*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje i przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje i przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 lutego 2018

Nicpoń Obrotny

Wreszcie pod sam koniec ciąży lokator z mojego brzucha doczekał się przydomka, bo wcześniej nic nie pasowało, nie chciał się jakoś przedstawić (a przecież Wiking dość szybko dał się poznać jako Tasiemiec :)). Teraz już wiem, że  to Nicpoń Obrotny!
Nicpoń trzymał mnie w niepewności 39 tygodni, frustrował mnie, stresował i powodował, że w nocy nie mogłam spać, analizując różne scenariusze i zastanawiając się nad tym, jaką decyzję powinnam podjąć, a właściwie jakie mogą być konsekwencje tej, którą podjąć chciałam. A wszystko przez to, że  nagle na USG w 28 t.c. okazało się, że Nicpoń ułożony jest tyłkiem do dołu. Co gorsza, potwierdziły to USG w 34 i 37 t.c. Próbowałam wszystkiego, różnego rodzaju ćwiczeń, wizualizacji, modlitw, perswazji... :) I nic! Właściwie to już straciłam nadzieję. Lekarze byli trochę zdziwieni, bo rzadko się zdarza, żeby drugie dziecko, jeśli pierwsze przyszło na świat siłami natury, ułożone było w tej pozycji, nie było też ku temu żadnych innych konkretnych powodów, więc uznali, że po prostu taki z niego uparciuch i leniwiec. 
Na początku myślałam, że najbardziej prawdopodobną opcją będzie poród przez cesarskie cięcie, co mnie niemal załamało. Nie chcę, nie chcę, nie chcę. Jasne, rozumiem, że są sytuacje, kiedy nie da się tego uniknąć i wtedy nie ma co się upierać, tylko trzeba rodzić tak, jak jest bezpieczniej. Sama przecież przy Wikingu już byłam bliska tego, żeby odpuścić i gdyby nie to, że w ostatniej chwili nastąpiło rozwarcie, zgodziłabym się na cc. Ale żeby tak świadomie i dobrowolnie? (Tak wiem, że wiele jest takich kobiet, również wśród moich znajomych i Was :), ale to nie ja!) Cóż, cały czas jakoś mam wrażenie, że taki dobrowolny poród przez cesarskie cięcie, to nie prawdziwy poród... W miarę upływu tygodni, rozmawiałam z coraz to większą liczbą lekarzy i właściwie każdy mówił to samo - nie ma fizjologicznych wskazań do tego, żebym rodziła przez cc i moja lekarz prowadząca również takiej dyspozycji nie wydała. Mało tego, jako wieloródka, jak najbardziej mam predyspozycje do tego, żeby rodzić siłami natury pośladkowo. Tu oczywiście pojawiał się strach innego rodzaju - nie znalazłam ani nie słyszałam żadnej pozytywnej opinii na temat takiego porodu (co jest dość powszechne, jakoś ludzie chętniej dzielą się przykrymi doświadczeniami lub negatywnymi opiniami, a jak coś idzie dobrze, to nie uznają tego za warte wspominania). Zawsze tylko groza, straszny ból, powikłania itd. Ale jednak rozmowy z lekarzami (do których jakoś mam duże zaufanie) z "mojego" szpitala przekonały mnie, że może to wcale nie będzie takie straszne i że dam radę. Najważniejszym argumentem było dla mnie to, co usłyszałam kilka razy od różnych lekarzy, mianowicie, że ja nie odczuję żadnej różnicy między porodem główkowym a pośladkowym to "my, stojący po drugiej stronie krocza mamy pełne gacie, bo to poród trudny do odebrania", powiedział mi ostatnio jeden z lekarzy i zapewnił, że dla nich priorytetem jest zapewnienie matce i dziecku bezpieczeństwa.
Właściwie to wiedziałam, że jednak na dobrowolną cesarkę się jednak nie zdecyduję, bo chyba bym tego potem nie odżałowała. Dylemat jaki mi pozostał, to czy po prostu czekać aż się zacznie, czy może spróbować obrotu zewnętrznego, (czyli próbę odwrócenia dziecka do pozycji główkowej przez doświadczonego położnika przez powłoki brzuszne), który w moim szpitalu jest wykonywany. 
I pewnie bym się jednak na to zdecydowała, gdyby nie to, że podczas USG zupełnie niespodziewanie usłyszałam: "położenie główkowe". Aż kazałam zdumionemu lekarzowi powtórzyć! :D
No Nicpoń jak nic! Tyle czasu trzymać matkę w niepewności! Tylko teraz naprawdę najlepiej byłoby jak najszybciej urodzić, skoro on taki Obrotny jest, bo jeszcze znowu się przekręci! (odpukać)
Dziwnie mi właśnie, bo Wiking na tym etapie już był na świecie od paru dni... A więc czekamy. W poniedziałek idę na kolejne KTG a jeśli nie urodzę w ciągu najbliższych 10 dni, to mam się zgłosić na Izbę Przyjęć na wywołanie. Ale wolałabym, żeby jednak tym razem samo się zaczęło niż poddawać się tej całej indukcji...

