*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą każdy ma jakiegoś bzika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą każdy ma jakiegoś bzika. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

Słonecznikowe refleksje.

Mniej więcej od czerwca mogłam liczyć w tej kwestii na nasz warzywniak na rogu.. Mamy w pobliżu naprawdę rewelacyjny sklep, który jest niby ogólnospożywczy, ale mają tam bardzo piękne i świeże warzywa i owoce. Cieszyło mnie to, bo nie musiałam szukać po targach ani nigdzie jeździć, tylko miałam pod nosem - w dodatku do tego sklepu mogłam wejść z wózkiem.
Aż tu nagle pod koniec września wchodzę i... nie ma! Po raz pierwszy od trzech miesięcy! Nie ma mojego ukochanego słonecznika! Być może pamiętacie, że jestem słonecznikową maniaczką? Oj, na pewno pamiętacie :) Przecież biadoliłam w roku 2012, że muszę sobie zrobić odwyk, bo paznokcie na ślub sobie zniszczę :P

Rekord pobiłam w ubiegłym roku. Niemal przez całe lato nic innego nie robiłam tylko dziobałam i dziobałam te pestki :) Mogłam wtedy tylko co najwyżej czytać albo nadrabiać serialowe zaległości, bo wiadomo, że dwie rączki do tego dziobania są potrzebne. Ale nie żałowałam i nie miałam poczucia marnotrawienia czasu, bo przecież słonecznik to rzecz sezonowa i wiedziałam, że muszę korzystać, póki jest :) Szkoda tylko, że rok temu nie policzyłam sobie ile faktycznie tych słoneczników zdziobałam, ale tak licząc na oko było ich ponad sto... Serio. Wyobrażacie sobie? :) To jest naprawdę moje uzależnienie :D Franek był kochany, bo szedł na targ i kupował mi od razu sześć sztuk na przykład (bo wtedy było taniej :P) - mimo, że zawsze się wścieka, że potem tyle sprzątania jest :D Ja zajadałam się przynajmniej jednym dziennie, a czasami nawet dwa pochłaniałam (tyle to było kalorii, że mogłam nawet nic innego nie jeść :P) - bywało, że któregoś dnia robiłam sobie odpoczynek albo z jakiegoś powodu nie mogłam usiąść w pokoju i poskubać pestek, ale nadrabiałam kolejnego. Dlatego też wychodzi mi z prostego rachunku, że było tego przynajmniej sto sztuk - bo skoro ponad trzy miesiące przynajmniej jeden dziennie pochłaniałam... :)
Oj, piękny to był czas! :) W ubiegłym roku - pamiętam to dokładnie - jeszcze na początku października można było dorwać słonecznik tu i ówdzie. Wiem,  bo ostatni kupiłam 9 października - w ramach pożegnania... Dzień wcześniej dowiedziałam się, że mam cukrzycę ciążową i musiałam zrezygnować nawet z tego zdrowego rodzaju tłuszczu w takich ilościach.
Już rok temu martwiłam się, jak to będzie, kiedy Tasiemiec przyjdzie na świat - i że na pewno nie będę mogła poświęcić się swojej słonecznikowej manii. Rzeczywiście w dużej mierze tak było, ale muszę Wam powiedzieć, że Wiking i tak był łaskawy. Co prawda w tym roku słoneczników zdziobałam znacznie mniej, bo tylko około dwudziestu pięciu, ale to i tak nieźle zważywszy na fakt, że zajmuje to ręce i czas :) Nie mogłam się zajadać słonecznikiem, kiedy Wiking kręcił się obok, bo niezmiernie go on interesował i zaraz odgryzłby kawałek kwiatka. Zazwyczaj więc pakowałam Wikinga do łóżeczka, wrzucałam mu tam zabawki, a sama siadałam obok ze słonecznikiem i książką i od czasu do czasu wygłupiałam się z Dzieciakiem :)

A potem pewnego wrześniowego dnia weszłam do warzywniaka, ale miałam przy sobie tylko parę groszy, więc kupiłam sobie bułkę i pomyślałam, że po słonecznik wrócę jutro. Jutro nie mogłam, ale pojutrze wracaliśmy z Frankiem ze spaceru i wstąpiłam. Wyszłam ze smutną minką, po której Franek od razu poznał, że sezon słonecznikowy dobiegł końca :( Tak bez uprzedzenia. Tak nagle. I tak szybko. Echh...Poza tym, że skończył się sezon na słonecznik, wiedziałam, ze skończyło się już lato...

Pocieszyłam się trochę orzechami włoskimi - takimi świeżymi, które mają skórkę odchodzącą od orzecha. To już nie jest takie uzależnienie, jak słonecznikowe, ale kilka orzeszków na dzień sobie zjadłam. Tu w Miasteczku też, bo mój tata z kolei jest maniakiem orzechowym. Ale i świeże, mokre orzechy już się kończą. I po tym właśnie poznaję, że jesień - ta przyjemna (choć w tym roku i tak niewiele jej było) też się już kończy.

A swoją drogą, pamiętam, jak się poznaliśmy z Frankiem - właśnie w porze letniej, to się na początku kryłam przed nim z tym moim słonecznikowym bzikiem :D Bo mi się jakoś tak wstydziło przyznać do tego. Kiedy miał do mnie przyjść to chowałam słoneczniki, kiedy jechałam po nie na targ, ściemniałam, że jadę po coś innego :D Dlaczego? Nie mam pojęcia. I nie pamiętam nawet kiedy się "wydało", ale gdybym wiedziała, że Franek mi potem będzie przynosił stosy słoneczników, to bym się na pewno przyznała wcześniej :)
I pamiętam jeszcze, jak kiedyś na początku wspólnego mieszkania z Frankiem się pokłóciliśmy i pojechałam do Doroty się wypłakać. Byłam totalnie zdołowana. Ona musiała gdzieś wyjść, a ja siedziałam u niej w domu, czytałam, trochę drzemałam i czekałam na nią. A jak wróciła, to przywiozła mi na pocieszenie słonecznik... To było taaakie słodkie :) No proszę, dla takich wspomnień to warto mieć takiego bzika ;)

***
A propos bzików - czy ja już go mam na punkcie pisania tego bloga? Czy już całkiem oszalałam? Wiking teraz śpi już coraz mniej, a mnie wręcz klawiatura się pali pod palcami a głowa paruje od natłoku myśli, które chciałabym przedstawić tu, moimi kredkami. Doszłam już do wprawy i w 30 minut potrafię napisać notkę a nieraz nawet jeszcze na maila odpowiedzieć :P Korzystam, póki wena jest i chciałabym, żeby udało mi się pisać o tym wszystkim, co mi w duszy gra - chodzi o codzienność, o głębsze przemyślenia, o prozaiczne sprawy a nawet takie głupotki i skojarzenia podobne do dzisiejszego. Więc może i mam tego bzika, ale z drugiej strony, te z Was, które znają mnie najdłużej pewnie kojarzą, że kiedyś też tak miałam (kiedy to pisałam i 200  notek rocznie),  że pisałam o wszystkim i o niczym, może więc mój blog przeżywa jakąś drugą młodość albo coś :D I może wkrótce mi przejdzie, ale na razie trwa, więc czytajcie na zdrowie, kto ma ochotę ;)

czwartek, 1 października 2015

Fortepianowe szaleństwo czas zacząć.

Doczekałam się! Po pięciu latach się doczekałam :)

Wczoraj widziałam świetną rozmowę z jakimś znawcą - nie wiem dokładnie nawet czego, bo wcześniej się nie przysłuchiwałam, ale zna się facet i na graniu na fortepianie i na teorii muzyki i na konkursie chopinowskim. Mówił o tym z jajem i podbił moje serce swoimi wypowiedziami, zwłaszcza, kiedy na pytanie, czy myśli, że Fryderyk Chopin miałby szansę w konkursie chopinowskim odpowiedział:
"Ja na jego miejscu bym nie startował" :D Rozwinął swoją wypowiedź i wyjaśnił, że wygrana w tym konkursie daje potężnego kopa w tym światku i można się naprawdę wybić, jeśli wcześniej się było kimś mało znanym. Ale gdy ktoś już ma na swoim koncie jakieś sukcesy i nie zostaje laureatem, to może się pogrążyć... 

