*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

Szkoda lata.

Dzisiejszy dzień był zdecydowanie bardziej pogodny niż dwa ostatnie! Już nie było tak szaro i brzydko, wyjrzało słoneczko, zrobiło się trochę cieplej i od razu świat inaczej wygląda ;))
Pojechaliśmy dzisiaj na zajęcia, a potem Wikuś z Frankiem wrócili do domu, a ja miałam coś do załatwienia. Przy okazji miałam swoje wychodne :) Całkiem przyjemnie spędziłam czas, ale muszę Wam powiedzieć, że wróciłam koszmarnie zmęczona! Nie wiem za bardzo czym! Co prawda biegłam jak szalona, żeby zdążyć na kolejkę (spóźniłam się minutę :() ale to chyba i tak nie to... Chyba zmęczyły mnie trochę tłumy w sklepach a później w środkach komunikacji miejskiej, bo wracałam po 17, a więc w godzinach szczytu. Odwykłam chyba od tego. Strach pomyśleć co będzie, jak przyjdzie mi wrócić do pracy... Przecież po powrocie będę chciała jeszcze pobawić się z Wikingiem, zająć się nim, a sił brak i nic się nie chce... No, ale na pewno jakoś przywyknę. (Nadal jeszcze nie poruszamy na blogu tego tematu plis ;)) Na razie szykuje się chyba mała regeneracja, ale o tym za moment.

Dziś będzie krótko o wspomnieniach... Mam wrażenie - a sądząc po tym, co piszecie u siebie, nie jestem w tym jedyna - że tegoroczna jesień jednak zaskoczyła nas niskimi temperaturami i nieprzyjemną aurą. Chyba poprzednie lata trochę nas pod tym względem rozpieściły. Jakoś cały czas jestem zaskoczona nadejściem tych chłodnych dni. Właściwie nie wiem czemu. Może dlatego, że jeszcze końcówka września była piękna i upalna. Że nawet pierwszy weekend października był cieplutki i słoneczny. A potem tak nagle - szast prast i zimno! Ciągle mi się wydaje, że to tak na chwilę, a za moment znowu będziemy się rozbierać do krótkich rękawków :) No ale wiem, że to akurat jest już mało realne. 
Jako że przerzucałam dzisiaj zdjęcia z naszych telefonów na laptopa, zatrzymałam się dłużej przy zdjęciach, które były robione jeszcze całkiem niedawno, a jakby w poprzedniej epoce :) Grzeję się więc dziś w iskierkach wspomnień. Oj, bardzo tęsknię za tym lipcem, sierpniem i wrześniem... Za tymi momentami:
(zrobiłabym taką fajną mozaikę, jak Flo, ale nie umiem, więc nie zrobię :D)


 







czwartek, 27 sierpnia 2015

Leśny spacer.

Jak już ostatnio wspominałam, Franek dzisiaj i jutro ma wolne. Jako, że jutro mamy z Wikingiem umówioną wizytę w Instytucie Matki i Dziecka, postanowiliśmy dziś zrobić użytek ze wspólnego czasu wolnego. Nieco długo zajęło nam ogarnianie się od rana, Wiking miał stosunkowo długą poranną drzemkę, Franek był trochę nie w sosie (choć twierdzi, że to nieprawda, a tylko miał lekkiego lenia), ale o 13 udało się wyjść z domu.
Całe szczęście do Puszczy Kampinoskiej mamy tak blisko! :) Bo tam właśnie był cel naszej wycieczki. Tak, ja wiem, że dopiero co tam byłam na wakacjach, ale Kampinoski Park Narodowy ma to do siebie, że jest bardzo duży i ma wiele szlaków turystycznych oraz ścieżek edukacyjnych. Z rodzicami byłam w innej części, dziś wybraliśmy miejsce, które znajduje się najbliżej nas - niecałe 20 km. Zapakowaliśmy do samochodu Wikinga oraz jego wózek i pojechaliśmy. Dotarcie na miejsce zajęło nam raptem 20 minut, ale drugie tyle szukaliśmy początku szlaku, choć przejeżdżaliśmy obok ze trzy razy :) Zmyliło nas to, że nie było miejsca na zaparkowanie samochodu, ale jakoś sobie z tym poradziliśmy i wyruszyliśmy. 
Zrobiliśmy sobie dwugodzinny spacer. Bardzo lubię las - ten charakterystyczny zapach mokrej ziemi (mimo, że susza na całego)oraz drzew i specyficzną leśną ciszę - szum liści, opadające igliwie, brzęczące owady, ćwierkające ptaki. I tylko od czasu do czasu jakiś miejski dźwięk z oddali.Wikingowi chyba też się podobało, bo po weekendowym buncie wózkowym, kiedy to chciał jechać na stojąco, dziś siedział bardzo spokojnie. Zresztą przez prawie godzinę spał sobie odurzony leśnym powietrzem.
O siedemnastej byliśmy już z powrotem w domu, usatysfakcjonowani wycieczką. Wiking sobie teraz hasa po całym pokoju i widać, że jest we wspaniałym humorze. Energia go rozpiera i cały czas się cieszy.

Cieszę się bardzo, że tak blisko mamy do puszczy. Niby zawsze to wiedziałam i wiele razy planowaliśmy taki wypad, jak dzisiejszy, ale dotąd się nie złożyło. Dopiero ten wakacyjny wyjazd z rodzicami stanowił impuls do tego, abyśmy w Frankiem też poszukali jakiejś krótkiej trasy.
Bardzo mi się tam podoba - już w lipcu uderzyło nas to, że na szlaku nie było w ogóle ludzi. Być może w weekendy jest inaczej, ale przypuszczam, że tereny są tak rozległe, że rzadko się kogoś spotyka. Dziś też mijaliśmy tylko jedno małżeństwo z dziećmi. Zawsze lubiliśmy z Frankiem spacerować po lesie - na przykład w okolicach Miasteczka. Taka forma spędzania wolnego czasu bardzo nam odpowiada. Jesteśmy o krok od cywilizacji, a jednak już jakby w innym świecie. Niemal zupełnie sami. Możemy spokojnie porozmawiać, porozmyślać. Delektować się bliskością i pięknem przyrody. Taki spacer naprawdę ładuje akumulatory. Już planujemy ponownie odwiedzić to miejsce, zwłaszcza, że przekonaliśmy się, że mamy naprawdę blisko. Zastanawiamy się też, jak tam wszystko wygląda jesienią i zimą. Może będzie dane nam się o tym przekonać...

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

W ogrodzie i w puszczy.

Jak już wspomniałam, pierwszy tydzień wakacji spędziłam razem z Wikingiem i moimi rodzicami w okolicach Puszczy Kampinoskiej. Chcieliśmy znaleźć jakieś gospodarstwo agroturystyczne, które będzie się nadawało na pobyt z niemowlakiem i które jednocześnie będzie stosunkowo niedaleko, bo myśleliśmy, że dwa razy w tygodniu trzeba będzie jechać na rehabilitację. 
Znalazłam więc kwaterę niecałe 40 km od Podwarszawia, która spełniała nasze oczekiwania - miała jeden pokój trzyosobowy, ale z dużym łóżkiem, tak, że mogłam spać z Wikingiem. Poza tym było tam też miejsce na wózek, łóżeczko turystyczne, był aneks kuchenny a w łazience oprócz prysznica była wanna, co jest naprawdę rzadko spotykane, a nam bardzo ułatwiło kwestię kąpieli Wikinga. W porównaniu do innych miejsc, o które się pytałam, było tam bardzo tanio - za nas troje plus dziecko zapłaciliśmy tylko 100 zł za dobę. Ta cena początkowo wydawała nam się nieco podejrzana, trochę się z mamą bałyśmy o warunki, ale zdjęcia źle nie wyglądały... Stwierdziliśmy, że nie mamy nic do stracenia - nie wpłacaliśmy żadnej zaliczki ani nic, więc mogliśmy tam pojechać, a jakby się okazało, że coś jest nie tak, to się ewakuować gdzieś indziej.
Jednak nie mamy szczególnie dużych wymagań - najważniejsze jest dla nas, aby było czysto, a tak naprawdę ja zawsze zwracam uwagę na łazienkę. Jeśli jest czysta, schludna, zadbana i w miarę nowoczesna (czyli raczej kafelki i ceramika, a nie linoleum i plastik), to już jest ok. Od razu po przyjeździe więc zlustrowałyśmy łazienkę, która nas w pełni zadowoliła :) Pokój też był w porządku - był wspomniany aneks, lodówka, kilka naczyń, mały telewizor, stół, krzesła, szafa, półeczki i lampki nad łóżkami oraz wystarczająco dużo miejsca, żeby rozstawić łóżeczko dla Wikinga, które służyło nam także za kojec.
Standard nie był powalający, ale rzeczywistość była zgodna z tym, co widzieliśmy na zdjęciach - ot, lata 70-80te powiedzmy :) Ale akurat nam to nie przeszkadzało. Było czysto i to wystarczyło, wyposażenie nie musiało już być dla nas super nowoczesne. 
Pokój był w takiej przybudówce, wychodziło się z niego od razu na podwórko. Tam jedliśmy przy stole ogrodowym większość posiłków i spędzaliśmy większość czasu w ogrodzie na tyłach domu. Ogród był przepiękny - rosło w nim mnóstwo kolorowych kwiatów, na które nie mogłam się napatrzeć.W ramach atrakcji mieliśmy do dyspozycji miejsce na rozpalenie ogniska bądź grilla, niewielki basen i huśtawkę ogrodową, która była świetnym patentem na marudzącego Wikinga :) Uwielbiał się huśtać. Była tam też zjeżdżalnia, piaskownica i trampolina, ale to akurat nie do końca trafiło w naszą kategorię wiekową :)
Jak na gospodarstwo agroturystyczne przystało, po obejściu kręciły się dwa psy, kot i kury. Co chwilę słychać było pianie koguta albo muczenie krów sąsiadów. Było tak, jak powinno być na wsi! Przypomniały mi się wakacje u mojej babci! Tak naprawdę jedynym mankamentem były kurze odchody na podwórku, ale przecież się z tym liczyłam. Jako miastowa pańcia uważałam bardzo, żeby w nic nie wdepnąć, ale generalnie aż tak mi to nie przeszkadzało. Za to kury to było coś, co Wiking lubił najbardziej, chyba nawet bardziej niż huśtawka. Bo kiedy ta zawodziła np. wieczorem tuż przed kąpielą, kiedy Dzieciak najbardziej jęczy, to zawsze można było podejść do kurek, na które Wikuś mógł się gapić i gapić. Zresztą jeśli o dziecko chodzi, to ten kontakt z naturą zdecydowanie przypadł mu do gustu. Lubił, kiedy trawa łaskotała go w nóżki, delikatnie dotykał kwiatów, miętosił trawę i liście. Takie wakacje to był raj dla jego zmysłów. A dla nas możliwość oddania się lenistwu totalnemu, bo naszym jedynym obowiązkiem było doglądanie Wikinga kiedy bawił się sam, bądź zapewnianie mu rozrywki, kiedy nie był samowystarczalny.

