*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętujemy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świętujemy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 lutego 2016

Dałam się nabrać.

Pamiętam bardzo dobrze zeszłoroczne Walentynki. Dzień wcześniej wyjechała teściowa i był to wyjazd nieplanowany, bo miała zostać do niedzieli. Nastawiałam się, że w weekend nie będę sama (Franek pracował), dlatego byłam pełna obaw. A tymczasem wszystko układało się dobrze. Wiking tego dnia dość dużo spał jak na niego - przysypiał mi przy piersi, ja potem go zsuwałam z kolan i leżał obok mnie na kanapie, podczas gdy ja siedziałam przy komputerze i przeglądałam paragony. Około 14:00 wyszliśmy na spacer i byłam naprawdę w dobrym humorze (mimo, że najczęściej wspominam o tym, jak było mi źle, to dobrze pamiętam, że były też takie dni jak tamte i to wcale nie aż tak mało). Pogoda była ładna - było co prawda dużo zimniej niż dziś, a przede wszystkim bardziej zimowo, ale to był naprawdę przyjemny dzień pod tym względem. Spacerowałam sobie z Wikingiem śpiącym w wózku i rozmyślałam o tym, że nie jest tak źle i sobie radzę. Kiedy wracałam do domu, mijałam kwiaciarnię, z której wychodził jakiś chłopak i niósł duży czerwony balon na patyku. Przeszło mi przez myśl, że fajnie ma ta jego dziewczyna/narzeczona/żona, bo też chciałabym dostać takie balonowe serce :)
Jakieś dwie godziny później do domu wszedł Franek i z okazji Walentynek dostałam od niego... duże, czerwone, balonowe serce na patyku :) Nie umawialiśmy się! Nawet nigdy nie wspominałam Frankowi, że mam takie "marzenie" :) A on trafił. I przyniósł jeszcze mini storczyka...

Balon trzyma się do dziś, proszę bardzo:
 
Storczyk zresztą też, tylko właśnie przekwitł i akurat kiedy go ustawiałam do zdjęcia, opadły ostatnie kwiaty...

W tym roku od rana bawiliśmy się z Wikingiem. Od wczesnego rana należy dodać, bo wczoraj Wikuś o 19:20 już spał, a że całą noc przespał spokojnie, to już kwadrans po szóstej obudził się zadowolony i od razu podreptał do drugiego pokoju. Musiałam więc podreptać za nim :) Spędziliśmy bardzo miły dzień, a wczesnym popołudniem wyszliśmy na spacer. Myślałam, że trochę sobie Wikuś pośpi, ale on wolał obserwować to, co się wokół niego dzieje. Zrobiliśmy nawet przystanek na placu zabaw, skoro pogoda sprzyjała - było ciepło i słonecznie. Łaziliśmy tak prawie dwie godziny. Na koniec jeszcze zahaczyliśmy o hipermarket, bo miałam tam małe zakupy do zrobienia, a kiedy wychodziłam, zobaczyłam stoisko z czerwonymi lizakami w kształcie serca i napisem "Kocham Cię", którego normalnie tam nie ma. Tym razem znowu przemknęło i przez głowę, że chciałabym takiego lizaka.
Wróciliśmy do domu - Franek już zdążył wrócić z pracy i przebrany "po domowemu", leżał w pokoju na podłodze (a gdzieżby indziej? :)) Odczekałam chwilę, a kiedy stwierdziłam, że żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują, żeby miał dla mnie coś z okazji Walentynek, wyciągnęłam swój drobny, słodki upominek, który przygotowałam sobie już wczoraj. Franek zerwał się wtedy na równe nogi i zawołał "ojej! to dziś?? zapomniałem!" Zdziwiłam się nawet trochę na te słowa, bo kiedy rano do mnie dzwonił powiedział "Dzień dobry moja Walentynko", no ale stwierdziłam, że jeśli spieszył się do domu, to faktycznie mógł zapomnieć, że wcześniej kombinował wstąpić po drodze do sklepu po jakiś upominek. Ale o dziwo, nawet nie zrobiło mi się z tego powodu jakoś bardzo przykro, byłam raczej zdziwiona niż rozczarowana. Poszłam do łazienki umyć ręce, a kiedy wychodziłam, zderzyłam się z Frankiem trzymającym śliczny bukiet kolorowych kwiatów i czerwonego lizaka :)
No, przyznać muszę, że naprawdę dałam się nabrać :)
 
Wiem, że upominki, które dostałam zarówno w tym, jak i ubiegłym roku są kiczowate do bólu. Wiem też, że wiele osób podśmiewa się z osób które takie prezenciki kupują i otrzymują, czasami wręcz pogardliwie. Ale mnie to  nie przeszkadza. Tak się składa, że to jest taki dzień, kiedy z jakiegoś powodu naprawdę chcę dostać taki kiczowaty prezent. Nie potrafię się z tej chęci nawet wytłumaczyć. Ale faktem jest, że bardzo mnie ucieszyły te kwiaty, baloniki i lizaki!
Wiele razy już tu pisałam o swoim stosunku do Dnia Zakochanych, więc nie chcę powielać notek, ale powtórzę jedno - jeśli ktoś nie chce świętować tego dnia albo uważa, że jest to głupie, niepotrzebne święto, to ma do tego prawo. Ale mnie się ono dobrze kojarzy i chcę je obchodzić. I nie znaczy to wcale, że w pozostałe dni nie kocham swojego męża albo że on nie okazuje mi swojego uczucia. Po prostu jedno nie wyklucza drugiego i prawdę mówiąc uważam, że to jest akurat głupi argument, jeśli ktoś twierdzi, że nie świętuje tego dnia, bo świętuje we wszystkie inne :)
Tak, czy inaczej, kochać można się przez cały rok, ale nie przez cały rok przecież tak bezkarnie można sobie marzyć o dmuchanych lub słodkich sercach a chwilę potem je dostawać :) Ja tam się cieszę, że jest dodatkowy dzień w roku, kiedy celebruje się miłość :)

czwartek, 7 stycznia 2016

Sto lat, Dzieciaku!