Inne ułożenie Nicponia niż Wikinga to jedna z wielu rzeczy, którą ta ciąża różni się od poprzedniej, o czym już wspominałam parę razy. Nie różni się na pewno tym, że oczywiście mam znowu cukrzycę. Od razu jak tylko się zorientowałam, że jestem w ciąży wyciągnęłam swój stary glukometr i pomiary cukrów nie pozostawiały mi złudzeń, a krzywa cukrowa, którą zrobiłam już w 10t.c tylko to potwierdziła. Tym razem jednak największa różnica była w moim podejściu - nie przejmowałam się tym specjalnie, po prostu przeszłam na dietę i już. Nie traktuję teraz tej cukrzycy jako jakiejś patologii (którą jednak niewątpliwie jest), tylko jako coś oczywistego, co towarzyszy ciąży :) Przebieg jednak był nieco inny, bo o ile poprzednio nie miałam żadnego problemu z glikemią na czczo, a musiałam czasami nieźle się nagimnastykować, żeby po posiłkach mieć dobry cukier, to tym razem było na odwrót. Po posiłkach, jeśli tylko nie "nagrzeszyłam", nie było żadnego problemu, ale na czczo moje wyniki bywały różne, co było już dość mocno frustrujące, bo o ile posiłki można modyfikować, to w takim wypadku niewiele mogłam sama zrobić, poza eksperymentami dotyczącymi tego, co zjeść tuż przed snem. (Ostatecznie przez połowę ciąży codziennie jadłam stały zestaw: serek wiejski, trochę wędzonego łososia i pół kalarepy:P, jakim cudem mi się to nie przejadło, nie wiem :D) W pewnym momencie otarłam się już o insulinę, umówiona już byłam w poradni na konsultację, żeby lekarz wydał odpowiednią dyspozycję i wtedy właśnie okazało się, że glikemie jakoś samoistnie się unormowały i tak już zostało do dziś. (No mówię, że Nicpoń! Może nawet nie tylko Obrotny ale i Przewrotny!)
No dobra, to co z tymi różnicami? Tym razem, co było raczej do przewidzenia, mój brzuch jest większy. Co prawda też nie jakiś gigantyczny, a w pracy dopiero pod koniec szóstego miesiąca ludzie się zorientowali, że jestem w ciąży (i to też tylko ci bardziej spostrzegawczy, bo bywali i tacy, co nagle się w grudniu zdziwili :P), ale jednak jest. Przytyłam też więcej i nad tym ubolewam, chociaż wiem, że w zasadzie na zdrowy rozum nie powinnam, bo to nadal jednak tylko 5 kilogramów, co chyba jest poniżej normy (no ale ja mam inne normy może :D).
Poza tym, trochę gorzej się czułam. Głównie na początku ciąży (kiedy to jeszcze nawet o niej nie wiedziałam, więc nie miałam pojęcia, skąd to gorsze samopoczucie). Nie wiem na czym polegają te poranne mdłości, ale może w moim wypadku przyjęły właśnie taką postać, że czułam się ogólnie osłabiona, bolała mnie głowa i byłam tak ogólnie rozbita. Pamiętam, że podczas naszego pobytu na wakacjach, parę razy musiałam się nagle położyć, bo nie miałam na nic ochoty.
Generalnie byłam też zdecydowanie bardziej zmęczona, zwłaszcza w okresie od września do grudnia (czyli w drugim trymestrze). Często po pracy musiałam uciąć sobie drzemkę albo zasypiałam podczas usypiania Wikinga... 
Myślę jednak, że to ostatnie spowodowane było głównie tym, że mój tryb życia w tej ciąży jednak był zupełnie inny niż w poprzedniej. Teraz jednak wstawałam codziennie w okolicach 5:30, ogarniałam rano siebie i Wikinga, prowadziłam go do przedszkola i pędziłam na autobus. Jechałam do pracy (dojazd trwa 40-60 minut, ale proszę mi nie współczuć, bo przypominam, że ja naprawdę to lubię :)), w której spędzałam często intensywne 8-8,5h (a właśnie, trzymanie się diety cukrzycowej pracując to też nie lada wyzwanie, bo jednak zdarzało mi się zapomnieć o tym, że muszę coś zjeść, zapomnieć zmierzyć poziom cukru albo zjeść byle co, byle szybko :), nie mówiąc już o sytuacjach, kiedy szliśmy większą grupą na lunch albo ktoś przynosił coś słodkiego - co w naszej firmie zdarza się zdecydowanie za często - trudno było oprzeć się pokusie..., jednego torcika bezowego z truskawkami do teraz nie mogę odżałować :P). W domu byłam około godziny 18:30 (pod koniec trochę wcześniej, bo szefowa wyganiała mnie z pracy trochę przed czasem) i nie mogłam sobie tak po prostu usiąść i odpocząć. Tak naprawdę wtedy czułam się najbardziej zmęczona, ale to był też jedyny czas, kiedy mogłam zrobić pranie/poprasować/posprzątać, czy zająć się innymi domowymi obowiązkami (przypominam, że we wrześniu się przeprowadziliśmy, więc ciągle miałam i nadal mam jakieś kartony do rozpakowania :)). No i oczywiście bycie w ciąży podczas gdy ma się już jedno dziecko to naprawdę nie jest sielanka, bo po prostu często nie można sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć: "nie teraz" do stęsknionego synka. I tak mam fajnie, że Franek gotuje i że to on kąpie Wikinga, ale wieczorami zawsze musiałam się trochę z Wikingiem pobawić, zrobić mu jakąś kolację (zwłaszcza, że miał fazę "mama! tylko mama!") i położyć go spać. Odkąd leżakuje w przedszkolu, nie mamy już takich długich wieczorów tylko dla siebie, które zaczynały się między 19 a 20. Teraz Wikuś często chodzi spać dopiero około 21, a zdarza się i dużo później. Na szczęście potrafi też czasami być wyrozumiały :) Pamiętam, jak kiedyś zasnęłam przed telewizorem i przebudziłam się, kiedy synek przyniósł mi kocyk, żeby mnie przykryć :P Czasami też mówiłam mu, że chcę poćwiczyć, a on mi na to pozwalał i albo ćwiczył ze mną, albo siadał obok i przyglądał się temu, co robię. A bywa też tak, że po prostu idzie do swojego pokoju, bierze cały stos książeczek albo innych zabawek do łóżka i tak siedzi, siedzi, siedzi, zajmując się sobą, dopóki nie zaśnie :P (uwielbiam te wieczory, chociaż jednocześnie oczywiście nie mogę się pozbyć tak zupełnie wyrzutów sumienia, że zaniedbuję swoje dziecko i pozostawiam je samo sobie :P)
Zdecydowanie, jakkolwiek bym nie lubiła tego stanu, ciąża która nie jest pierwszą ciążą naprawdę nie jest sielanką. Nie jest to ten sam cudowny czas dogadzania sobie lub też kontemplowania jego wyjątkowości :) (z braku lepszych slów, bo najlepszym dla mnie określeniem definiującym ten stan jest "self-indulgence", ale jakoś nie umiem tego tak trafnie przetłumaczyć :)) Nie można ot tak sobie wrócić do domu i walnąć się na kanapę z myślą "dzisiaj już nic nie robię, tylko głaszczę się po brzuchu i czytam". I choćby nawet brzuch się napinał, plecy bolały, Dzieciak się kręcił aż do bólu, nie ma zmiłuj, nie można usiąść i już :)
Dopiero teraz poczułam, że bycie w ciąży może być naprawdę wyzwaniem. Ale nie zmienia to faktu, że i tak jestem z siebie dumna, że sobie raczej ze wszystkim w miarę radziłam i radzę, bez zbędnego użalania się nad sobą. I że moja aktywność specjalnie na tym nie ucierpiała. Mimo wszystko systematycznie ćwiczę, przeczytałam całe mnóstwo książek i powylegiwałam się parę razy w wannie pełnej gorącej wody i piany, więc nie jest aż tak źle, jak się tylko człowiek dobrze zorganizuje :P

