiliśmy się przejść plażą do Kołobrzegu. To był całkiem dobry pomysł, zwłaszcza, że ostatecznie deszcz nie był bardzo uciążliwy. Wróciliśmy po kilku godzinach i znowu późnym popołudniem pogoda się poprawiła. Jak już wiecie, umożliwiło nam to spędzenie przyjemnego wieczoru na plaży :)

Wiecie również, że od soboty dostałam urodzinowy prezent w postaci słońca! Ponieważ mocno wiało, szybko pobiegliśmy kupić parawan i popędziliśmy na plażę. Spędziliśmy na niej kilka godzin. Popołudnie mieliśmy już zarezerwowane wcześniej, bo przyjechał kuzyn Franka z rodziną. Spędziliśmy razem przyjemny czas, a my ciociowaliśmy i wujkowaliśmy Kubie i Gabrysi :) Nie jest to najgorsza rola, zdecydowanie wolę dzieci, które już coś kumają z tego, co się do nich mówi - a ta dwójka już do tego dojrzała. Kuba nawet na tyle, że opowiadał mi pełnymi zdaniami o tym, jak to koziołek matołek wpadł do wulkanu i pokonał smoko... yyyy smokocoś tam, nie pamiętam :P
A najlepszy numer wywinął, kiedy w niedzielę bawił się z nami w "ciepło-zimno" zakopując moją bransoletkę w piasku. W którymś momencie chował ją dla wujka (Franka). Zakopał ją w jednym miejscu po czym mówi do mnie: "Ciocia to teraz mów wujkowi czy ciepło, czy zimno, a ja idę tam" I gdzieś pobiegł. Nie ma co, potrafi dziecko zorganizować zabawę dorosłym :D

Sobotni wieczór, jak również już wiecie spędziliśmy na plaży obserwując piękny zachód słońca :) A niedziela była pogodna od rana i delektowaliśmy się słońcem prawie do samego wyjazdu. Pozostało nam tylko trochę czasu na obiad i zakup "pamiątek" (ja żelki-smerfy a Franek wędzoną rybę :P). Wyruszyliśmy o 16:30, a po drodze wypatrywaliśmy kościoła, bo w Grzybowie nie zdążyliśmy pójść rano, a potem było nam szkoda rezygnować z ostatnich chwil na plaży. Niestety mieliśmy pecha i kiedy tylko wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości, to okazywało się, że albo msza dopiero za godzinę, albo trwa już od jakiegoś czasu. Jednak wszystko nam sprzyjało i dojechaliśmy do Poznania na tyle szybko, że zdążyliśmy na ostatnią mszę w naszym kościele :) (śmiejemy się, że Panu Bogu zależało na tym, żebyśmy dojechali na czas, bo jeszcze nigdy podróż z nad morza, zwłaszcza w niedzielę, nie zajęła nam mniej niż 4h)

Cóż mogę napisać? Piękne jest nasze morze. Oczywiście pewnie wiecie, że o górach zawsze piszę to samo. Ale nie potrafiłabym wybrać, które miejsce jest piękniejsze, czy lepsze na spędzenie urlopu. Są to tak różne zakątki Polski, że nie potrafiłabym zdecydować. Po coś innego się jedzie nad morze, a po coś innego w góry :) Moim zdaniem są to nasze polskie cuda i mamy szczęście, że tak się nam trafiło w naszym kraju, że możemy się delektować jednym i drugim :)

Ps. Ha! I dobrze tak tym Włochom, którzy powiedzieli, że boją się tylko Rosji, bo Polacy są od nich słabsi. No to macie słabszą drużynę, która wygrywa seta z przewagą 11 pkt! :D