Kochany Wiktosiu!
Patrzę dziś na Ciebie i nie mogę uwierzyć, że minął rok, odkąd po raz pierwszy Cię zobaczyliśmy. Z jednej strony, trudno uwierzyć mi w to, że to maleństwo, które mi podano rok temu o 19:45, to jesteś Ty – ten sam, który teraz chodzi, niemal biega, po całym mieszkaniu, który śmieje się do rozpuku chowając się za zasłoną albo który potrafi głośno okazywać swoją złość, gdy coś idzie nie po jego myśli. Z drugiej jednak strony, trudno mi uwierzyć w to, że to dopiero rok, bo mam wrażenie, jakby to wszystko, co działo się przed Twoimi narodzinami, działo się w jakimś zupełnie innym, odległym o lata świetlne życiu. Tak bardzo wpasowałeś się już w życie naszej małej rodziny, że trudno mi sobie czasami przypomnieć, jak to było bez Ciebie.
Za to bardzo dokładnie pamiętam moment, kiedy pojawiłeś się na tym świecie. Czekaliśmy na niego prawie całą dobę, a ta konkretna chwila była krótka, jak mgnienie oka. Nagle się pojawiłeś, a ja byłam zaskoczona, a jednocześnie szczęśliwa, że to już. Nie jestem pewna, co wtedy powiedziałam, ani co zrobiłam, ale Twój tata mówi, że jeszcze nigdy mnie takiej nie widział i że to było coś niezwykłego, ta radość, którą zareagowałam na Twój widok. Nie jestem pewna, czy płakałeś, ale jeśli tak, to bardzo krótko… Pamiętam, że od razu zostałeś położony na moim brzuchu i leżeliśmy tak przez ponad dwie godziny. Nie spałeś. Zaglądałam w Twoją maleńką buźkę, a Ty patrzyłeś na mnie i na tatę. Ciekawe, co sobie wtedy myślałeś :)
Pierwsza noc z Tobą była niesamowita, bo na granicy jawy i snu. Byłam wykończona i zasnęłam niemal od razu, ale przebudzałam się kilka razy i wtedy dziwiłam się temu, że Ty już jesteś i leżysz w łóżeczku tuż obok. Prawie nie spałeś, bo ile razy na Ciebie spojrzałam, leżałeś z szeroko otwartymi oczami. Mówią, że poród jest mistycznym przeżyciem. Ja tak nie twierdzę, ale jeśli w tym całym procesie zawiera się jakiś mistycyzm, to ja doszukiwałabym się go właśnie w tych kilku godzinach po Twoim urodzeniu i w pierwszej wspólnej nocy.

Wiktorku, wiele się przez ten rok nauczyłeś, zrobiłeś niesamowite postępy i bardzo się zmieniłeś. Ale nie wiem, czy przypadkiem ja nie zmieniłam się nawet bardziej… Też się wiele nauczyłam – od Ciebie. Sprawiłeś, że poznałam siebie trochę lepiej. Przede wszystkim, dowiedziałam się, że jednak potrafię kochać takie maleństwo. Od pierwszej chwili byłeś dla mnie bardzo ważny, wiedziałam, że jestem za Ciebie odpowiedzialna i że chcę dla Ciebie wszystkiego, co najlepsze. Ale najpiękniejsze przyszło później, kiedy już kochałam Cię bardziej świadomie. Z każdym dniem odczuwam to bardziej. Codziennie dajesz nam dużo radości i rozczulasz nas swoim zachowaniem lub spojrzeniem.

Z okazji tych pierwszych urodzin, chciałabym życzyć Ci, żebyś zawsze w życiu był tak szczęśliwy, jak wtedy, kiedy uda Ci się wdrapać na wersalkę przy której stoi stół z laptopem! :) Mam nadzieję, że w swoim życiu będziesz tak samo wytrwały i konsekwentny w dążeniu do celów, jak teraz, kiedy każdego dnia próbujesz osiągnąć coś, co jeszcze dzień wcześniej wydawało się niemożliwe do zdobycia. I oby sukcesy smakowały tak samo. Życzę Ci, żebyś był otaczany przez kochających Cię ludzi, którzy będą chcieli dla Ciebie jak najlepiej, ale którzy jednocześnie nie zepsują Cię, tylko nauczą Cię, jak radzić sobie również wtedy, kiedy nie wszystko dzieje się tak, jak byś chciał. Mam nadzieję, że na nas będziesz mógł liczyć w tej kwestii. Najczęściej słyszymy o Tobie od osób postronnych, że jesteś pogodny i bystry – skoro powtarza to tyle osób, niezależnie od siebie, coś w tym musi być. Życzę Ci więc, aby tak już pozostało. Niech pogoda ducha towarzyszy Ci codziennie, aby żadne trudne momenty nie były Ci straszne. A bystrość umysły niech pomaga Ci w pokonywaniu kolejnych życiowych etapów i w dążeniu do osiągnięcia spełnienia.
To są życzenia bardzo długofalowe, na wszystko jeszcze masz czas, ale chcę, żebyś wiedział, że już teraz myślę o tym, żeby wiodło Ci się zawsze jak najlepiej.
Dziś Twoje pierwsze urodziny. Rozwijaj się pięknie i chowaj zdrowo. Bądź naszą radością i pociechą w każdej chwili. Chcę, żebyś pamiętał, wiedział i przede wszystkim czuł, że jesteś dla nas bardzo ważny, że jesteś przez nas kochany i że jesteś nieodłączną częścią naszej rodziny.
Sto lat, kochany synku!

piątek, 25 grudnia 2015

Zmiana miejscówki.

Z przykrością muszę stwierdzić, że niestety dla mnie święta właściwie dobiegają końca :( Przynajmniej mentalnie... Tak, tak, ja wiem, że jeszcze drugi dzień świąt, ale jutro rano już wyjeżdżamy z Miasteczka. Jedziemy do Poznania, a to jednak nie to samo. Ja wiem, to jest sprawiedliwe - kolejną Wigilię spędziliśmy w Miasteczku, a jednak wypada pojawić się także w tej drugiej rodzinie jeszcze w świąteczny czas. No i zostaniemy tam cały tydzień i oczywiście nie omieszkałam sobie obliczyć, że to wychodzi o dwa dni więcej, niż te, które jesteśmy w Miasteczku... :) Doobra, ja wiem, Wigilia się liczy przynajmniej razy dwa. Dlatego właśnie przystałam na tę jawną sprawiedliwą niesprawiedliwość.
Co nie zmienia faktu, że żal mi bardzo stąd wyjeżdżać. Jak zwykle zresztą. Zwłaszcza, że nie wiem, kiedy znowu przyjedziemy :( W dodatku - co tu dużo mówić, ja po prostu nie czuję się rewelacyjnie mieszkając u teściów na trzydziestu metrach kwadratowych. Może i jestem wygodnicka, ale po prostu odzwyczaiłam się od takiego małego metrażu i naprawdę niemal dostaję tam klaustrofobii. Kiedyś mi to aż tak nie doskwierało, ale odkąd jeździmy z Wikingiem, to bardzo mi to przeszkadza. No i wiadomo, że nie jestem u siebie - mimo, że i tak czuję się tam w miarę swobodnie. Ale Franek sam mówi często, że z kilku powodów woli nawet jeździć do Miasteczka i lepiej się tu czuje niż w Poznaniu. Nie zrozumcie mnie źle, nie jest wcale najgorzej. Ale po prostu w Miasteczku lepiej i już :)

Wikingowi też się tu bardzo podoba! Przez ostatnie dni cały czas chodził zadowolony, nie do końca wiem, co jest przyczyną tego, że on tutaj jest zawsze tak mało absorbujący, ale Franek twierdzi, że to dlatego, że mieszkanie jest duże (o 30 metrów większe niż w Podwarszawie) i on tu cały czas ma gdzie chodzić, gdzie zaglądać i co zwiedzać :) W dodatku osób jest więcej, więc więcej się dzieje. Ale mam nadzieję, że w Poznaniu działo się też będzie dużo, więc Wikuś też się nudzić nie będzie :) Oby było zdecydowanie lepiej niż teraz sobie myślę, bo jakoś wyjątkowo bardzo nie mam ochoty tam jechać. Naprawdę aż dziwnie się z tym czuję, bo wiem, że to Franka dom rodzinny, ale serio, nawet nie chce mi się jakoś z nikim spotykać, a przecież wiecie, że pobyt w Poznaniu zawsze jest dla mnie bardzo owocny w spotkania towarzyskie.