No faktycznie kiepsko by było, gdyby taki Chopin się w konkursie swojego imienia nie popisał :P A z kolei, gdyby wygrał, to by wszyscy powiedzieli, że konkurs jest ustawiony :D

Ale później ten znawca mówił jeszcze coś w stylu, że w konkursie chopinowskim chodzi o to, żeby każdy grając choć na moment stał się Chopinem, czy też, żeby każdy miał coś z Chopina, a że Chopin miał wiele z Chopina, to miałby spore szanse :D 
Koleś wymiata ;)

Kiedy tak słuchałam tych informacji o tym, że już jutro/dzisiaj koncert inauguracyjny, czułam rosnące podekscytowanie! Franek popatrzył na mnie i powiedział - no widzę, że przez najbliższy miesiąc nic nie będzie można w telewizji obejrzeć... :) Ale odpowiedziałam mu, że to przecież jak Mundial - tego nie można przegapić :) I chyba zrozumiał, bo teraz sobie siedzimy i słuchamy.

***
A dzisiejsza data jest symboliczna - podwójnie. Ale chyba napiszę o tym następnym razem jednak, żeby nie potraktować tematu po macoszemu. Dzisiaj nie miałam czasu, bo pierwszy dzień miesiąca, mimo, że nie pracuję zawodowo, podobnie jak w pracy, tak w domu jest dla mnie dniem pracowitym :) Wszak domową księgowość prowadzę i przez pierwsze dni każdego miesiąca skupiam się na obliczeniach, przeglądaniu paragonów, podziale wydatków i oszczędności. I jestem w swoim żywiole - a jeśli robię to przy akompaniamencie koncertu fortepianowego A-moll Roberta Schumanna (to ten od wspomnianego przeze mnie przedwczoraj Marzenia), to podwójnie ;)

wtorek, 30 czerwca 2015

Plany na wakacje po raz... trzeci! :D z wyjaśnieniem

No dobrze, skoro się już namieszało, to niech będzie... :) 
Przenoszę archiwum, robię to już od dłuższego czasu (choć z przerwami), ale bardzo powoli, bo dziennie przenoszę jedną, dwie notki. Nie wiem, jak to się stało, że akurat ta notka wyświetliła się Wam jako aktualna. To znaczy wczoraj mogłam się rzeczywiście pomylić - bo w dodatku tak się złożyło, że ma taki sam tytuł, jak notka napisana przeze mnie wczoraj (czego wcześniej nie zauważyłam ;)), ale szybko naprawiłam swój błąd i upewniłam się, że data publikacji wyznaczona jest na czerwiec przed sześcioma laty. Nie mam pojęcia, dlaczego dzisiaj nadal niektóre z Was trafiają na ten stary post, a inne na nowy :)

Ale skoro już pojawiły się pod tą notką komentarze, postanowiłam, że ją opublikuję normalnie i dodam jeszcze na koniec swój komentarz :)
 
 ***
 16.06.2009
 

Tak właśnie wyglądają moje plany wakacyjne. A właściwie duża ich część :)Właściwie ja do czytania wakacji nie potrzebuję, ale jak mam wolne, to przynajmniej mogę się pogrążać w lekturze bez wyrzutów sumienia. Generalnie czytam w każdej sytuacji. Czytam od samego rana, bo już na przystanku tramwajowym, kiedy jadę do pracy. Czytam w tramwaju, w poczekalniach różnego rodzaju, w podróży, na ławce, w ogródku, w przerwie na reklamy podczas oglądania filmu, przed snem itd. Ciągle chodzę po bibliotekach i wypożyczam nowe pozycje, mimo, że poprzednich jeszcze nie przeczytałam. Mam też kilka swoich książek, które zawsze odkładam na później. Staram się za dużo nie kupować, bo wtedy własne książki zawsze spycham na koniec kolejki. Można powiedzieć  „na wieczne nieprzeczytanie” :) Poza tym czytam zawsze kilka książek naraz. Nie wiem dlaczego, po prostu nie mogę się na żadną zdecydować. Czasem żałuję, że nie da się czytać dosłownie jednocześnie kilku książek ;) I zawsze mam książkę przy sobie, przez co wszyscy posądzają mnie o noszenie kamieni w torebce. Nigdy nie wiem kiedy może mi się przydać. Zdarzało mi się nawet czytać w samochodzie, kiedy stałam w korku:) Kiedy z jakiegoś dziwnego powodu nie mam przy sobie nic do czytania, to na bank będę tego żałować, bo okaże się, że miałam okazję do zagłębienia się w lekturze. Co się dzieje, kiedy książki nie mam w takiej sytuacji wiadomo – wystarczy przeczytać notkę „Burza” :) Co ciekawe, jak byłam mała myślałam, że czytanie jest tylko dla dzieci. Jakoś sobie nie mogłam wyobrazić, co niby ciekawego może być w książkach dla dorosłych, bo przecież na bajki są za starzy:) Myślałam, że dorośli do czytania mają tylko lektury szkolne. A moja przygoda z książkami zaczęła się bardzo szybko. Kiedy miałam jakieś trzy lata moi rodzice już mieli dość czytania mi w kółko tych samych bajek i rzucili „nauczyłabyś się czytać”. No to się nauczyłam. W przedszkolu panie wykorzystywały mnie żebym czytała pozostałym dzieciakom, a one szły na kawę. Pamiętam też jak odkryłam bibliotekę. Kiedy miałam pięć lat śmigałam sobie dookoła bloku na moim rowerku. I zginęłam. Rodzice zaniepokojeni, że nie widać mnie przez okno zaczęli mnie szukać. I zobaczyli rowerek pod biblioteką, która znajduje się u nas na podwórku. A ja sobie jakby nigdy nic siedziałam w czytelni i czytałam:) Nie mieli wyjścia, musieli mnie zapisać. A właściwie tata musiał się zapisać do oddziału dziecięcego, bo byłam jeszcze za mała:) I tak czytam do dziś. Tyle, że zapisana jestem do tylu różnych bibliotek, że teraz to tata na moją kartę wypożycza sobie lektury:)Wiem, że nie które z Was nie lubią czytać. Macie do tego prawo oczywiście, ale wybaczcie, nie rozumiem:) No nie umiem zrozumieć, jak można nie lubić czytać. Może któraś z Was nielubiących mnie oświeci :) Jakie są Wasze powody? No, to koniec notki i bomba, kto nie czytał, ten trąba*:)


***
Od tamtego czasu niewiele się zmieniło ;) Nadal uwielbiam czytać! I nawet pojawienie się Wikinga na świecie mi w tym nie przeszkodziło. Wręcz przeciwnie - na początku czytałam bardzo dużo podczas karmienia lub usypiania go. Teraz jest trochę gorzej, bo zarówno je, jak i zasypia szybko, ale i tak zawsze znajdę czas na czytanie pomiędzy jedną a drugą czynnością. Czytanie jest po prostu dobre na każdy "międzyczas" :)
Ale zmieniło się to, że już praktycznie nie mam zaległości w czytaniu swoich własnych książek. W którymś momencie się zawzięłam i postanowiłam omijać biblioteki szerokim łukiem, dopóki nie przeczytam tego, co jest na moich półkach. I wreszcie mi się to udało. W maju już nawet zaliczyłam jedną wizytę w bibliotece, wypożyczyłam pięć książek i się z nimi rozprawiłam. Teraz mam do przeczytania jeszcze cztery, które przywiozłam sobie z Miasteczka. Więc moje czytelnicze plany na te wakacje prezentują się tak:


