*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2015

Sentymenty telefoniczne

Swego czasu chyba krążył po blogowisku "łańcuszek" dotyczący telefonów komórkowych. Zdaje się, że widziałam takie notki np. u Polly i Poli. I ja postanowiłam dziś takową popełnić, a to dlatego, że parę dni temu dokonał żywota mój telefonik ukochany! Był ze mną najdłużej ze wszystkich aparatów telefonicznych, bo aż sześć lat. Biorąc pod uwagę fakt, że na te urządzenia dają dwa lata gwarancji (zwykle akurat tyle, ile trwa umowa abonencka) i tuż po jej upływie zwykle coś się psuło, całkiem nieźle się trzymał!

Teraz już w zasadzie nie ma zwykłych telefonów, są tylko podręczne komputerki, czyli smartfony. Ja jednak trzymałam się cały czas swojej Nokii z guziczkami... W ogóle byłam wierna tej marce od pierwszego telefonu. 
A swój pierwszy telefon dostałam w roku 2001. Wcześnie, bo chyba przez pierwsze miesiące, tylko ja w klasie miałam telefon. Ale tak bardzo chciałam... Rodzice zgodzili się podpisać umowę (bo tak się najbardziej opłacało) pod warunkiem, że będę płacić połowę abonamentu (czyli 25 złotych) ze swojego kieszonkowego i że codziennie będę czesać Rokiego. Słowa dotrzymywałam. I miałam swój wymarzony model, Nokię 3310
https://uk.webuy.com/regional_images/masterbox_images/snok3310_l.jpg

Później przeszłam na bajerancką (bo z kolorowym wyświetlaczem i dzwonkami polifonicznymi) Nokię 3510i
 Moim kolejnym telefonem była Nokia 6610 albo 6610i, nie jestem pewna :)

A później Nokia z klapką, czyli model 6103
To był mój ulubiony aparat, ale wyjątkowo awaryjny. Kilka razy korzystałam z napraw gwarancyjnych, bo tak byłam do niego przywiązana, a kiedy skończyła mi się umowa, podpisałam nową na krócej i tańszą, bo bez telefonu. Zostawiłam sobie ten model. Ale niestety, jak tylko skończyła się gwarancja, telefon zaczął szwankować coraz bardziej. Ostatecznie jakoś przetrwaliśmy jeszcze jeden rok, choć klapka wisiała już niemal na włosku :) W 2009 roku podpisałam ostatnią umowę abonencką z telefonem, tym razem z Nokią xpressmusic 5320



Ten właśnie model towarzyszył mi przez ostatnie lata. Był już mocno sfatygowany, ale nie podobały mi się aparaty, które proponowano mi przy podpisywaniu kolejnych umów - chciałam telefonu do gadania i smsowania od czasu do czasu a nie małego laptopa. Nie potrzebowałam żadnych bajerów, chciałam tylko radia i budzika :) Wolałam więc zostawić sobie mojego staruszka i podpisać umowę na krócej i na korzystniejszych warunkach. Założenie było takie, że używam do oporu. I wygląda na to, że ten opór właśnie nadszedł - zepsuła mi się... hmm, nie wiem, jak to się fachowo nazywa, więc określę to jako dziurkę do wkładania ładowarki ;)) Coś tam się w środku po prostu ułamało i kiedy wkładam ładowarkę, to nic się nie dzieje. Wygląda na to, że to już się popsuło na amen.

Przez chwilę myślałam, że będę bez ręki (wszak bez komórki dziś to jak bez ręki), bo miałam co prawda mój służbowy aparat telefoniczny, który sobie za złotówkę wykupiłam, ale byłam przekonana, że ma simlocka (a może teraz już nie ma takiego czegoś?) - wydawało mi się, że kiedyś próbowałam przełożyć swoją kartę SIM i się nie udało. Na szczęście wpadłam na to, żeby spróbować jeszcze raz i działa :) Tyle, że nie mam żadnych kontaktów :( Zapisałam je niby na karcie SIM, ale w tym telefonie nie umiem znaleźć opcji korzystania z pamięci karty SIM. Muszę coś wykombinować - bateria w tamtym telefonie na wykończeniu, ale może uda się jeszcze na chwilę go włączyć, żeby ratować, co najważniejsze...
Tak, czy inaczej, aktualnie moim telefonem jest właśnie smartfon, model Sony Xperia Neo V, który sobie trzy lata temu wybrałam jako służbowy. Można więc powiedzieć, że wyszłam wreszcie z epoki kamienia (tudzież telefonu:)) łupanego. Bo przecież teraz to normalne, że się ma telefony dotykowe i z dostępem do internetu.