Aaa, jeszcze jedna różnica mi się na koniec przypomniała. Tym razem mam jakąś fatalnie obniżoną odporność. Już trzeci raz w ciągu ostatnich trzech miesięcy jestem porządnie przeziębiona. Normalnie prawie nie choruję a przeziębieniami się w zasadzie nie przejmuję. Ale nie jest łatwo chorować w ciąży, w dodatku z cukrzycą, kiedy nie można praktycznie niczego zażywać. A już na pewno niczego sensownego, co faktycznie by pomogło. To mnie wkurza na maksa. Na szczęście wczoraj wreszcie poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że na tym etapie, jak ciąża jest już donoszona, to można brać już większość leków, więc wreszcie udało mi się w miarę przespać noc po tym, jak wzięłam syrop przeciwkaszlowy wieczorem!

***

Na koniec jeszcze taka refleksja odnośnie blogowania. Zawsze jest mi tak trudno zabrać się za pisanie, a jak już zacznę, to zastanawiam się, dlaczego nie robię tego częściej, bo przecież tyle jest rzeczy, o których jeszcze chciałabym opowiedzieć... Nie znalazłam na to póki co jeszcze sposobu. Nie lubię pisać długich notek (chociaż zawsze mi takie wychodzą, echhh!) i zła jestem na siebie za brak zwięzłości, ale jak już zacznę opowiadać, to lubię się skupiać na szczegółach. Czasami korci mnie, żeby notkę podzielić na dwie lub więcej, ale zachodzi obawa, że potem znowu się nie będę mogła do tej drugiej zabrać przez dłuższy czas, więc niech już będzie długo.

niedziela, 4 lutego 2018

"Samosię", czyli jak to się właściwie stało, że za chwilę znowu rodzę :D

Napomknęłam kiedyś, że informacja o ciąży właśnie w tym momencie, była dla mnie raczej niespodzianką. Ale też nie można na pewno nazwać jej wpadką, nawet "kontrolowaną" ;) O ile w przypadku pierwszego dziecka, pomyśleliśmy po prostu, niech się dzieje co chce, tym razem kwestia ta wyglądała nieco inaczej, bo zawsze chcieliśmy mieć dwójkę dzieci (no, może poza pierwszym półroczem życia Wikinga, wtedy wydawało nam się to po prostu nie do ogarnięcia :P), między którymi w dodatku różnica wieku nie będzie zbyt duża. Nie wyobrażałam sobie, zachodzić w ciążę zbyt szybko - np. po roku od pierwszej, bo chciałam sobie trochę pożyć (i pożyłam, oj tak :)), a jeszcze bardziej nie wyobrażałam sobie mieć w domu dwulatka i noworodka. Ale z kolei różnica wieku między dziećmi wynosząca nawet cztery lata wydawała mi się już zdecydowanie zbyt duża - zarówno ze względu na nie, jak i na nas, rodziców, którym przecież lat nie ubywa ;) Czas jednak płynie bardzo szybko, ani się obejrzałam, a Wiking miał już prawie dwa lata...  Jesienią 2016 roku, pierwszy raz chyba tak bardziej serio przeszła mi przez głowę myśl, że czas się zastanowić nad  tym, jakie są nasze plany odnośnie dążenia do tego, żeby nasza rodzina stała się modelowym (modelowym dla mnie, bo tak zawsze mi w głowie siedziało :)) 2+2. Był nawet taki jeden dzień, kiedy pomyślałam, że chyba naprawdę trzeba przestać czekać na upragnioną stabilizację w pracy, bo mogę się nie doczekać. Zaczęłam nawet rozmowę na ten temat przez telefon z Frankiem i... o ironio, właśnie tamtego dnia dostałam w poprzedniej firmie wypowiedzenie. Pozostało mi tylko żałować, że nie jestem w tym momencie w 12-tym tygodniu ciąży, chociaż tak naprawdę wiedziałam, że nie byłam na to jeszcze do końca gotowa. 

