Okupiłam
to strasznymi wyrzutami sumienia, ale nie poszłam we wtorek na ten
hiszpański. I w środę nie poszłam do pracy. Tak naprawdę temperatura w
środę rano już mi spadła, ale gardło rozbolało mnie tak bardzo, że
postanowiłam pójść jednak do tego lekarza. Co tylko utwierdziło mnie w
przekonaniu, że nie ma co pochopnie podejmować takich decyzji
Bo lekarz tak naprawdę tylko postawił diagnozę. Ponieważ jest to
wirusowa choroba, nie da się jej wyleczyć żadnym antybiotykiem. Żeby coś
na recepcie było, został mi przepisany czosnek w tabletkach, tabletki
na gardło i lek przeciwbólowy. Jak się pani doktor dowiedziała, że nie
mam umowy o pracę, to mi nawet zwolnienia nie wypisała. I tyle wyszło z
mojej wizyty u lekarza. Jednym słowem – tak jak myślałam – samo musi
przejść. W środę po południu i wieczorem czułam się bardzo dobrze,
wczoraj również, więc poszłam do pracy. Jedyna dolegliwość jaka mi
pozostała to kaszel i strasznie skrzeczący głos. Wieczorem poszłam na
hiszpański i niestety po powrocie z niego znowu się gorzej poczułam. W
nocy znowu miałam temperaturę, ale rano stwierdziłam, że siedzenie w
domu nic mi nie da i oto jestem w pracy. Już mnie zaczyna wkurzać ta
choroba. Mogłaby się zdecydować, bo naprawdę czułam się już bardzo
dobrze. Przydałby się jakiś wolny weekendzik na wykurowanie się, ale nic
z tego, bo jak już wspominałam mam teraz zajęcia. Oby tylko jakoś na
nich wytrzymać i pozaliczać kolokwia. Nie włączałam ostatnio prawie w
ogóle komputera, więc trochę mi się porobiły zaległości u Was, ale
postaram się ponarabiać wszystko
Pozdrawiam wszystkich.