Ale jakoś mnie to nie przekonuje do końca. Bo, jak już wspomniałam, nie potrzebuję małego komputerka, tylko zwykły telefon. Najlepiej z guziczkami, bo się dobrze smsy na nim pisze - aż tak dużo nie smsuję, ale tym bardziej, jeśli już to robię, to chcę, żeby szło szybko i sprawnie. Mało teraz takich telefonów jest, ale można jakąś Nokię za 100, cz 200 zł zdaje się kupić. Tylko jak kiedyś coś oglądałam, to chyba radia nie miała a to duży minus...

Z drugiej strony od dwóch lat dostaję w gratisie 500 Mb internetu (od trzech lat abonament mam za 29,90 i w nim darmowe połączenia w obrębie sieci, 500 minut do innych i 100 smsów, w pełni mnie to satysfakcjonuje, więc koniecznie chcieli mnie czymś uszczęśliwić :)) i nigdy z tego nie korzystałam - może więc warto? Przez ten czas, kiedy miałam telefon prywatny i służbowy, trochę się przyzwyczaiłam do tego, że w razie potrzeby można skorzystać z internetu niemal w każdej chwili. Ale później się równie szybko od tego odzwyczaiłam (choć przyznaję, że były sytuacje, kiedy internet by się przydał). 

I teraz mam trochę dylemat :) Zastanawiam się, czy zrobić tak, jak zamierzałam, czyli kupić jakiś "guziczkowy" telefon i żyć dalej w tej epoce telefonu łupanego, czy może jednak zostać przy tym aparacie, który jest całkiem w porządku i lubię go, ale denerwują mnie trochę telefony dotykowe, a poza tym dołączyłabym do grona tych wszystkich wiecznie podpiętych do sieci :) Jakie są tego korzyści - wiadomo. Ale z drugiej strony lubiłam też te chwile, kiedy internetu nie miałam, musiałam się bez niego obejść i mogłam od sieci odpocząć :) A nie oszukujmy się, jak już będę miała ciągły dostęp do internetu, to na pewno będę z niego korzystać.

wtorek, 4 marca 2014

Nowinki

W związku z nową pracą Franka kupiliśmy sobie zabawkę. Oto i ona:


Nie planowaliśmy tego początkowo, ale Franek już od dawna mówił, że najbardziej boi się tego, że nie zna Warszawy. Miał wykupiony bilet miesięczny i od listopada kilka razy w tygodniu jeździł po Warszawie różnymi liniami autobusowymi. Czasami - w weekendy - zabierałam się z nim :) On siedział z mapą na kolanach i wyglądał przez okno, ja siedziałam obok i czytałam książkę :) Spędzaliśmy tak nawet kilka godzin i bardzo mi się to podobało. Kiedy spadł śnieg było gorzej, bo autobusy były bardzo brudne i przez okno nic nie było widać, więc Franek na chwilę odpuścił. Czasami jechał gdzieś samochodem, innym razem po prostu się przeszedł. Ale i tak było to dla niego stresujące, bo przecież Poznaniakiem był od urodzenia, a i tak wszystkich rejonów Poznania nie znał, bo na przykład na Piątkowo nigdy nie miał potrzeby się zapuszczać. Jednak kiedy przyszło mu jeździć po nieznanych terenach, przyszło mu to dość łatwo.
Nie potrafił sobie wyobrazić podobnej sytuacji w Warszawie. To było zresztą głównym powodem tego, dlaczego tak długo zwlekał ze złożeniem podania do "Zielonych" Firm. Ale w końcu się udało, został przyjęty i nie miał wyboru, musiał się z tym zmierzyć. Podczas praktyk jeździł z patronem, więc nie było problemu, bo w razie czego ten mu podpowiadał. Niektóre linie były łatwe, inne trudniejsze. Przyznaję, że wcale się nie dziwię, że się Franek denerwował, bo jednego dnia wybraliśmy się samochodem na przejażdżkę po trasie linii, która jeździła po ursynowskich osiedlach i miałam mapę przed sobą a i tak były momenty, kiedy nie byłam pewna, czy dobrze jedziemy! Linia była mocno pokręcona (dosłownie, bo wiła się małymi uliczkami) a budynki dookoła wyglądały tak samo.
Franek już od dawna wspominał o zakupie nawigacji, ale ja nie byłam przekonana do tego pomysłu. Potem okazało się, że w autobusach i tak nie można jej mieć, więc nie było o czym mówić. Ale wtedy Franek napomknął o jakimś smarfonie a ostatecznie stwierdziliśmy, że tablet będzie najlepszym zakupem! Nie dość, że dzięki niemu i aplikacji "jak dojadę", którą sobie ściągnął, a która oprócz tego, że pokazuje trasę i przystanki, to zaznacza również aktualną lokalizację Franek czuje się zdecydowanie spokojniejszy, to jeszcze tablet przyda się nam na co dzień. Zwłaszcza, że nasze laptopy lekko niedomagają - w moim są problemy z baterią, wystarczy, że lekko poruszę kabelek i już mi się komputer wyłącza. Frankowa Toshiba szybko się przegrzewa. Mam co prawda bardzo zgrabny komputer firmowy, ale codziennie go do domu nie zabieram.