A później była nowa praca, niby stabilniejsza jeśli chodzi o warunki, ale jednocześnie, szybko przyszła informacja o tym, że firma zostanie wkrótce wykupiona przez inną, dużo większą... I tak to się toczyło. Jak nigdy wcześniej odczułam, że żadnej gwarancji nie będę miała nigdy. Dokładnie rok temu - jakoś tak w okolicach lutego, znowu rozmawialiśmy z Frankiem o ewentualnych planach dotyczących powiększenia rodziny. Była to rozmowa czysto hipotetyczna. Po prostu dzieliłam się swoimi przemyśleniami na temat tego, że czas ucieka i że chyba chciałabym mieć znowu niemowlaka w domu, ale z drugiej strony jakoś nie widziałam dla niego miejsca w swoim życiu. Wydawało mi się, że nie ma na to warunków i nie potrafiłam wyobrazić sobie znowu tej rewolucji. To wszystko było dla mnie tak skomplikowane, że wolałam się już bardziej w to nie zagłębiać. Nawet teraz trudno mi wyjaśnić odczucia, które mi towarzyszyły :) Żyliśmy sobie więc tak, jak do tej pory, trochę z dnia na dzień, nie snując żadnych planów i nawet nie jestem pewna, czy jeszcze na ten temat rozmawialiśmy - on co prawda gdzieś tam cały czas wisiał w powietrzu i pojawiał się w postaci jakichś krótkich wzmianek, ale żadnych postanowień nie było. Jakoś wyłączyłam myślenie o tym - a przynajmniej takie świadome :) 

I chyba właśnie dlatego, kiedy okazało się, że jednak jestem w ciąży, zastanawiałam się, jak to się właściwie stało :P Tak naprawdę chyba do dzisiaj tego nie wiem. Po prostu żyliśmy wtedy czymś innym, wiele się wokół nas działo. Miałam dużo spraw na głowie - zarówno tych służbowych, jak i prywatnych. Drugi kwartał ubiegłego roku był dla mnie bardzo intensywny, poza tym dość spontanicznie podjęliśmy decyzję o zakupie mieszkania, a do tego skupiłam się na rozwiązaniu pewnych drobnych problemów zdrowotnych, które się pojawiły, no i jeszcze mieliśmy kłopot z nianią, więc na szybko organizowaliśmy Wikingowi miejsce w przedszkolu... Dlatego też nie miałam zupełnie głowy do jakichś obliczeń, skupiania się na cyklu itd. Tak mi się wydawało, że chyba okres mi się spóźnia, ale wciąż kładłam to na karb tego, jaki tryb życia ostatnio prowadzę. Ostatecznie test zrobiłam dla świętego spokoju - tylko dlatego, że następnego dnia miałam zaplanowaną dużo wcześniej kontrolną wizytę u ginekologa :) I bardzo się zdziwiłam. Chociaż to brzmi śmiesznie, tak naprawdę do dzisiaj mam wrażenie, że to stało się jakoś tak "samosię" :)

Szok był duży, to po pierwsze. A po drugie, miałam poczucie, że to naprawdę nie jest dobry moment, zwłaszcza jeśli chodzi o moją ówczesną sytuację zawodową, kiedy to chwilę wcześniej dostałam propozycję zmiany stanowiska. Ale było też po trzecie, które z każdym dniem oswajania się z wiadomością o ciąży, wysuwało się na pierwszy plan. Bo po trzecie, był to również bardzo dobry moment - ze względu na to, że właśnie podpisaliśmy umowę z deweloperem na zakup mieszkania oraz na to, że trzy lata różnicy wieku między dziećmi wydawały mi się najbardziej idealne.

Dzisiaj już po tym szoku oczywiście nie ma śladu i została tylko myśl o tym, jak dobrze się stało :) Naprawdę się cieszę, że tak jak chciałam, będziemy mieli dwójkę dzieci i że jest to akurat w tym momencie naszego życia. Również pod względem mojej sytuacji zawodowej okazało się, że dobrze się stało, bo jesteśmy w trakcie reorganizacji i tak naprawdę kompletnie nic nie wiadomo, jak będzie to wszystko funkcjonowało za jakiś czas. A tak przynajmniej jest szansa, że wrócę, kiedy największy chaos będzie już opanowany. I jest też niestety czarny scenariusz, że okaże się, że nie będzie do czego wracać, (odpukać) ale w takim wypadku ta ciąża również jest w odpowiednim czasie, bo przecież nie mogłabym sobie absolutnie na nią pozwolić, będąc bez pracy.

Jak to często bywa, okazało się więc, że los dobrze wiedział, co robi, nie przejmując się za bardzo moimi dylematami ;) Chociaż prawdę powiedziawszy, zastanawiam się, jaki w tym wszystkim był udział mojej podświadomości, bądź też jakiegoś rodzaju intuicji. Czasami mam wrażenie, że choć rozum podpowiada co innego i wręcz stwarza pozory takiego, a nie innego postępowania, serce i tak robi swoje, a na końcu okazuje się, że cały organizm dobrze na tym wychodzi :) 

piątek, 17 czerwca 2016

Miła teraźniejszość.

