*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiosna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 kwietnia 2014

Sobotnie migawki

W Poznaniu bywamy ostatnimi czasy tak często (tym razem chrzciny), że w domu teściów zaczęłam się już praktycznie czuć jak u siebie ;) Co prawda kiedyś przecież się tym domem "opiekowaliśmy" podczas ich nieobecności, ale to jednak co innego, gdy byliśmy sami, a co innego, gdy teściowie cały czas po tym własnym mieszkaniu się kręcą. Na początku czułam się lekko nieswojo, bo jednak po tylu latach bywania tu jako gość, trudno było mi się przestawić, ale właściwie "nieswojość" przeszła mi stosunkowo szybko. Teraz jednak bez krępacji wchodzę sobie na przykład do kuchni kiedy chcę i po co chcę.

***
Zajrzeliśmy dzisiaj z Frankiem do naszego swego czasu ulubionego baru z domowymi obiadami* - danie dnia kosztuje tam 9,5 zł, ale my zawsze jadamy je bez zupy, więc kosztuje nas to 7. Najpierw jadałam tam za czasów studenckich, kiedy to nawet do głowy mi nie przyszło, że mogłabym coś sama dla siebie ugotować. Później zaglądaliśmy tam z Frankiem kiedy nie mieliśmy pomysłu lub czas na obiad. Bardzo mało jest takich miejsc. A właściwie to chyba jedyne takie,które znam,  gdzie można zjeść tanio i smacznie - bez poczucia, że to jednak "nie ten dom", bo jedzenie jest świeże a nie odgrzewane, tradycyjne a nie udziwnione i podawane również po domowemu a nie na plastikowych talerzykach z plastikowymi sztućcami :) Dziś na obiad był de volaille z serem.

***
Wiem, że się powtarzam, ale jednak wiosna do zdecydowanie najpiękniejsza pora roku i bardzo mnie cieszy, że w tym roku możemy się nią cieszyć już od ładnych kilku tygodniu. W ostatnich latach bywało, że kwiecień straszył nas jeszcze śniegiem, a tegoroczny zaskakuje żółtą barwą - mlecze i rzepak kojarzą mi się raczej z majem - oraz zapachem bzu. Podobno nawet kasztany zakwitły. Wygląda na to, że mamy maj w kwietniu :) Zważywszy na to, że kwiecień kojarzy mi się średnio a maj to mój ulubiony miesiąc, to chyba całkiem nieźle dla mnie.
A te przelotne, ciepłe deszcze są nawet urocze :) Ale doświadczyłam ich dopiero tu, bo choć podobno przelotne opady i burze nawiedzały w ostatnim tygodniu cały kraj, to jakoś szczęśliwie omijały Podwarszawie :)

***
Nie ma to jak zupełnie spontanicznie usiąść w kuchni u Juski i Doroty (wróciłam ze spaceru z Juską i wpadłam przywitać się z Dorotą, ale nie zaplanowałam sobie pożegnania, więc zeszły dwie godziny na tym powitaniu :)), zrobić sobie i meblom prysznic gazowaną wodą mineralną i po prostu gadać o wszystkim po trochu.Znamy się kawał czasu, za chwilę będzie 15 lat, a więc prawie połowę naszego życia. Czasami wystarczy jedno hasło i nie dość, że wszystkie w lot łapiemy o co chodzi, to jeszcze zgodnie kwiczymy ze śmiechu.

***
Całkiem przyjemna sobota. Szkoda, że już się kończy.

* z komentarzy wynika, że mogłyście zrozumieć, że chodzi o bar mleczny, więc na wszelki wypadek sprostuję, że choć w Poznaniu jest takowych sporo i niektóre są całkiem przyzwoite, to akurat to konkretne miejsce nie jest barem mlecznym - to nawet bardziej restauracja i mieści się w pasażu handlowym :)  A niech tam, niech będzie darmowa reklama: chodzi o restaurację Mc Tosiek w Pasażu Rondo na Starołęce ;)


środa, 23 kwietnia 2014

Poświątecznie i wiosennie

Święta, święta i po świętach, jak to się zawsze mówi, ale przyznać muszę, że udało mi się trochę zwolnić i ten uroczysty czas minął mi chyba wolniej niż wcześniejszy tydzień. 
Zupełnie niespodziewanie pojawiło się u mnie w pracy trochę komplikacji natury technicznej i miałam sporo do zrobienia. A zaczęło się już w piątek dwa tygodnie temu - kiedy to byłam w Poznaniu. Na czwartek wzięłam urlop, a co do piątku, umówiłam się, że będę pracować zdalnie. Jako że pojawiły się komplikacje z podpięciem mojego służbowego laptopa do internetu teściów, umówiłam się z Juską i Dorotą, że będę siedziała u nich. Dziewczyn nie było, ale zostawiły mi klucze i miałam się obsłużyć sama. 
Tak też zrobiłam. Wcześniejsze dni były bardzo spokojne - żeby nie powiedzieć, że nudne, więc wzięłam laptopa i książkę do czytania. Za to nie wzięłam nic do jedzenia, bo stwierdziłam, że zrobię to co najważniejsze do 12tej, potem zrobię sobię przerwę i wrócę o 15. A tu się wszystko rozhulało i siedziałam od rana aż do 18:30 z jedną tylko malutką przerwą - zrobiłam się taka głodna, że wyszłam od dziewczyn, poszłam do domu teściów po kawałek ciasta i wróciłam do pracy - co zajęło mi dokładnie 10 minut :)
Kolejny tydzień był równie pracowity aż do czwartku. Piątek w założeniu miał być wolny od 12. I tym razem pracowałam zdalnie. Wyjechaliśmy z Frankiem o 7 z Warszawy i już po 10 dojechaliśmy do Miasteczka, więc się rozłożyłam z moim komputerem, myśląc, że wszystko zrobię raz dwa, a tymczasem po dwunastej pojawiły się kolejne komplikacje i niestety znowu siedziałam do późnego popołudnia "w pracy". Cieszyłam się tylko, że jednak pojechałam rano do Miasteczka a nie, jak planowałam wcześniej dopiero po tej 12, bo chyba bym nie dojechała...
Ale grunt, że sytuacja została opanowana (i jak na razie tak zostało do dziś ;)). Mogłam zacząć świętować.