A wracając do świąt, które jeszcze jednak trwają, a przede wszystkim wczorajszej Wigilii - chyba jednak naprawdę Wiking wyczuł, że to nie jest zwykły wieczór! Siedział spokojnie z nami przy stole przez prawie dwie godziny. I ciągle jadł! :) Przygotowałam mu zupkę z kotlecikami cielęcymi, szybko się z tym rozprawił a potem to już podbierał wszystko z naszego stołu. Najbardziej smakował mu kompot z suszonych owoców i karp. Ciągnął nas za rękaw, żebyśmy mu dali jeszcze kawałek! :) Pierogi też wcinał, chociaż starałam się dać mu je bez farszu jednak, bo tam grzyby były. Ja naprawdę nie wiem, jakim cudem Wiking ciągle jest taki drobny, bo on ciągle przecież coś by jadł. Normalnie zazwyczaj od stołu wigilijnego trzeba odchodzić, bo dzieci chcą już iść do prezentów i mówią, że się najadły. Wczoraj musieliśmy od tego stołu odejść, żeby Wiking wreszcie przestał jeść :P Bo ciągle po coś rączkę wyciągał. 
Ale prezenty też go bardzo zadowoliły. Zastanawiałam się, jak to będzie i czy nie okaże się, że kolorowy papier i cała otoczka nie zainteresuje Wikinga bardziej niż same prezenty, ale jednak nie. Ucieszyło mnie, że zainteresował się wszystkim od zabawek i instrumentów muzycznych, poprzez puzzle, na książeczkach kończąc i na każdą rzecz chociaż przez chwilę spojrzał i się nią pobawił. Przez cały wieczór był radosny i zainteresowany wszystkim, co się dookoła działo. Udało mu się nawet wytrzymać do późna i położył się spać dopiero o 22! To aż trzy godziny później niż zwykle. Co prawda specjalnie Franek wyszedł z nim jeszcze o 16 na spacer, żeby trochę pospał, ale i tak nie spodziewałam się, że to aż tak przedłuży żywotność wikusiowych akumulatorów :) A może to po prostu zasługa atmosfery i magii wigilijnego wieczoru. Grunt, że nasza pierwsza wspólna Wigilia była bardzo udana i lepszej sobie wyobrazić nie mogłam. Pięknie było :)

środa, 23 grudnia 2015

Refleksja o umiejętności zwalniania i o zarządzaniu czasem :)

Chyba trochę zwalniam. A jeszcze wczoraj wydawało mi się to niemożliwe!  Od prawie miesiąca piszę Wam ciągle o tym, jak to grudzień u mnie zabiegany. Ano piszę, bo tak właśnie jest :) Ciągle coś robię, próbuję coś dogonić, zajmuję się jedną sprawą, a w głowie już mam kilka innych, które czekają na załatwienie. Bo już taka jestem, że wraz z końcem roku lubię sobie pozamykać wszystko, co się da. Sama siebie potrafię zmobilizować i konsekwentnie dążę do celu. To bywa trochę denerwujące, bo nie odpuszczam, ale w gruncie rzeczy lubię w sobie tę cechę, zwłaszcza, kiedy widzę efekty.

Wczoraj rano myślałam, że jestem ostatnio w wiecznym niedoczasie i że na ten świąteczny czas powinnam trochę zwolnić, zatrzymać się i odsapnąć, a ja nie potrafię! Bo jak tu siedzieć spokojnie, kiedy tyle rzeczy do zrobienia (i bynajmniej nie miałam na myśli spraw typowo związanych ze świętowaniem)? Ale wyszłam na spacer, włączyłam tryb intensywnego myślenia i planowania w głowie, i chyba mi się udało. Wieczorem część spraw sobie nadrobiłam, resztę uporządkowałam i kładłam się już z poczuciem kontroli nad swoim czasem. Zostało mi to do dziś.Od razu mi lepiej. Bo jednak czas świąteczny nie powinien wiązać się z wieczną gonitwą i nadrabianiem tego, na co wcześniej czasu ciągle nie było. Owszem, postanowiłam sobie, że do końca tego roku uporam się z kilkoma drobiazgami, ale nie może się to odbywać kosztem świątecznej atmosfery.

Być może znowu Wam się wyda, że piszę enigmatycznie i unikami, ale wierzcie mi, że żadna tajemnica się za tym nie kryje :) Po prostu nie chce mi się wchodzić w szczegóły tego wszystkiego, czym ostatnio się zajmuję :) Chodzi o drobiazgi i o to, że robię porządki w życiu i w swojej głowie - na tyle, na ile się da. Lubię po prostu wraz z końcem roku pokusić się o taki mały remanent. Pewnie gdybym zaczęła szczegółowo wymieniać, na co mi tak ciągle czasu brakuje, to byście mnie wyśmiały, że się w ogóle tym zajmuję :P Ale właśnie o to chodzi, że zazwyczaj jeśli chodzi o sprawy fundamentalne to sobie z nimi radzę, czasu brakuje mi na zajęcie się wszystkimi wypełniaczami, którymi bym chciała - ale może jeśli uda mi się zrealizować większą część zamierzeń, to się z Wami podzielę tą radością.

Wiecie, że kiedy teraz czytam jakieś notki sprzed paru lat to przecieram oczy ze zdumienia - bo na przykład czytam, że wróciłam z pracy i mam labę - kładę się na kanapie z książką i czytam. Albo zakopuję się pod kocem z czasopismami językowymi i uczę się słówek. Albo siedzę przed komputerem i oglądam jakiś serial, szydełkując. I że cały weekend spędziłam na robieniu tego, co sprawia mi przyjemność. Niby to wszystko teraz też robię, ale w głowie mi się nie mieści, że ja kiedyś mogłam na to poświęcić niemal tyle czasu, ile chciałam! :) Jednak życie po dziecku się zmienia (na szczęście nigdy nie twierdziłam, że jest inaczej :P bo musiałabym teraz odszczekiwać) i jednak przy dziecku człowiek uczy się jeszcze lepiej gospodarować czasem. Aż się sobie dziwię, że kiedyś wydawało mi się, że to działa u mnie bez zarzutu :D Niemniej jednak żal trochę tego, co było. Kiedy czytam te wspomniane wcześniej wpisy, to czuję czasami ukłucie tęsknoty za tym, co było- takie to było oczywiste dla mnie, że jesteśmy tylko we dwoje i swobodnie dysponujemy swoim czasem. Trudno mi w to teraz uwierzyć, bo prawie nie pamiętam tamtego życia :P Nie umiem sobie teraz wyobrazić innego funkcjonowania - tego wplatania przyjemności między jeden a drugi obowiązek, godzenia wszystkich czynności ze sobą. Bez Wikinga byłoby dziwnie, nie chciałabym już tego, może nawet nie umiałaby... Chociaż pewnie nie pogniewałabym się, gdybym tak dostała jeden taki dzień do swojej dyspozycji - rzecz jasna z adnotacją, że to tylko chwilowe ;)
Ale nie narzekam, ja i tak jestem zadowolona z siebie i swoich działań. Myślę, że całkiem nieźle idzie mi łączenie przyjemnego z pożytecznym. Jasne, że nie na wszystko mi wystarcza czasu, ale zawsze tak było. Taka to już przypadłość osób, które się nie potrafią nudzić, myślę, że większość z Was wie, co mam na myśli :)