Jesteśmy więc teraz w posiadaniu tego cacka i można powiedzieć, że jesteśmy teraz bardzo nowocześni :P Swoją drogą zawsze zdumiewa mnie, jak ta technologia zasuwa. Kto by pomyślał, że będzie można sobie w torebce nosić coś, co wygląda jak notes, a w rzeczywistości będzie nam umożliwiało połączenie się z internetem w każdej chwili i z każdego miejsca. To niby takie naturalne w naszych czasach, a jednak jak się nad tym bardziej zastanawiam, to i tak się dziwię :)

A tymczasem Franek ma za sobą dwa dni pracy. Wczoraj jeździł przez samo centrum Warszawy i bardzo się stresował - nawet pomimo "jak dojadę". Przynajmniej na początku, bo mówi, że jak już dwa razy przejechał, to wiedział, że się nie pomyli. Dzisiaj było lepiej, bo miał krótką trasę, w dodatku w kształcie kółeczka. W czwartek i piątek czekają go linie bardziej skompliwkowane, ale myślę, że będzie coraz lepiej. Wiadomo, że jak jedzie pierwszy raz, to się stresuje, ale ja tam w niego wierzę. Ma tableta, ma swoje rozpiski i mapki, więc na pewno da radę.
A ja mam poczucie, że wszystko wróciło do normy :P Znowu o trzeciej nad ranem słyszę jak przez mgłę budzik Franka, a potem czuję, że całuje mnie w czoło, albo w policzek i wychodzi i z pokoju. Kiedy wychodzi z domu, zazwyczaj już nie odnotowuję :) Później mam cały ranek dla siebie i nie denerwuję się, że on śpi :) Znowu odbieram telefony w ciągu dnia, bo kiedy Franek ma przerwę, to zawsze dzwoni. 
Jeszcze tylko muszę Franka przekonać, żeby od czasu do czasu też na popołudniówkę poszedł :P Ale na wszystko przyjdzie czas.
Na razie bardzo podoba mi się ta nasza nowa-stara rzeczywistość i mam nadzieję, że to będzie trwalo!



niedziela, 23 września 2012

Obdarowani!

Z Miasteczka przyjechaliśmy we wtorek późnym wieczorem. Rzuciliśmy wszystkie nasze bagaże i tak sobie stały do wczoraj. Nie mieliśmy czasu, żeby prędzej jakoś okiełznać ten chaos, ale w sobotę wzięliśmy się za gruntowne porządki. Wypucowaliśmy cały dom, a przede wszystkim, zrobiliśmy miejsce na nasze nowe nabytki, które dostaliśmy w prezencie ślubnym :)

Ponad trzy lata temu, gdy jeszcze nawet nie myślałam o swoim ślubie, popełniłam notkę na temat prezentów. I przyznać muszę, że po tym czasie, mimo, że bogatsza w doświadczenia z własnego ślubu i wesela zdania nie zmieniłam :) Mogę się nadal podpisywać pod tamtym tekstem.