Przyznam, że tegoroczna Wielkanoc nadeszła dla mnie trochę niepostrzeżenie. Przez ten ostatni tydzień na wariackich papierach, ani się obejrzałam, a był Wielki Piątek. Wielkiego Czwartku, prawie nie odnotowałam :( Trochę zabrakło mi duchowego przygotowania w ostatnich dniach (dlatego właśnie uważam, że Wielki Czwartek, a zwłaszcza Wielki Piątek powinny być dniami wolnymi od pracy - zamiast np. Trzech Króli), na szczęście choć trochę nadrobiłam to w piątkowe popołudnie a wieczorem nareszcie miałam czas na chwilę skupienia i refleksji na czuwaniu w kościele.
Ale od soboty mieliśmy już w domu święta na całego. U nas w domu jest taka tradycja, że właściwie już od rana mamy święto, bo wszystko jest ugotowane i posprzątane wcześniej. Sobota to czas na pomalowanie jajek i przygotowanie koszyczków do święcenia. Później święcenie pokarmów i chwila modlitwy w kościele, a popołudnie to już czas dla rodziny.
Święta upłynęły więc nam w bardzo przyjemnej, rodzinnej atmosferze. Dużo, naprawdę dużo rozmawialiśmy. Pogoda sprzyjała, więc także sporo spacerowaliśmy - odświętnie ubrani, całą rodziną, spotykaliśmy w lesie inne ładnie ubrane całe rodziny :) Podoba mi się ten klimat. Oczywiście nie zabrakło też czasu na gry :) Sporo też pojedliśmy, jak to w święta bywa - w dodatku w te święta moja mama miała urodziny, więc mieliśmy więcej okazji do świętowania. Ale dzięki tym spacerom i sesjom aerobikowym, które urządzałam sobie z siostrą, przytyło się nam niewiele - myślę, że za chwilę już nie będzie śladu po tych dodatkowych gramach właściwie ;)

We wtorek rano wróciliśmy, a jechało się tak dobrze, że przyjechałam punktualnie na 10:00 do pracy :) Wracamy więc do poświątecznej rzeczywistości, a o minionych dniach przypomina nam jeszcze wałówka w lodówce, którą przywieźliśmy :)

Pogoda nadal jest cudna i mam nadzieję, że taka się utrzyma. Zaczyna się powoli najpiękniejszy moim zdaniem czas w przyrodzie, który potrwa przez najbliższe kilka miesięcy. Wtedy wszystko wygląda lepiej, mimo, że ostatnio znowu nam nie wyszło kilka rzeczy :( Chciałam częściowo o tym napisać, ale akurat byłam zapracowana, a teraz - dopóki jestem trochę pozbierana, nie chcę do tego wracać, za to chcę wierzyć, że jednak w końcu wyjdzie...

poniedziałek, 24 marca 2014

Dużo lepiej i zapach wiosny

No, muszę w końcu coś napisać, bo w końcu nie jest mi już tak źle :)
Najbardziej pomogła mi rozmowa z Frankiem. Czasami bardzo trudno jest mi do niego dotrzeć - ewidentnie widać, że pochodzimy z dwóch różnych planet. I nie chodzi o to, że się nie dogadujemy albo kłócimy. Raczej rzecz w tym, że Franek nie do końca czasami rozumie o co mi chodzi -głównie właśnie wtedy, gdy dopadają mnie gorsze dni bez konkretnego powodu. Albo inaczej - z jakiegoś powodu, tylko, że ten powód jest cały czas i Frankowi trudno pojąć, że jednego dnia się tym martwię a drugiego już nie (a ja się dalej martwię, tyle, że jest to uśpione) Mnie z kolei trudno przychodzi wytłumaczenie dokładnie co czuję i co mam na myśli. No i jest klasycznie: Franek się niecierpliwi, bo nie rozumie właściwie czego ja od niego oczekuję (że chodzi o wysłuchanie i kilka słów pocieszenia rozumie, ale nie wie, dlaczego skoro pocieszył mnie we wtorek, to tego samego chciałabym w środę; a ja czasami muszę męczyć temat dopóki on nie zmęczy mnie), a mnie jest przykro, że on się niecierpliwi.
Trudne są czasami te rozmowy, na szczęście zazwyczaj ostatecznie coś z nich wychodzi. Może nie od razu, ale często po kilku godzinach wszystko zdecydowanie się poprawia - atmosfera między nami też i reszta również jakoś się układa. Najdziwniejsza sprawa jest właśnie z tą atmosferą- po prostu czasami mam wrażenie, jakbyśmy byli od siebie oddaleni, jakby coś było nie tak, mimo, że wcale się nie pokłóciliśmy, ani nie mamy "cichych dni". Franek za to w ogóle nie widzi, żeby coś się zmieniło i właśnie wtedy najtrudniej się rozmawia.I ja sama też nie wiem już o co chodzi- bo na pierwszy rzut oka rzeczywiście nic się nie zmieniło, więc skąd moje odczucia? Kiedy dołączą do nich jeszcze moje inne zmartwienia, to właśnie wtedy robi mi się źle.
Nie wiem, czy wiecie co mam na myśli, bo trudno mi to wszystko wytłumaczyć i opisać - ale próbowałam.
W każdym razie ostatecznie często jest tak, że kiedy znika poczucie (choćby nawet było irracjonalne), że coś jest między nami nie tak i gdy czuję się "dopieszczona", to często i reszta zmartwień staje się znośna - przynajmniej do kolejnego razu...