Zdecydowanie bardziej ubogo, ale to dlatego, że ten plan obejmuje raptem najbliższy czas. Po cichu liczę na jakąś nową lekturę w prezencie urodzinowym.  A jeśli będę utrzymywać dotychczasowe tempo czytania jednej książki na tydzień, to akurat, jak znowu pojadę do Miasteczka będę mogła coś ciekawego wypożyczyć :)

*W tym momencie czuję się w obowiązku przypomnieć tę notkę, którą wzbudziłam sporo emocji (jeszcze jej nie przeniosłam tutaj) ;) Ale zdania nie zmieniłam! 

czwartek, 27 listopada 2014

Dzień bez zakwasów jest dniem straconym :)

Chciałabym ponownie nawiązać do tematu ćwiczeń :) To jest niesamowite, jak mnie te wygibasy, przysiady i wymachy cieszą! Myślę, że to, co mówią o tych całych endorfinach, które się wydzielają przy treningu, to żadna ściema, bo ja je naprawdę odczuwam :)
Opracowałam swój własny plan treningowy. Przed ciążą ćwiczyłam prawie codziennie, a minimum cztery razy w tygodniu. Treningi trwały od 45 do 60 minut. Czasami nieco dłużej. Ćwiczyłam bardzo intensywnie i dbałam o urozmaicenia - czasami to było cardio, innym razem wzmacnianie, kiedy indziej
trening interwałowy albo obwodowy lub stretching. W ciąży oczywiście moje nawyki musiałam trochę zmodyfikować. Ale kiedy tylko skończył mi się "okres ochronny" i w 12tym tygodniu dostałam zielone światło od dwóch lekarzy, z entuzjazmem wzięłam się znowu za siebie.
Postanowiłam ćwiczyć pięć razy w tygodniu po 20-30 minut. Wykombinowałam sobie, że plan będzie wyglądał tak:  1 dzień ćwiczeń-1dzień przerwy-2 dni ćwiczeń-1 dzień przerwy-3-1-4-1-5-1-4-1-3-1-2-1-1 :) A potem od nowa! I praktykuję ten sposób mniej więcej od początku sierpnia do dziś :) Świetnie się sprawdza. Oczywiście czasami bywało tak, że w jakiś dzień trening mi wypadał, więc dopuszczałam jakieś modyfikacje. Poza tym jako zaliczone ćwiczenia uznawałam wyjście na basen traktowałam albo sytuacje, kiedy zdarzyło mi się, że danego dnia dużo chodziłam (tak powyżej godziny, w umiarkowanie szybkim tempie). Kiedy pracowałam to jeszcze trzy razy w tygodniu jeździłam rowerem do pracy, co dawało mniej więcej godzinę tygodniowo.

Na rowerze jeździłam jeszcze do połowy października, ale niestety na razie zaparkowałam go na balkonie i tylko tęsknie na niego spoglądam :( Franek zabronił mi wsiadać na niego, kiedy zdarzyło mi się raz zasłabnąć (nie na rowerze, akurat wtedy szłam:)) i oczywiście na początku i tak się buntowałam, ale im ciąża była bardziej zaawansowana, na dworze robiło się zimniej i miałam mniej powodów do dojeżdżania, stopniowo z tego rezygnowałam no i teraz już nie będę przesadzać. Tak od siódmego miesiąca przestałam jeździć. Na basenie też niestety już dawno nie byliśmy i nad tym bardzo ubolewam. Najpierw byliśmy na urlopie, a potem miałam infekcję, która to wykluczyła. Nie wiem, czy uda nam się jeszcze wybrać :( Bardzo bym chciała, ale wiele będzie zależało od kolejnych wyników no i również czasu. Mamy karnet ważny do czerwca i plan, że będziemy chodzić na basen na zajęcia z niemowlakami, ale wiadomo, że to dopiero później, więc jeszcze nie wiem, jak to rozwiążemy. W każdym razie bardzo brakuje mi tego pływania :(
Na szczęście do ćwiczeń w domu nie ma żadnych przeciwwskazań :) A przy tej mojej cukrzycy to jeszcze dodatkowy plus.

Ćwiczę więc w swoim systemie - zazwyczaj robię to między ósmą a dziewiątą rano. Każdego dnia wykonuję inny zestaw ćwiczeń. W internecie jest całe mnóstwo propozycji dla kobiet w ciąży, w różnych stadiach jej zaawansowania, do tego mam kilka różnych gazetek. Aż się boję, że nie zdążę wszystkiego wypróbować :) Czasami oczywiście trochę mi się nie chce ruszyć tyłka, ale zawsze się jakoś motywuję, a po jakichś pięciu minutach zastanawiam się - co mi odbiło, że mi się nie chciało?? Przecież to takie przyjemne! :) Po ćwiczeniach czuję się genialnie. Jestem naładowana pozytywną energią, poprawia mi się nastrój, mam poczucie, że zrobiłam coś dla siebie :)
Na początku Franek się trochę niepokoił tymi moimi ćwiczeniami, nie lubił, kiedy to robię i uważał, że ćwiczę za dużo. Ale później poszliśmy do szkoły rodzenia i zmienił zdanie, bo po pierwsze tam usłyszał, że kobiety aktywne fizyczne bardzo często dużo łatwiej i szybciej przechodzą poród - są przyzwyczajone do wysiłku, mają wzmocnione mięśnie i wyrobione dobre nawyki, po drugie, szybciej dochodzą do siebie po. A po trzecie - na zajęciach również trochę ćwiczyliśmy i uwierzcie mi, dało się zauważyć, kto jest z ćwiczeniami za pan brat, a kto ma z tym problem - nawet przy najprostszym ćwiczeniu (i świetnym na kręgosłup) typu klęk podparty i wyciąganie prawej ręki i lewej nogi i na odwrót - po prostu było widać, kto robi z kręgosłupa "łódeczkę" i kto ma na tyle wzmocnione ciało, żeby się nie chwiać. Franek wtedy zobaczył, że z moją kondycją jest całkiem nieźle i był chyba nawet trochę z tego dumny :) Od tamtej pory sam mnie namawia do ćwiczeń i pyta, czy danego dnia zaliczyłam trening :)
Od kilku tygodni do moich zestawów dorzuciłam jeszcze ćwiczenia wzmacniające mięśnie dna miednicy - chociaż oczywiście można je ćwiczyć nie tylko specjalnie się do tego przygotowując.

Jak już wspomniałam, te ćwiczenia dają mi ogromnie dużo radości. Jedyny mankament jest taki, że jednak nie mogę ćwiczyć tak intensywnie przez co nie mam zakwasów :P A ja tak lubię zakwasy!! Swego czasu moim mottem było "dzień bez zakwasów jest dniem straconym" :D Starałam się każdego dnia przekraczać swoje granice i ćwiczyć różne partie mięśni, żeby później czuć, że faktycznie coś zrobiłam. W ciąży też parę razy mi się udało te zakwasy mieć - ale to zazwyczaj po nieco dłuższych przerwach. Teraz zdarza mi się to już rzadziej. Ale dopóki w trakcie ćwiczeń, naprawdę czuję, że mięśnie wykonują pracę, to i tak jestem zadowolona. Poza tym muszę się do tego przyzwyczajać, bo być może będę karmić piersią, a wtedy zakwasy zdecydowanie nie są wskazane :) Ale jeszcze mam trochę czasu, żeby się tym martwić. Tymczasem delektuję się każdym seansem treningowym - naprawdę trudno mi opisać, jakiego fajnego uczucia wtedy doświadczam.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

W końcu ruch to zdrowie...


