Pamiętacie moją notkę z piątego września?
Dopadł mnie wtedy atak paniki a końca nie było widać, skoro to był
początek dopiero… Minęło pół roku. W tym czasie bardzo dużo się
wydarzyło. Zresztą same wiecie. Ale jedno pozostawało niezmienne –
codziennie myślałam o mojej pracy magisterskiej. Od września do grudnia
codziennie wracałam z pracy i po południu siadałam do magisterki. Co
prawda jeszcze przed świętami skończyłam pisanie, ale potem przez
kolejne miesiące poprawiałam to, co było niedoskonałe, doczytywałam,
zmieniałam, analizowałam.
Codziennie myślałam o mojej pracy. W ostatnich dniach omal nie
oszalałam walcząc ze stylesheetem; pozbywałam się „wdów i bękartów”,
doszukiwałam się miejsc publikacji każdego z moich trzydziestu pięciu
źródeł, walczyłam z przecinkami przed „thus” i po”notwithstanding”. Z
dnia na dzień moja paranoja się pogłębiała i miałam wrażenie, że coraz
więcej błędów widzę. Dzisiaj już się zeschizowałam nawet, że źle
napisałam tytuł. Kiedy już wydrukowałam i oprawiłam pracę, byłam wręcz
przekonana na dwieście procent, że na pewno zrobiłam błąd we własnym
nazwisku. Sprawdziłam – bezbłędnie. Nawet literówki nie ma. Uspokoiłam
się trochę. I oto leżą przede mną trzy świeżutkie, oprawione prace
magisterskie… Wersja na CD, indeks, zdjęcia (kurczę, podobają mi się,
naprawdę dobrze na nich wyszłam ;)) i reszta dokumentów, które muszę
złożyć jutro w dziekanacie. A ja siedzę i popijam wino przyniesione
przez Franka.Udało się. Dałam radę.Chwilami już wariowałam, ale konsekwentnie codziennie dopisywałam te pół strony i oto powstało te siedemdziesiąt pięć stron tekstu w języku Shakespeara. Nie będę pisać tu oryginalnego tytułu, ale w wolnym tłumaczeniu, temat mojej pracy to Nathaniel Hawthorne i kwestia kobieca. Analiza „Szkarłatnej Litery” i „The Blithedale Romance”. Generalnie napisałam o ambiwalentnym stosunku tego pisarza do feminizmu, jako że odznaczał się on niesamowitym szacunkiem w stosunku do kobiet i rozumiał palące problemy ówczesnych emancypantek, ale jednocześnie potępiał nadmierne wyzwolenie swoich bohaterek. Taki konserwatywny liberał


Oczywiście przede mną jeszcze obrona. Będzie dwunastego, dziewiętnastego lub dwudziestego szóstego marca. Chyba dam radę się jakoś do niej przygotować. Ale najważniejsze, że napisałam. Dałam radę Dziewczyny. Kurczę, ale jestem z siebie zadowolona

Ps. A Franek złożył dzisiaj dwutygodniowe wypowiedzenie w swojej pracy, bo w Zielonej Firmie (mieszkańcy Poznania chyba się domyślą dlaczego właśnie zielonej ;)) obiecali mu zatrudnienie od pierwszego marca.