Nie da rady, po prostu nie da rady przy tym tempie życia :) Bo jak ja mam pisać, skoro ani się obejrzę, a mija kolejny tydzień? A ja nawet nie wiem, kiedy to się zdążyło wydarzyć? :)

Niemniej jednak muszę przyznać, że wcale nie jest mi z tym źle. Dzień mija za dniem, ale w większości są to bardzo dobre dni. Żyję bardzo intensywnie - to nie jest pierwszy raz, kiedy tak to odczuwam, ale dawno już nie czułam się tak, jak w ostatnim czasie. Chyba najlepiej mogłabym określić to jako poczucie, że żyję pełnią życia. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że przeżywam teraz bardzo dobry czas. Właściwie to nie jestem pewna, dlaczego tak jest. Miewam oczywiście gorsze dni, bywają nawet takie naprawdę paskudne. Ale przede wszystkim bardzo dużo się śmieję, dobrze czuję się w swojej skórze i jestem pozytywnie nastawiona do wszystkiego. Bardzo mi to pomaga, bo mimo wszystko czas nie jest wcale taki dobry. Ale chyba ostatnie lata pomogły mi nabrać ogromnego dystansu do problemów, trudów codzienności i gorszych chwil.
Czuję się szczęśliwa, chociaż oczywiście mam dni, kiedy o tym zapominam, bo jest też jedna sprawa, która niczym to ziarnko grochu mnie uwiera i w niektóre dni jest to bardziej odczuwalne, niż w inne. Ale ogólnie rzecz biorąc jest dobrze :) Spełniam się po prostu we wszystkich dziedzinach mojego życia, a wtedy zawsze czuję się komfortowo. 

To, że czas mi ucieka nie boli mnie. Jasne, że chciałabym mieć go więcej na różne swoje sprawy, ale prawda jest taka, że na deficyt wolnego czasu cierpiałam zawsze :) Winę za to ponosi po prostu zbyt duża ilość pomysłów, które mam :P Ale nie przeszkadza mi nawet szczególnie to, że dni mijają czasami niezauważone i że nie nadążam za mijającymi miesiącami oraz zmieniającymi się porami roku. Prawdę mówiąc, to jest właśnie dla mnie znak, że dobrze mi się żyje. Upływ czasu nie wpływa na mnie negatywnie, nie martwię się nawet tym, że się starzeję :D Zresztą ostatnio mój kolega z pracy bardzo poprawił mi nastrój - najpierw tym, że "wycenił" mnie na jakieś 4-5 lat młodszą niż jestem, a później tym, że zobaczywszy moje zdjęcie z dokumentów sprzed prawie 15 lat stwierdził, że tak naprawdę niewiele się zmieniłam i bez problemu by mnie rozpoznał. Opowiedziałam to potem w domu Frankowi i mąż jeszcze bardziej podniósł moją samoocenę mówiąc: "niee, no nieprawda, zmieniłaś się, wyglądasz dzisiaj zupełnie inaczej..." I potem tak najzupełniej serio powiedział, że im jestem starsza, tym jestem ładniejsza :D 

I tym optymistycznym akcentem kończę tę notkę, która niechcący stała się czymś w rodzaju hymnu pochwalnego mojego obecnego życia. Ale, jako że jestem świadoma tego, iż fortuna kołem się toczy, nie tracę czujności i liczę się z tym, że za chwilę mogą nadejść gorsze dni. Jednak to głównie dlatego, żeby nie dać się znokautować przez zaskoczenie, bo przede wszystkim mam nadzieję na to, że będzie dobrze :)

piątek, 13 maja 2016

Sukces rekrutacyjny...

Takim mianem zostałam określona dzisiaj przez dyrektor HR w naszej firmie. Usłyszałam też, że nie mam obawiać się, że wraz z przybyciem nowego dyrektora działu stracę pracę, bo jestem zbyt cennym pracownikiem...
Powinnam zacząć od początku. Tylko jak to zrobić, skoro sytuacja jest tak dynamiczna?? Szkoda, że nie opisywałam na bieżąco tego, co się działo i dzieje u nas w firmie, ale z drugiej strony to chyba nie byłoby możliwe :) W każdym razie, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rotacja pracowników jest ogromna. Chyba też trochę brakuje pomysłu na rozwiązanie pewnych problemów... Nie wiem, jak to się wszystko dalej ułoży, nic nie jest pewne. Ale z jakiegoś powodu jestem spokojna. 