Być może pamiętacie, że za czasów poznańskich, biegałam regularnie na aerobik. Bywało, że miałam gorszy tydzień i się nie wyrabiałam, ale też były tygodnie, w których ćwiczyłam codziennie. Średnio wychodziło cztery razy tygodniowo.
Kiedy się przeprowadziłam do Podwarszawia, bardzo mi brakowało ćwiczeń, ale początkowo nie miałam do tego głowy. Dopiero po miesiącu zaczęłam się rozglądać za jakimś klubem fitness. I owszem znalazłam, ale oferta nie wydawała mi się szczególnie atrakcyjna. W Poznaniu miałam karnet typu "open" a więc chodziłam na zajęcia kiedy chciałam, nie musiałam się deklarować na konkretną godzinę, a zajęć do wyboru było naprawdę dużo. Karnet był co prawda drogi, ale przy mojej częstotliwości godzina ćwiczeń kosztowała mnie jakieś 10 zł. Tutaj zazwyczaj karnety kosztują od 80 zł na miesiąc przy czym trzeba zadeklarować na które jedne zajęcia w tygodniu chce się uczęszczać. W ogóle mi to nie odpowiadało. W dodatku przy poprzednim miejscu zamieszkania miałabym naprawdę daleko.
Postanowiłam więc ćwiczyć w domu sama. Wydawało mi się, że być może będzie mi się trudno zmobilizować, ale nic podobnego - ćwiczyłam zazwyczaj przed pracą i dawało mi to kopa na cały dzień. Nie spodziewałam się nawet, że w sieci jest tak dużo różnych filmików z ćwiczeniami, z których można korzystać - w zasadzie nigdy się nie nudziłam i zawsze znalazłam coś na partię mięśni, którą akurat chciałam ćwiczyć.
Po pewnym czasie moi bliscy zorientowali się, że domowe ćwiczenia są moim nowym hobby i często byłam obdarowywana książkami albo płytami z zestawami ćwiczeń lub różnymi akcesoriami typu hantelki albo mata. Ćwiczyłam tak sobie od czerwca ubiegłego roku, a potem przyszedł czas na przeprowadzkę. Lokalizacja naszego obecnego mieszkania umożliwiałaby mi już stosunkowo łatwe dotarcie przynajmniej do dwóch klubów fitness, ale przyznam, że wcale mnie już to nie kusiło. Wolałam pozostać przy swoich ćwiczeniach w domu. Bywały tygodnie, że codziennie wyciskałam z siebie siódme poty i świetnie się z tym czułam :)
Miałam też przerwy, choć nigdy nie były one jakieś długotrwałe. Jedna z nich wypadła w maju. Podczas długiego weekendu jeszcze ćwiczyłam w Miasteczku razem z moją siostrą i dałyśmy sobie niezły wycisk, a potem jakbym straciła powera :) Nie mogłam się pozbierać - a później się dowiedziałam, że jestem w ciąży. Myślę więc, że mój organizm sam postanowił trochę mnie w tych ćwiczeniach wyhamować, bo ćwiczyłam naprawdę intensywnie, z dużą ilością podskoków, a to mogłoby mi zaszkodzić. 
Jednak wkrótce do ćwiczeń powróciłam- teraz już świadomie dobierałam ćwiczenia takie, które nie mogły mi zaszkodzić. Żadnego cardio i treningu aerobowego, tylko jakiś pilates, stretching i wzmacnianie poszczególnych partii mięśniowych. Znowu z pomocą przyszedł mi internet - i całe mnóstwo filmików z ćwiczeniami dla ciężarnych.

Po skończonym ósmym tygodniu miałam jednak pierwsze badanie USG i choć niby wszystko było w porządku, lekarz dopatrzył się czegoś, co spowodowało, że kazał mi przez następny miesiąc bardzo uważać i ograniczyć do minimum wysiłek fizyczny. Żadnych ćwiczeń :( Cóż, nie było wyjścia, musiałam się dostosować, bo choć ryzyko było niewielkie, to jednak wolałam w tym wypadku dmuchać na zimne. Dmuchałam więc i miesiąc później dostałam od lekarza pozwolenie na ćwiczenia - choć bez szaleństw :P Powstrzymałam się więc od podskoku z radości, ale już następnego dnia przystąpiłam do sporządzania planu treningowego :) Regularne ćwiczenia zdecydowanie dodają mi skrzydeł i cieszę się, że nie muszę z tego rezygnować, bo ten miesiąc naprawdę dał mi się we znaki!

wtorek, 8 lipca 2014

Inny smak piłki.

Bardzo rzadko mi się to zdarza - żeby nie napisać, że nigdy - żebym z takimi odczuciami wracała z weekendu :( Żal mi, bo wiele rzeczy poszło nie tak, jak powinno.Z perspektywy czasu żałuję, że choć wiedziałam, czego się spodziewać, nie przygotowałam się na to lepiej, a wręcz nastawiłam się nieco negatywnie. Jestem zła na siebie i jest mi trochę przykro, mimo, że wszystko jest niby w porządku. Ale ja nie lubię po prostu takich sytuacji. Ech, muszę chyba zmienić temat.

O Mundialu jeszcze w tym roku nie było! A przecież zawsze przy takich piłkarskich okazjach ten temat się u mnie na blogu pojawia :)) A tu już mistrzostwa prawie się kończą, mamy półfinały a ja pół słowa nie wspomniałam. 
W tym roku Mundial ma inny smak. I to nie tylko dlatego, że nie ma smaku żółtego Reddsa, po którym nadal mam żałobę, ani nie dlatego, że nawet, gdyby Reddsa nadal produkowali, to i tak nie mogłabym go wypić. Swoją drogą - zawsze mówiłam, że jeśli kiedyś będę w ciąży to najbardziej będzie mi brakowało piwa! Dziewczyny (zazwyczaj w rodzinie Franka, bo tak poza tym, to nie mam za bardzo styczności z ciężarnymi), które miały już ciążę za sobą twierdziły, że w ogóle się o tym nie myśli i że gadam głupoty. Cóż, może one nie myślały! Ja piwo bardzo lubię i choć nie piłam z jakąś wielką regularnością, to denerwuje mnie, że teraz nie mogę ot tak, po prostu się napić i muszę zadowolić się niuchem z kufla Franka :) Pachnie bosko! :) Wracając jednak do mundialowego smaku -  doskwiera mi, że mecze są późnym popołudniem a teraz już tylko późnym wieczorem i to też powoduje, że nie jest tak, jak zawsze było, bo często drugą połowę oglądam już śpiąc :) Poza tym, nie było upałów, a te też zazwyczaj kojarzyły mi się z tym świętem piłki. Pomijam już to, że z tymi mistrzostwami już zawsze będzie mi się kojarzyła historia Wielkiej Brytanii, bo w 2006 roku to właśnie przy meczach uczyłam się na egzamin :) Zdałam na 5 ;) Śmiejemy się z Dorotą, że to dlatego, ze oglądałyśmy je bez głosu - w każdym razie tak właśnie doradziła Dorota swoim studentom, którzy tłumaczyli jej się z nieprzygotowania tym, ze oglądali do późna mecz :))
No inny smak ma ten Mundial. Ale to pewnie dlatego, że wszystko wokół mnie tak bardzo się zmieniło...

Niemniej jednak nadal lubię te mistrzostwa, mimo, że... Cóż, chciałoby sie napisać, że nie lubię piłki nożnej, ale nie wiem, czy to się nie wyklucza z tym pierwszym :D W każdym razie, przy żadnej innej okazji meczów nie oglądam, a Euro i Mundial tak. Myślę, że jestem pod tym względem wymarzoną żoną dla Franka, bo nie dość, że mu nie marudzę i nie jestem nadąsana, że ośmielił się obejrzeć mecz, to oglądam razem z nim - nawet jeśli przysypiając ;) Nie mam Frankowi za złe nawet tego, że piłkę kopaną ogląda także "poza sezonem" i na przykład w środy nie mogłam oglądać Bitwy o dom, bo leciała Liga Mistrzów :) Jak nietypowa niewiasta, mimo wszystko potrafię zrozumieć, że on po prostu lubi piłkę nożną (choć nijak nie potrafię zrozumieć za co :)) i cieszę się, że nie jest to jakieś fanatyczne uwielbienie :) A na czas mistrzostw czuję się nawet taka wtajemniczona i lubię to wspólne zasiadanie przed telewizorem albo wysyłanie Frankowi smsów z wynikiem, kiedy akurat musi być w pracy.