Mieliśmy tam również możliwość wykupienia obiadów, co też uczyniliśmy. Obiady kosztowały 17 złotych i składały się z zupy i drugiego dania, czyli tak, jak u nas w domu :) Smakowały zresztą też po domowemu - robiła je sama gospodyni ze swoją mamą. Trochę się obawialiśmy, czy nie będzie za tłusto, bo my w domu jadamy raczej lekko i stosunkowo zdrowo, a tak "po ludziach" to różnie bywa. Zresztą przecież "domowe obiady" często kojarzą się (uważam, że niepotrzebnie) z tłustą zupą zagęszczaną śmietaną z mąką, kopcem ziemniaków i schabowym smażonym na głębokim tłuszczu. A tymczasem to było miłe zaskoczenie. Zupy były raczej lekkie i nawet nie zawsze gotowane na mięsie. Mięso było co drugi dzień i nie tylko smażone a także pieczone i duszone. Oprócz tego gospodyni zrobiła również pierogi (ruskie i z jagodami) oraz naleśniki z serem. Jako dodatek zawsze była jakaś surówka, ogórek kiszony bądź cukinia po obróbce termicznej. Pani pytała nas o preferencje a czasami dorzucała coś "w gratisie" na śniadanie lub kolację - jakieś ogórki albo kawałek świeżo upieczonego ciasta z wiśniami. Naprawdę bardzo sobie te posiłki, jak i samo rozwiązanie chwaliliśmy - bo co to za wakacje, kiedy trzeba się zastanawiać, co zjeść, a potem sterczeć dwie godziny nad garami? :)                                                                                                                        

Jak już wspomniałam, wakacje były ukierunkowane na relaks i lenistwo. Wikingiem zajmowaliśmy się na zmianę (chodziliśmy z nim na huśtawkę, oglądaliśmy kurki, bawiliśmy się klockami bądź po prostu służyliśmy za sprzęt wspinaczkowy lub pilnowaliśmy, żeby Wiking nie szedł tam, gdzie nie wolno), a w czasie wolnym, każde z nas zajmowało się swoimi sprawami - czytaliśmy książki, zajmowaliśmy się obliczeniami (to ja i tata - wszak po kimś to zamiłowanie do buchalterii odziedziczyłam ;)), drzemaliśmy, szydełkowaliśmy (no, to tylko ja) i rozwiązywaliśmy krzyżówki. Tak wyglądała jedna połowa naszego dnia - do lub po obiedzie. Druga połowa to był czas na wycieczki i spacery.

Spacerowaliśmy po okolicy, robiliśmy piesze wycieczki do sklepu na lody a także wyjeżdżaliśmy na zwiedzanie. Pojechaliśmy na przykład do Żelazowej Woli, gdzie obok dworku (naszym zdaniem niespecjalnie wartego obejrzenia, a już na pewno nie za 20 zł, na szczęście byliśmy tam w środę, gdy wstęp jest bezpłatny) jest przepiękny park, po którym można spacerować i spacerować. Obowiązkowo podjechaliśmy też na jeden z parkingów przy Puszczy Kampinoskiej, skąd ruszyliśmy pieszo szlakiem turystyczno-edukacyjnym w głąb puszczy. Wspaniale się maszerowało, pogoda sprzyjała i brak innych ludzi również :) Byliśmy także w Sochaczewie i choć z możliwych obiektów do zwiedzenia było więcej, poszliśmy zobaczyć tylko odrestaurowane ruiny zamku książąt mazowieckich. Jednak to miasteczko bardzo nas ujęło swoim trudnym do opisania uroczym klimatem. Większość czasu spędziliśmy w kawiarni na rynku racząc się słodkościami (Wiking jabłkiem z marchewką na przykład :P) i popijając je kawą mrożoną oraz kontemplując sielską atmosferę - mimo, że było to środek dnia a wokół toczył się normalny ruch samochodowo-pieszy. Zdecydowanie chciałabym tam jeszcze pojechać. Podobnie zresztą, jak do puszczy. Być może uda nam się zrobić choć jednodniową wycieczkę, wszak to tak blisko...

Zresztą dzięki tej małej odległości, Franek, który miał środę wolną, przyjechał do nas w dniu moich urodzin, to jest we wtorek popołudniu. Świętowaliśmy trochę przy grillu, a potem gdy najmłodsi i najstarsi poszli spać, poszliśmy posiedzieć trochę we dwójkę na huśtawce . Środę Franek spędził z nami - pojechaliśmy do Żelazowej Woli a później korzystaliśmy z ładnej pogody chlapiąc się chwilę z Wikingiem w basenie i wystawiając się na słońce. Późnym popołudniem Franek musiał nas niestety opuścić.

Podsumowując, to były prawdziwe wakacje! Naprawdę je odczuliśmy - zwłaszcza moi rodzice, bo po przyjeździe do Miasteczka, mimo, że ich urlop jeszcze trwał, było zupełnie inaczej. Mieliśmy sporo różnych spraw do załatwienia, poza tym, jak już pisałam, Wiking się nam troszkę rozchorował, więc ten tydzień minął nam w oka mgnieniu. Ale najważniejsze, że urlop z prawdziwego zdarzenia też jednak był :) A jak z prawdziwego zdarzenia, to i pamiątki musiały być :P Ja sobie kupiłam piórnik... Myślę, że jak zobaczycie zdjęcie, to zrozumiecie, dlaczego nie mogłam się mu oprzeć ;) Franek zawiózł do domu podkładkę pod myszkę w podobnej kolorystyce, a dla Wikinga - choć tak po prawdzie, to dla całej naszej trójki sprawiliśmy sobie płytę, którą się teraz codziennie delektujemy.



Moi rodzice:


Pamiątki :)