I tym sposobem popłynęłam sobie dygresją o tym, jak to czasy się zmieniają i jak się człowiek do nich doskonale dostosowuje. I tylko natura świata ciągle niezmienna, i znowu mamy święta, i znowu koniec roku a nowy za pasem.

Właściwie to nie wiem, czy to już czas na życzenia świąteczne? Może tu jeszcze wrócę jutro chociaż na chwilę, żeby się podzielić z Wami wirtualnym opłatkiem w tę pierwszą Wigilię, która w naszym domu będzie już czteropokoleniowa... Ale gdyby mi się to nie udało:

Życzę Wam zdrowych, spokojnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia. Brzmi banalnie, ale pomyślcie, jak źle byłoby, gdyby zabrakło tego zdrowia, spokoju i radości. Więc niech sobie będzie banalnie, grunt, że ze szczerego serca Wam tego życzę. Niech te dni będą spędzone w ciepłej, rodzinnej atmosferze. Życzę Wam, abyście umiały właśnie zwolnić i skupić się na tym czasie, który teraz został nam dany.

niedziela, 18 października 2015

Dzień Rodziny Frankowskich (i jej cyfry :))



Być może niektóre z Was pamiętają, że co roku w połowie października mamy kilka okazji do świętowania. Po pierwsze – urodziny Franka, które miał w sobotę. Po drugie, jego imieniny, które w tym roku wypadały w niedzielę. Po trzecie moje imieniny, które obchodzę tego samego dnia, co Franek urodziny :) Co roku o tym piszę i tym razem też nie omieszkam wspomnieć o tym, że raczej nigdy nie obchodziłam imienin (poza czasami wczesnoszkolnymi, kiedy to miałam żal, że urodziny wypadają mi w wakacje i nie mogę przynieść do szkoły cukierków :)), bo i u mnie w rodzinie nie ma takiej tradycji. Za to u Franka w rodzinie celebruje się raczej właśnie imieniny. I przez ten zbieg różnych okoliczności utarło się już w naszych rodzinach tak, że w dniach 17-18 października świętujemy po prostu wszystkie okazje  :) A od tego roku doszła nam jeszcze jedna, mianowicie imieniny Wikinga, które również przypadają na 17 października.
Właściwie utarło się tak, że imieniny obchodzi się w czasie najbliższym do urodzin. Wypadało by więc, że Wiking ma imieniny 22 lutego. Ale nie wszyscy taką zasadę stosują i my też postanowiliśmy się z niej wyłamać, choć trochę się nad tym zastanawialiśmy :) Niemniej jednak, po prostu stwierdziliśmy, że trzeba wykorzystać ten zbieg okoliczności i dzień 17 października uczynić Dniem Rodziny Frankowskich ;) (swoją drogą imieniny Wiktora wypadają również 21 lipca a więc w dzień moich urodzin, można więc powiedzieć, że to imię dla naszego dziecka naprawdę było nam przeznaczone *:P).
W tym roku świętowaliśmy raczej bez fajerwerków – po prostu razem z moimi rodzicami, siostrą i jej narzeczonym, zjedliśmy bardziej odświętny (coś w rodzaju niedzielnego :)) obiad, a potem posiedzieliśmy jeszcze przy deserze w postaci ciasta jabłkowo –migdałowego i przy trunkach – nalewkach, winie oraz piwie (dla mnie Karmi :)). Wiking siedział razem z nami przy stole w swoim foteliku i zadowolił się kaszą gryczaną i wodą :) Było naprawdę bardzo miło, ale zakładam, że z biegiem lat, to nasze świętowanie będzie coraz bardziej atrakcyjne – może jakieś zbiorowe wyjście do kina, do restauracji, czy wyjazd na wycieczkę… Pomyśli się, ale przypuszczam, że będzie można fajnie wykorzystać  ten zbieg okoliczności i już się na to cieszę.
Przez chwilę zastanawialiśmy się, co zrobimy, żeby naszemu ewentualnemu drugiemu dziecku nie było tego dnia przykro i nie czuło się pominięte (bo nie zamierzamy nadawać mu imienia Rudolf albo Laurentyna na przykład ;)), ale ostatecznie uznaliśmy, że będziemy się tym martwić, jeśli takie dziecko w ogóle się pojawi :)
*a skoro już przy takich zbiegach okoliczności i przeznaczeniu jesteśmy… Ciekawa jest kombinacja cyfr naszych dat urodzin – 21.07, 17.10, 07.01. Nie przywiązuję większej wagi do numerologii, ale lubię takie analizy i zbiegi okoliczności właśnie, a trudno nie dostrzec, że chyba możemy uznać jedynkę i siódemkę za nasze cyfry :) Moja dwójka trochę nie pasuje co prawda, ale za to występuje u Wikinga w peselu i ja mam pesel xx0721xxxxx a on xx2107xxxxx (bo teraz jest tak, że do miesiąca dodaje się dwójkę do pierwszej cyfry, czyli styczeń to 21, luty 22 itd.) A poza tym jestem rodzynką przecież, więc coś mi się od życia należy :D

środa, 23 września 2015

Skórzana po raz drugi.

A jednak udało się jeszcze dziś ;)
 
Już w lipcu byliśmy umówieni z moimi rodzicami, że przyjadą do nas w połowie września, aby umożliwić nam świętowanie rocznicy ślubu. Początkowo myśleliśmy, że może sobie pojedziemy gdzieś w jakieś fajne miejsce nieopodal, ale później stwierdziliśmy, że nawet stosunkowo bliska lokalizacja wymagałaby poświęcenia jakiegoś czasu na dojazd i zwyczajnie było nam go szkoda...