I jak zawsze, trochę mi szkoda, ze Mundial dobiega końca (chociaż oczywiście, gdyby odbywał się częściej lub trwał dłużej, to już nie byłby dla mnie atrakcją - żadnej Ligi Mistrzów ani rozgrywek ligowych nie oglądam ani się nimi nie interesuję), mimo, że te ostatnie mecze nie są z udziałem drużyn, za które trzymałam kciuki. O właśnie! To też właśnie świadczy o tym innym smaku niż zwykle! Wyjątkowo w tym roku niemal każda drużyna, za którą trzymałam kciuki przegrywała! Nie wiem, chyba straciłam swoją moc przynoszenia szczęścia :D

środa, 2 kwietnia 2014

Parapet Margolki

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam moich podopiecznych. Oto i oni:



Codziennie rano odsłaniam zasłony, później zaglądam za firankę i ku uciesze Franka mówię "Dzień dobry Kwiatuszki!".
Tu taka mała dygresja. Pewnego dnia, a dokładnie 8 marca, kiedy to byłam po tym babskim świętowaniu, obudziłam się rano po jakichś dwóch godzinach snu niespecjalnie rześka. Usiadłam na łóżku i zastanawiałam się, co dalej ze sobą zrobić, gdy nagle usłyszałam, że Franek z kimś rozmawia. Jego telefon leżał przy łóżku, zaintrygowana poszłam więc do drugiego pokoju, a tu Franek za firanką gada z moimi kwiatkami! :D Oto jego sposób na zmobilizowanie mnie :)

Wiecie dobrze, że uwielbiam kwiaty, bo wielokrotnie o tym pisałam. Sama nie wiem dlaczego - być może dlatego, że są kolorowe? :) A może z jakiegoś innego powodu, którego nie do końca jestem świadoma. Ale lubię je bardzo, choć dotychczas wspominałam o tym przy okazji otrzymania jakiegoś kolorowego bukietu, zamieszczając zdjęcie.
A dzisiaj, chciałabym o tym moim lubieniu opowiedzieć w nieco innym kontekście, mianowicie w kontekście mojego parapetu :) Powyższe zdjęcie ukazuje jak się prezentowała "moja wystawka" pod koniec lutego. Już wtedy miałam o tym napisać, ale ciągle coś! (zresztą całe mnóstwo mam takich notek zaplanowanych i nieukończonych w swoich szkicach, ciekawe ile z nich faktycznie ujrzy światło dzienne :))
A od tamtego czasu dużo się zmieniło. 

No to od lewej:


Najpierw jest Echmea. W czasach swej świetności wyglądała tak:

Ale później kwiat zwiądł i z tego co wyczytałam, drugi raz już nie zakwitnie. Za to przy korzeniu wyrasta bardzo dużo młodych roślinek. Zobaczymy, co z nich wyrośnie.

Następna w kolejności jest Gloksynia. Dostałam ją od moich Bachorków na jakiś Dzień Nauczyciela czy inne zakończenie roku. Wygląda niepozornie prawda? A właściwie w ogóle nie wygląda. A to dlatego, że Gloksynia poszła w październiku spać. Nie zajmowałam się nią później w ogóle przez kilka miesięcy aż w lutym po prostu wyjęłam cebulkę, przesadziłam ją do innej doniczki i zaczęłam podlewać. Sprawdzałam codziennie, co u niej słychać. Nic się nie działo. Ale podlewałam nadal. Aż tu nagle, pewnego dnia:


Przypatrzcie się dobrze.Nic? 
A teraz?:

:)) Widać prawda? To się stało w jakiś tydzień! Ach, jak pięknie obserwuje się te zmiany! A jak dobrze pójdzie, to za jakiś czas moja Gloksynia będzie wyglądała tak (to zdjęcie z lipca):


Następne jest Kalanchoe. W lipcu wyglądało tak:


Było to krótko po tym, jak dostałam tę roślinkę od Bachorków (od nich zawsze dostawałam jakieś kwiaty:) To jest chyba jedyna wada naszego aktualnego trybu - już żadnego nie dostanę, chyba, że wirtualnego:))
Bujnie kwitła, ale gdy zaczęła przekwitać, nie spodziewałam się niczego wielkiego. Miałam już Kalanchoe ze dwa razy i nigdy nie zakwitło ponownie. A zazwyczaj ostatecznie marniało. Ale chyba nie tym razem, bo to zdjęcia sprzed tygodnia i z dzisiejszego poranka:


Nie jest może aż tak gęste, jak było, ale kwitnie ładnie i poszło do góry.

Następnie mamy Cyklamen, czy też Fiołka Alpejskiego. To już mój trzeci. Jeden mi usechł, drugi nie przeżył przeprowadzki, no i chyba go przelałam. Ten na razie ma się całkiem dobrze! I oby tak dalej. 
Ten to dopiero kapryśny jest! Ale przynajmniej szybko można się zorientować, że coś mu dolega. Jak leży, to znaczy, że chce mu się pić! Podam mu wody i dosłownie po godzinie już jest w górze!

 


Później jest Filek (tak sobie nazwaliśmy naszego Storczyka, którego dostaliśmy w prezencie ślubnym) Miał piękne, białe kwiaty (dokładnie takie miałam w bukiecie ślubnym), ale później przekwitł. Bałam się, jak na niego wpłynie przeprowadzka, ale okazało się, że ciągle wypuszczał nowe listki. Jedna Orchidea już mi kiedyś zmarniała i nie tylko nie zakwitła, ale nawet jednego listka nie puściła. Dlatego tak się cieszyłam na każde nowe zielone maleństwo, które pojawiało się przy stożku wzrostu. Filek raz oberwał z karnisza, który mi spadł w poprzednim mieszkaniu (pamiętacie?) i dwa liście się lekko uszkodziły (trochę to widać), ale w zasadzie nie miało to większych konsekwencji.
Kiedy zobaczyłam, że roślina wypuszcza nowy pęd oszalałam ze szczęścia. A jeszcze bardziej zwariowałam, gdy zobaczyłam pąki, a później kwiaty!!! Cóż to była za radość! Ale niestety :( Pewnego dnia, po kąpieli chciałam go wynieść z łazienki i trzymając doniczkę tak jakoś niefortunnie wstałam, że uderzyłam łodyżką w umywalkę. Kwiat się ułamał :( Prawie się popłakałam! Jaki żal! Pomyślicie sobie, że głupia jestem, ale mi naprawdę było przykro. 
Włożyłam kwiaty do wody i trochę jeszcze postały, ale jednak to nie to samo. Teraz nie wiem, ile będę musiała czekać na kolejny biały kwiat i czy w ogóle się doczekam :(


Na pocieszenie mam jeszcze Filka Drugiego. Ten to kwitnie jak szalony bez przerwy od lipca! Ciągle wypuszcza nowe kłącza. 