Nie stawialiśmy gościom żadnych wymagań jeśli chodzi o podarunki. Wyszliśmy z założenia, że każdy powinien sam o tym zdecydować. Nie jestem przekonana do wierszyków z prośbą o pieniądze, rozumiem co prawda intencję, ale wydaje mi się to mimo wszystko nieeleganckie. Kiedyś byliśmy w sytuacji, kiedy para zażyczyła sobie pieniądze, a my nie bardzo mogliśmy sobie na to pozwolić - zwłaszcza, gdy zrobiliśmy wywiad, ile inni zaproszeni znajomi włożą do koperty. To była dla nas dość niekomfortowa sytuacja. 
Po prostu sądzę, że niczego nie można wymuszać i goście powinni sami zdecydować w jakiej formie chcą obdarować parę młodą. A jeśli mają wątpliwości lub wszystko im jedno - zawsze mogą po prostu spytać. My odpowiadaliśmy, że pieniądze zawsze się przydadzą, a prezenty zawsze nas ucieszą. Ale jeśli ktoś ma kupować coś na siłę i bez pomysłu, to wolimy pieniądze. Niby nie rozwiązywało to ewentualnego dylematu, ale przynajmniej jasno określiliśmy nasze stanowisko. Kiedy my gościliśmy na innych weselach różnie bywało - w zależności od tego, jak dobrze znaliśmy parę młodą lub od naszej kondycji finansowej, dawaliśmy prezent lub pieniądze, ale bardzo ceniliśmy sobie możliwość wyboru.

Podobnie nie mieliśmy żadnych wymagań jeśli chodzi o kwiaty - powiedzieliśmy, że kwiaty cięte lubimy i na pewno nas ucieszą, ale jeśli ktoś nie chce ich kupować to może nam podarować kwiatka w doniczce, książkę, słodycze lub kupon totolotka :) Jak widać, do wyboru - do koloru. Nam naprawdę było wszystko jedno! A dzięki takiemu postawieniu sprawy mieliśmy niespodziankę :)

Prezenty rozpakowywaliśmy dopiero w poniedziałek wieczorem. Muszę przyznać, że mimo iż uwielbiam dostawać prezenty, to tym razem w ogóle o tym nie myślałam! Kiedy goście składali nam życzenia, kompletnie nie zwracałam uwagi na to kto, co daje - od kogo kwiaty, od kogo książka. Kto dał wielkie pudło, a kto małą kopertę? :) I później musieliśmy zdjęcia pooglądać, bo niektórzy mówili, żebyśmy dali znać, co sądzimy o prezencie, a my w ogóle nie pamiętaliśmy co, od kogo :) Zresztą, ja też jak dawałam parom młodym prezenty to raczej chciałam, żeby wiedzieli, że ta konkretna rzecz jest ode mnie.

Oglądanie kartek z życzeniami, liczenie pieniędzy i rozpakowywanie prezentów sprawiło nam ogromną frajdę. W ogóle to nie wiem, czy naprawdę są osoby, które aż tak bardzo zwracają uwagę na to, ile od kogo dostali albo takie, które są bardzo niezadowolone ze swoich prezentów (swoją drogą wydaje mi się, że to nie najlepiej o nich świadczy)? Podobno są... Ale my do nich nie należymy. Nas cieszył każdy grosz i każdy prezent.
Dostaliśmy trochę (choć niedużo, bo jednak goście z drogi, a cięte kwiaty niezbyt dobrze znoszą podróż) kwiatów, które cieszyły oko i zachwycały zapachem. Sporo osób dało nam kupony totolotka (buuu, nawet trójki nie było! nie opyla się grać w totka, słowo daję!:)) Pojawiły się też czekoladki oraz cztery książki (w tym Perfekcyjna Pani Domu - zdecydowanie dla Franka :P). No i piękny storczyk! 
Zawartość kopert nas pozytywnie zaskoczyła (choć to może dlatego, że wcześniej w ogóle nie zastanawialiśmy się nad tym, o kwocie jakiego rzędu można mówić) i więcej na ten temat nie będę pisać :) Wiadomo - nie zmarnuje się! :)
A teraz to, co tygryski lubią najbardziej, czyli pięknie opakowane prezenty :) Dostaliśmy:
- odkurzacz
- żelazko
- blender
- ręczniki (dotychczas mieliśmy tylko te od naszych mam, teraz mamy już swoje :P)
- pościel
- piękną lampę (to od kuzyna i jego żony, których odwiedziliśmy w maju, byłam zachwycona wystrojem ich mieszkania i stwierdziłam, że mamy z żoną podobny gust, teraz to się potwierdziło :))
- kilka garnków i patelni
- zestaw obiadowy - 6 dużych talerzy, 6 małych, dwa półmiski, miseczki, wszystko białej porcelany
- filiżanki
- zestaw do kawy (choć my będziemy używać go do herbaty i osoby, które nam to podarowały, chyba o tym wiedziały, bo do dzbanka włożyły zaparzacz do sypanej herbaty :))
- i parę innych drobiazgów, które trudno opisać.