czwartek, 2 lipca 2015

Pozytywny lipiec

Nadejście lipca zawsze wzbudza we mnie mieszankę emocji. Ale na szczęście raczej tych pozytywnych. Sama nie wiem dlaczego. Może to wynika z tego, że lipiec jest moim urodzinowym miesiącem? Trudno mi powiedzieć. 
Co roku jestem też tak samo zaskoczona zmianą kartki kalendarza... Myślę sobie - to już? Ciesząc się jednocześnie - nareszcie! :) Bo przecież zawsze na ten lipiec czekam, zwykle przynosi coś dobrego. Wakacje, moje urodziny, koniec sesji, wyjazd na urlop, spotkania ze znajomymi, koniec pierwszego trymestru ciąży a do tego zielony groszek, słoneczniki i arbuzy... Co tym razem mi przyniesie? Pewnie wszystkiego po trochę :) Będą urodziny, będzie wyjazd na urlop, będą spotkania ze znajomymi. Będzie też pół roczku Wikinga, na który czekamy.
Lubię lipiec. Bardzo. Mimo, że zawsze dobitnie uzmysławia mi szybko płynący czas - i to wcale nie dlatego, że to właśnie w lipcu się starzeję, bo akurat mój wiek nigdy szczególnie na mnie wrażenia nie robi. Bardziej chodzi o to, że zawsze się dziwię, że ten lipiec już przyszedł, że to JUŻ lipiec a więc pełnia lata. A potem dziwię się jeszcze bardziej, że już się skończył i kolejny znowu dopiero za rok. 
Ale tymczasem mamy sam jego początek, więc skupiam się na pozytywach :) Jutro przyjeżdża Dorota! Już się nie możemy doczekać. A za nami bardzo przyjemny dzień. Byliśmy z Wikingiem na spotkaniu w klubie. Usłyszałam, że ładnie wyglądam. I że "to dziecko" (czyli Wikuś) to wierna kopia mamy. Mogłam być dumna z Wikinga, kiedy się wszyscy zachwycali tym, jakie postępy zrobił. Przez pewien czas nie widziałam się z niektórymi dziewczynami, mijałyśmy się na spotkaniach, dlatego były takie zaskoczone. Była też mama ślicznego Bartka  - z siedmiomiesięcznym Bartkiem właśnie. Zawsze patrzyłam na niego i jego umiejętności, i myślałam sobie - "kiedy Wikingowi się to uda?" A tu się okazało, że Wiking Bartusia prześcignął, bo tamten jest dopiero na etapie przewracania się na brzuszek. Tym razem zamieniłyśmy się rolami i to mama Bartka (świetna, bardzo sympatyczna dziewczyna!) podziwiała mojego synka. Z jednej strony jestem z z niego właśnie dumna, z drugiej myślę sobie, dlaczego on nie może tak spokojnie siedzieć, czy też leżeć jak te inne dzieci :) Jego wszędzie pełno! Kiedy siedzę z nim na kolanach, cały czas wyciąga rączki - to po talerz, to po szklankę, telefon, komputer - wszystko go interesuje! W jednym miejscu też nie leży, tylko "łazi" po całej macie lub dywanie - śmiałyśmy się dzisiaj z dziewczynami, że to taki mały walec na inne, bardziej statyczne dzieci :P Ale generalnie dziewczyny powiedziały, że ich zdaniem, to lepiej jak dziecko jest takie ciekawskie i żywe, i że mają nadzieję, że ich też takie będą. Cóż, ja też muszę przyznać, że wolę energicznego i ciekawego świata Wikinga niż Wikinga-ciepłe-kluchy :) Tyle tylko, że w związku z tym sama też muszę siłą rzeczy być ciągle na pełnych obrotach i wyprzedzać swoje dziecko choć o te pół kroku...
Poza tym powiem Wam, że Wiking ma absolutnie sto razy lepszy humor w dni, kiedy wychodzimy, niż gdy siedzimy w domu! Jest spokojniejszy, niewiele marudzi, dużo się bawi ze mną lub sam i śmieje się na głos. Jedna koleżanka skwitowała to dzisiaj krótko - towarzyski po mamie... Polu, Ty też ciągle piszesz, że charakter Wikinga kojarzy Ci się z moim... Franek z kolei twierdzi, że to po mnie Wiking wcześnie chodzi spać i wstaje, a w dzień nie pali się do drzemki. I że płaczliwy też po mnie. Hmm, czyżby naprawdę nieodrodne dziecię margolkowe?

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Plany na wakacje

Ojej, chyba się za bardzo w to blogowanie wciągnęłam w ostatnich tygodniach, pisząc notki codziennie bądź co drugi dzień, bo teraz nie było mnie tu pięć dni i mam wrażenie, że wieki całe minęły :) Co dziwniejsze - wybiło mnie to z rytmu i teraz muszę się trochę pozbierać.
Przyczyna mojej nieobecności jest bardzo zwyczajna - wkręciłam się w robienie pewnych porządków, a już tak mam, że w takich wypadkach zależy mi, żeby uporać się ze wszystkim jak najszybciej (co zazwyczaj i tak oznacza długo ;)), więc każdą wolną chwilę poświęcam właśnie temu. A że wolnych chwil za wiele nie mam, no to... wiadomo.

A tak poza tym, to przyjechali do nas w ten weekend rodzice Franka i chociaż zajęli się Wikingiem, to z komputerem mi było nie po drodze - jak to u mnie zwykle bywa, kiedy mamy gości. Bardzo możliwe, że w lipcu będę blogować mniej, właśnie ze względu na gości. Tylko kiedy ja wreszcie napiszę o tym wszystkim, o czym ciąglę planuję? ;)
W każdym razie, już się nie mogę doczekać wakacji! Nie będą to oczywiście dla mnie takie typowe wakacje, ale z drugiej strony, skoro nie pracuję, to chociaż trochę sobie skorzystam. Nie pisałam jeszcze o moich planach wakacyjnych, prawda?
Jeden "gościnny" weekend już za nami. Teściowie byli nad morzem i wracając wstąpili do nas, mimo, że nie bardzo im było po drodze :) Teraz czekamy na Dorotę! Przyjedzie w piątek, ale niestety zostanie tylko na weekend, w poniedziałek rano będzie musiała już wyjeżdżać. Nie udało się zaplanować na razie dłuższych odwiedzin, bo jeszcze w czwartek musi być w Szczecinie na obronach, a z kolei w następnym tygodniu leci na wycieczkę do Moskwy. 
Ale już parę dni później przyjedzie do nas mój wujek i zostanie niecały tydzień. Następna w kolejce jest Ala. Chociaż dopóki już u nas nie będzie, to nie uwierzę, że dojedzie ;)) Tak naprawdę to już ostatni dzwonek na jej przyjazd, bo później nie będzie mi za bardzo pasowało, a we wrześniu to już się nie będzie się raczej na takie wycieczki wybierała tuż przed porodem. Plan jest taki, żeby przyjechała z R., ale taki pracoholik z niego, że nie wiadomo, czy się uda. A co gorsza, trudno cokolwiek z nim zaplanować (o tak, tak, pamiętam doskonale, jak to było, kiedy z nim pracowałam!). Dwa terminy już nam nie wyszły, więc ostatecznie jesteśmy umówione tak, że najwyżej przyjedzie około 15go sama na dzień lub dwa. Zobaczymy. 
Później przyjeżdżają moi rodzice i zaczynamy urlop właściwy! To znaczy ja i Wiking, bo Franek swój urlop miał już w maju... A my z rodzicami chcemy się wybrać na parę dni na jakieś wczasy - niedaleko i żeby nie było za dużo ludzi. Chodzi nam po głowie Kampinos, bo przy okazji moglibyśmy podjechać na rehabilitację, którą Wiking będzie akurat miał. Tylko muszę znaleźć jakąś kwaterę, która się będzie nadawała dla półrocznego dziecka. Potem pojedziemy do Miasteczka i zostaniemy tam prawie dwa tygodnie. Stamtąd w weekend trzeba będzie pojechać do Poznania, bo jesteśmy zaproszeni na wesele. 
Później wrócimy już do Podwarszawia, gdzie pewnie będę zmagać się z syndromem przedszkolaka... Niestety. Ale może na pocieszenie znowu wpadnie do nas jeszcze wujek, któremu będą się kończyć wakacje, a potem jeszcze Dorota. 
I tak upłyną nam dwa miesiące i nadejdzie wrzesień. Co będzie wtedy, jeszcze nie planuję. Wiem tylko, że będziemy mieć już w domu ośmiomiesięcznego brzdąca. To się dopiero okaże, jakich rozrywek będzie nam dostarczał :)

A tymczasem Wikuś się nam trochę przeziębił niestety i od sobotniej nocy męczy go lekki katarek. Mam nadzieję, że szybko mu przejdzie, bo kto lubi mieć katar? A takiemu maluszkowi, który oddycha wyłącznie przez nos to już w ogóle bardzo przeszkadza. Ale na szczęście i tak wydaje mi się, że nie jest aż tak bardzo marudny, jak mógłby być. Odpukać! ;)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Sierpień

Zawsze powtarzam, że mój ulubiony czas w roku to ten od maja do końca października. Ale stwierdzam, że chyba w ciągu tego półrocza jest jeden miesiąc, który lubię najmniej - a jest nim właśnie sierpień. Właściwie to nie wiem, dlaczego. Chyba jakoś źle mi się kojarzy. Rzecz w tym, że od piątku jest mi jakoś gorzej, czuję jakiś psychiczny dyskomfort bez konkretnej przyczyny. I tak sobie skojarzyłam, że to chyba właśnie przez sierpień, bo właściwie zawsze w tym miesiącu mój nastrój trochę się pogarsza bez powodu. 
Mimo, że już nie chodzę od dawna do szkoły, to może pozostało gdzieś tam we mnie to skojarzenie, że sierpień to już bliżej niż dalej początku nowego roku szkolnego (mimo, że sama szkoła nie wzbudzała we mnie jakiegoś lęku)? Poza tym nie potrafię wyzbyć się poczucia, że sierpień to jest już schyłek lata. Tak, wiem, że to dopiero połowa, ale ja to właśnie odczuwam w ten sposób - że coś dobiega końca. Co roku piszę to samo, bo każdego roku tak samo dostrzegam te krótsze dni i chłodniejsze wieczory (choć ostatnio zdecydowanie nie można narzekać :)). To nawet trochę dziwne, bo generalnie, to ja wcale nie uważam, że te najdłuższe dni są tak całkiem najlepsze :) Ponieważ chodzę wcześnie spać, denerwuje mnie, gdy o 22 niebo na horyzoncie jest jeszcze szare, a jeszcze bardziej mnie wkurza, gdy wschód słońca budzi mnie przed czwartą - no, chyba, że jestem na urlopie, wtedy wszystko mniej mnie denerwuje :P W każdym razie ta długość dnia, jaka jest teraz teoretycznie odpowiada mi najbardziej, a w praktyce mi się nie podoba - głównie dlatego, że jest sierpniowa :)
W gruncie rzeczy nie wiem, o co chodzi z tym miesiącem, ale wzbudza we mnie jakiś rodzaj niepokoju. Z sierpniem jest u mnie podobnie jak z kwietniem... Opuszcza mnie wtedy dobry nastrój i nawet jeśli dookoła nie dzieje się nic złego, to nie potrafię pozbyć się tych negatywnych fluidów, które odbieram :)