czwartek, 26 lipca 2012

Świętujemy

Jak juz wspominałam, rocznica zaręczyn była tylko jedną z kilku okazji do świętowania. Lipiec w ogóle w nie obfituje u nas, bo nie dość, że w tym miesiącu minęły dwa lata odkąd zamieszkaliśmy razem, to jeszcze siedemnastego świętowaliśmy sześć wspólnych lat, a dwudziestego pierwszego moje urodziny.
Zaczęłam od środka i naszych zaręczyn, a tak naprawdę powinnam zacząć od tego, że Franek oszalał :) I wcale nie dlatego, że chciał mi podarować płyn do kibelka, gdyż jak słusznie podejrzewałyście - i ja zresztą również - to była tylko zasłona dymna :) Ale dlatego, że w ostatnim czasie dosłownie zasypał mnie prezentami!
W ogóle nie wiem, czy już kiedyś wspominałam, że bardzo lubię dostawać od niego prezenty. I to wcale nie dlatego, że w ogóle lubię je dostawać :P Ale dlatego, że są one niezwykle przemyślane (nawet, gdy kupowane na szybko! nie wiem, jak on to robi) i zawsze trafione (poza jedną wpadką, ale to było dawno :)) Tym razem też tak było... Zresztą tytuł książki, którą Wam wczoraj pokazałam mówi sam za siebie :)
Ponad tydzień temu - 17 lipca upłynęło sześć lat, odkąd jesteśmy razem. Nie spodziewałam się ani trochę tego, że z tej okazji coś od Franka dostanę. A dostałam książkę i paczkę żelków. Do tego zrobił obiad i wielki deser. Żeby nie było, że ja nic dla niego nie miałam - Franek kupił sobie grę komputerową, o której już od dawna marzył, więc umówiliśmy się, że to prezent ode mnie :P Nie świętowaliśmy jednak tego dnia szczególnie długo, bo jak zapewne pamiętacie, byłam nieco zmęczona :) Ale dzień był bardzo miły i naprawdę zrobiło mi się bardzo przyjemnie, że Franek miał ochotę w jakiś sposób uczcić tę datę. A przecież okazało się, że to dopiero przedsmak tego, co naprawdę mnie czekało :)

Później była zaręczynowa powtórka, a w sobotę jeden z moich ulubionych dni roku! Pogoda z samego rana sobie ze mnie trochę zażartowała i pokropiło, ale okazało się, że to była zmyłka i dostałam w prezencie urodzinowym piękną pogodę :) Mimo, że wiatr był dość chłodny, kiedy zasłoniliśmy się parawanem można było całkiem przyjemnie wygrzewać się na słoneczku. Leżałam sobie na plaży czytając smsy i odbierając telefony od tych, którzy o mnie pamiętali :) Bardzo się cieszę, że choć może nie dostałam tyle życzeń, co jeszcze trzy, dwa lata temu, to ci najważniejsi dla mnie o mnie pamiętali.
Od Franka prezent dostałam już rano - srebrny łańcuszek oraz myszkę do komputera :P Ostatnio mi się zepsuła i się strasznie męczyłam pracując na moim laptopie. Nie pomyślałam, że Franek zauważył to na tyle, żeby wpaść na pomysł prezentu :) Aaa, i to właśnie ta myszka była płynem do kibelka :)) Po prostu zadzwoniłam do niego w momencie, kiedy szukał konkretnego modelu, no i wymyślił na odczepnego ten płyn :) Myszka ładna, we wzorek, chociaż podobno nie było takiej, jakiej szukał. Ale mnie sie i tak podoba - a najważniejsze, że działa!
Ale oficjalne świętowanie zaczęliśmy pod wieczór - znowu wybraliśmy się z kocem i winem na plażę i podziwialiśmy zachód słońca. Siedzieliśmy na plaży obserwując statki wpływające i wypływające z portu w Kołobrzegu, rozmawiając, wygłupiając się... Siedzieliśmy do momentu, aż niebo zrobiło się zupełnie ciemne - a nad morzem to trwa naprawdę długo i strasznie mi się to podoba. Po północy owinęliśmy się kocem i poszliśmy brzegiem morza z powrotem. Piękny wieczór, choć zdarzyło się nam małe nieporozumienie, ale to była bzdura i uczciwie przyznaję, że ja trochę bez sensu zareagowałam, ale szybko puściliśmy to w niepamięć :)

A podczas tego naszego plażowania dostałam fantastyczny prezent od dziewczyn z Hiszpanii - Ani i Karoliny! Zadzwoniły do mnie z Gibraltaru, gdzie właśnie spędzały weekend i powiedziały, że przyjeżdżają na nasze wesele! Ogromnie się ucieszyłam, bo nie wiedzieliśmy, czy sie uda! Ania bilet już ma, a Karolina powiedziała, że nadal szuka połączeń lotniczych do Wrocławia lub Katowic, ale przyjedzie choćby na koniu! :D

A potem dzień się skończył i po urodzinach :( Jak zawsze minęły zbyt szybko, chociaż w tym roku trochę inaczej to wszystko odczuwałam. Nie wiem, czy dlatego, że byłam na urlopie, czy się jednak zestarzałam, ale te urodziny były jakby odrobinę mniej zauważalne niż zwykle. Najważniejsze jednak, że się odbyły, a w dodatku to jeszcze nie koniec, bo do Miasteczka pojadę dopiero za półtora tygodnia i wtedy będziemy świętować w gronie rodzinnym :)

I jak tu nie lubić lipca, skoro tyle się dzieje w tym miesiącu? :)) W zasadzie ustaliliśmy, że każdego między 17 a 23 lipca czeka nas jedno wielkie świętowanie :) To taki nasz długi weekend, choćby nawet miał być spędzony w pracy. Ślubu co prawda w tym miesiącu nie wzięliśmy, ale za to dojdzie nam kolejny dzień do świętowania, a takich okazji nigdy za wiele :P

wtorek, 24 lipca 2012

Nic dwa razy się nie zdarza ?