Żelazko wypróbowałam pierwszego dnia po powrocie do Poznania (bez porównania ze starym - prawie dwudziestopięcioletnim! mimo, że miałam do niego sentyment.. ale teraz to prawdziwy luksus:) Odkurzaczem cieszyliśmy się wczoraj (ze starego cały czas wypadała rura, to się Franek naprzeklinał!). No i nie możemy się nacieszyć dzbankiem do herbaty! Dotychczas parzyliśmy herbatę w kubkach, a to nie to samo, co dolewać sobie z porcelanowego dzbanka, który w dodatku trzyma ciepło :) Filiżanek na razie jeszcze nie przywieźliśmy - to dopiero będzie degustacja :)
Może to głupie, że się tak ekscytuję, ale naprawdę bardzo się cieszymy z tych prezentów, bo nic nie jest zbędne. Nawet jeśli teraz garnki nam niepotrzebne, bo na wyposażeniu mieszkania były, to przecież wiecznie tu mieszkać nie będziemy i fajnie, że będziemy mieć coś swojego. 

Teraz to już tylko musimy sobie mieszkanie pod te sprzęty sprawić :P

sobota, 2 czerwca 2012

Nie znam się

Już mi się wydawało, że wyszłam na prostą, ale coś mi się wydaje, że powinnam przyjąć do wiadomości, że to po prostu nie jest możliwe :) Ile razy się ogarnę i wydaje mi się, że mam więcej czasu, okazuje się, że w pracy dostaję dodatkowy raport do zrobienia, że mam awarię komputera, że trzeba zrobić dodatkowe zakupy, że to, że tamto :) A więc lepiej chyba przyjmę do wiadomości, że po prostu tak już jest i muszę sobie radzić z tym, że nie zawsze mam czas na to, żeby odpisać na komentarze albo napisać nową notkę, nie wspominając już nawet o czytaniu regularnie Waszych notek. A właśnie, przy okazji - nie sugerujcie się tak specjalnie linkami u mnie na blogu, jak czyjegoś bloga w nich nie ma, nie znaczy, że wcale na niego nie zaglądam :) Po prostu nie zdążyłam jeszcze wszystkich blogów zalinkować.
No i jeszcze jedno - nie chodzi wcale o to, że nie mam na nic czasu. Ja po prostu mam tak dużo na głowie i trudno mi z czegokolwiek zrezygnować. Gdybym naprawdę brakowało mi czasu - to musiałabym właśnie sobie odpuścić, a tego nie lubię, więc radzę sobie jak mogę, chociaż oczywiście kosztem jest poczucie wiecznego zabiegania. Ale ja to chyba po prostu lubię, taka moja natura.