(A w tej małej czerwonej doniczce pomiędzy Filkiem Pierwszym a Drugim jest właśnie przesadzona Echmea)
Po prawej stronie parapetu stoi sobie Fiołek Afrykański. Strasznie kruchy a jednocześnie bardzo zdeterminowany! Kiepsko zniósł przeprowadzkę z Poznania do Podwarszawia. Musiałyśmy go z mamą przesadzić i podczas tej czynności stracił niemal wszystkie listki. Zostało z pięć. Nie sądziłam, że coś z niego wyrośnie. A on nie dość, że zaczął wypuszczać nowe, to jeszcze zakwitł we wrześniu! Ale wtedy musieliśmy się znowu przeprowadził i te kilka kwiatków szybko opadło. Jednak Afrykańczyk się nie poddawał! Przestawiłam go na inne okno a on pracował, pracował, gęstniał, aż nagle puścił kilka fioletowych oczek :)



Tak oto przedstawia się nasza mała rodzinka :) Pewnie sobie myślicie, że oszalałam, że gadam do tych kwiatków i robię im zdjęcia... Ale to jest naprawdę fascynujące tak patrzeć na nie codziennie i widzieć jak się zmieniają. Pokładać w nich nadzieję a później widzieć, że się spełnia! No bo nie wierzyłam, że moja Śpiąca Gloksynia się zazieleni! Ani, że Filek wypuści kwiaty... A tu proszę, zaskoczyli mnie :)

A w ogóle to jest jeszcze Stefanek! Ale o nim to już dokończę następnym razem!





wtorek, 4 czerwca 2013

Żałoba

Mój ulubiony.


Nie ma i nie będzie :(
Miałam jeszcze nadzieję... Chodziłam po sklepach, rozglądałam się... Mój niepokój rósł, ale się nie poddawałam. Aż dostałam ostateczne potwierdzenie z najpewniejszego źródła "zniknięcie jest definitywne" "względy biznesowe". Bla, bla, bla. Zła jestem!

Chyba się upiję z żalu.
Tylko czym? :D

niedziela, 17 czerwca 2012

EURO 2012!

Kiedy pięć lat temu ogłoszono, że organizatorem Euro 2012 wraz z Ukrainą będzie Polska, nie obeszło mnie to jakoś specjalnie. Franek natomiast był bardzo podekscytowany i od razu zapowiedział, że na pewno pójdziemy na mecz. Przyjęłam to do wiadomości, chociaż nie wzięłam tego na serio :P Zwłaszcza, że przez pięć lat wiele się jeszcze mogło zmienić...
Jakieś półtora roku temu Franek się przypomniał ze swoją inicjatywą i stwierdził, że musimy się zapisać na losowanie biletów. Uczciwie przyznaję, że nie byłam jakoś specjalnie entuzjastycznie do tego pomysłu nastawiona. Nie zależało mi, a poza tym.. cóż, to jednak kupa kasy była :) Przymierzaliśmy się do biletów ze średniej półki i kosztowało nas to 140 euro. Ale wiedziałam, że Frankowi bardzo na tym zależy, że nie wyobraża sobie, żeby go tam nie było i że jest to wręcz jego marzeniem. Więc swoje wątpliwości zachowałam dla siebie. Jakiś czas później dostaliśmy maila, że wylosowaliśmy bilety na jeden z meczów. Franek był w euforii :) Ja podeszłam do tego ze spokojem, chociaż trochę jego entuzjazmu mi się udzieliło i pomyślałam, że to naprawdę może być fajne doświadczenie.
Dziś myślę, że naprawdę było warto! Dobrze, że nie dopuściłam do głosu moich wątpliwości! Na pewno bym żałowała. Ten mecz na żywo to było naprawdę niesamowite przeżycie. To prawda, że mecze trochę lepiej ogląda się w telewizji, ale z trybun wszystko nabiera innej perspektywy i to ma swój urok! Nie żałuję ani jednego centa, który został wydany :) Zwłaszcza, że w miarę upływu czasu dowiadywałam się, że naprawdę jesteśmy szczęściarzami, bo wcale nie tak wiele osób te bilety wylosowało. Na początku wydawało mi się, że to nic wielkiego, a ostatecznie okazało się, że wśród wszystkich moich znajomych, tylko jednej osobie się udało. Pozostałe musiały się zadowolić telewizją - nawet te, które angażowały wszystkich członków swojej rodziny w to losowanie.
Widocznie było nam to po prostu dane :) Poza tym, ogromną radością było dla mnie to, że Franek chciał iść na ten mecz ze mną i w ogóle nie przyjmował do wiadomości innej opcji. A przecież mógł zabrać jakiegoś kolegę - bardziej zapalonego ode mnie kibica. Wybieraliśmy się jednak razem.
Wyszłam szybciej z pracy i spotkaliśmy się w domu, gdzie dokonaliśmy niezbędnych przeróbek naszego stroju :) W zasadzie było nam wszystko jedno, komu będziemy kibicować, dlatego postanowiliśmy ubrać się na biało-czerwono - po pierwsze są to barwy występujące zarówno w fladze włoskiej, jak i chorwackiej, po drugie - zamierzaliśmy reprezentować głównie Polskę! I nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł :)
Ostatecznie Franek miał na sobie czerwoną koszulkę z białym orłem i napisem POLSKA, a ja ubrałam czerwony t-shirt na białą bluzkę a na głowie miałam czerwony kapelusz z orzełkiem. Na policzkach oboje mieliśmy wymalowane dwie flagi - włoską i chorwacką. Już w drodze na stadion atmosfera w mieście była niesamowita. Mnóstwo Chorwatów! I niemal tyle samo Polaków, chociaż trudno czasami było odróżnić jednych od drugich, jako że wszyscy mieli właśnie biało-czerwone barwy. Trochę mniej Włochów. Przed samym wejściem oboje byliśmy już podekscytowani do granic możliwości.
A potem hymny, pierwszy gwizdek i... to był najkrótszy mecz, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam! Zleciało bardzo szybko! Nie był to być może mecz na najwyższym z możliwych poziomie, ale kiedy jest się na stadionie liczy się także kilka innych rzeczy, więc i tak nam się bardzo podobało! Chłonęłam tę atmosferę i całe widowisko - bo tym się dla mnie stał ten mecz. Niebieskie i białe koszulki na zielonej murawie, kilka żółtych punktów pomiędzy nimi... Głośny doping chorwackich kibiców oraz równie głośne skandowanie: POLSKA! Tego się chyba nawet nie da opisać i dlatego tak bardzo się cieszę, że mogłam tam być. Że mogliśmy tam być razem. Brakowało mi tylko komentatorów :P Nie przywykłam do tego, że kiedy grają w piłkę, nie słyszę ani Szpakowskiego, ani Szaranowicza :))
Ludzie byli fajni i przyjacielsko do siebie nastawieni. Widziałam Włochów z flagą polską wymalowaną na policzku oraz Chorwatów machających polskim dzieciom, które stały na balkonie w domach przy stadionie. Chociaż przyznać muszę, że niestety straciłam nieco sympatię do Chorwatów, bo część ich kibiców (chyba raczej powinnam napisać pseudokibiców) próbowała wszystko zepsuć. Przyszli ubrani na czarno, później ściągnęli koszule. Odpalili race i rzucali na boisko różne przedmioty. To jest dla mnie zachowanie skandaliczne i żal, że są ludzie, którzy usiłują psuć taką atmosferę (oczywiście tacy ludzie są niestety wśród kibiców każdej drużyny, również polskiej, niestety). Jednak nawet to nie zepsuło nam tego wydarzenia! Choć przyznaję, że jednak bardziej kibicowałam Włochom, o czym przekonałam się dopiero w momencie, gdy strzelili pierwszego gola :) Bardzo mnie to ucieszyło, natomiast wyrównująca bramka Chorwatów mnie zmartwiła.
Mieliśmy jednak to szczęście, że siedzieliśmy za bramką - właśnie za tą do której padły obydwa gole, więc wszystko widzieliśmy bardzo dobrze :)
Mecz niestety szybko się skończył i chociaż siedzieliśmy na stadionie jeszcze przez jakiś czas, nadeszła pora, aby wracać. Zwłaszcza, że chcieliśmy jeszcze zobaczyć przynajmniej drugą połowę meczu Hiszpania-Irlandia. Przyznam, że trudno było mi się rozebrać i pozbyć flag z policzków :) Siedziałam taka kolorowa jeszcze do późnego wieczora. Żal mi było, bo wiedziałam, że jak się tego wszystkiego pozbędę, to będę musiała ostatecznie przyznać, że to już minęło...