Piątek więc był bardzo słoneczny - zrówno w pogodzie, jak i w moim życiu. Rano musiałam pojechać na pewne badania, Franek i towarzyszył i jeszcze trochę rozmawialiśmy. I wszystko było zupełnie inaczej - choć Franek twierdzi, że nic się nie zmieniło. I może ma rację, może chodzi tylko o moje postrzeganie - tylko jak mam na to wpłynąć, tego nie wiem. A wieczorem oczekiwaliśmy na moich rodziców. Wyjeżdżali z Miasteczka dopiero po pracy, więc dojechali do nas o 22. Chwilę pogadaliśmy a potem poszliśmy spać, żeby nie marnować soboty :)
Tę spędziliśmy bardzo aktywnie - spacerując i zwiedzając (na przykład Muzeum Powstania Warszawskiego) a także dogadzając sobie :P - w mojej ulubionej restauracji Vapiano (jestem makaroniarą - podobnie jak moi rodzice, a tam makarony są pyszne, ale i Franek znalazł coś dla siebie, bo on z kolei bardzo lubi pizzę) oraz u Wedla :) To była dłuuuga, ale bardzo przyjemna sobota, zwłaszcza, że pogoda dopisała. Wróciliśmy pod wieczór mocno zmęczeni. 
Niedziela już była stacjonarna, posiedzieliśmy trochę w domu rozmawiając i grając. Na obiad podaliśmy pomidorówkę z prażonymi płatkami migdalowymi oraz kurze udka pieczone w rękawie :) Tak nam się dobrze siedziało, że straciliśmy poczucie czasu i rodzice wyjechali dopiero o 17, mimo, że planowali godzinę wcześniej.
A my zostaliśmy sami, ale jakoś z pomocą Franka poradziłam sobie z czającym się syndromem przedszkolaka :) Trochę sobie posiedzieliśmy przytuleni i to zdecydowanie dobrze na mnie podziałało. Poćwiczyłam nawet trochę, chociaż prawdę mówiąc cały wczorajszy dzień czułam się dość słabo. Pewnie po części zawiniła aura, ale to może być głównie wina tabletek na alergię, które mogą wywoływać senność. Wiosna przyszła szybciej to i mój coroczny kwietniowy katar-niekatar dopadł mnie wcześniej :) Więc ostatecznie oparłam się przeziębieniu, którym chciał mnie poczęstować Franek, ale daleko nie uciekłam, bo dopadło mnie kichanie oraz swędzący nos i oczy z powodu wiosny :) Na szczęście tabletki przynoszą ulgę.

A tak a propos wiosny jeszcze - w piątek, gdy wyszłam z pracy po raz pierwszy tego roku poczułam jej zapach :) Wiecie o co mi chodzi? Każda pora roku ma swój zapach, ale zazwyczaj zwraca się na niego uwagę tylko na ich przełomie. I tak czasami we wrześniu pachnie już jesienią, a pod koniec października potrafię wywąchać zbliżającą się zimę. A teraz czułam wiosnę - to zdecydowanie jeden z moich ulubionych zapachów :)

środa, 12 marca 2014

Jeszcze pan tu nie stał i przedwiośnie

Wasze komentarze pod przedostatnią notką, przypomniały mi jeszcze jedną sytuację "kościelną", w której uczestniczyliśmy razem z Frankiem już ponad rok temu. W ramach "zwiedzania" poznańskich kościołów, wybraliśmy się na msze do małego kościoła przy Rondzie Śródka. Do początku mszy było jeszcze piętnaście minut, ale kościół był naprawdę nieduży, więc miejsc siedzących też już wiele nie zostało. A ściślej - było ich sporo, ale pojedynczych.
Weszliśmy więc do najbliższej ławki, w której miejsca było trochę więcej i usiedliśmy koło starszej (znowu niestety:)) pani. Zmieściliśmy się bez problemu. Nie było ciasno. Ale widocznie pani siedząca obok była innego zdania - mimo, że po swej lewej stronie miała jeszcze miejsce jeśli nie na całą, to na pewno na pół osoby :) Kiedy klęczeliśmy modląc się (jeszcze przed rozpoczęciem mszy), pani cały czas złowrogo na nas spoglądała mrucząc coś pod nosem. Gdy skończyliśmy i usiedliśmy, powiedziała, że tam są wolne miejsca i jedno z nas ma się przesiąść. Tam oznaczało pojedyncze miejsce dwa rzędy przed nami i po przeciwnej stronie :) Spojrzeliśmy na siebie z Frankiem ze zdumieniem, ale i uśmiechem i odpowiedzieliśmy, że przyszliśmy razem i chcemy siedzieć razem. Pani na to tylko prychnęła i dalej coś tam złorzeczyła.

Po jakichś dwóch minutach wstała i absolutnie nie kryjąc swojego oburzenia wyszła z ławki. Dokąd poszła nie wiem - może znalazła sobie jakieś miejsca z tyłu. W każdym razie dość mocno nas to rozśmieszyło :) Ostatecznie chwilę później usiadła koło nas inna starsza pani, która widocznie nie miała aż tak wielkich wymagań co do ilości wolnego miejsca obok siebie :)

***

A tymczasem, ponieważ mamy już marzec myślę, że mogę z czystym sumieniem napisać, że uwielbiam tegoroczną zimę! :D Cudna była i jeśli tak będzie wyglądała już zawsze, to myślę, że byłabym nawet skłonna polubić tę porę roku :P Tak, ja wiem, że zapowiadają jeszcze ochłodzenie i może nawet śnieg z deszczem, ale myślę, że jakoś to przeżyję, bo marcowy śnieg z deszczem nie dołuje tak, jak ten listopadowy. Poza tym wiadomo, że w marcu jak w garncu a i kwiecień przeplata, więc pewnie jeszcze trochę nas pogoda potrzyma w niepewności. Ale i tak - przez większość czasu było po prostu ciepło! Na początku grudnia trochę przymroziło i potem chyba w początkach stycznia też, bo nie jeździłam rowerem do pracy, tylko musiałam piechotą chodzić. Ale to była naprawdę łagodna zima ze znośnymi temperaturami, a przede wszystkim znośną aurą :) Słonecznych dni było bardzo dużo, a ostatnio to już w ogóle było pięknie. No właśnie - dlatego też jest mi lepiej znosić ewentualne ochłodzenie, bo przynajmniej kiedy wstaję jest już jasno, a gdy wracam do domu z pracy, to mieszkanie jest jeszcze pełne słońca :) W poniedziałki i środy pracuję w godzinach 10-18 i dzisiaj wracałam już niemal "po jasnemu" :) Byłam zdumiona, jak szybko to poszło, bo w poniedziałek o tej samej porze jednak było ciemniej - serio! I to nie złudzenie, bo zwracam na to uwagę i czekam z niecierpliwością na przyszły poniedziałek, bo wtedy już nie będę musiała zakładać  o trzy rozmiary za dużej kamizelki na rower, w której wyglądam jak robotnik drogowy :P
Ale byłoby fajnie, jakby nam się ten klimat tak zmienił na dobre :)

czwartek, 2 maja 2013

Tak na rozgrzewkę...