Odliczam czas najpierw do długiego weekendu - bo bardzo możliwe, że odwiedzi nas wtedy kuzyn Franka z rodziną. Jesteśmy już wstępnie umówieni, ale czekam jeszcze na ostateczne potwierdzenie. Później do tego wesela - bo choć może teraz, jak już mam wszystko w miarę pod kontrolą (poza tym, że cały czas niepokoję się, jak się ze wszystkim wyrobię) nie jestem już tak niechętna, to jednak chyba wolę mieć tę imprezę już za sobą :) No po prostu pomimo całej mojej sympatii do mojego kolegi z pracy, z którym widzę się codziennie przez 6-7 godzin, nie czuję się z nim, a tym bardziej z jego narzeczoną szczególnie związana. W międzyczasie moi rodzice mają urlop i być może jeszcze do nas zawitają. Ale to jeszcze nic pewnego, bo muszą sobie najpierw ułożyć plan wakacji :)
Życie toczy nam się powoli i w miarę spokojnie. Są większe i mniejsze problemy, z którymi staramy się radzić sobie na bieżąco, są też większe i mniejsze radości, z których czerpiemy siłę. Jest więc zwyczajnie, ale mimo wszystko jakoś tak... sierpniowo:) I coś mi w tym nie pasuje. Ale to dopiero początek, mam nadzieję, że oswoję się z tym miesiącem :)

sobota, 5 lipca 2014

Laba absolutna

Wczoraj właśnie miałam labę absolutną :)
W środę przyjechała do nas Dorota. Nareszcie! Nie widziałyśmy się od lutego! No, na początku kwietnia miałyśmy chwilę dla siebie w Poznaniu, ale to się aż tak nie liczyło. Od dawna próbowała do nas przyjechać, ale ciągle miała wykłady albo jakieś dyżury, albo poprawki, a jak nie miała, do jechała do domu, albo nas nie było...
W ten weekend miała być na obronach, ale okazało się, ze coś się pozmieniało i postanowiła, że do nas przyjedzie. Niestety! Grafik Franka został zmieniony i ten weekend wypadł mu wolny, a więc musieliśmy przyjechać do Poznania. Dorota jednak była tak stęskniona (no i z wzajemnością), że postanowiła przyjechać w tygodniu. Zapytała mnie, czy dam radę wziąć urlop - i to był świetny pomysł! Ze też wcześniej sama na to nie wpadłam :)
Franek też się bardzo ucieszył z tej wizyty - nawet wcale nie przeszkadzało mu, że będzie musiał sam spać :P wręcz przeciwnie - nawet łóżko nam ścielił co wieczór :)) On naprawdę lubi Dorotę a podczas jej odwiedzin zachowuje się moim zdaniem wzorowo - ale o tym kiedy indziej. W ciągu dnia pracowaliśmy, Dorota załatwiała swoje sprawy i spotykała się ze swoimi znajomymi a popołudniu długo rozmawiałyśmy. Wieczorem przychodził Franek i popijał sobie z Dorotą piwo.

A na piątek załatwiłam sobie urlop i miałyśmy dzień dla siebie :) Nie miałyśmy początkowo na niego pomysłu, bo nic szczególnego się nie działo, ale wiedziałyśmy, że z tym "problemem" sobie poradzimy. Wstałyśmy wcześnie i pojechałyśmy do placówki medycznej, w której miałam cały stos badań do zrobienia. Wcześniej się nie mogłam jakoś wybrać, bo badania trzeba było robić na czczo, więc musiałabym jechać przed pracą a potem wracać i trochę mi się nie chciało. Wykorzystałam więc sytuację i towarzystwo Doroty. Dzięki temu już o 9:00 byłyśmy w centrum Warszawy i miałyśmy długi dzień przed sobą. Zjadłyśmy śniadanie, pokręciłyśmy się trochę po sklepach, zaopatrzyłyśmy się w odmóżdżające gazetki typu "Uczucia i tęsknoty" i "Sekrety serca" (zawsze po sesji kupowałyśmy sobie takie gazety na znak, że teraz możemy bezkarnie marnować czas na głupoty, a potem podśmiewałyśmy się z niektórych historii w nich opisanych :)) czy jakoś tak i ruszyłyśmy spacerkiem w kierunku Łazienek. Po drodze postanowiłyśmy odwiedzić ogród botaniczny i tam spędziłyśmy ponad godzinę spacerując krętymi ścieżkami i przyglądając się rozmaitej roślinności. Później odezwał się Mój Tasiemiec i stwierdziłam, że umieram z głodu. Zaopatrzyłyśmy się w sklepie w coś w rodzaju "lanczu" (sałatka i sucha bułka), którą skonsumowałyśmy na ławeczce w Łazienkach, a następnie zachciało nam się spać, więc zdrzemnęłyśmy się - ja na jednej, Dorota na drugiej ławce :) Miałyśmy iść do kina, ale pogoda była zbyt ładna, żeby ją marnować, wolałyśmy więc zaleganie w parku, spacery i zażywanie słońca. Poszłyśmy jeszcze na obiad i późnym popołudniem wróciłyśmy do domu. W pełni usatysfakcjonowane, bo to był bardzo dobry dzień! Sielski wręcz, obie miałyśmy poczucie, że było cudnie! I już dzisiaj tęsknimy za tymi chwilami...

A dziś wstaliśmy o świcie i o piątej wyjechaliśmy w trójkę do Poznania. Tu przyszło nam się z żalem rozstać. Oj, szkoda, że jak jutro będziemy wracać, to już bez Doroty :( Frankowi też jej będzie brakowało. Jej towarzystwo zdecydowanie bardzo nam odpowiada. Fajnie tak od samego rana móc prowadzić mądre albo całkowicie bezsensowne rozmowy :) Dorota jako jedna z niewielu osób ma podobny rytm dnia do mnie, więc idealnie się zgrywamy ze wszystkim. Ktoś mógłby powiedzieć, że to się tylko tak wydaje a na dłuższą metę pojawiłyby się spięcia - ale w naszym wypadku to by się raczej nie potwierdziło - wszak przez pięć lat miałyśmy okazję się o tym przekonywać codziennie :)

Tymczasem za mną bardzo męczący dzień. Z jednej strony dlatego, że jednak spałam tylko cztery godziny, ale przede wszystkim był dla mnie bardzo wyczerpujący emocjonalnie. Dziś właśnie nadszedł ten "wielki dzień", kiedy to Franek oznajmił dobrą nowinę swojej rodzinie. Obawiałam się tego bardzo, bo już Wam kiedyś pisałam, że nie do końca potrafię się odnaleźć w tej wylewności, która jest cechą tej rodziny. I właściwie słuszne to były obawy, bo choć nie było źle, to jednak zupełnie nie w moim stylu i męczyło mnie to zamieszanie wokół mojej osoby - a najbardziej to, że wiem, że w tej kwestii niestety nie znajdę zrozumienia, bo zachowuję się pewnie zbyt powściągliwie. Wiem, że to po prostu radość, ale dla mnie to trochę "robienie afery" i choć wiem, że wszyscy mają tylko dobre intencje to zwyczajnie czuję się zmęczona psychicznie. Ale napiszę o tym przy okazji, kiedy już trochę nabiorę dystansu :)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Niech żyją wakacje - nawet jeśli ich nie ma :)

No i doczekały się dzieciaki wakacji :) Pewnie bym tego nawet nie zauważyła, gdyby nie paradujące po ulicach w piątkowy poranek ubrane na galowo nastolatki, zakończenie mojego sezonu korepetycyjnego oraz fakt, że kilka osób z mojego bliskiego otoczenia to nauczyciele.
Trochę im -to znaczy tym dzieciakom - zazdroszczę. Ale nie tyle samych wakacji - bo to, że są wakacje oznacza, że we wrześniu trzeba by pójść do szkoły, a do tego etapu zdecydowanie bym się nie cofnęła :) Ale doskonale pamiętam, jak się czułam w momencie, kiedy już trzymałam w ręce świadectwo (zawsze z czerwonym paskiem :)) i zmierzałam w kierunku domu! Przede wszystkim czułam ogromną ulgę, że to już! Że będę miała teraz dwa miesiące luzu i przez ten czas nie będę musiała się stresować żadną kartkówką i żadną odpytką. Że będę miała czas na relaks, na ukochane książki, na porządki w szafkach. Że odsapnę, zmienię otoczenie, wyjadę. Czułam też dużą satysfakcję, że znowu udało mi się zrealizować pewne moje cele, że mam dobre oceny i wysoką średnią - czasami pozostawał jakiś niesmak po trudniejszej przeprawie z jakimś przedmiotem albo po prostu po gorszej ocenie, niż bym sobie życzyła, ale w ogólnym rozrachunku nie było najgorzej, więc szybko o tym zapominałam. Cieszyłam się, że mogę zamknąć ten rozdział - ten rok a w przyszłym roku będę mogła zacząć od nowa i skorygować ewentualne błędy.