Pierwszą połowę dnia spędziliśmy wszyscy razem. Pojechaliśmy też na zakupy, bo miałyśmy z mamą kupony rabatowe do dwóch sklepów odzieżowych i w pojedynkę nie dałybyśmy rady ich wykorzystać, a tak nie było problem, żeby wydać np. 150 zł (dzięki czemu dostałyśmy 50 zł rabatu). A więc my przymierzałyśmy ubrania, a nasi trzej faceci czekali. Muszę Wam powiedzieć, że Wiking bardzo lubi galerie handlowe! Już kilka razy to zauważyliśmy. Wszystko go tam interesuje, rozgląda się z zaciekawieniem, jest bardzo cierpliwy, a najlepszy dowód na to, że jest mu tam dobrze, to ten, że potrafi zasnąć (Wiking nie zasypia jeśli czuje się niekomfortowo). Oczywiście nie oznacza to, że zawsze w czasie wolnym jeździmy do centrum handlowego i przesiadujemy tak godzinami :P Ale jest to dla nas wygodne, bo przecież musimy czasami oboje z Frankiem coś kupić a nie mielibyśmy co zrobić z dzieckiem. Wiem, że wiele takich małych dzieci w tego rodzaju sklepach łatwo "przebodźcować" i potem są bardzo nerwowe, dlatego cieszę się, że Wiking reaguje jednak inaczej. Niemniej jednak staramy się wybierać miejsca (lub czas), gdzie (lub kiedy:)) z reguły nie ma ogromnych tłumów. 

No ale to taka dygresja była tylko...  :) Wróciliśmy później do domu i wreszcie postanowiliśmy z Frankiem, co dalej! Kino! Oboje byliśmy co do tego zgodni, bo nawet nie rozmawialiśmy ze sobą wcześniej na ten temat - każde z nas we własnej głowie snuło plany spędzenia rocznicy. Po prostu kiedy przyszło do zwerbalizowania naszych pomysłów, okazało się, że są podobne :) Zawsze bardzo lubiliśmy chodzić razem do kina, bywaliśmy tam stosunkowo często i teraz nam tego brakuje. Ostatni raz oglądaliśmy film w kinie w listopadzie, być może pamiętacie naszą randkę... Mieliśmy w planie seans w Sylwestra, no ale niestety nasze plany zostały pokrzyżowane (i chyba tu się obejdzie nawet bez linka :P). Pomyśleliśmy więc, że kino w naszym wypadku to naprawdę będzie fajny pomysł na uczczenie rocznicy.
Mieliśmy trochę problem z wyborem filmu, bo na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że nie leci nic ciekawego. Albo jeśli jest ciekawe, to jakoś niepasujące na rocznicę. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Everest i muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry wybór, choć film raczej nieromantyczny ;)
Rodzice zostali z Wikingiem, a my pojechaliśmy. Dość szybko poczułam klimat rocznicowy, bo już w samochodzie. Nieobecność Wikinga zdecydowanie temu sprzyjała :) Kiedy wyszliśmy z samochodu Franek od razu mnie objął i pocałował, wiedziałam więc, że i on czuje się już w nastroju do świętowania. W kinie poczuliśmy się jak za starych dobrych czasów :) Film trzymał w napięciu i gatunek może niespecjalnie się kojarzy z romantycznym świętowaniem, ale jednak chyba sam fakt, że poszliśmy na niego we dwójkę do kina spowodował, że było, jak należy. Poza tym oboje byliśmy zadowoleni z wyboru, film nam się podobał i o to przecież też chodziło, bo jaki sens iść na jakieś romansidło (choć wiecie, że generalnie nie mam nic przeciwko nim:)) dla zasady i się później wynudzić lub zastanawiać się, czy ta druga strona jest wystarczająco zadowolona. W tym wypadku nie było tego problemu.

Po kinie jeszcze chwilę pochodziliśmy po sklepach i wróciliśmy do domu. W tym momencie muszę nadmienić, że kiedy już wyszliśmy z sali kinowej, z naszej dwójki to właśnie Franek był tym rodzicem, któremu bardziej się spieszyło do dziecka :) Nie chodziło może nawet o to, że się stęsknił, ale wiedział, że za chwilę pora kąpieli, czuł, ze pora wracać i trochę mnie popędzał. Zdaje się, że zwykle wygląda to na odwrót ;) On się tłumaczył, że po prostu nie chce nadużywać uprzejmości moich rodziców, żeby się nie zniecierpliwili, że tak długo nas nie ma, zwłaszcza, że wieczorem Wiking lubi sobie pomarudzić... Kto wie, może gdyby to teściowie opiekowali się Wikusiowi to też miałabym takie poczucie? :) 
W każdym razie, kiedy weszliśmy do domu zastaliśmy taki oto obrazek - mój tato leżał na podłodze, a Wiking się na niego wspinał. Mama siedziała obok i nadzorowała zabawę. Nasz syn ledwo zaszczycił nas spojrzeniem ;) Uśmiechnął się co prawda, ale zamiast podraczkować do nas (jak się spodziewaliśmy), wrócił do wspinaczki. W ogóle był we wspaniałym humorze. Głośno się śmiał i kiedy szykowaliśmy mu kąpiel, cały czas kręcił się nam pod nogami wielce zadowolony. Po kąpieli mój tata dostał w rękę butelkę i karmił Wikusia, a później poszedł go usypiać. A my z Frankiem szybko się przebraliśmy i wyszliśmy na odświętną kolację :) W windowym lustrze prezentowaliśmy się całkiem, całkiem - makijaż, szpilki, eleganckie spodnie, koszula - no wiecie, te klimaty ;) Zupełnie przypadkowo Franek włożył nawet koszulę pasującą do mojej sukienki :P
Zrezygnowaliśmy z pomysłu, żeby jechać znowu do Warszawy do restauracji, właśnie ze względu na wspomnianą wcześniej oszczędność czasu. Poszliśmy do restauracji, w której organizowaliśmy chrzciny, a która znajduje się kilkaset metrów od naszego domu. Trochę się obawiałam, że może taki wybór będzie za mało wyszukany i nastrój nie będzie odpowiednio podniosły, ale okazało się, że wszystko było tak, jak należy. W dodatku trafiliśmy na wieczór z muzyką na żywo, więc wytworzył się specyficzny klimat.
Naprawdę było bardzo przyjemnie. Mieliśmy czas na niespieszną rozmowę, delektowanie się zamówionymi daniami i wspólną chwilą. Później wróciliśmy spacerkiem do domu, trzymaliśmy się za ręce i czuliśmy się naładowani pozytywną energią :)

Nie mam złudzeń, że takie świętowanie sprawiło, że odtąd już będzie między nami tylko cudownie :) Nie wiem, na jak długo wystarczy nam energii w tych naszych akumulatorach, ale jednak jestem naprawdę pozytywnie nastrojona, bo obawiałam się, jakie będą te nasze obchody... Okazało się, że było tak, jak należy! Mam nadzieję, że jednak w codziennym kieracie uda nam się zachować pamięć o tym wyjątkowym dniu, ale przede wszystkim myślę sobie, że skoro nie zapomnieliśmy jeszcze, jak to jest być razem ze sobą w taki sposób, to chyba będą z nas ludzie ;)

piątek, 18 września 2015

Skórzana, choć w nienajlepszym wydaniu.