Stwierdzam, że to naprawdę był dobry pomysł z tym wyjazdem. Dopiero dzisiaj poczułam się choć trochę zrelaksowana. Nawet przespałam calutką noc bez przebudzenia. Śniła mi się oczywiście praca - a konkretnie jeden z moich stałych klientów (zanotowałam: koniecznie napisać do niego maila z ważną informacją) oraz ten koleś, który miał mi potwierdzić a nie potwierdził. Zebrałam się więc dzisiaj i zadzwoniłam do niego. Tak, jak przewidziałam, nie było go w pracy, ale telefon odebrał (jak to dobrze, że teraz wszyscy - łącznie ze mną :P są przypięci do służbowych telefonów). No co! Skoro ja się przez niego stresuję i nie mogę w pełni odpoczywać, to niech i on przez chwilę o pracy pomyśli. Wszak nie zadzwoniłam w dzień zaznaczony w kalendarzu na czerwono :) - dziś (prawie) normalny dzień pracy. I bardzo dobrze zrobiłam, bo trochę się uspokoiłam. Umówiłam się na poniedziałkowe potwierdzenie, ale odetchnę na całego, gdy samochód przyjedzie, zabierze to, co ma zabrać a potem wystawi stosowne dokumenty.

Nareszcie znalazłam małą chwilę dla siebie. Zasiadłam do bloga, odpisałam na Wasze komentarze i... zawiesiłam się. Od rana nie mogę napisać niczego sensownego - właśnie dlatego, że tak dużo mam do napisania! Nie wiadomo, od czego zacząć. Klops.Muszę się chyba rozkręcić.

Jestem bardzo rozczarowana majem. Majówką i długim weekendem. Kto to widział, żeby było tak ponuro, zimno i nieprzyjemnie!? Jak tu sezon grillowy otwierać? :)W tym roku pogoda ewidentnie sobie z nas jaja robi, siada w kącie i śmieje się z ludzi, którzy jej złorzeczą. W maju zawsze rozpoczynał się najlepszy dla mnie czas w roku, który trwał do końca października. Nie wiem, czy w tym roku będę równie entuzjastycznie nastawiona do świata o tej porze roku. Ale trzeba przyznać, że to całe życiowe zamieszanie przynajmniej złagodziło mi przejście przez kwiecień :) Bo przecież ten z kolei miesiąc zawsze nie był dla mnie szczególnie życzliwy - zawsze łapałam doła, trochę bez powodu, a trochę z. I w ogóle pomimo tego, że przyroda zaczynała się pięknie rozkręcać (o czym nigdy nie daje mi zapomnieć mój kwietniowy katar) mnie jest w kwietniu często źle i smutno. W tym roku zaliczyłam jeden dołek, ale spowodowany był konkretną sytuacją i w niczym nie przypominał corocznej kwietniowej depresji. A potem ani się obejrzałam, czwarty miesiąc roku się skończył. Może właśnie pożegnałam kwietniową klątwę? :)

Niemniej jednak nie podoba  mi się ani trochę to, co się wyprawia - ile czasy było ciepło? Tydzień? Dwa? Nie zdążyłam się słońcem nacieszyć, a ono już się schowało. Ale przyznać muszę, że biorąc pod uwagę to, jak dziwny jest moje życie ostatnio, to pogoda się idealnie wpasowała w klimat.


czwartek, 17 maja 2012

Magia czasu

Pamiętam jak się martwiłam pod koniec października - jak ja teraz będę dojeżdżać do pracy? Wypożyczalnia rowerów od listopada już nie działała. Przede mną było pięć długich zimowych miesięcy! Z jednej strony wariowałam na myśl o tym, ile jeszcze czasu do wiosny, z drugiej pokrzepiałam się świadomością szybkiego upływu czasu. Ciepła zima też zrobiła swoje :) Czekałam na kwiecień jak na zbawienie! I doczekałam się. Nawet dziś nie mogę uwierzyć, jak szybko to minęło :)
A zimę jakoś przetrwałam. I okazało się, że dojazdy do pracy nie były wcale aż tak uciążliwe. Częściej jeździłam samochodem, ale bywały też dni gdy dochodziłam na piechotę (nawet w mroźne dni:)) i dałam radę! :) Człowiek to się jednak potrafi przystosować. Ale to nie zmienia faktu, że z radością powitałam otwarcie "mojej" wypożyczalni w kwietniu i czym prędzej popędziłam po rower! To jest to! Oj, jak się cieszyłam, że nareszcie mogę w ten sposób dojeżdżać! Dziesięć minut przyjemną polną drogą, wśród śpiewu ptaków i pięknej przyrody i już jestem w pracy. A potem nie jestem od nikogo zależna - nikt nie musi mnie podwozić, wsiadam sobie na swój jednoślad i śmigam z powrotem. Najbardziej się cieszę, gdy widzę korek, który tworzy się ilekroć zamykany jest przejazd! A mnie on nie dotyczy, bo jadę sobie boczną drogą.
Z początkiem maja Poznań miał zostać odkorkowany. Nic z tego, jak zwykle nie wyrobili się z większością robót. Aleja Niepodległości wiecznie zapchana. Jak cudowna jest świadomość, że może mnie to nie dotyczyć :) Wystarczy, że wybiorę tramwaj... Samochodem oczywiście czasami również dojeżdżam, ale teraz już mam alternatywę, z której chętnie korzystam :) Bo nawet jeśli zdarzy się, że środki komunikacji miejskiej też stoją w korku, nie muszę się tym martwić - siedzę sobie wygodnie i czytam.
Warto było na ten rower poczekać i naprawdę muszę przyznać, że wcale to czekanie nie było jakoś strasznie uciążliwe. Nie mogę się temu nadziwić, jak prędko minął ten niewygodny dla mnie czas - okazuje się, że nie tylko to, co dobre szybko się kończy. Gorsze dni także pędzą :)
A propos szybkiego upływu czasu - dzisiaj wyszłam z pracy trochę szybciej, popołudniu nie miałam w planie żadnych aerobików ani korepetycji. Myślałam sobie - ile to ja dzisiaj zrobię! Mam przecież tyyyle czasu! I co? I gucio! Nie wiem, kiedy minęło te pięć godzin. Nie powiem, parę rzeczy odhaczyłam, ale gdzie się podziała reszta czasu? Nie mam pojęcia! Czas pomiędzy 18:30 a 20:00 to w ogóle jakaś czarna dziura jest :)
Ostatnio w ogóle mam problem, żeby się wyrobić i o 22 już leżeć w łóżku, tak jak to zawsze miałam w zwyczaju. To chyba przez to, że długo jasno jest i mi się wszystko kiełbasi :) A potem się kładę, jeszcze czytam i ostatecznie zasypiam godzinę później, a budzę się nadal o szóstej. Przez to jestem bardziej nie wyspana, z łóżka zwlekam się dopiero o 6:30 i o te pół godziny jestem stratna aż do samego wieczora! Koło się zamyka.
A mówią, że godziny są stworzone dla człowieka, a nie człowiek dla godziny... :) U mnie to zdecydowanie działa na odwrót - wolę się do godziny dostosować, kiedy dostaję ją do swobodnej dyspozycji, jakoś tak mi szybciej umyka.

