Stoczyłyśmy
dzisiaj z Dorotą bardzo intensywną walkę w kuchni. Z molami! Coś
strasznego było tego pełno! U nas w mieszkaniu zawsze było trochę moli.
Od ponad czterech lat jak tu mieszkamy zawsze latały jakieś pojedyncze
„egzemplarze”. Prawdę mówiąc przestałyśmy zwracać na nie uwagę. Jak
jeszcze kiedyś mieszkała z nami Ola miała obsesję na tym punkcie, nawet
pamiętam jak kiedyś spędziła całą noc (!!!) siedząc z odkurzaczem w ręce
i polując na te mole. Strasznie się ich bała. Ale jak się wyprowadziła
dwa lata temu to naprawdę olałyśmy sprawę. Jakby to były pająki, których
boję się strasznie, na pewno żaden by się nie ostał, ale moli się nie
boję. Więc jak jakiś latał – to sobie latał. Ostatnio było ich trochę
więcej, ale stwierdziłam, że zimno się robi na dworze, to wleciały do
domu. A przedwczoraj rano się obudziłam i zobaczyłam, ze po suficie
pełza jakaś biała glizda. Trochę mnie obrzydziła, ale ją zabiłam i po
sprawie. A potem weszłam do kuchni a tu druga taka. To już mnie
zdziwiło, ale w zasadzie nie wiedziałam co to za robal, wiedziałam
tylko, że to prawdopodobnie jakieś larwy. Dopiero jak przyjechała
Dorota, powiedziała mi, że tak wyglądają larwy moli jedzeniowych.
Zastanawiałyśmy się skąd się mogły tu wziąć, ale jest wiele tematów,
które są bardziej interesujące niż mole
Więc szybko o nich zapomniałyśmy.
A dzisiaj przyszłam do domu potwornie głodna. Zajrzałam do szafki, żeby zobaczyć, co mogłabym zjeść a stamtąd wyleciało kilka moli… Zaniepokoiło mnie to, zawołałam Dorotę i zaczęłyśmy wyciągać wszystko z szafki. A tam masakra! Pełno tych latających stworów i jeszcze więcej białych robali w ryżu, mące… Ohydne to było… Wywaliłyśmy wszystko co tam było, poodkurzałyśmy każdy możliwy kącik, umyłyśmy wszystko a ciągle jeszcze te białe robactwo się gdzieś pojawiało. W końcu jednak chyba pozbyłyśmy się wszystkiego… Mamy przynajmniej taką nadzieję
Ale nie wiem jak się zalęgło to dziadostwo! Najpierw w lipcu Franek wysprzątał nam całe mieszkanie, łącznie z szafkami w kuchni. No i jakiś miesiąc temu, posprzątaliśmy po raz drugi – zresztą pisałam o tym w poście fochy, doły i sprzątanie
wyciągnęłam wszystko z tej szafki wtedy i wyrzuciłam część rzeczy.
Było czyściutko a one i tak się zalęgły… Fuj! Ale jak już wspominałam –
dobrze, że to nie pająki, bo chyba bym się wyniosła w minutę. A tak
chociaż trochę śmiesznie było – na przykład jak Dorota poświęciła
swojego kapcia i zaczęła wybijać nim na ślepo dorosłe osobniki. Na larwy
poświęciłyśmy całą rolkę papieru toaletowego. Może okoliczności niezbyt
zabawne, ale naprawdę się uśmiałyśmy. A przy okazji po raz kolejny
wysprzątałyśmy kuchnię a błysk. Ale jakby nie było, mole zeżarły mi
obiad. Więc po dwóch godzinach sprzątania wybrałyśmy się do sklepu – po
kolację właściwie a nie po obiad. A skończyło się na tym, że kupiłyśmy
po browarku i po drinku z Biedronki ( Izzy – piłyście? – pycha:)) i tak
odreagowałyśmy naszą walkę z insektami.Wybaczcie
ten jakże mało wdzięczny temat, ale cóż – tak właśnie spędziłam
dzisiejsze popołudnie:) Ściemniać nie będę. Pozdrawiam serdecznie i idę
spać. Oby mi się żaden robal nie przyśnił

A dzisiaj przyszłam do domu potwornie głodna. Zajrzałam do szafki, żeby zobaczyć, co mogłabym zjeść a stamtąd wyleciało kilka moli… Zaniepokoiło mnie to, zawołałam Dorotę i zaczęłyśmy wyciągać wszystko z szafki. A tam masakra! Pełno tych latających stworów i jeszcze więcej białych robali w ryżu, mące… Ohydne to było… Wywaliłyśmy wszystko co tam było, poodkurzałyśmy każdy możliwy kącik, umyłyśmy wszystko a ciągle jeszcze te białe robactwo się gdzieś pojawiało. W końcu jednak chyba pozbyłyśmy się wszystkiego… Mamy przynajmniej taką nadzieję

Ale nie wiem jak się zalęgło to dziadostwo! Najpierw w lipcu Franek wysprzątał nam całe mieszkanie, łącznie z szafkami w kuchni. No i jakiś miesiąc temu, posprzątaliśmy po raz drugi – zresztą pisałam o tym w poście fochy, doły i sprzątanie