Zastanawiam się, jak ugryźć tę notkę, aby precyzyjnie wyrazić swoje uczucia a także rzetelnie przedstawić sytuację. I dochodzę do wniosku, że chyba i tak się nie da. Ale chociaż spróbuję napisać tak, żeby nie podlukrować z jednej strony, a z drugiej (i to chyba ważniejsze), aby nie wyolbrzymić problemu i nie przesadzić z dramatyzmem sytuacji...

Trzy lata po ślubie... Wydawałoby się, że ta rocznica będzie dla nas wyjątkowo szczęśliwa. Nasza rodzina się powiększyła, pojawił się owoc naszego małżeństwa a my oprócz roli małżonków dostaliśmy jeszcze rolę rodziców. I oczywiście nie umniejszam tego szczęścia, jakim jest dla nas Wiking. Ale jeśli chodzi o nas dwoje i o naszą relację, to niestety mam wrażenie, że trochę się pogubiliśmy.

Nie jest tak, że cały czas jest źle, oczywiście, że tak ogólnie rzecz biorąc jest w porządku i mamy też wiele bardzo przyjemnych, szczęśliwych chwil. Ale rzecz w tym, że nie ma już takiej sielanki, jaka nam towarzyszyła przez ostatnie cztery, pięć lat. Chwilami mam wrażenie, jakbyśmy się cofnęli do tego trudnego dla nas roku 2009 (tym bardziej, że właśnie skończyłam przenosić ten rok do archiwum, więc wspomnienia w miarę świeże), kiedy to nasz związek był bardzo emocjonalny i próbowaliśmy się uporać z kryzysem, co zresztą nam się przecież udało. Rzecz jasna teraz jest inaczej, bo jesteśmy małżeństwem i nawet kryzys ma inne oblicze, jakieś takie mniej wyraziste i trudno nawet stwierdzić, czy on naprawdę istnieje (bo zdania są podzielone :)). 
Oczywiście, że jest mi przykro z tego powodu. Chciałabym, abyśmy byli małżeństwem idealnym, wiecznie szczęśliwym, bez trudnych momentów. Ale coś szwankuje i nie bardzo potrafię znaleźć przyczynę. Być może chodzi o to, że jesteśmy już zwyczajnie zmęczeni tym, że ciągle wiele rzeczy nie układa nam się tak, abyśmy mogli wreszcie poczuć bezpieczną stabilizację. Może męczy nas ciągła świadomość tego, że wisi nad nami widmo podejmowania kolejnych bardzo ważnych życiowych decyzji, które wcale nie są jednoznaczne. Wreszcie - może po prostu trochę pogubiliśmy się w tej nowej życiowej sytuacji, jaką było pojawienie się dziecka, które siłą rzeczy zburzyło wcześniejszą harmonię. 
Tak, jak ostatnio pisałam, dziecko nie było w naszym wypadku czymś tak bardzo upragnionym, czego brakowało nam do szczęścia. Było ono nowym elementem naszej codzienności, którą musieliśmy trochę przemeblować dla niego. Być może właśnie byłoby łatwiej, gdyby Wiking stał się dla nas, dla mnie (bo właściwie powinnam przecież pisać za siebie) centrum świata. Kocham go, to oczywiste, ale nie jest to taka miłość, która przesłoniła mi całą resztę. Dla mnie zawsze bardzo ważne było małżeństwo jako związek dwojga. Istotne były dla mnie te magiczne momenty, których można doświadczyć tylko we dwoje. Pewnie, że teraz we trójkę doświadczamy innego rodzaju szczęśliwych chwil, ale to jednak nie jest to samo i akurat mnie doskwiera to, że nie może być tak jak dawniej. Bo nie może, nie oszukujmy się. I wiedziałam o tym od samego początku, chociaż liczyłam na to, że jednak nie będę tego aż tak przeżywać :)
Trudna codzienność jednak zrobiła swoje. Jesteśmy zmęczeni oboje. Tyle, że ja zawsze sobie ze zmęczeniem radziłam lepiej niż Franek. On teraz jest po pracy zmęczony tak samo jak był rok temu. Tylko, że rok temu miał więcej czasu i możliwości na regenerację. Teraz zawsze w domu jest coś do zrobienia. A kiedy już może się położyć i odpocząć, to ja się czepiam. 
Tak, przyznaję się otwarcie do tego, że się czepiam, ale zrozumcie też mnie - jestem cały dzień sama w domu z Wikingiem. Czekam z utęsknieniem na powrót męża z pracy, wcale nie po to, żeby zajął się Wikingiem i żebym miała święty spokój, tylko po to, żebyśmy spędzili razem czas, porozmawiali... A tymczasem on musi się położyć (po tym, jak zrobi obiad na przykład albo coś posprząta, bo taki się u nas dokonał podział obowiązków). Oczywiście umożliwiam mu to i na przykład zabieram Wikinga na spacer. Nie jest tak, że nie rozumiem jego potrzeby odpoczynku, ale po prostu dla mnie to trochę za długo no i właśnie mam tę potrzebę, abyśmy spędzili popołudnie razem.
Uwielbiam momenty, kiedy jesteśmy we trójkę w jednym pokoju, Franek nawet sobie może leżeć i drzemać, ale jest już zupełnie inaczej niż kiedy idzie spać do sypialni (a jednak, żeby odpocząć porządnie to woli się tam przespać). Albo kiedy coś robimy - może to być nawet sprzątanie :) Już ostatnio Wam pisałam, że Wiking bardzo lubi, kiedy się krzątamy po domu a on może chodzić za nami i się przyglądać.
W pewnym momencie bardzo zaczyna mi brakować swego rodzaju duchowej bliskości. Zawsze tak było, zawsze nadchodził taki moment, kiedy czułam, że coś jest nie do końca tak, jakbym chciała. Ale wtedy zazwyczaj wystarczał jeden wspólny weekend albo nawet dzień - spędzony na relaksie we własnym sosie, na beztroskim wypadzie do miasta i już baterie naszego związku się ładowały i wracała sielanka. Teraz po prostu nie ma takiej możliwości. Na co dzień wspólne mamy tylko wieczory - bardzo krótkie, bo chodzimy wcześniej spać ze względu na to, że wcześnie wstajemy. Są to zwykle jakieś dwie godziny. I choć często coś wtedy razem oglądamy albo - jak ostatnio - gramy, oczywistym jest, że czasami każde z nas chce je spożytkować na jakiejś swojej przyjemności. Dlatego nie mam pretensji, kiedy np. Franek chce sobie wieczorem pograć na komputerze, bo wiem, że czasami nie ma na to czasu przez kilka dni z rzędu a dla niego to taka sama przyjemność jak dla mnie czytanie albo blogowanie. Ja zresztą też czasami czekam na wieczór, bo chcę zrobić coś dla siebie, na co czekałam przez cały dzień.