wtorek, 8 maja 2012

ZBZikOWAŁAM

Są takie rzeczy, na które czeka się zawsze długo, mając jednocześnie świadomość, że są chwilowe i na następne ich pojawienie się trzeba będzie znowu długo czekać - na przykład rok. Niektórzy czekają na pierwszy śnieg albo truskawki. Na Wigilię i rocznicę ślubu. Ja czekam między innymi na dzień moich urodzin, święta Bożego Narodzenia, na sezon na słonecznik, czy zielony groszek. I na bez!



Pojawia się zawsze w maju, kiedy wiosna jest już w pełni. Pokazuje się zazwyczaj nagle, oszałamiając swym pięknym zapachem. A gdy już go raz poczuję, nie mogę się od tego zapachu uwolnić, choć to całkiem przyjemna niewola :) Chodzi za mną wszędzie. W dodatku nagle wszędzie dostrzegam w pełni rozkwitnięte fioletowe lub różowe kiście bzu. I zaczynam chorować! Na bez właśnie! Chcę go mieć! Muszę go mieć! Chcę na niego patrzeć i chcę go wdychać.
W tym roku dopadło mnie w piątek, kiedy wracałam późnym popołudniem do Poznania. Prześladował mnie nie tylko ich zapach ale i widok Po drodze mijałam miasta i wioski, pola i łąki, lasy i sady. I co chwilę w oczy rzucał mi się krzew pięknego bzu. Wszyscy mają bez, tylko ja nie mam! -myślałam sobie. I kombinowałam, skąd by tu sobie te kwiaty wytrzasnąć? Kiedy przyjechałam do Poznania, ze zdumieniem spostrzegłam, że przy naszym parkingu rosną trzy bzy! Jak mogłam tego wcześniej nie zauważyć? Aszzz to sprytne kwiaciory, zakwitnąć wtedy. gdy mnie nie ma...



W każdym razie, w mojej głowie narodził się szatański plan - wysłać Franka ciemną nocą, niech mi utnie trochę! Drzewka niespecjalnie bogate były i być może już z lekka ogołocone przez innych? Plan dojrzewał, a tymczasem w sobotę mieliśmy kilka spraw na głowie i pół Poznania do objechania w celu załatwienia tychże. I wyobraźcie sobie, że dosłownie na każdym kroku widziałam bez! Jak nie rosnący, to stojący w jakimś wazonie! Albo wieziony w koszyku pewnej pani. Albo wniesiony przez inną panią do autobusu! Biedy Franek, który za każdym razem musiał wysłuchiwać moich żali, że JA NIE MAM A ONI TAK!
Kiedy już wszystko było załatwione, pojechaliśmy na działkę do frankowych rodziców. Oprócz nich zastaliśmy tam jeszcze babcię. Siedzieliśmy tam do wieczora, spędzając bardzo przyjemnie czas na piwkowaniu i rozmowie. Było nas pięcioro i pies, więc spokojnie zmieściliśmy się w jeden samochód i Pan Tato po kolei wszystkich odstawiał do domu. Na pierwszy ogień poszła babcia. Wjeżdżamy na babci podwórko, a tam co? BEZ! Nie wytrzymałam i jęknęłam do Franka, że prześladuje mnie dziś ten kwiat, na co Pani Mama odparła, że mogę go sobie zerwać, bo to babci drzewa są! A babcia jeszcze dała mi sekatorek! Moja cierpliwość i jojczenie zostały wynagrodzone! O, proszę bardzo: MAM I JA!



A wiewióra jaka zadowolona! (pamiętacie Wiewiórę? :))





środa, 2 maja 2012

Witaj maj!