Za tym trochę tęsknię - za takim poczuciem laby absolutnej :) I tego właśnie trochę zazdroszczę. Ale niezbyt mocno, bo teraz jest mi całkiem wygodnie. Szkoda mi tylko, że raczej sobie w tym roku porządnie nie wypocznę. Bo niestety wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będziemy musieli sobie jednak odpuścić. Pewnie wezmę sobie jakieś pojedyncze dni wolnego, być może uda mi się nawet gdzieś wybyć na chwilę, ale raczej nie ma co liczyć na jakiś długi, wspólny wyjazd gdzieś daleko razem z Frankiem tak, żebyśmy przez chwilę mogli zapomnieć o całym świecie :) Ale czasami tak trzeba. Franek zresztą sam mówi, że on sobie w domu już posiedział i na razie za tym nie tęskni. Jeszcze nie zdążył się zmęczyć, więc woli sobie ten urlop, który mu zaproponowali na październik zostawić na później, gdy będzie bardzie potrzebny - bo faktem jest, że mnie jego październikowy urlop nie bardzo urządza, bo swój będę musiała wykorzystać prawdopodobnie wcześniej.

Wiem, że się powtarzam, ale ta pogoda mnie naprawdę dobija. Mam już dość tego zachmurzonego nieba, mokrych ulic i przenikliwego chłodu, który wymusza na mnie, żebym u progu lipca wkładała na siebie podkoszulkę, sweter z długim rękawem i kurtkę! To już nie jest anomalia - to jest po prostu skandal! 
A w ogóle to dzisiaj chyba wstałam lewą nogą - choć właściwie zły nastrój miałam od razu jak otworzyłam oczy, zanim jeszcze zdążyłam wstać :) Być może to właśnie ten brak słońca i mokre szyby, które dojrzałam przez przymknięte powieki mnie tak zdemotywowały na cały dzień? A dzień dziś istotny, bo za chwilę się zbieram i wychodzę pełnić zaszczytną funkcję przewodniczącej komisji inwentaryzacyjnej. Zamykamy rok i trzeba sprawdzić, czy aby żaden alkohol nam niepostrzeżenie nie wyparował ;)

A z odpowiedziami do komentarzy pod poprzednią notką wrócę później, bo już nie zdążyłam.

wtorek, 17 czerwca 2014

Więcej takich dni!

Ten weekend mnie nie rozczarował. No, może pod względem pogody, choć tego się spodziewałam. Było zimno :/ A w niedzielę w ogóle ponuro. Czerwiec jest beznadziejny jeśli chodzi o aurę. Chwilami się obawiam, że całe ciepło uciekło w marcu i kwietniu, bo teraz ledwo się rozbiorę do krótkiego rękawka, to za dwa dni muszę się ubierać i to nie w lichy sweterek tylko podkoszulkę i kurtkę! Zwykle w tym okresie te części garderoby miałam już schowane głęboko w szafie, a teraz muszę je mieć na podorędziu. 
No, ale miało być o tym, co robiłam - i robiliśmy w weekend.

W sobotę rano umówiona byłam z koleżanką. Próbowałyśmy się spotkać już od miesiąca (a tak ściślej to prawie od roku :P, ale wtedy pewne sprawy pokrzyżowały nam plany i temat powrócił dopiero wiosną), ale ciągle którejś z nas wypadał jakiś weekendowy wyjazd. Ale grunt, że wreszcie się udało - a czymże jest takie miesięczne opóźnienie w obliczu tego, że nie widziałyśmy się prawie 7,5 roku :)) Poznałyśmy się w 2006 roku w Hiszpanii - ja byłam na Erasmusie, ona brała udział w innym programie. Szybko się dogadałyśmy i w Cordobie, choć każda miała swoje zajęcia i swoich znajomych, spotykałyśmy się w miarę regularnie. Potem ja wróciłam do Polski, Aga została jeszcze pół roku, po czym wróciła do Warszawy, gdzie kończyła studia. Kontakt nam się niby urwał - choć nie do końca, bo od czasu do czasu coś do siebie skrobnęłyśmy.
W ubiegłym roku, po przeprowadzce, nagle oświeciło mnie, że przecież Aga tu mieszka i się do niej odezwałam. Ale była na urlopie, potem na urlop wyjechałam ja, a później przyjechał Franek i wiecie, że różnie u nas bywało. Jakoś nie miałam głowy do spotkań towarzyskich. Teraz jednak udało nam się umówić i spotkanie w ogóle mnie nie rozczarowało :) Musiałyśmy oczywiście nadrobić zaległości z siedmiu lat, ale jakimś cudem obie miałyśmy wrażenie, że wracamy do rozmowy, którą przerwałyśmy wczoraj. Było bardzo przyjemnie, mam nadzieję, że kolejne spotkanie nadarzy się nieco wcześniej niż za kilka lat :)
Później umówiłam się z Frankiem, że spotkamy się na Ursynowie, gdzie odbywał się Piknik Zdrowej Żywności. Trochę podegustowaliśmy, ale niewiele, bo wkrótce przyjechała Kasia (koleżanka z pracy, o której już tu wspominałam) ze swoim chłopakiem i degustacja skończyła się na siedzeniu pod parasolem (który się bardzo przydał, kiedy zaczęło lać!) i piwkowaniu :) Resztę dnia spędziliśmy już we czwórkę - wyjadając sobie nawzajem naleśniki z talerza  (uwielbiam towarzystwo, w którym można sobie grzebać w talerzach, bo u mnie w rodzinie to była normalka, że każdy zamawiał coś innego i potem próbowaliśmy od siebie - ale oczywiście wiele zależy od relacji, bo obcym się do talerzy nie rzucam :P), grając w Monopol, oglądając mecze, popijając (wedle uznania) piwo ciemne, piwo smakowe, yerba mate oraz wodę z miętą i cytryną i gadając o mniej lub bardziej poważnych sprawach. Wróciliśmy do domu koło północy w pełni usatysfakcjonowani towarzyską sobotą.
Niedziela już była dla nas - tylko szkoda, że ta pogoda absolutnie nie dopisała. Ale Franek musiał przejechać się liniami, które miał w grafiku w najbliższych dniach, więc i tak sporo czasu spędziliśmy w autobusie :) Mimo to było jakoś tak wyjątkowo. Oboje chyba wpadliśmy w jakiś sentymentalno-miłosny nastrój i chciało nam się ciągle tulić i robić do siebie maślane oczy. Nie wiem, może to przez to niskie ciśnienie :D
Żałuję, że nie zawsze możemy pojechać do Miasteczka albo Poznania (tam nie byliśmy już prawie dwa miesiące), ale takie weekendy też są nam bardzo potrzebne. Już teraz wiem, że to będzie jeden z tych, które będę za jakiś czas wspominać z sentymentem, gdy nagle przypomni mi się jakiś wycinek dnia. Ten weekend zdecydowanie był taki, jaki powinien :))

Ale od wczoraj Franek zaczął znowu popołudniówki i stwierdzam, że jednak to nie to samo, co w Poznaniu i tutaj mi one nie odpowiadają :/ Mój dobry nastrój trochę mnie opuścił. Ale dobrze, że czwartek jest wolny i Franek też nie pracuje. Ale niestety ja w piątek idę do pracy - bo tym razem Asystent wziął urlop, a ponieważ zawsze szedł mi na rękę, to teraz miał pierwszeństwo - zwłaszcza, że w weekend i tak nigdzie nie wyjeżdżamy, więc nie zależało mi tak bardzo. Chociaż trochę żałuję, bo czuję, że potrzebuję dłuższego wypoczynku - takiego odcięcia się na parę dni od pracy. To, że mogę pracować zdalnie jest świetną sprawą, ale chyba powoli daje mi się to we znaki, bo z tego powodu ostatnią dłuższą przerwę od pracy miałam w sierpniu, a nawet jak się swoją pracę uwielbia, to warto się za nią trochę stęsknić :)

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Pogodowo

Nie wiem, jak Wy to widzicie, ale po mojemu to już jest po lecie. Tak po prostu, skończyło się. Teraz to już chyba tylko na piękną złotą polską jesień możemy czekać i naprawdę nie ma innej opcji, bo jak będzie szaro, mokro i zimno, to nie mam pojęcia, jak będę dojeżdżać do pracy.

