Notka
miała być o czymś innym. Miała być zabawa w cztery. Ale muszę to
przenieść na inny dzień. Podkoziołek pokrzyżował mi plany. Tak w
Poznaniu nazywają się ostatki. Co prawda ostatki to już sobie zrobiłyśmy
z Dorotą w zeszłym tygodniu, ale tak jakoś wyszło, że dzisiaj tak
lajtowo robimy ciąg dalszy
Zaczęło się od tego, że Franek postanowił mnie gdzieś zabrać. Nie
chciało mi się nigdzie iść, ale on stwierdził, że idziemy, bo inaczej
znowu będę mówić, że mnie nigdzie nie zabiera i sama będę chodzić na
imprezy. Hihi, przejął się tą moją wyprawą zeszłotygodniową. Poszliśmy
do kawiarni. Mieliśmy zjeść jakieś lody i wypić drinka. Ale jak sobie
policzyliśmy ile nas to wyjdzie, zjedliśmy tylko lody. I poszliśmy do
sklepu. W mieszkaniu, jak to w mieszkaniu studenckim znajdzie się prawie
każdy rodzaj alkoholu :) Musieliśmy tylko dokupić pozostałe akcesoria.
Franek postanowił zabawić się w barmana i muszę przyznać, że to co
wymieszał wyszło całkiem dobre
Właśnie sobie popijam martini z wódką, spritem, sokiem grejpfrutowym, brzoskwiniowym i cytryną
Tylko parasolek nam brakuje. I jeszcze do tego jesteśmy tacy
niegrzeczni, że Dorocie nie daliśmy się uczyć. Pojutrze się broni, ale
jak spróbowała „Frankodrinka” to sobie odpuściła na dzisiaj. Eee tam, i
tak się obroni. I będę miała magistra od fikołków na sąsiednim łóżku
Ale w końcu ostatki to ostatki. Musimy się pozbyć tych resztek, które mamy w barku
No więc.. eee nie wiem jak to się mówi, wesołego podkoziołka???