Ale niestety - minęło już ponad pięć lat od momentu, gdy nasza obecność na meczu była jedynie stwierdzeniem nie mającym nic wspólnego z rzeczywistością. Dziw człowieka bierze, gdy pomyśli o tym, że tyle czasu minęło ani się obejrzał. Że tyle się zmieniło, choć jednocześnie nie zmieniło się kilka spraw kluczowych - jak na przykład to, że cały czas jesteśmy razem :P I tyle czekania, a tu już po wszystkim... Żal. Franek miał rację. W wielu kwestiach dotyczących Euro 2012, między innymi w tym, że to się już nigdy nie powtórzy... Ot i taka mnie refleksyjna nuta dopadła na sam koniec :))

I jeszcze parę fotek:







Poza tym, miałam niepowtarzalną szansę usłyszeć jeden z moich ulubionych hymnów (obok hiszpańskiego) na żywo!! Jakość może nienajlepsza, ale pamiątka jest :) I wybaczcie to podrygiwanie, ale ten hymn jest przecież taki rytmiczny! :D



A tu po golu Chorwatów:




Natomiast wczorajszy mecz pozostawię bez komentarza :/

środa, 13 czerwca 2012

Nadal w biegu. I w strefie kibica :)

Aż mi jest głupio znowu pisać, że nadal mam mało czasu! Ale tak to niestety na razie ciągle wygląda u mnie. Cichaczem do Was zaglądam, robię podchody do napisania notki, odpowiadam na pytania, aby później te odpowiedzi opublikować... Ale wszystko jakoś opornie mi idzie. Nic to, za tydzień chyba znowu jadę do Warszawy na delegację, może uda się coś napisać :P

A tymczasem - kolejny długi weekend tego roku za nami. Choć tym razem był nieco krótszy, co prawda pojechałam w czwartek do Miasteczka, ale w piątek musiałam pracować. Jak zwykle w takich sytuacjach - z domu, ale zazwyczaj było tak, że przez cały dzień tylko musiałam zerknąć na maile albo odebrać telefon. Tym razem miałam parę rzeczy do zrobienia. Ale mimo wszystko to jednak fajne, że mogę sobie po prostu zabrać laptopa i pracować z domu, jakoś tak nie czuję wtedy, że jestem w pracy :) W czerwcu kończy nam się rok finansowy, mam nadzieję, że od lipca trochę się nam w pracy poluzuje i może nawet będzie czas się ponudzić.

W sobotę pojechaliśmy na Śląsk na wesele mojego kuzyna. Po raz ostatni jako niezaobrączkowani :) Trochę mi się nie chciało jechać, ale przyznam, że nadspodziewanie dobrze się bawiłam. Jednak fajnie się złożyło, że przed naszym weselem mieliśmy okazję pojechać jeszcze na inne. I rozdaliśmy większość zaproszeń. Zostali nam jeszcze poznańscy znajomi i rodzina Franka.

Jutro idziemy na mecz! :) Aż trudno uwierzyć, że ten czas tak szybko minął. Pamiętam dokładnie, kiedy się okazało, że Polska będzie organizować Euro i Franek ot tak sobie palnął, że na pewno pójdziemy na jakiś mecz. A ja mu na to: niemożliwe! A jednak :) Cieszę się, chociaż trochę mnie zniechęcają prognozy na jutro. Nie lubię moknąć.
Tak czy inaczej, ten czas strasznie mi się podoba. Namiętnie oglądam mecze i emocjonuję się - jednymi bardziej, innymi mniej. Już kiedyś o tym pisałam, ale uwielbiam tego rodzaju mistrzostwa. Z jednej strony nie mogę doczekać się każdego meczu i chciałabym, żeby wszystko rozstrzygało się jednego dnia, z drugiej ubolewam nad tym, że z każdym dniem i z każdym meczem, mistrzostwa zbliżają się ku końcowi. Głupio tak myśleć jeszcze w fazie grupowej, ale to dlatego, że tak mi szkoda, że Euro jest takie krótkie ;) Lubię tę atmosferę, lubię mecze, lubię kalkulacje, obstawianie. Nawet kłótnie z Frankiem :P - wczoraj pokłóciliśmy się o szanse Grecji na przykład. Tak, czy inaczej, strefa kibica codziennie jest!

Żyję więc, jak się okazuje :) O blogowaniu myślę całkiem sporo, ale jeszcze nie znalazłam sposobu na lepsze ogarnięcie tego wirtualnego świata. Niecierpliwych uspokajam - post z odpowiedziami naprawdę będzie :) Już na część pytań odpowiedziałam, ale nie chcę rozbijać tego na dziesięć notek.

wtorek, 8 maja 2012

ZBZikOWAŁAM

Są takie rzeczy, na które czeka się zawsze długo, mając jednocześnie świadomość, że są chwilowe i na następne ich pojawienie się trzeba będzie znowu długo czekać - na przykład rok. Niektórzy czekają na pierwszy śnieg albo truskawki. Na Wigilię i rocznicę ślubu. Ja czekam między innymi na dzień moich urodzin, święta Bożego Narodzenia, na sezon na słonecznik, czy zielony groszek. I na bez!



Pojawia się zawsze w maju, kiedy wiosna jest już w pełni. Pokazuje się zazwyczaj nagle, oszałamiając swym pięknym zapachem. A gdy już go raz poczuję, nie mogę się od tego zapachu uwolnić, choć to całkiem przyjemna niewola :) Chodzi za mną wszędzie. W dodatku nagle wszędzie dostrzegam w pełni rozkwitnięte fioletowe lub różowe kiście bzu. I zaczynam chorować! Na bez właśnie! Chcę go mieć! Muszę go mieć! Chcę na niego patrzeć i chcę go wdychać.
W tym roku dopadło mnie w piątek, kiedy wracałam późnym popołudniem do Poznania. Prześladował mnie nie tylko ich zapach ale i widok Po drodze mijałam miasta i wioski, pola i łąki, lasy i sady. I co chwilę w oczy rzucał mi się krzew pięknego bzu. Wszyscy mają bez, tylko ja nie mam! -myślałam sobie. I kombinowałam, skąd by tu sobie te kwiaty wytrzasnąć? Kiedy przyjechałam do Poznania, ze zdumieniem spostrzegłam, że przy naszym parkingu rosną trzy bzy! Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Aszzz to sprytne kwiaciory, zakwitnąć wtedy. gdy mnie nie ma...



W każdym razie, w mojej głowie narodził się szatański plan - wysłać Franka ciemną nocą, niech mi utnie trochę! Drzewka niespecjalnie bogate były i być może już z lekka ogołocone przez innych? Plan dojrzewał, a tymczasem w sobotę mieliśmy kilka spraw na głowie i pół Poznania do objechania w celu załatwienia tychże. I wyobraźcie sobie, że dosłownie na każdym kroku widziałam bez! Jak nie rosnący, to stojący w jakimś wazonie! Albo wieziony w koszyku pewnej pani. Albo wniesiony przez inną panią do autobusu! Biedy Franek, który za każdym razem musiał wysłuchiwać moich żali, że JA NIE MAM A ONI TAK!
Kiedy już wszystko było załatwione, pojechaliśmy na działkę do frankowych rodziców. Oprócz nich zastaliśmy tam jeszcze babcię. Siedzieliśmy tam do wieczora, spędzając bardzo przyjemnie czas na piwkowaniu i rozmowie. Było nas pięcioro i pies, więc spokojnie zmieściliśmy się w jeden samochód i Pan Tato po kolei wszystkich odstawiał do domu. Na pierwszy ogień poszła babcia. Wjeżdżamy na babci podwórko, a tam co? BEZ! Nie wytrzymałam i jęknęłam do Franka, że prześladuje mnie dziś ten kwiat, na co Pani Mama odparła, że mogę go sobie zerwać, bo to babci drzewa są! A babcia jeszcze dała mi sekatorek! Moja cierpliwość i jojczenie zostały wynagrodzone! O, proszę bardzo: MAM I JA!