Nie wiem, być może po prostu to, co się wydarzyło w mojej poprzedniej pracy mnie tak zahartowało, a może się tak bardzo zmieniłam od półtora roku, ale niewiele sytuacji zawodowych jest w stanie wytrącić mnie z równowagi, wprowadzić w stan niepokoju i zestresować. Prawdę mówiąc od stycznia, nie przypominam sobie ani jednej. Nawet wiadomość o tym, że dyrektor naszego działu - ta sama, z którą (oprócz dyrektor działu HR) miałam rozmowę kwalifikacyjną - została zwolniona, przyjęłam raczej ze spokojem.
Pamiętam doskonale ten permanentny stres i niepokój, który cały czas wisiał mi nad głową przez ponad rok w poprzednim miejscu pracy. Robiłam swoje i robiłam to najlepiej, jak umiałam. Lubiłam swoją pracę, nie chciałam jej stracić i cały czas miałam nadzieję, że wszystko dobrze się skończy. Miałam nadzieję, a jednak chyba cały czas gdzieś w głębi serca czułam, że tak nie będzie. Z kolei teraz jest zupełnie inaczej. Sytuacja w tej firmie jest o wiele mniej stabilna, a jednak nie mam w sobie tego stresu, który dwa lata temu towarzyszył mi non stop. Cały czas mam wrażenie, że jakoś się poukłada i że wszystko będzie dobrze. Może to ta słynna kobieca intuicja?
A może się mylę i przejadę się na tym moim optymizmie,? Ale w tym wypadku chyba najlepiej wyjdę na takim podejściu do sprawy. Bo jeśli nawet straciłabym tę pracę z jakiegoś powodu, to i tak nie mam na to wpływu. Więc chyba lepiej się tym nie przejmować, prawda? ;) 
Jest mi tak lekko i dobrze z tym nowym podejściem do życia, które przyszło do mnie nie wiedzieć kiedy i jak. A trzyma się mnie ono już całkiem długo. I lepiej niech nie opuszcza :) Bo przecież nie wiem co będzie za miesiąc, pół roku, rok... Mogę spodziewać się zarówno dobrych rzeczy, jak i tych złych. Tylko co to zmieni, że będę się nad tym zastanawiała i przejmowała tymi ewentualnymi złymi? Absolutnie nic. Zawsze to wiedziałam, ale i tak się przejmowałam. Dlatego tak bardzo cieszy mnie to, że tym razem jest inaczej.

Wpis miał być o czymś innym, a wyszedł taki filozoficzny. Postaram się następnym razem napisać trochę bardziej konkretnie :)Może uda mi się opowiedzieć po krótce moją dotychczasową historię zatrudnienia w Jabłeczniku, jak postanowiłam nazwać moją firmę na potrzeby tego bloga ;)

Ps. Jestem w trakcie odpowiadania na komentarze - również te bardzo zaległe ;) Ale w końcu to zrobię, więc możecie się spodziewać odpowiedzi nawet na komentarze pod notkami sprzed kilku tygodni.



sobota, 13 lutego 2016

Długi dzień.

Jeszcze bardziej niż kiedyś uwielbiam weekendy. Dlatego, że mogę spędzić cały dzień z Wikingiem i to jest naprawdę piękne. Trudno mi uwierzyć w to, że jeszcze nie tak dawno temu, tak wyglądał mój każdy dzień. To tak trochę w nawiązaniu do mojej niedawno napisanej notki - ja już nie pamiętam tego, co było dwa, trzy miesiące temu i czuję się, jakby to było inne życie! :)

Cieszę się bardzo każdą chwilą z synkiem i staram się wykorzystać ją na maksa. Nadal wracam myślami do tamtych dni sprzed kilkunastu tygodni i gratuluję sobie w duchu umiejętności doceniania chwili, którą wtedy miałam! Mogłabym przecież dzisiaj być w nieco innej sytuacji - mogłabym myśleć, że miałam tyle okazji, żeby spędzać czas z Wikingiem, miałam go dla siebie każdego dnia niemal non stop, że miałam również czas dla siebie i byłam panią swojego czasu, a nie zauważałam tego i dopiero, gdy to wszystko zostało mi zabrane, dostrzegłam ten istotny brak. Mogłabym wspominać gorzkie myśli z tamtych miesięcy, a niewiele jest gorszych rzeczy od ciągłego poczucia, że tylko przeszłość była fajna, tylko że widać to dopiero po fakcie. Na szczęście zamiast tego mam słodkie wspomnienia sielanki tamtych dni z drugiego półrocza życia Wikinga. Bo fakt, czasami myślę sobie, że może za mało doceniałam te pierwsze miesiące, że skupiałam się nie na tym, co trzeba i że teraz zrobiłabym wszystko inaczej. Ale na szczęście to dotyczy tylko początków, jeśli chodzi o resztę - niczego bym nie zmieniła, pamiętam wiele momentów, kiedy rozmyślałam o tym, jak mi dobrze. Doceniałam tamte chwile i starałam się z nich brać jak najwięcej, skupiając się na tym poczuciu szczęścia, które zostawało mi, kiedy odsuwałam na bok wszystkie niepokoje.
Dzisiaj z kolei przemknęło mi przez myśl, że teraz też cieszę się z naszej teraźniejszości. Cieszę się, że mam weekendy z Wikingiem, ale jednocześnie odczuwam satysfakcję i zadowolenie z faktu, że chodzę do pracy. Naprawdę dawno już nie potrafiłam skupić się na teraźniejszości i jej doceniać. Najpierw ciągle rozmyślałam o tym, co było i  nie mogłam pogodzić się z tym, że już tak nie jest. Potem ciągle poganiałam czas, żeby ruszył do przodu, żeby już była przyszłość - ta lepsza oczywiście. I wciąż się czymś martwiłam. Nie twierdzę, że teraz zniknęły wszystkie nasze problemy, ale na razie czuję większy spokój. Zastanawiam się, czy to nie jest też zasługa Wikinga i tego, że trochę zmieniło mi się myślenie, ale na takie wnioski chyba jednak jeszcze trochę za wcześnie.