Dzisiaj notka trochę nietypowa, a przy niej bardzo nietypowe pytanie do Was - jakie macie modele telefonów komórkowych i co o nich myślicie? :) Pytanie sponsoruje moja firma :D A konkretnie chodzi o to, że w czwartek dostałam informację o tym, że kończy mi się za parę dni umowa na służbowy telefon i będzie ona przedłużona, a na tę okoliczność mam sobie wybrać nowy aparat. I dostałam listę telefonów za 1zł do wyboru. Tyle, że lista składa się z grubo ponad pięćdziesięciu pozycji i bądź tu mądry człowieku, zwłaszcza człowieku tak niewrażliwy na wszelkie nowinki technologiczne jak ja. Jeśli o mnie chodzi, to i z mojej pierwszej Nokii 3310 byłabym dzisiaj zadowolona. Chociaż...no może aż tak to nie, bo radia nie miała :)) Tak czy inaczej, od trzech dni nic nie robię, tylko rozmyślam. Na początku stwierdziłam, że wezmę jakiś "normalny" telefon z klawiaturą i bez udziwnień. Ale potem pomyślałam sobie, że tak naprawdę głównie korzystam z telefonu prywatnego, więc ten musi być "normalny", ale służbowy, to niech może sobie będzie jednak jakiś bardziej wypasiony? Zwłaszcza, że w ofercie za tą złotówkę mam modele warte normalnie nawet ponad 1000 zł, czemu więc nie zaszaleć? Jakiegoś dotykowego smartfona bym se wzięła, takiego co można się dzięki niemu w każdej chwili z internetem połączyć i takiego co to ma różne inne bajery, z których i tak wcale bym nie korzystała - ale z drugiej strony któż wie? może jak już je będę miała to i korzystać zacznę :)) Tyle, że za duży wybór mam. Zastanawiam się trochę nad Nokią Lumia albo C5-03, ale podobno smartfony z Samsunga albo Sony są fajne. I tu właśnie potrzebuję jakichś opinii z Waszej strony :) Może macie? Może słyszałyście?
Jeśli o mnie chodzi, to w telefonie urządza mnie budzik, kalkulator, stoper i radio. No i jeszcze muszę mieć możliwość zainstalowania aplikacji Ginger, do sprawdzania rozkładu jazdy MPK. Ale w moim aktualnym telefonie służbowym mam jeszcze funkcję "rozpoznawanie muzyki", z której korzystam i jest świetna. Pewnie część z Was wie, że polega to na tym, że można nagrać 10 sek jakiejś piosenki, którą akurat gdzieś przypadkiem słyszymy, a telefon znajdzie nam tytuł utworu i jego wykonawcę. I to jest super i chciałabym to mieć, a nie wiem, czy te wszystkie super-extra-w kosmos-wiadomo-co telefony takie coś też mają :)
Będę wdzięczna, jeśli się podzielicie ze mną Waszymi opiniami.
A w ogóle to kazali mi więcej gadać. Powiedzieli mi, że wykorzystuję za mało darmowych minut, które mam w abonamencie i mam dzwonić z tego służbowego telefonu również prywatnie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. No proszę, a ja się tak gryzłam, kiedy zdarzyło mi się zadzwonić z tej służbowej komórki do Franka, bo mi się moja Nokia rozładowała. Obym tylko teraz nie przegięła w drugą stronę, bo się zaraz okaże, że rozwalić 2000 minut to dla mnie pestka :)

środa, 4 kwietnia 2012

Kwestia lodówkowa.

Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego od kilku dni znowu jest zimno i niefajnie, to ja Wam powiem. Otóż powrót zimowej aury zawdzięczacie Margolce i Frankowi, a konkretnie faktowi, że zepsuła nam się lodówka :) I tak od ponad tygodnia „lodówkę” mamy na balkonie – same więc rozumiecie, że temperatury w okolicach pięciu stopni są jak najbardziej wskazane :) Zabawnie musimy wyglądać każdego ranka wychodząc na balkon – to z mlekiem, to z jajkami czy masłem w ręce. Po południu zaś kursujemy w te i we w te z garnkami z zupą, czy gulaszem. Plus jest taki, że nie musimy nawet czekać aż taka zupa wystygnie, tylko od razu ją wystawić – wszak taka balkonowa lodówka już nam się nie zepsuje – przynajmniej do czasu, gdy nie wróci wiosna pełną parą :)
Ale liczymy na to, że do tego dnia staniemy się już posiadaczami nowego sprzętu AGD, który dumnie postawimy w kuchni. Wydatek nieprzewidziany, więc na początek przeszło nam przez myśl, żeby starą naprawiać, ale po chwili stwierdziliśmy, że to się kompletnie nie opłaca, zwłaszcza, że pakowalibyśmy pieniądze w sprzęt nie nasz. A tak lodówkę będziemy już mieli na kolejne lata i razem z pralką będziemy już mieli aż dwa sprzęty na własność :) Jednak sprawa nie jest taka prosta, w weekend zeszliśmy chyba wszystkie możliwe sklepy z AGD w Poznaniu i już, już prawie ją mieliśmy… ale jednak nie… Jakoś tak się pechowo złożyło. W każdym razie mamy trzy typy i gdyby tak połączyć trzy w jedno, to byłaby lodówka idealna. A tak – jedna za droga, inna nieekonomiczna, kolejna ma za małą pojemność chłodziarki i tak dalej. Więc wstrzymaliśmy się jeszcze i prześpimy się z tymi lodówkami. Aura sprzyja w każdym razie, więc możemy się jeszcze zastanawiać, póki co jedzenie nam się nie psuje :D
A z innych kwestii – chyba dogoniłam rzeczywistość w pracy. Weekend rozpoczęłam dopiero w piątek po 23, bo miałam jeszcze parę raportów do zrobienia. Zabrałam kompa do domu a tu jak na złość - internet nam padł, a bez niego ani rusz, bo nie odpaliłabym naszego programu pracowniczego :( Już się niemal załamałam, na szczęście poratowały mnie Dorota z Juską i mogłam u nich siedzieć prawie do północy, podłączona pod ich internet. Udało się więc i od poniedziałku sytuacja się stabilizuje.
Jest więc szansa, że się znowu tutaj pojawię :)