A wiewióra jaka zadowolona! (pamiętacie Wiewiórę? :))





wtorek, 14 lutego 2012

A ja się przyznaję, że oglądam seriale :)

Już dawno ten temat chodził mi po głowie, więc zabawa, do której zostałam nominowana przez kilka z Was jest mi całkiem na rękę :) Z tym, że chciałam na ten temat napisać coś więcej, nie będę się ograniczać do wymienienia pięciu ulubionych tytułów :)
Wiem, że dla niektórych oglądanie seriali to zwyczajnie obciach :) Ja natomiast myślę, że wszystko jest dla ludzi i przyznaję się do tego, że seriale oglądam. Nie wszystkie i nie zawsze, ale w zasadzie mogłabym powiedzieć, że w jakiś sposób jest to jedna z moich ulubionych form spędzania wolnego czasu. Przy czym nie polega to na tym, że siadam przed ekranem i oglądam wszystko, jak leci, a po prostu seriale umilają mi czas przy sprzątaniu, gotowaniu, prasowaniu… Łączę w ten sposób przyjemne z pożytecznym. Poza tym, oglądam często seriale amerykańskie w oryginale, dzięki czemu cały czas ćwiczę umiejętność słuchania ze zrozumieniem w języku obcym.
Kiedyś zdecydowanie byłam serialową maniaczką – oglądałam prawie wszystkie polskie seriale do Klanu po W-11:) Potem poszłam na studia i razem ze współlokatorkami ograniczyłyśmy się do M jak miłość. Czekałyśmy jak na zbawienie na godzinę 20:00, bo oznaczała ona dla nas chwilę wytchnienia od nauki spędzoną wraz z rodziną Mostowiaków :) Gdy wyjechałam do Hiszpanii nie miałam dostępu do polskiej telewizji (to nie były jeszcze czasy, gdy wszystko było w internecie) więc abym nie straciła wątku, Franek przysyłał mi „Świat seriali” :) Ale z czasem mi przeszło i po powrocie nie oglądałam już właściwie nic, poza Gotowymi na wszystko. Potem wciągnęłam się w Na wspólnej.
Nie sądzę, żeby fakt, iż lubie oglądać seriale był dla mnie powodem do wstydu. Oczywiście, seriale są na różnym poziomie, niektóre są banalne i naiwne, inne zbyt ubarwione albo naciągane. Właściwie nie potrafiłabym odpowiedzieć na pytanie po co i dlaczego je oglądam :) Czasami zmuszają mnie do myślenia, innym razem wzruszają albo trochę przerażają. Dostarczają rozrywki. Pomagają się „odmóżdżyć”, zabić czas :) Tyle. Nie szkoda mi czasu na oglądanie seriali, bo nie odbywa się to kosztem niczego. Dzięki internetowi oglądam tylko wtedy, kiedy mam czas i ochotę – nie jestem uzależniona w żaden sposób – nie kończę spotkania z koleżanką, bo za pięć minut mój serial :) Bywa, że nie oglądam przez miesiąc niczego, żeby potem przez któryś weekend nadrabiać zaległości :)
Moje ulubione seriale to:
1. DESPERATE HOUSEWIVES (Gotowe na wszystko) – mój absolutny hit! Uwielbiam je i nawet Franek się wciągnął! :) Byłam załamana, kiedy Polsat przestał emitować kolejne serie, ale wtedy odkryłam możliwości, jakie daje internet :) Oglądam namiętnie już ósmy sezon i zakochana jestem w akcencie Mary Alice Young :)
2. NA WSPÓLNEJ – jedyny serial, który oglądam w telewizji w miarę na bieżąco :) Krótki i treściwy. Fajne jest to, że często oglądamy go z Frankiem i komentujemy. Jakoś tak nie znudził mi się, mimo, że leci już tyle lat, a ilość nieszczęść przypadająca na poszczególnych bohaterów jeszcze mnie nie powaliła.Naszą ulubioną rodziną są Zimińscy, a Marysia i Włodek Ziębowie to niemal małżeński wzór do naśladowania :P
I teraz zaczynają się schody. Bo o ile pierwsze dwa seriale mogę bez zastanowienia uznać jako te ulubione, to z resztą różnie bywa. Miewam na nie „fazy” :) Poza tym seriale pojawiają się i znikają z ramówki. Swego czasu zachwycałam się serialem „Teraz albo nigdy”, ale każda kolejna seria zaczynała mnie irytować – zbyt łatwo wszystko przychodziło bohaterom. Mieli po dwadzieścia parę lat, dom, dwa samochody i kupę wolnego czasu :) Namiętnie oglądałam „Falę zbrodni” – dość okrutny serial i czasami mnie dołował, zwłaszcza ostatnie serie. Lubiłam też „BrzydUlę” – ale oglądałam od połowy. „Szpilki na Giewoncie” oglądałam z miłości i sentymentu do Tatr :) Był jeszcze „Klub Szalonych Dziewic”, który prowokował mnie do przemyśleń i nawet chciałam notki pisać na temat obrazu współczesnej kobiety – być może kiedyś do tego pomyslu wrócę :)
Na chwilę obecną, oprócz dwóch seriali wymienionych powyżej oglądam dość regularnie:
3. 90210 – niby kontynuacja Beverly Hills 90210. Oglądam, bo mnie ciekawi, ale jednocześnie niesamowicie irytuje. Pokazuje zupełnie inne życie, innych ludzi, którym niczego nie mogłabym zazdrościć :) Przyjaźń, miłość, rodzina – niby wszystko jest tam wartością, ale na krótko. No i oczywiście obraz związku, typowy dla amerykańskich seriali – krótko mówiąc: każdy z każdym :)
4. NA DOBRE I NA ZŁE – wróciłam do tego serialu po latach, głównie dlatego, że w piątkowy wieczór, kiedy nie wychodziłam, nic ciekawszego nie leciało w telewizji :) „Personel” serialu w zasadzie całkowicie się zmienił, idea serialu chyba również – bo kiedyś każdy odcinek opowiadał inną historię, perypetie bohaterów były na drugim planie, później proporcje się odwróciły.
5. JULIA – świeżynka w serialowym świecie :) Nie oglądałam Majki ani Prosto w serce. Nie planowałam oglądać też Julii, ale rzuciłam okiem na pierwszy, potem drugi odcinek i polubiłam klimat i aktorów tego serialu. Jest taki kolorowy, pozytywny. Podoba mi się kreacja Żmudy-Trzebiatowskiej, za którą nie przepadam, bo zawsze była przesłodzona. Bardzo polubiłam Julię Rosnowską – a to już w ogóle ewenement, bo ciężko mi się przekonać do młodych, nieznanych aktorek :) I kocham Maćka!
Na koniec dodam jeszcze, że wychowałam się na Dynastii :) A później z siostrą oglądałyśmy na okrągło nagrane odcinki serialu True Blue (Zawód policjant) – znałyśmy całe odcinki na pamięć! :) A Ocean’s Girl (Dziewczyna z oceanu).. ach…. to już cała historia, w nikim nigdy się tak nie kochałam jak w Jasonie – do dziś mam jego numer telefonu w komórce (zmyślony rzecz jasna)! :D
Nie będę pokazywać palcem, kogo nominuję do zabawy :) Kto chce – zapraszam, niech wymieni swoje ulubione seriale :)