Zdecydowanie potrzebowałam tych wolnych dni... Ostatni urlop miałam we wrześniu. Kolejny szykuje się w październiku. Do tego czasu może wyjedziemy na jakiś lipcowy przedłużony weekend, ale dłuższy urlop zarezerwowalismy sobie na jesień, kiedy to wybierzemy się w podróż poślubną. A odpoczywać trzeba. Nawet osoby, które tak bardzo jak ja lubią swoją pracę, potrzebują chwili wytchnienia :) Cieszę się więc, że tak się fajnie w tym roku złożyło. Dziewięć dni laby! :)

Mogę tylko Franka pożałować, bo on niestety musi się trochę w pracy przemęczyć. Ale nie do końca! Franek dziś zadzwonił całkiem podekscytowany i zadowolony. Zapomniałam się Wam pochwalić, że zdał egzamin wewnętrzny w Zielonej Firmie! (zdał najlepiej z całej grupy ;))Teraz może już jeździć wszystkim autobusami - łącznie z przegubowcami. I właśnie od maja dostał nowy grafik - cieszy się, że ma nowe linie, czasami wygodniejsze. I że pozbył się raz na zawsze znielubianej przez niego linii 84 (chociaż przy ostatnim kursie prawie łezka mu się w oku zakręciła ;)) Więc nie boleje jakoś specjalnie nad tym, że musi pracować. Weekend za to będzie miał wolny i spędzimy go najprawdopodobniej razem, bo wrócę do Poznania.
A tymczasem ja, jak już wczoraj wspomniałam, regeneruję swoje siły na słońcu. Za chwilę znowu wybieram się na działkę. Ale muszę przyznać, że nie tylko o ten wypoczynek chodzi, ale także o sentyment do tego miejsca... Kiedy się tam wybieram tylko z psem, w normalny pracujący dzień, gdy nie ma ludzi pracujących na sąsiednich ogródkach, kiedy jest cisza i spokój, przypomina mi się na przykład przełom maja i czerwca 2004 roku. Wtedy to chodziłam na naszą działkę i przesiadywałam tam aż do popołudnia, ucząc się do matury ustnej z niemieckiego, a później przygotowując się do egzaminów wstępnych na studia. To był fajny czas. Poczucie, że skończył się jakiś etap w moim życiu, oczekiwanie na coś nowego... I ta błogość wywołana tym, że już nic nie muszę (to, oczywiście przyszło już po egzaminach ;)).
Przypominają mi się także wakacje 2005. Ostatnie beztroskie wakacje, chociaż oczywiście wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam :) Przyjechałam po pierwszym roku do Miasteczka i delektowałam się czasem wolnym i piękną pogodą. I znowu - zabierałam Rokusia, książkę i zaczytywałam się w niej na świeżym powietrzu, wśród zieleni. Później zaczęłam pracować i każdy kolejny wypad na ogródek w takich okolicznościach wywołuje we mnie uczucie nostalgii.

***
Oj, fajnie tak sobie odpocząć. Fajnie jest móc się zagubić nieco w czasie, stracić orientację - nie wiedzieć, jaki dziś dzień tygodnia. A to dopiero (a może jednak "już"?) półmetek.
Do tego skończył się nareszcie kwiecień. Niektóre z Was wiedzą, ze jakoś nie lubię tego miesiąca, bo zawsze dopada mnie wtedy jakiś dołek. Myślałam, że w tym roku mnie to ominie, ale niestety. Nie wszystko się układało tak jak trzeba, pojawiło się trochę zawirowań w różnych sferach życia, więc miałam średnie samopoczucie, ale na szczęście się poprawiło. A teraz, gdy przyszedł maj, jestem pełna nadziei, że teraz będzie tylko coraz lepiej. Kocham wiosnę :) Kocham tę świeżą zieleń, ciepło, słońce, kolorowe kanapki... :) I świadomość, że przede mną jeszcze przynajmniej pięć pięknych miesięcy. A jak jesień będzie kolorowa, to sześć.

Poza tym, cieszy mnie to chwilowe rozstanie z Frankiem, bo jak wiecie, lubię kiedy mamy okazję trochę się za sobą stęsknić. Chociaż czasami, niektóre rytuały mogą pozostać niezmienione, nawet gdy nie jesteśmy razem ;) Na przykład wczoraj, kiedy oglądałam Na Wspólnej...
W domu zazwyczaj jest tak, że oglądamy razem, a w przerwie na reklamy, idę się kąpać. Czasami nie zdążę wyjść z łazienki przed drugą częścią, a wtedy Franek wali ręką w ścianę (łazienka sąsiaduje z pokojem w którym mamy telewizor) i krzyczy: "Na Wspólneeej!" a ja wychodzę. Wczoraj tuż po reklamach otrzymuję smsa od Franka: "Puk, puk. Na Wspólnej!"


Ps. Bardzo proszę wyjadaczy blogspotowych oraz tych, ktorzy czują się technicznie zaznajomieni z tym portalem o zajrzenie TUTAJ.

wtorek, 1 maja 2012

Rozpoczęcie sezonu

Jak wiadomo, przełom kwietnia i maja to najlepszy czas na rozpoczynanie różnych sezonów :) Sezon grillowy, sezon letnich ubrań, sezon rowerowy, sezon "opaleniowy", sezon wodny - słowem, sezon wiosenny albo wręcz wiosenno-letni :)
My w ostatni piątek rozpoczęliśmy sezon balkonowy! Po raz pierwszy w tym roku powiesiłam pranie do wyschnięcia na balkonie. Ale to jeszcze nic - nareszcie wieczorem wytargaliśmy fotele i usiedliśmy sobie na nich słuchając muzyki i popijając - ja czerwoną herbatę, Franek piwo. W dodatku byłam już wykąpana - jak to fajnie usiąść sobie na powietrzu w piżamie i wklepywać w siebie różne pachnące kremy. Radio w tle sobie grało, a my rozmawialismy.
Bardzo lubię ten nasz balkon. Nie raz gościłam na nim swoje koleżanki, jeszcze częściej przesiadujemy tam z Frankiem. A najczęściej siadam sama w fotelu i czytam lub się opalam (to w części porannej dnia, bo balkon wychodzi nam na wschód) W zeszłym roku na balkonie właśnie uczyłam się do egzaminów na podyplomówce. Świeże powietrze jednak dobrze działa na człowieka.
Przełom kwietnia i maja to również otwarcie sezonu działkowego. I nie mam na myśli prac ziemnych ;) bo te mnie nie dotyczą z racji tego, że swojego kawałka gruntu nie posiadam. Mogę co najwyżej pomagać w tych pracach, ale prawda jest taka, że najczęściej na działce moich lub Franka rodziców zjawiam się w weekend, w celach rekreacyjno-wypoczynkowych. (chociaż dzisiaj zdaje się jest jakiś kawałek do wyplewienia ;))
Oj jak ja lubię się tak na leżaczku wyłożyć w słońcu. Błogo mi wtedy - zwłaszcza, gdy wokół cisza i słychać tylko ptaki, owady i szum drzew.
Nigdy nie marzyłam o własnym domu, wręcz przeciwnie - nigdy nie chciałam i nie chcę mieszkać w domu i jedynie mieszkanie biorę pod uwagę. Ale zdecydowanie chciałabym mieć działkę, taki zielony kawałek, do którego mogłabym pojechać na weekend albo w słoneczne popołudnie (chociaż przy moich godzinach pracy to raczej nierealne) i delektować się świeżym powietrzem, słońcem, atmosferą...