piątek, 20 sierpnia 2010

Pierwsze pranie – raport :)

Komisja w składzie:
- Mama Franka
- Tata Franka
- Babcia Franka
- Ciocia Franka
- Kuzynka Franka
- półroczna córeczka kuzynki Franka
- Brutus (pies Franka)
orzekła, że pralka marki Takiejitakiej, model Takiitaki pierze jak należy, wygląda przy tym przyzwoicie, zachowuje się nienagannie i mało hałaśliwie. Generalnie sprzęt został zatwierdzony i możemy cieszyć się czystymi ciuszkami. W gratisie dostałam regularne prasowanie Frankowych koszul i munduru (i zupełnie bez ironii piszę, że bardzo lubię prasować męskie koszule :))
Straty: margolkowe białe majtki i margolkowe czarne skarpetki.

Jak widzicie, komisja nam się trochę poszerzyła :) Zupełnie przez przypadek i niezapowiedzianie. Rodzice Franka przyjechali tak jak było umówione, a krótko potem zadzwoniła Ciocia, czy może przyjść z Kuzynką – mieszkają ulicę dalej. Okazało się, że akurat mieli w odwiedzinach Babcię i tym sposobem po raz pierwszy ilość osób mogliśmy się pobawić w gospodarzy. Dziwnie się trochę czułam, bo w przypadku spotkań rodzinnych z Frankowatymi, zawsze występowałam w roli gościa, ale dość szybko załapałam o co kaman i nawet spodobało mi się to robienie herbaty, donoszenie talerzyków i bawienie towarzystwa. Fajnie było, no :) 

Pralka sprawowała się dobrze. Naprawdę zaczęłam się cieszyć tym naszym pierwszym wspólnym sprzętem. I ku mojemu zdumieniu Franek cieszył się również i był w dobrym humorze. Wyobraźcie sobie, że nawet ze mną to pranie nastawiał – goście siedzieli w pokoju a my razem robiliśmy segregację jasne-ciemne-białe i wrzucaliśmy brudne ciuszki do nowiutkiej pralki. 
I kiedy z pokoju usłyszeliśmy pytanie „Co Wy tam tak długo robicie?” a my jednocześnie na dwa głosy odkrzyknęliśmy „Pranie!”, i kiedy wrzucaliśmy razem, ręka w rękę te brudne ubrania do bębna, tak sobie pomyślałam, że tak właśnie powinno być i w takich chwilach jest mi dobrze i wtedy niczego mi nie brakuje.
Człowiek to dziwny osobnik. Wystarczy, że mu pralkę przywiozą i że ma się z kim nią cieszyć i już się robi bananowy… (czyt. z bananem na twarzy ;))

Aaa, no i straty rzecz jasna. A więc tak: wchodzę ja do łazienki i w wannie widzę jakąś szmatę a obok niej coś w kształcie majtek. Tak! – moje białe (znaczy się już były szaro-rdzawe) figi. Wołam Franka i z buzią w podkówkę pokazuję mu palcem to coś. A on mi na to: no właśnie zastanawiałem się co to za gacie?
To nie mógł się zapytać najpierw? Zanim zaczął nimi myć podłogę, bo pomyślał, że to ścierka. Na jego usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że majtki te chyba spadły mi jakiś już czas temu za pralkę i tak sobie tam leżały, kurząc się nieco. Do wczoraj sobie leżały, kiedy to zostały zdegradowane z funkcji ocieplacza pupy do wycieracza podłogi.