Trzeci raz zaczynam pisać tę notkę, bo mam tyle do opowiedzenia, że nie wiem od czego zacząć. Ostatecznie postanowiłam zacząć od środka :)

Pisałam niejednokrotnie, że gdybym miała okazję przeżyć jakiś dzień jeszcze raz, byłby to dzień zaręczyn. Zaręczyliśmy się dokładnie rok i jeden dzień temu :) Ale z różnych względów Franek postanowił, że przeniesiemy świętowanie na piątek. Nad morze pojechaliśmy do Grzybowa - tak jak w zeszłym roku. Mieszkaliśmy w tym samym miejscu. I w piątek, tak samo jak w zeszłym roku, wzięliśmy koc, butelkę wina i poszliśmy wieczorem na plażę. W dzień pogoda nie była zbyt obiecująca, ale po południu już się rozpogodziło i wieczór był naprawdę bardzo ładny i dość ciepły. Usiedliśmy obok siebie na kocu i otworzyliśmy wino. I wtedy Franek z okazji rocznicy naszych zaręczyn podarował mi książkę o bardzo osobliwym tytule:



Byłam naprawdę w szoku, to kolejny dowód na to, jak bardzo prezenty Franka są zawsze przemyślane i dobrane. Całkowicie mnie zaskoczył. Ale okazało się, że to jeszcze nie koniec!

Powoli opróżnialiśmy butelkę białego wytrawnego wina, wspominając, jak to było rok wcześniej. Franek zastanawiał się o czym rozmawialiśmy i o czym myśleliśmy na chwilę przed... Później przypomniałam, że kazał mi zamknąć oczy. I teraz poprosił, żebym to zrobiła. A kiedy je ponownie otworzyłam, Franek trzymał w ręku... pudełeczko z pierścionkiem! Wyobrażacie sobie?? :)) Teraz to dopiero byłam kompletnie zaskoczona. Jak mogłabym się spodziewać czegoś takiego? Pierścionek tym razem srebrny z cyrkoniami i, jak Franek zaznaczył, niezaręczynowy, ale za to pasujący jak ulał, więc zgubić go w tym roku nie mogłam :) I także piękny! Franek powtórzył pytanie, które zadał mi w zeszłym roku, choć oczywiście zrobił to dla czystej formalności :) Bo jednak było coś, co odróżniało ten dzień od zeszłorocznego - teraz mieliśmy już konkretne daty, plany, założenia... Nie rozmawialiśmy już czysto hipotetycznie, ale dopracowywaliśmy listę rzeczy do załatwienia na 58 dni przed ślubem. To samo w sobie było magiczne - siedzieliśmy w tym samym miejscu, na tej samej plaży. Na chwilę cofnęliśmy się w czasie, ale z drugiej strony mieliśmy świadomość, jak wiele się zmieniło przez rok. A jednocześnie nie zmieniło się nic w kwestiach najistotniejszych.

Późnym wieczorem poszliśmy jeszcze do tej samej knajpy, w której byliśmy rok temu. Podobnie jak wtedy odbywał się jakiś dancing. Tak samo jak wtedy zamówiliśmy po piwie (choć nie było już tego samego niestety) - i tak samo jak rok temu rozmawialiśmy o liście gości na naszym weselu. Z tą różnicą, że wtedy rozmowa była hipotetyczna, zastanawialiśmy się, kogo zaprosimy. Teraz mieliśmy listę i konkretne liczby :) Niesamowite.

Zanim położyliśmy się spać, spojrzałam w niebo. Tak samo jak rok temu było czyste i pełne gwiazd...
Oczywiście, że "żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy..." Zawsze będą jakieś odróżniające szczegóły. Ale okazuje się, że można chociaż spróbować odtworzyć to, co było. Dzięki Frankowi miałam szansę przeżyć jeden z najpiękniejszych dni mojego życia ponownie. I nigdy mu tego nie zapomnę.

Ps. A to była tylko jedna ze świętowanych okazji! Tak w ogóle to Franek oszalał z tymi prezentami:))