A tymczasem korzystam z działki w Miasteczku. Tak mi się fajnie złożyło, że calutki tydzień mam wolny od pracy, wystarczy, że jestem pod służbowym komputerem. Franek niestety pracuje, więc żeby uniknąć samotnego siedzienia w poznańskim domu, wyjechałam. Codziennie biorę książkę, leżak i psa i korzystam na działce z tej pięknej majowej pogody, której natura nam przez kilka ostatni lat skąpiła! Wracam w piątek, kiedy to Franek będzie rozpoczynał swój wolny (choć już nie długi) weekend. I wtedy zdaje się skorzystamy z dobrodziejstw działki jego rodziców. A jak nie wyjdzie... to przecież mamy jeszcze mój ulubiony balkon! :)

środa, 4 kwietnia 2012

Kwestia lodówkowa.

Gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego od kilku dni znowu jest zimno i niefajnie, to ja Wam powiem. Otóż powrót zimowej aury zawdzięczacie Margolce i Frankowi, a konkretnie faktowi, że zepsuła nam się lodówka :) I tak od ponad tygodnia „lodówkę” mamy na balkonie – same więc rozumiecie, że temperatury w okolicach pięciu stopni są jak najbardziej wskazane :) Zabawnie musimy wyglądać każdego ranka wychodząc na balkon – to z mlekiem, to z jajkami czy masłem w ręce. Po południu zaś kursujemy w te i we w te z garnkami z zupą, czy gulaszem. Plus jest taki, że nie musimy nawet czekać aż taka zupa wystygnie, tylko od razu ją wystawić – wszak taka balkonowa lodówka już nam się nie zepsuje – przynajmniej do czasu, gdy nie wróci wiosna pełną parą :)
Ale liczymy na to, że do tego dnia staniemy się już posiadaczami nowego sprzętu AGD, który dumnie postawimy w kuchni. Wydatek nieprzewidziany, więc na początek przeszło nam przez myśl, żeby starą naprawiać, ale po chwili stwierdziliśmy, że to się kompletnie nie opłaca, zwłaszcza, że pakowalibyśmy pieniądze w sprzęt nie nasz. A tak lodówkę będziemy już mieli na kolejne lata i razem z pralką będziemy już mieli aż dwa sprzęty na własność :) Jednak sprawa nie jest taka prosta, w weekend zeszliśmy chyba wszystkie możliwe sklepy z AGD w Poznaniu i już, już prawie ją mieliśmy… ale jednak nie… Jakoś tak się pechowo złożyło. W każdym razie mamy trzy typy i gdyby tak połączyć trzy w jedno, to byłaby lodówka idealna. A tak – jedna za droga, inna nieekonomiczna, kolejna ma za małą pojemność chłodziarki i tak dalej. Więc wstrzymaliśmy się jeszcze i prześpimy się z tymi lodówkami. Aura sprzyja w każdym razie, więc możemy się jeszcze zastanawiać, póki co jedzenie nam się nie psuje :D
A z innych kwestii – chyba dogoniłam rzeczywistość w pracy. Weekend rozpoczęłam dopiero w piątek po 23, bo miałam jeszcze parę raportów do zrobienia. Zabrałam kompa do domu a tu jak na złość - internet nam padł, a bez niego ani rusz, bo nie odpaliłabym naszego programu pracowniczego :( Już się niemal załamałam, na szczęście poratowały mnie Dorota z Juską i mogłam u nich siedzieć prawie do północy, podłączona pod ich internet. Udało się więc i od poniedziałku sytuacja się stabilizuje.
Jest więc szansa, że się znowu tutaj pojawię :)

wtorek, 3 maja 2011

Majowe pozdrowienia.

  
No nie  mogłam się powstrzymać, żeby nie uwiecznić pierwszej w moim życiu pięknej zimy wiosną :))
  


piątek, 22 kwietnia 2011

A wiosna przyszła pieszo…

No i jak to się stało, że mamy już piątek?? Przecież dopiero co w poniedziałek notkę pisałam i już zaraz miałam napisać kolejną, a tu tydzień prawie się kończy :)
I miało być znowu o pracy i o tym co tam robię, w końcu od dawna tę notkę obiecuję, ale jakoś się tak zrobiło wiosennie i świątecznie, że aż mi ta tematyka nie pasuje chwilowo, więc ją nieco w czasie przesunę. Zwłaszcza, ze dziś mam niby-wolne i nadaję już z Miasteczka :) A niby-wolne dlatego, że po prostu wszystkie magazyny u nas pozamykane, większość biur także więc Warszawa powiedziała, że nie muszę siedzieć w biurze a żebym tylko wzięła służbowego kompa i była pod mailem i telefonem przez parę godzin. Zrobiłam raport, laptop sobie włączony cicho w kącie siedział i tak wyglądał mój dzień w pracy. Całe szczęście, że nie musiałam ośmiu godzin siedzieć w pustym biurowcu.
A tymczasem – czy wiecie, że kończy się nam już kwiecień? :) Bo ja się dopiero zorientowałam i przyznać muszę, że nieco mnie to zszokowało. Czas pędzi mi już dość szybko od jakiegoś czasu, ale to co się dzieje w tym roku, to już przechodzi moje pojęcie. Nie wiem jak to się dzieje i co ja robię, że nawet nie zauważam upływu tych dni, ale chyba po prostu żyję intensywnie.
I co roku mam ten sam problem, który powtórzył się i teraz – znowu przegapiłam wiosnę! Zawsze chcę ją gdzieś przydybać jak się skrada, jak dopiero zaczyna zostawiać pierwsze ślady, a ona zawsze jest sprytniejsza i co roku jest to samo. Spoglądam nagle któregoś dnia na drzewo czy jakiś krzew i… ono już się zielone robi! Już jakieś pączki pierwsze wypuszcza… Patrzę więc w drugą stronę i zastanawiam się – kiedy ta trawka zaczęła tu rosnąć? :) I znowu postanawiam sobie, że w przyszłym roku to już na pewno będę z lupą wyglądać pierwszych pąków na drzewach. Taaa… :)