Ze skarpetkami historia była inna, nieco krótsza i bardziej oczywista :) Wieszając pranie zorientowałam się, że wieszam moją jedyną parę czarnych skarpetek. Przy czym z całą pewnością nie nosiłam tych skarpetek od czasu, kiedy porzuciłam kozaki na rzecz czółenek. Wniosek jest jeden: Franek, z rozmiarem buta 43/44 zdołał się jakimś cudem wcisnąć w moje skarpetki 36/37… Już nie mam czarnych skarpetek. Franek chyba też nie, bo lada chwila zrobią się dziury na palcach i piętach :)

Mimo wszystko – to był fajny dzień.

piątek, 13 sierpnia 2010

Spontaniczny zakup.

Nawet bardzo spontaniczny bym powiedziała :) I to jeszcze jaki?! Otóż kupiłam dzisiaj… pralkę :P Niby pralka w naszym mieszkaniu jest. Ale kiedy ją uruchomiliśmy okazało się, że niestety nie da się jej używać. Jest tak wyeksploatowana, że aż strach cokolwiek do niej wrzucać, bo nie wiadomo w jakim stanie się wyjmie to pranie :) Nie mówiąc już o tym, że chodzi tak głośno, że sąsiedzi szybko by się nami zajęli :)
Planowaliśmy odkładać po prostu przez jakiś czas na pralkę. Trochę mnie to martwiło, bo chcemy jeszcze pojechać na urlop, trzeba wymienić olej w samochodzie no i jest jeszcze kilka innych wydatków… Ale wiedziałam, że to ważna rzecz. Tak sobie myślałam, że może się uda tę pralkę kupić już we wrześniu, najpóźniej w październiku. A tymczasem robiłam rekonesans.
Znalazłam dość fajną pralkę w Miasteczku. I była w granicach cenowych, jakie sobie założyliśmy. Jedna z najtańszych, ma sporo fajnych funkcji no i podstawa – jest ładowana od góry, inna do naszej łazienki się nie zmieści. Ale Franek słusznie zauważył, że może w Poznaniu będzie taniej. No i nie byłoby problemu z transportem. Chciałam poszukać tego samego modelu w Poznaniu. Wchodziłam od czasu do czasu do jakiegoś sklepu ze sprzętem AGD, ale nigdzie nie było dokładnie tek pralki, o jaką mi chodziło. 
Dzisiaj przyjechał do nas mój wujek. Tak sobie chodziliśmy po mieście i w pewnym momencie on stwierdził, że chciałby obejrzeć jakiś sprzęt RTV. Weszliśmy więc do jednego z tych MegaExpertowychMediaSaturnów. Dla mnie była to okazja popatrzeć na praleczki. I proszę – stoi. W dodatku tańsza o 50 zł niż w Miasteczku. No to już byłam zadowolona. Miałam zamiar meldować to Frankowi, kiedy wujek zauważył, że w tym sklepie jest promocja i sprzęt jest sprzedawany bez vatu! To była szybka decyzja. Krótka rozmowa z Frankiem (nie żebym pytała o zgodę :P i tak byłam zdecydowana, ale żeby nie było, że sama zdecydowałam :)) i… mamy pralkę. Fakt, kupiliśmy wcześniej niż zamierzaliśmy, ale tym sposobem zaoszczędziliśmy 200 zł :) Do tego pralkę nam przywiozą do domu i zabiorą starą.
Chciałam napisać, że to pierwszy mój tak poważny zakup. Ale przypomniałam sobie, że przecież dwa lata temu kupowałam samochód :P Sama ;) A więc to mój pierwszy poważny zakup po samochodzie. Ale tym razem pierwszy wspólny. Znaczy się jeszcze mi Franek musi oddać stówkę, ale może da radę :P