A mnie jest szkoda lata znowu... I to nie samego upływu czasu - o nie, ten mnie nawet cieszy. Zresztą, do jesieni też nic nie mam, zazwyczaj nawet ją lubię. Ale już ostatnio stwierdziłam, że brak mi tych wspaniałych upałów :) Fakt, że człowiek wtedy trochę ociężały, rozleniwiony, ale ja wtedy jakoś czuję że żyję, nawet jeśli mam mniej energii :) Lubię wychodzić na rozgrzane powietrze w sukience odsłaniającej plecy i ramiona i dosłownie czuć dotyk ciepłego powietrza na swoim ciele. To jest możliwe tylko powyżej trzydziestu stopni :) Ten koniec lata właściwie (według moich odczuć oczywiście) przyszedł dość szybko. Ale przyznać trzeba, że ładne było ono w tym roku, jak rzadko kiedy. Myślę, że większość osób trafiła z urlopem w pogodę, kiedykolwiek by go nie mieli, bo po prostu prawie cały czas było ciepło, słonecznie i pogodnie. Ochłodzenia były krótkotrwałe, deszcze zazwyczaj nocne, a i te dzienne nie doskwierały specjalnie - a przynajmniej ja jakoś tego nie pamiętam. 
Życzyłabym sobie więcej takich lat :) w przyszłości. A teraz niech będzie nadal ładnie, ciepło, słonecznie i kolorowo. A najbardziej to bym chciała, żeby się jesień skończyła w lutym i w tymże zaczęła wiosna :) A tymczasem już teraz - mimo, że kalendarzowo i astronomicznie mamy lato jak się patrzy, szkoda mi, że wieczory są chłodne i szare. I tego, że dzień zaczyna się już tak naprawdę krótko przed szóstą. W tym całym ulubionym okresie od maja do końca października, zdecydowanie sierpień jest najmniej ulubionym miesiącem.

No to se o pogodzie napisałam :) Ale taka mnie naszła pogodowa refleksja w dniu, kiedy ubrałam się po dłuższej przerwie w długą piżamę. Cóż, przeżyjemy i to :)

środa, 12 czerwca 2013

Jaksiemam.

Dzisiaj nie czuję się najlepiej. Chyba mam pierwszy prawdziwie gorszy dzień. Nie jestem załamana ani nic z tych rzeczy, doskonale wiem, że nic nie da mi, jeśli zacznę się teraz dołować. Ale czasami dopada mnie taka tęsknota za chwilami, gdy czułam się szczęśliwa, kiedy miałam poczucie, że niczego więcej mi nie trzeba. To wcale nie było tak dawno.Właśnie spojrzałam w kalendarz... - jutro minie dokładnie pół roku od momentu, gdy w moim pamiętniku napisałam, że czuję się po prostu szczęśliwa. To było ostatnie zdanie, bo coś mi przerwało mój wywód. A trzy dni później wszystko się zmieniło i wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo.
Nie chodzi o to, że czegoś żałuję. Na pewno nie.Uważam, że postąpiłam najlepiej, jak mogłam w danej sytuacji. Ale nadal nie rozumiem - dlaczego nie mogłam sobie żyć spokojnie, tak jak żyłam. Nie miałam wielkich wymagań, byłam zadowolona z tego, co mam, nie chciałam ciągle więcej. Czasami wręcz nie mogę uwierzyć, że wszystko się tak odwróciło.
Nie chodzi też o to, że teraz czuję się wielce nieszczęśliwa. Absolutnie nie. I tak uważam, że mam sporo szczęścia, tylko tak mi żal tamtego czasu, tamtych marzeń, które chyba po raz pierwszy zaczęłam mieć... Widzicie - i jak tu marzyć? :) Po raz pierwszy zaczęłam mieć coś na ten kształt i okazało się, że po chwili wszystko się rozsypało. Jak tu głośno mówić o swoim poczuciu szczęścia, skoro za chwilę wszystko się zmienia. A mówiłam, bo nie bałam się, że zapeszę. Nadal nie bardzo w to wierzę, chociaż mój ówczesny wpis ironicznie się ze mnie śmieje.
Generalnie na co dzień wierzę, że i ryzyko się opłaci i fakt, że nie przepuściłam okazji i to, że poświęcamy coś dla lepszego jutra. Myślę o tym, że chyba warto, bo za jakiś czas coś tego na pewno będę miała - ja  i my. Ale dzisiaj jakby trochę mniej w to wierzę - albo inaczej, dzisiaj po prostu mam wrażenie, że tak już będzie zawsze. Że zawsze będę żyła w zawieszeniu, z dnia na dzień, sama, bez uniesień. Oczywiście, da się tak żyć. Można tak funkcjonować i wcale nie popadać w depresję (kiedy chyba mi się wydawało, że to byłaby jedyna opcja). Można funkcjonować bez absolutnie żadnych planów, bez poczucia, że ma się coś stałego, że do czegoś się dąży. Tylko że ja się przyzwyczaiłam do innego życia.
Głupi karnisz mnie dzisiaj dobił, bo spadł w nocy razem z firankami i zasłonami. W nocy o mało zawału nie dostałam, rano zobaczyłam to wszystko na podłodze, te wielkie dziury w ścianach i świadomość, że Franek będzie dopiero za dwa tygodnie, a ja nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić.
Jutro Asystent przyjedzie do mnie rano z jakimiś swoimi narzędziami i zobaczy co da się z tym zrobić. Jak on to powiedział: "nic się nie martw Małgonia, coś się wymyśli, taki problem, to nie problem" Ma rację oczywiście (chociaż gdyby nie on, to już byłby to trochę większy dla mnie problem), ale tak naprawdę to nie o ten karnisz przecież chodzi...

Taka się trochę rozdarta czuję, bo z jednej strony bardzo lubię moje (w przenośni, bo oczywiście nie własne) nowe mieszkanie. Podoba mi się osiedle. Zadomowiłam się tu i gdy wyglądam przez okno czuję niemal błogość. Do pracy idę z radością i ogromną chęcią. Ciągle mi mało. Sporo czytam. Ze wszystkim sobie radzę. I wiem, że mogłoby być naprawdę fajnie... No ale... ale nie jest po prostu aż tak fajnie, bo... nie wiem jak to określić. Czuję się trochę tak, jakbym już dostała wyczekanego cukierka w nagrodę za wytrwałość, wiarę i wkład własny z obietnicą, że on już będzie mój na zawsze, a potem nagle mi go zabrano ze słowami: "jeszcze trochę musisz poczekać, dostaniesz później".... albo wcale?

Nie jestem chyba nawet smutna. Raczej zrezygnowana.
Chciałabym wiedzieć, co będzie za rok. Chociaż w tym momencie chyba sama siebie oszukuję - bo tak naprawdę chciałabym wiedzieć nie co będzie, a że będzie dobrze, że wreszcie się zacznie układać, ze będę czuła się całkiem inaczej niż dzisiaj. A najgorsze jest to, że z drugiej strony nie chciałabym tego wiedzieć, bo boję się, że tak nie będzie, a wtedy to już może się załamię :):) Namieszałam trochę, co? :))

Lubię te długie czerwcowe dni (brak zasłon i fakt, że siedzę po ciemku, żeby nie być na widelcu dodatkowo uświadamia mi ich długość :)). Te zapachy wiosenno-letnie, krajobrazy, kolory. Tutaj zdecydowanie jest to wszystko jeszcze bardziej widoczne niż w Poznaniu. Niech się tylko ta pogoda utrzyma. Mogę wtedy jeździć rowerem a to mi sprawia dodatkową frajdę. Uwielbiam tak dojeżdżać do pracy :)
Podjechałam też dzisiaj podpytać wreszcie o aerobik. To nie będzie to samo, co kilkugodzinny wycisk tygodniowo w towarzystwie Doroty, ale zawsze coś. 
A Dorota przyjeżdża pojutrze i.. wczoraj zadzwoniła, że jednak - jeśli to nie problem (głupia :P) mogłaby spać u mnie też z soboty na niedzielę :D

czwartek, 28 marca 2013

Ciepłe wspomnienia

O ja pinkolę! Cały tydzień mnie tu nie było?? Nawet nie wiem, kiedy to minęło. A miałam już dawno notkę przygotowaną (na pierwszy dzień wiosny, ale znaleziony łańcuszek dostał priorytet). Problem z nią tylko taki, że muszę jeszcze zdjęcia dorzucić i nie miałam się kiedy tym zająć. Postanowiłam więc zrobić inaczej - notkę wrzucę, a zdjęcia następnym razem - bez notki :P

*** 

Tej pogodzie coś się chyba pomyliło. No porąbało ją i tyle :/ Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek w pierwszy dzień wiosny za oknem było całkiem biało! Przymrozki się zdarzały, jakieś tam śniegowe prószenie też. Ale bez przesadyzmu! Czegoś takiego to nie było!
Rozmyślałam sobie dzisiaj na ten temat i postanowiłam się ogrzać ciepłymi wspomnieniami. Wtedy mnie oświeciło! Przecież nie opisałam w końcu jak to było na tych naszych wakacjach! Najpierw nie miałam czasu, potem z blogowaniem było mi nie po drodze, później nastroju nie miałam, a potem mnóstwo innych spraw na głowie i jakoś się nie złożyło. No więc dzisiaj na złość zrobię tej głupiej zimie i będę pisać o lecie! :D