Kocham taką pogodę, jaką mamy ostatnio. Uwielbiam wiosnę, lato mogłoby nawet nie przychodzić, jeśli wiosna wyglądałaby cały czas tak, jak teraz… :) Okres od maja do października to zawsze dla mnie najlepszy czas, tylko dlaczego zawsze ta połowa roku mija dużo szybciej niż ta od listopada do kwietnia? :D Kolejna z serii nierozwiązywalnych zagadek świata… :)
***

Naplotkowała sosna,
że już się zbliża wiosna,
Kret skrzywił się ponuro:
-Przyjedzie pewno furą…
Jeż się najeżył srodze:
raczej na hulajnodze.
Wąż syknął – Ja nie wierzę ,
przyjedzie na rowerze.
Kos gwizdnął: Wiem coś o tym,
przyleci samolotem.
Skąd znowu – rzekła sroka -
ja jej nie spuszczam z oka
i w zeszłym roku w maju
widziałam ją w tramwaju.
-Nieprawda! Wiosna zwykle
przyjeżdża motocyklem!
-A ja wam to udowodnię,
że właśnie samochodem,
-Nieprawda, bo w karecie!
- W karecie? Cóż pan plecie?
Oświadczyć mogę krótko,
że płynie własną łódką!

A wiosna przyszła pieszo.
Już kwiaty z nią się spieszą,
już trawy przed nią rosną
i szumią: – Witaj wiosno!
Jan Brzechwa

czwartek, 25 lutego 2010

To i owo

Wszyscy ostatnio o wiośnie zaczęli pisać. Ano to ja też :) Może jak tak się zaweźmiemy wszyscy to się zima wkurzy i Se pójdzie ;) Ale tak serio to niestety dzisiaj w radio słyszałam, że się trochę jeszcze z nią pomęczymy. Miałam na to dowód wczoraj, kiedy to wyszłam rano z domu i wpakowałam się w śnieg po kostki i jeszcze więcej tego białego dziadostwa leciało z nieba. Jak wracałam z pracy, to już białe nie było, za to bardziej mokre a pod butami było szaro i chlupało :) Za to dzisiaj słoneczko śmiało się do mnie pełną gębą i aż zaczęłam się zastanawiać, gdzie też włożyłam na przezimowanie moje okulary przeciwsłoneczne. Zdecydowanie będę musiała je wkrótce odszukać.
Natomiast najbardziej widocznym znakiem na to, że wiosna jest coraz bliżej, są coraz dłuższe dni. A przede wszystkim fakt, że coraz szybciej robi się jasno. Wprowadza mnie to niejednokrotnie w konsternację, bo… mam wrażenie, że jestem spóźniona :) Przez kilka miesięcy wychodziłam z domu jak było zupełnie ciemno, a kiedy dojeżdżałam do pracy, to tylko gdzieś hen, hen na wschodzie robiło się szaro. A teraz?Wychodzę z domu a tu z dnia na dzień coraz jaśniej. Aż strach pomyśleć co będzie, jak będę się budzić „po jasnemu” :)
Ale oczywiście na wiosnę czekam z utęsknieniem i nie mogę się już doczekać, kiedy z Frankiem otworzymy sezon spacerowy.
Na zakończenie chciałam powiedzieć, że jutro Margolka idzie do SPA! Fajnie nie? :) Proszę sobie wyobrazić, że wygrałam w konkursie internetowym masaż gorącymi kamieniami :)Tak więc jutro po południu będę się relaksować.
No i co to ja jeszcze chciałam? Aha, wrzucam tutaj link do piosenki. To była pierwsza piosenka jaką się nauczyłam śpiewać po hiszpańsku i po prostu nie mogę znieść tej zmasakrowanej polskiej wersji „skąd mam na głowie ptaków sto…” czy jakoś tak…

poniedziałek, 19 maja 2008

Nie ma jak u mamy

Ale cudownie odpoczęłam sobie w ten weekend. Pojechałam do domu. A na dodatek pojechał ze mną Franek. Rzadko się to zdarza niestety nad czym ubolewam bardzo:( Tak ciężko nam się zgrać z weekendami, że masakra. Zawsze któreś jest zajęte, albo praca, albo studia, albo jeszcze coś innego. Aha, albo mecz – bo już raz się zdarzyło, że obiecał mi że pojedzie, ja już zadzwoniłam do domu, uprzedziłam mamę, a potem on sobie nagle przypomniał, że przecież Lech z Legią gra i on NIE MOŻE sobie odpuścić tego widowiska.
Ale wreszcie udało się nam razem wyjechać i było naprawdę super. Nawet pogoda dopisała, mimo że miało być pochmurno i nawet deszcze zapowiadali. A sobota piękna była. Najpierw pojechaliśmy do biblioteki skąd przyniosłam sobie trzy świeżutkie książki.. To nic, że jeszcze trzy czekają na półce… A popołudniu zrobiliśmy sobie wycieczkę rowerową – jak znalazł dla mojej dietki :) Pogoda była naprawdę śliczna, nawet w pewnym momencie Franuś skomentował, że czuje się jakby jechał do nieba:) Po obu stronach szosy żółciutki rzepak a na wprost było tylko błękitne niebo. No cudnie, żałuję że aparatu nie miałam ze sobą. Wróciliśmy po dwóch godzinach, zmęczeni strasznie, ale zadowoleni.
Niedziela już niestety nie była taka piękna, padało od samego rana. No i już o drugiej musieliśmy wracać:( Strasznie szybko nam minął ten weekend. Cztery godziny w pociągu i szara rzeczywistość niestety. Jutro znowu praca.