***
Trochę dzisiaj czasu "zmarnowałam". Wiking miał tylko jedną drzemkę, ale za to trwającą ponad dwie godziny. O 10:00 położyłam go w łóżeczku i podałam mu trochę mleka, a on po wypiciu po prostu się odwrócił z pleców na brzuch i zasnął. Byłam pewna, że za chwilę się obudzi, więc nie zabierałam się za nic poważnego. Trochę posprzątałam w kuchni - ale bez zmywania, żeby się nie tłuc, przygotowałam sobie drugie śniadanie, potem ogarnęłam z wierzchu łazienkę i... dalej nie pamiętam. Posnułam się trochę po domu, aż w końcu usiadłam na podłodze*, i pogrążyłam się w lekturze książki. Nie był to więc czas tak zupełnie zmarnowany, ale trochę wyrzucam sobie, że nie zabrałam się za nic bardziej konkretnego - a to wszystko wina braku planu :) Nie miałam kiedy zastanowić się nad tym, co chciałabym w ten weekend zrobić i ostatecznie skończyło się na tym, że sobie bimbałam. Ale chyba raz na jakiś czas po prostu trzeba :) Po dwóch godzinach, mimo wciągającej fabuły, zaczęłam się już nawet trochę nudzić - no bo ile ten Wiking może spać? :) 

*Na podłodze, bo już od dłuższego czasu "normalnie", czyli na fotelach, czy wersalce możemy sobie posiedzieć co najwyżej wieczorem :) W ciągu dnia siedzimy lub leżymy z Wikingiem na podłodze. Kiedy przeniesiemy się wyżej, on też się wdrapuje, a to nie jest dobry pomysł, bo w tym pokoju mamy trochę niefortunnie poustawiane meble i jak już się Wikingowi uda wleźć na fotel na przykład, to na tym nie poprzestaje i chce wleźć na regał, a w najlepszym wypadku coś z niego ściągnąć. Prawdę mówiąc, to nie pamiętam, kiedy ostatni raz Wiking się bawił na podłodze, a ja siedziałam na wersalce - ale chyba jakieś pół roku temu :P Niemniej jednak, muszę stwierdzić, że całkiem polubiłam podłogę, całkiem tam przytulnie :) Zwłaszcza, kiedy dzisiaj w mój kącik zajrzało słońce.

***
Wiking ma od paru dni małe problemy brzuszkowe. Dzisiaj w nocy musieliśmy go przewinąć. Franek i tak już wstawał do pracy, więc nie odłożyłam Wikinga do łóżeczka, tylko położyłam go obok mnie i cieszyłam się jego bliskością. Zasnął od razu, a ja jeszcze chwilę się wierciłam i rozmyślałam o różnych sprawach. Nie wiedzieć kiedy, odpłynęłam i moje ciało, trochę bezwolnie, postanowiło zmienić pozycję. Zerwałam się nagle (zdziwiona tym niezaplanowanym i nieuświadomionym do końca ruchem), bo niechcący kopnęłam Wikinga kolanem w pupę :) Nie zrobiło to na nim wrażenia, ale pomyślałam sobie, że już naprawdę odzwyczaiłam się od spania z nim w jednym łóżku, bo kiedy to było normą, to potrafiłam całą noc przespać niemal bez ruchu - nawet w niezbyt wygodnej pozycji - a i tak się wysypiałam :) Niemniej jednak fajnie było obudzić się o 7:20, otworzyć oczy i zobaczyć uśmiechniętą mordkę Wikinga :) 

***
Coraz więcej myśli poświęcam środowemu wyjazdowi, zwłaszcza, że szykuje się naprawdę jakaś niezła gala. Koleżanka z działu nawet fryzjera dla nas załatwia na czwartkowy wieczór. Chyba więc jednak będę musiała wziąć tę kieckę, o której myślałam ("mała czerwona") - tylko problem w tym, że parę miesięcy temu, zostawiłam ją w Miasteczku. Moi rodzice oczywiście mogą ją przywieźć, bo przecież przyjeżdżają, żeby wesprzeć Franka podczas mojej nieobecności, ale nie wiemy jeszcze, czy dadzą radę dojechać jeszcze we wtorek. Jeśli nie, to chyba się Franek będzie musiał w środę pofatygować i mi ją przywieźć do biura. Najpierw bowiem jedziemy do pracy i dopiero około 16 wyjeżdżamy nad Zalew Zegrzyński do hotelu, w którym ma się odbywać konferencja. Chyba zaczynam być trochę podekscytowana. Na początku nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona do tego wyjazdu, dość szybko jednak dostrzegłam jego plusy. Teraz się cieszę, ale jednocześnie trochę obawiam, bo nie mam pojęcia, czego się spodziewać, choć informacje otrzymane w piątek trochę rozjaśniły mi w głowie. Odczuwam więc teraz mieszankę radosnego oczekiwania, i podekscytowania, ale też i niepokoju. Cóż, za tydzień będzie już po wszystkim. Ciekawe, jakie będą moje wrażenia.

***
Mogłabym tak dzisiaj płynąć i płynąć z uzewnętrznianiem się, bo dzień był długi - miałam więc dużo czasu na przemyślenia różnej maści. Ale teraz już czas się położyć, zwłaszcza, że oba moje chłopaki już smacznie śpią :) Dobranoc!

poniedziałek, 8 lutego 2016

W innym życiu.