A konkretnie o później jesieni, kiedy to byliśmy na Fuerteventurze.
Jak już wspominałam, pierwszy raz byliśmy na tego typu wakacjach. Zazwyczaj wszystko sami planujemy, dużo zwiedzamy, chodzimy, jesteśmy bardzo aktywni. Tym razem postanowiliśmy postawić przede wszystkim na leniuchowanie. Stwierdziliśmy, że podróż poślubna to na tyle wyjątkowa okazja, że trzeba to świętować trochę inaczej :)
Muszę przyznać, że klimat tamtego miejsca naprawdę temu sprzyjał. Początkowo planowaliśmy trzy dni leżeć plackiem i trzy dni zwiedzać - przy czym mieliśmy to robić na przemian, ale potem trochę zmodyfikowaliśmy nasze plany. Szybko podziałał na nas klimat tamtego miejsca. Kiedy recepcjonistka nas meldowała, zostaliśmy odesłani do drink baru przy basenie. I już wiedzieliśmy, że to będą prawdziwe wakacje :):)

 Kiedy już dostaliśmy klucz do pokoju, rozpakowaliśmy się trochę i odświeżyliśmy po podróży (przecież z przygodami była :)). A później obiad. Nigdy nie byłam na wakacjach typu all-inclusive i nie bardzo wiedziałam, co one znaczą. Teraz już wiem - wyżerka :P Tyle było pyszności, że naprawdę człowiek chciał spróbować wszystkiego. Wyszłam totalnie objedzona. W sam raz, żeby udać się na sjestę na leżaku przy basenie. Końcówka października, a ja w letniej sukience, na leżaczku, słoneczko mi przygrzewa. Błogo się zrobiło i sobie trochę przysnęłam :) Później mieliśmy jeszcze spotkanie z rezydentką, a po nim... kolacja :P Wieczorem zrobiliśmy sobie krótki spacer brzegiem oceanu i wróciliśmy do hotelu, bo chcieliśmy obejrzeć jakiś występ zaplanowany na ten dzień. Jak się później okazało, tego typu rozrywka oferowana była co wieczór. Były to tańce, występy kabaretowe, śpiewanie, jakieś sztuczki-magiczki itp... Ale pierwszego wieczoru nie bardzo jeszcze byliśmy z tym wszystkim obyci. Franek popijał sobie ulubione piwko, którego wreszcie miał pod dostatkiem, a ja wypatrzyłam, że ludzie chodzą z kolorowymi drinkami i strasznie miałam na nie ochotę. Ale się wstydziłam po nie pójść :P Bo nie wiedziałam, czy za to trzeba dodatkowo płacić, ani nie byłam pewna do kogo mam po tego drinka iść :) No co? Naprawdę nigdy wcześniej nie byłam na takich wakacjach :) Obserwowałam więc, gdzie idą i co mówią inni ludzie i zorientowałam się, że jednak za darmo :) Ale dziwnie mi trochę było tak iść do baru, prosić o napój i odchodzić nie zapłaciwszy :) 
Tego pierwszego wieczoru wypiłam dwa przepyszne koktajle alkoholowe i walczyłam ze snem oglądając to, co się działo na scenie. Byłam wymęczona i Franek kilka razy przyłapał mnie na tym, że oczy już miałam zamknięte :) Szybko więc skierowaliśmy się do pokoju, padliśmy na łóżko i spaliśmy do samego rana. 

Kolejne dni były już tylko piękniejsze i bardziej błogie :) Chodziliśmy na plażę nad oceanem, potem na obiad. Następnie schodziliśmy na leżaki przy basenie i tam opalaliśmy się i czytaliśmy. Później była kolacja, ewentualny spacer a wieczorem drinkowanie. Siadaliśmy w auli albo przy stoliku na tarasie i stamtąd obserwowaliśmy codzienne "show" (bo tak się nazywały te występy) Rozmawialiśmy - o przeszłości - czyli o naszym ślubie i weselu. O teraźniejszości - czyli jak nam jest teraz dobrze i błogo oraz o przyszłości - planach mieszkaniowych, pracy... (ach, żebyśmy wtedy wiedzieli to, co dziś.. ;P)
Jeszcze teraz mam w głowie obraz naszej dwójki - siedzimy przy małym stoliku. Franek w długich czarnych spodniach i eleganckiej koszuli z krótkim rękawkiem, ja w czerwonej sukience i szaro-czerwonych balerinkach. Popijam zielonego drinka, a on piwo. W ręku trzymam książkę, którą podczytuję, kiedy nie rozmawiamy i gdy nie zerkam na scenę. Wieje leciutki wiatr. Powietrze pachnie wakacjami. A mnie jest tak dobrze... :)

Planowaliśmy w środę ruszyć tyłki, ale tak dobrze nam się leniuchowało, że odpuściliśmy sobie i dopiero w czwartek zrobiliśmy sobie w pierwszej połowie dnia długi spacer do Corralejo - miejscowości niedaleko naszego hotelu. Czuliśmy się rozgrzeszeni, że nie korzystamy ze słońca, bo akurat tego dnia schowało się lekko za chmurami :) Szliśmy brzegiem oceanu a po dwóch godzinach dotarliśmy na miejsce. Poszliśmy tam właściwie bez celu - dla samej przechadzki. W mieście nie było nic ciekawego, więc ruszyliśmy z powrotem. Słońce zdążyło już znowu wyjść, a gdy spojrzeliśmy na termometr było ponad 30 stopni (25go października :)). Dotarliśmy akurat w samą porę żeby załapać się jeszcze na jakieś konkretne przekąski w barze przy basenie. Zjedliśmy i... oczywiście skierowaliśmy się w stronę leżaków, żeby odpocząć po tej wyczerpującej pierwszej połowie dnia :P I przed kolejnym dniem - bo mieliśmy już zaplanowaną wycieczkę objazdową po całej wyspie (ale ta zasługuje na osobną notkę - oby nie za kolejne pół roku :P), która zajęła nam calutki piątek. Przyjechaliśmy wieczorem, zjedliśmy kolację (w końcu prawie cały dzień głodowaliśmy :D) i odebraliśmy telefon od Ani i Karoliny, bo okazało się, że one z Hiszpanii mogą na wyspy dzwonić za darmo :) Pogadaliśmy trochę, powspominaliśmy wesele i umówiliśmy się, że wkrótce odwiedzimy dziewczyny w ich nowym mieszkaniu w Sevilli (cóż, na razie się na to nie zanosi, ale może  jeszcze się uda, pomimo wszystkich zmian) A wieczorem poszliśmy na dyskotekę :P No tego się po nas nie spodziewałam :) Poszliśmy niby tylko na chwilę, zobaczyć, jak jest. Ale zachciało mi się tańczyć i pląsałam wokół Franka, który na podrygi nie miał za bardzo ochoty i stał przy stoliku obserwując, jak go obskakuję :P No dobra, raz to ja mogłam trochę wokół niego poskakać, a co, niech ma chłopak coś z życia :)
Sobota była już naszym ostatnim dniem pobytu na wyspie, więc definitywnie postanowiliśmy, że nie robimy nic poza korzystaniem ze słońca, wody, leżaków, drinków i jedzenia! Plan został zrealizowany w całości :) A wieczorem posiedzieliśmy na balkonie popijając szampana, którego dostaliśmy pierwszego dnia od obsługi hotelu - w ramach prezentu ślubnego. Słuchaliśmy szumu oceanu, gwaru rozmów przy stolikach barowych na dole, obserwowaliśmy gwiazdy... Delektowaliśmy się chwilą, a jednocześnie żałowaliśmy bardzo, że nasz krótki pobyt w tym miejscu dobiega końca.
W niedzielę zdążyliśmy już tylko zjeść śniadanie, dokończyć pakowanie i musieliśmy udać się na autokar, który zawiózł nas na lotnisko. 
I tak niestety skończyły się te nasze najpiękniejsze wakacje, które zdecydowanie spełniły nasze oczekiwania jeśli chodzi o to, jak powinna wyglądać podróż poślubna. Była naprawdę wymarzona :)

A potem trzeba było zejść na ziemię, gdy w Poznaniu wyszliśmy z samolotu i okazało się, że temperatura oscyluje wokół zera. A my - opaleni, w półbucikach, lekkich kurtkach i z walizkami pełnymi słońca i pięknych wspomnień nie do końca potrafiliśmy się w pierwszej chwili odnaleźć na starych śmieciach.