Kiedy Franek ma wolny dzień, zazwyczaj od razu robi się między nami lepiej. Właśnie dlatego, że spędzamy ten czas rodzinnie. Wychodzimy na spacery, jeździmy na wycieczki, razem ogarniamy mieszkanie. Mamy czas na rozmowę i wtedy zwykle jest dobrze. Problem w tym, że te nasze baterie chyba się zużyły i mają jakąś krótszą wytrzymałość niż kiedyś, bo ta sielskość nie wystarcza na dłużej. Kiedyś najczęściej sielanka była codziennością, złe chwile momentami. Teraz codzienność jest po prostu codziennością, a momenty już bywają zarówno sielskie jak i złe... 

Problemem jest to, że trudno o tym rozmawiać, ponieważ Franek generalnie nie widzi tego co ja. Pewnie kłania się tutaj znowu różnica w postrzeganiu. Dla niego to wszystko jest chyba dużo mniej skomplikowane i sprowadza się do tego - jestem zmęczony, to zwykle jestem zły, daj więc mi lepiej spokój. Mam wolne, jestem wypoczęty - mam dobry humor, kochanie! Otóż to. Bo ja się przyznałam do tego, że się czepiam, ale Franek bez winy nie jest, bo rzecz w tym, że tak jak pisałam ostatnio, to jaki on ma nastrój bardzo się na mnie odbija. Niestety kiedy Franek jest zmęczony i w złym humorze to często chodzi wściekły i choć czasami nawet tego nie zauważa, odzywa się do mnie nieuprzejmie. Mnie to boli, mówię mu żeby tak się nie odzywał, a on się wkurza jeszcze bardziej, bo mówi, że mi się zdaje i przesadzam. To samo zresztą mówi, kiedy ma dobry dzień i ja (nauczona doświadczeniem wiem, że czasami lepiej z rozmową poczekać na jego lepszy nastrój) skarżę się na to, co było. On zawsze podkreśla, że mi się wydaje i mówi normalnie. Tymczasem ja czuję co innego. I nie wiem, jak to rozwiązać. Czasami zdarza mu się naprawdę przesadzić, ale wtedy zawsze przeprasza, to muszę mu przyznać. Nawet z kwiatkiem. I nawet na kolanach za jakąś głupią odzywkę... Niestety na dłuższą metę nie rozwiązuje to problemu.

Wydaje mi się, że znowu problemem może być to, o czym ostatnimi czasy tak dużo tu piszę. Czyli moje podejście, moje oczekiwania, mój perfekcjonizm i moje wysokie wymagania. Względem siebie, względem dziecka, względem męża, względem codzienności i życia w ogóle. Znowu może być tak, że inna na moim miejscu machnęłaby ręką na zły humor faceta i cieszyłaby się, że tyle robi w domu. Nie chce gadać? Niech nie gada, zajmę się swoimi sprawami, w końcu mu przejdzie... Ja też wiem, że Frankowi przejdzie i też się zajmuję swoimi sprawami, ale jednocześnie jest mi przykro i nie chcę, żeby tak było. Wiem, że pod wieloma względami mam w domu skarb - gotuje, sprząta, pamięta o mnie, zresztą przecież wiecie jak jest, bo często o tym piszę. Kiedy nieraz słyszę o jakimś facecie, mężu/chłopaku koleżanek lub znajomych to ręce załamuję i myślę sobie, że w życiu nie chciałabym mieć takiego chłopa. A jednak one są z nim bardzo szczęśliwe i wcale nie przeszkadza im to, co dla mnie byłoby bardzo uciążliwe. Dlatego próbuję sama sobie uzmysłowić, jak wiele mam. Ale jednocześnie czasami tak bardzo doskwiera mi to, o czym napisałam powyżej...
Wiem doskonale, że mogłoby się nam układać dużo lepiej, gdybym odpuściła. Nie czepiała się tego i tamtego. Odpuściła focha na to, że Franek w wieczór poprzedzający dzień wolny zasnął przed telewizorem a nie w sypialni, nie narzekała na piwo, które sobie tego wieczoru wypije. Gdybym po prostu czasami się zamknęła. Ale to nie w moim stylu po prostu. Mam udawać, że nie denerwuje mnie coś, co mnie denerwuje...? Z drugiej strony wiem też doskonale, że mogłoby się nam układać lepiej, gdyby Franek chodził mniej wkurzony, mniej zmęczony itp... I koło w pewnym sensie się zamyka.

Miało być o naszym małżeństwie, a znowu wyszło sporo o mnie - ostatnio się robię bardzo egocentryczna :D W każdym razie, podsumowując - nie chodzi o to, że jest bardzo źle. Raczej o to, że nie jest tak pięknie jak kiedyś. Że te piękne są tylko momenty, a nie całe dni i tygodnie. Tęsknię za tym i przez to wydaje mi się, że nie jest dobrze. Dochodzi do tego poczucie osamotnienia  i niezaspokojona potrzeba tej duchowej bliskości, o której wspomniałam. Z naszej dwójki to ja mam poczucie, że coś jest nie w porządku, to mnie czegoś brakuje i to ja chcę coś naprawiać. I sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony dobrze, bo może być tak, że obiektywnie rzecz biorąc jesteśmy całkiem fajną parą, która przechodzi przez normalne etapy i która miewa normalne gorsze dni jak każda inna. Z drugiej źle, bo skoro tylko ja widzę problem, który naprawić można jedynie we dwójkę, to jak tego dokonać?

No i taka jest ta nasza trzecia rocznica. Pełna refleksji i przemyśleń. Zadowolenia z jednej, niedosytu z drugiej strony. Wiem, że oboje nadal chcemy ze sobą być i że problemem nie są wzajemne uczucia bądź ich brak. Możliwe, że po prostu rozmijamy się z oczekiwaniami...

Trudno pisać tego rodzaju notki, bo zawsze jest obawa, że zostanie ona źle odebrana. Nie chciałam się tu skarżyć na męża. Nie chciałam go też wybielać. To samo zresztą dotyczy mojej osoby. Nie oczekuję też rad, bo przecież tak naprawdę i tak nie wiecie jak jest, bo żadne słowa nie oddadzą pełni tego, co się dzieje u nas na co dzień, zwłaszcza, że sama wiem, że to wszystko nie jest jednoznaczne. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz - nie chciałabym, żeby zostało to odczytane tak, że pojawienie się Wikinga wszystko nam zepsuło. Nie, absolutnie. Czas ciąży był pięknym czasem dla naszego małżeństwa, pierwszy miesiąc z Wikusiem również taki był a i kolejne miesiące codziennie przynoszą nam kolejne powody do radości. Jasne, że dziecko wiele zmieniło w naszym życiu, ale na pewno nie jest bezpośrednią przyczyną tego, jak się między nami układa, bo to jest tylko i wyłącznie zależne od naszej dwójki i tego, jak sobie będziemy radzić ze wszystkimi okolicznościami.