Ech... Kiedy to było? :D

sobota, 1 grudnia 2012

Ciepłych wspomnień początek

A więc witajcie w grudniu (nie do wiary!). Na szczęście jeszcze nie przysypało świata na biało, tak jak miało to miejsce dwa lata temu, ale to więcej niż pewne, że bez zimy w tym roku się nie obejdzie. Niestety. Ale cóż, trzeba przeżyć i to. A tymczasem, może to właśnie najlepszy moment, aby ogrzać się trochę przy wspomnieniach z wakacji... :) 

Wylot na Fuerteventurę zaplanowany był na niedzielę 21 października po godzinie 18. Obudziliśy się rano w nastroju oczekiwania. Odsłoniłam rolety i zdziwiłam się, że po takiej pięknej, słonecznej sobocie na zewnątrz jest tak ponuro i szaro. A właściwie biało, bo wszystko zasnute było mgłą. Ale nie przejęłam się tym specjalnie, jakoś nie skojarzyłam... Dopiero Franek uświadomił mi, że lepiej żeby do popołudnia mgła opadła, bo nie polecimy, czym zasiał we mnie odrobinę niepokoju. Ale był dopiero poranek i nawet mimo tego, ze mgła wydawała się wyjątkowo gęsta i nie opadała przez długi czas, wydawało się niemożliwe, że nie przejdzie do osiemnastej. I rzeczywiście, pół godziny przed naszym wyjściem z domu wyjrzało słońce. Na lotnisko jechaliśmy już uspokojeni i pewni, że wszystko będzie w porządku. Błąd. Dosłownie kilkaset metrów przed lotniskiem mgła znowu się pojawiła. I gęstniała z minuty na minutę. Odprawa odbyła się normalnie, przeszliśmy przez bramki i udaliśmy się do strefy dla VIPów  (prezent ślubny od naszego biura podróży). Na początku jeszcze wydawało nam się, że będzie dobrze, dopóki nie odwołali pierwszego lotu. Później siedziałam cała w nerwach, bo nie wiedziałam, co się dzieje w takiej sytuacji. Okazało się, że nasz lot został przekierowany. Przez megafony ogłoszono, że mamy odebrać bagaże i udać się do autobusów czekających na zewnątrz, które zawiozą nas do Warszawy. 

Podróż trwała dość długo, bo warunki nie były najlepsze. Cały czas wydawało nam się, że polecimy, bo nikt nie udzielił nam innej informacji, chociaż wydawało nam się to bardzo dziwne - zwłaszcza, gdy słyszeliśmy wiadomości radiowe i gdy moja mama zadzwoniła z wiadomością, że w telewizji podają, że wszystkie lotniska są pozamykane. Jednak autokar zawiózł nas od razu do hotelu. Tam zjedliśmy kolację, zameldowaliśmy się i usłyszeliśmy, że mamy się dowiadywać, co dalej. W okolicach północy trafiliśmy do pokoju hotelowego i położyliśmy się, ale tylko na chwilę, bo po pierwszej zadzwoniłam na recepcję i dowiedziałam się, że od drugiej będą podstawiane autobusy, które zawiozą nas na lotnisko. Zdrzemnęliśmy się jeszcze chwilę a przed trzecią wyszliśmy do autobusu. I znowu odprawa, czekanie i wejście na pokład samolotu. O 4:35 wysłałam smsa, że za chwilę startujemy, ale moment później kapitan powiedział, że są jakieś problemy techniczne i muszą wszystko posprawdzać... Jak pech to pech. Ostatecznie wylecieliśmy o 5:50. A i tak mieliśmy szczęście, bo z tego, co później słyszałam, to był jedyny lot jaki wypuścili przez długi czas...

Na miejsce dolecieliśmy po około pięciu godzinach. I jakby nie było, z dwunastogodzinnym opóźnieniem. Jak widzicie podróż mieliśmy z mega przygodami. Byliśmy zmęczeni i nieco zawiedzieni, że tak wyszło, ale nie źli - bo przecież takie rzeczy po prostu się zdarzają. Na szczęście później było już tylko lepiej :) Zameldowaliśmy się, pojechaliśmy windą na ostatnie piętro naszego hotelu, do pokoju 730 i rozpoczęliśmy jedne z najwspanialszych wakacji w życiu! 

To nasz hotel


 i widok z niego:

 


 

niedziela, 29 lipca 2012

Urlopowe opowieści

Napiszę wreszcie parę słów na temat samego urlopu i pobytu nad morzem, zanim się wszystko całkiem przedawni :)

Oczywiście najbardziej interesowała nas pogoda, ale prognozy nie były dla nas pomyślne, więc choć początkowo zakładaliśmy wyjazd w środę, zdecydowaliśmy się go przesunąć o jeden dzień. I na dobre nam to wyszło, bo przynajmniej kupiliśmy garnitur Frankowi :) W czwartek rano nareszcie wyszło słońce, chociaż w drodze różnie bywało. Wcześniej planowaliśmy noclegi pod namiotem, ale podobnie jak w ubiegłym roku, aura nam nie sprzyjała. Ostatecznie kilka dni przed wyjazdem zadzwoniłam do tego samego miejsca, w którym spaliśmy w zeszłym roku i zarezerwowałam nocleg. Do Grzybowa zajechaliśmy w południe. I od razu zostaliśmy mile zaskoczeni przyjęciem nas przez gospodynię. Rok temu była na początku jakaś gburowata, teraz przez telefon również (właśnie Iza, zapomniałam Cię o tym uprzedzić podczas naszej rozmowy telefonicznej) - a tym razem była bardzo miła i pamiętała nas. Kiedy dowiedziała się, że wkrótce bierzemy ślub pogratulowała nam i zaprosiła na przyszły rok obiecując dobę gratis :)

Ale wracając do samego urlopu - zdążyliśmy się rozpakować i wyszliśmy, żeby przywitać się z morzem, kiedy zaczęło padać :/ I tak padało przez jakiś czas, więc posiedzieliśmy w domku - ja czytałam, Franek spał. Ale po południu niebo sie rozpogodziło, więc wyszliśmy na obiad i spacer. Na wieczór nie mieliśmy żadnych specjalnych planów i ogólnie czuliśmy się trochę zmęczeni, więc poszliśmy szybciej spać, z nadzieją na to, że następny dzień będzie ciepły i słoneczny.
Niestety nie ziściło się - od rana było raczej pochmurno i zdecydowanie zanosiło się na deszcz, więc postanowiliśmy się przejść plażą do Kołobrzegu. To był całkiem dobry pomysł, zwłaszcza, że ostatecznie deszcz nie był bardzo uciążliwy. Wróciliśmy po kilku godzinach i znowu późnym popołudniem pogoda się poprawiła. Jak już wiecie, umożliwiło nam to spędzenie przyjemnego wieczoru na plaży :)

Wiecie również, że od soboty dostałam urodzinowy prezent w postaci słońca! Ponieważ mocno wiało, szybko pobiegliśmy kupić parawan i popędziliśmy na plażę. Spędziliśmy na niej kilka godzin. Popołudnie mieliśmy już zarezerwowane wcześniej, bo przyjechał kuzyn Franka z rodziną. Spędziliśmy razem przyjemny czas, a my ciociowaliśmy i wujkowaliśmy Kubie i Gabrysi :) Nie jest to najgorsza rola, zdecydowanie wolę dzieci, które już coś kumają z tego, co się do nich mówi - a ta dwójka już do tego dojrzała. Kuba nawet na tyle, że opowiadał mi pełnymi zdaniami o tym, jak to koziołek matołek wpadł do wulkanu i pokonał smoko... yyyy smokocoś tam, nie pamiętam :P
A najlepszy numer wywinął, kiedy w niedzielę bawił się z nami w "ciepło-zimno" zakopując moją bransoletkę w piasku. W którymś momencie chował ją dla wujka (Franka). Zakopał ją w jednym miejscu po czym mówi do mnie: "Ciocia to teraz mów wujkowi czy ciepło, czy zimno, a ja idę tam" I gdzieś pobiegł. Nie ma co, potrafi dziecko zorganizować zabawę dorosłym :D

Sobotni wieczór, jak również już wiecie spędziliśmy na plaży obserwując piękny zachód słońca :) A niedziela była pogodna od rana i delektowaliśmy się słońcem prawie do samego wyjazdu. Pozostało nam tylko trochę czasu na obiad i zakup "pamiątek" (ja żelki-smerfy a Franek wędzoną rybę :P). Wyruszyliśmy o 16:30, a po drodze wypatrywaliśmy kościoła, bo w Grzybowie nie zdążyliśmy pójść rano, a potem było nam szkoda rezygnować z ostatnich chwil na plaży. Niestety mieliśmy pecha i kiedy tylko wjeżdżaliśmy do jakiejś miejscowości, to okazywało się, że albo msza dopiero za godzinę, albo trwa już od jakiegoś czasu. Jednak wszystko nam sprzyjało i dojechaliśmy do Poznania na tyle szybko, że zdążyliśmy na ostatnią mszę w naszym kościele :) (śmiejemy się, że Panu Bogu zależało na tym, żebyśmy dojechali na czas, bo jeszcze nigdy podróż z nad morza, zwłaszcza w niedzielę, nie zajęła nam mniej niż 4h)

Cóż mogę napisać? Piękne jest nasze morze. Oczywiście pewnie wiecie, że o górach zawsze piszę to samo. Ale nie potrafiłabym wybrać, które miejsce jest piękniejsze, czy lepsze na spędzenie urlopu. Są to tak różne zakątki Polski, że nie potrafiłabym zdecydować. Po coś innego się jedzie nad morze, a po coś innego w góry :) Moim zdaniem są to nasze polskie cuda i mamy szczęście, że tak się nam trafiło w naszym kraju, że możemy się delektować jednym i drugim :)

Ps. Ha! I dobrze tak tym Włochom, którzy powiedzieli, że boją się tylko Rosji, bo Polacy są od nich słabsi. No to macie słabszą drużynę, która wygrywa seta z przewagą 11 pkt! :D