Ufff, napisałam :) Jest mi lepiej, bo chciałam się wygadać i - znowu - poukładać sobie wszystko w głowie. Chciałabym bardzo, żebyśmy sobie z tym kryzysem-niekryzysem poradzili, żeby wróciło dawne poczucie spełnienia w małżeńskiej miłości. Żeby wszystko szło w dobrą stronę... Ale nie wiem, jak będzie wyglądała ta notka za rok. Nie jest łatwo pisać o czymś takim, bo nikt, a osoby tak ambitne jak ja w szczególności, nie lubi się przyznawać do jakiejś porażki czy też do tego, że nie jest cudownie. Ale z drugiej strony ciągle liczę na to, że wszystko wróci. Taka jest prawda, którą uświadamiam sobie w tych naprawdę trudnych chwilach.. Że czegokolwiek bym Frankowi nie powiedziała, zawsze ma to jeden cel - chcę, żebyśmy byli dalej szczęśliwi razem, nie osobno.

Tymczasem jutro przyjeżdżają moi rodzice. Na pewno zajmą się przez jakiś czas Wikusiem, podczas gdy my gdzieś razem wyjdziemy, bo od początku taki był bezpośredni cel ich wizyty. Zobaczymy, co nam ten weekend przyniesie.

środa, 5 sierpnia 2015

Urodziny na okrągło.

Jak część z Was już wie, podczas pobytu w puszczy, nieco się zestarzałam :) Przy okazji - jeszcze raz bardzo dziękuję Wam za życzenia smsowe, mailowe tudzież w innej formie! I przepraszam te z Was, którym jeszcze nie zdążyłam za nie indywidualnie podziękować, ale na pewno wkrótce to zrobię!

Stuknęła mi ta rzekomo straszna trzydziestka. Pamiętam kilka lat temu, gdy miałam jakieś 24/25 lat, pracowałam z koleżanką starszą od siebie o osiem lat i ona wspominała, jak ogromną traumą były dla niej trzydzieste urodziny. Mówiła, że cały dzień przepłakała. Nie mogłam tego zrozumieć, a ona mówiła, że może zrozumiem za parę lat, w dniu swoich trzydziestych urodzin. No więc nadal nie rozumiem :) Nie mam żadnych kompleksów na punkcie swojego wieku, nie czuję się stara, nie czuję też upływu lat, a więc nie mam też powodów, aby rozpaczać z powodu tego, że lat mi przybywa. Jest to dla mnie naturalna kolej rzeczy po prostu, a dzień urodzin niezmiennie jest dla mnie moim świętem i jednym z ulubionych dni w roku :) Czuję się dobrze - ani stara, ani młoda, po prostu jestem sobą, a rok w te czy wewte nie robi mi różnicy. Można powiedzieć, że ja sobie a metryka sobie :)
Przyznam, że trochę mnie nawet drażni, kiedy ktoś dzwoniąc do mnie z życzeniami (na przykład szwagier :)) podkreśla, jakie to straszne, że ten czas tak leci i że się starzejemy i żebym się cieszyła, tą trzydziestką, bo za moment już będzie znowu gorzej itp :P Mam wrażenie, że bardziej przeżywa to, że się starzeję, niż ja :P

W każdym razie mnie cieszy mimo wszystko ta trzydziestka. Jest taka okrągła i w sam raz. Łączy w sobie pewną dojrzałość i zdobyte doświadczenia ze świeżością, nadzieją na dobrą przyszłość i poczuciem, że nadal wszystko jeszcze przede mną. Ale nie czuję absolutnie, że przekroczyłam jakąś granicę albo że osiągnęłam jakiś konkretny punkt w życiu. Mimo wszystko tegoroczna inwentaryzacja już nie wypada dla mnie tak pomyślnie jak ta z roku ubiegłego. Niestety na stronę tego, czego nie mam przeszła moja ukochana praca, więc teraz nie mam nie tylko mieszkania i psa, ale także zatrudnienia... Nadzieja i wiara też jakby nieco mniejsze, choć nadal są, bo bez nich to pewnie i mnie by nie było ;) No i kilka kilka kilogramów również straciłam, ale to akurat jest pozytywna strata ;)
Nie mam też Tasiemca, ale za to mam Wikinga, a to przecież bardzo dużo. I cieszę się, że w ten trzydziesty rok życia weszłam już razem z nim - zawsze będzie łatwiej liczyć :D Reszta się na szczęście nie zmieniła i wciąż mam wokół siebie sporo życzliwych ludzi, którzy pamiętali o mnie w tym szczególnym dla mnie dniu, a w sobie sporo energii i nadal jeszcze pozytywnego myślenia. Tradycyjnie wzbogaciłam się też o parę drobiazgów :)



Kosmetyki, biżuteria, kwiatek do posadzenia i ciasto do zrobienia (to to kolorowe :)). Nie mogło się też obejść bez książki od Franka, która została jednak w Podwarszawie. A prawdziwą wisienkę na tym urodzinowym torcie stanowi prezent od męża, jakim jest popołudnie w SPA! Franek mówi, że na ten prezent miał już chrapkę w grudniu, ale się wstrzymał. I całe szczęście, bo teraz jest mi on potrzebny o niebo bardziej niż przed porodem! Oczywiście wtedy też byłby do wykorzystania przez cały rok, ale to właśnie teraz prezent w postaci świadomości, że któregoś dnia będę mogła sobie pójść na jakiś relaksujący masaż albo inny przyjemny zabieg kosmetyczny, zostawiając chłopaków samych, jest szczególnie budujący! Tylko mam wyrzuty sumienia, że prezent do tanich nie należy. Ale w sumie to tym bardziej - bo wiadomo, że sama bym go sobie na pewno nie zasponsorowała :) Już się nie mogę doczekać! Jeszcze nie wiem kiedy, ale nadejdzie pewnie taki smutny, szary, dobijający czas, kiedy moje akumulatory będą na gwałt potrzebowały doładowania i wtedy wyciągnę asa z rękawa w postaci tego bonu podarunkowego właśnie :)
Co ciekawe, nigdy tego rodzaju prezenty nie robiły na mnie większego wrażenia. Do kosmetyczki chodziłam sama i nie potrzebowałam prezentu w takiej postaci. Teraz jednak to się trochę zmieniło, bo taki prezent jest dla mnie zarazem obietnicą czasu spędzonego jedynie w swoim własnym towarzystwie. Kiedyś tego nie potrzebowałam. Teraz kiedy mam przy sobie takiego zewnętrznego Tasiemca, każda taka chwila jest na wagę złota. Jakiś czas temu, chyba jeszcze w tym najtrudniejszym okresie przeszło mi raz, czy dwa przez myśl, że fajnie byłoby taki prezent dostać. I nie doceniłam chyba swojego męża, bo uczciwie przyznam, że nie spodziewałam się, że sam mógłby na taki pomysł wpaść - wydawało mi się to nie w jego stylu (to trochę takie pójście na łatwiznę, kupno "gotowca" a on zawsze lubił się trochę bardziej wysilić). W tym wypadku jednak absolutnie łatwizną to nie jest, bo Franek doskonale wpasował się w moje potrzeby na chwilę obecną, bo bardzo możliwe, że na przykład dwa lata temu ten prezent nie ucieszyłby mnie aż tak bardzo jak w tym roku. Jak zwykle okazało się, że ma świetne wyczucie jeśli chodzi o prezenty...