Miewam czasami takie chwile, kiedy atakują mnie przebłyski. Na przykład teraz - siedzę w pokoju przy lampce, jednym okiem spoglądam na telewizor i słucham "Na Wspólnej" a na kolanach mam laptopa i piszę. Na fotelu obok siedzi Franek. I nagle przypomina mi się jakiś inny wieczór w bliżej niesprecyzowanej przeszłości. Też siedzę, oglądając "Na Wspólnej" z laptopem na kolanach i próbuję zebrać myśli, a potem przelać je na ekran komputera. Za chwilę mam zamiar się położyć i zasnąć, żeby około pierwszej przebudzić się na chwilę i odnotować powrót Franka z pracy...
Kiedy to było? Dwa lata temu? To właściwie nie tak dawno. A ja mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie pamiętam już, jak to było, kiedy Franek pracował na dwie zmiany, a przecież to było naszą rutyną. Nie pamiętam, jak to było, że siedziałam zupełnie sama w domu, kiedy kładłam się do łóżka obok którego nie stało łóżeczko ze śpiącym Wikingiem.
Ostatnio w pracy usłyszałam, jak jedna dziewczyna (chyba jedyna bezdzietna singielka w naszym dziale - przynajmniej ona sama się tak określa :)) mówiła, że na weekend pojechała do rodziców i miała totalną labę, bo leżała cały dzień na kanapie przed telewizorem i nic nie musiała robić. Kiedy ja jadę do rodziców, też mam labę, bo mogę wejść na godzinę do łazienki i poleżeć w wannie, mogę zamknąć się na chwilę w pokoju i posiedzieć przy komputerze, podczas gdy ktoś inny zajmie się Wikingiem. Ale żeby tak cały dzień przeleżeć? Że nie chce mi się nic robić, to nie robię? To tak można? Serio? No tak, kiedyś tak miewałam... Świadczą o tym nawet moje wpisy na blogu. Tyle, że zupełnie tego nie pamiętam.
Czasami słyszę, że ktoś idzie do kina na 21:00. Albo na imprezę, a na drugi dzień ma wolne i może dłużej pospać. Albo nawet, że po prostu wraca po pracy do domu i spędza wieczór z książką. Zawsze wtedy - to nawet dziwne, że jeszcze mi to nie przeszło, że jeszcze się nie przyzwyczaiłam :) - zawsze przez ułamek sekundy myślę sobie - jak to możliwe? Przecież o tej porze nie można wychodzić, bo co z dzieckiem? Dłużej pospać się nie da, bo dzieciak i tak zrobi pobudkę najpóźniej o 7:50... Trzy godziny z książką tak po prostu, nieprzerwanie, z kubkiem ciepłej herbaty na stoliku obok to w ogóle jakaś abstrakcja. Tyle zdążę pomyśleć przez ten ułamek sekundy, zanim nie uświadomię sobie, że dookoła mnie są ludzie, którzy nie są rodzicami ;) Lub są rodzicami starszych dzieci. A potem uświadomię sobie, że ja też tak miałam! Też mogłam sobie wrócić z pracy, usiąść na kanapie i pogrążyć w lekturze. Albo odpalić komputer i pogapić się bezmyślnie w monitor. Mogłam też raz się poświęcić i wyjść późnym wieczorem (choć nie lubiłam tego, kiedy następnego dnia szłam do pracy) ryzykując niewyspanie się - ale wiedziałam, że w takim razie  prześpię się popołudniu albo następnej nocy.
Tak było. Ale właściwie to nie pamiętam. To było w innym życiu. I stwierdzam, że w zasadzie nie pamiętam mojego dawnego życia! :) Coś tam mi się mgliście przypomina czasami, ale i tak mam wrażenie, że to nie ja jestem bohaterką tych wspomnień. Takie to nierealne. Pojawienie się dziecka naprawdę zmienia życie, choć mam wrażenie, że w zupełnie inny sposób niż sobie to kiedyś wyobrażałam.

O dziwo, wcale nie żałuję, że moje życie zmieniło się w taki sposób. Kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie odżałuję tych chwil tylko dla siebie albo momentów we dwoje z Frankiem. Myślałam, że nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że nie jestem panią swojego czasu, bo muszę się w pewnym sensie dostosować do małego człowieczka. Ale okazuje się, że nie tylko do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale w dodatku zapomnieć, jak było kiedyś, a przede wszystkim stwierdzić, że teraz też jest fajnie :)

Inaczej, to prawda, ale jednak też fajnie. Gdyby nie Wiking, być może nadal cieszyłabym się swobodą i ogromną ilością wolnego czasu. Byłoby mi dobrze z tym, że jestem niezależna i mogę robić w większości to, na co mam ochotę. Pewnie by tak było. Ale z drugiej strony wiem, że swoje już przeżyłam - nie czuję niedosytu, nie myślę sobie, że się nie wyszalałam albo, że nie korzystałam z życia wtedy, kiedy jeszcze mogłam. Myślę, że dotychczas moje życie układało się tak, że mogę mówić o tym, że wszystko miało swój czas i miejsce. Poza tym wiem, że jeszcze wiele dobrych chwil przede mną. Na pewno nie żałuję tego, co już minęło i cieszę się tym, co jest teraz. Ale przyznaję, że dziwne jest dla mnie to poczucie oderwania od swojej własnej przeszłości :) Przepaść między tym, jak było kiedyś, a jak jest teraz, jest ogromna. A najdziwniejsze jest to, że nawet nie chodzi o jakieś poważne sprawy, tylko właśnie o takie drobiazgi jak sposób spędzania wolnego czasu albo takie oczywistości jak jedzenie, czy spanie :) Bo nawet to się zmieniło.
Wiedziałam, że dziecko wszystko zmieni w naszym życiu, ale prawdę mówiąc, myślałam, że będą to inne rzeczy :) Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że ta rewolucja w mojej głowie była ogromna, ale dotyczyła zupełnie innych spraw niż to się okazało w rzeczywistości. Ale ostatecznie okazało się, że i tak sobie radzę z tym, co jest teraz. Mało tego - potrafię się tym cieszyć. To chyba dobrze wróży na przyszłość, bo daje nadzieję na to, że jakiekolwiek jeszcze zmiany by nas nie czekały i tak się do nich będziemy umieli dostosować.

czwartek, 4 lutego 2016

Są powody do mruczenia*

*pamiętacie reklamę Whiskasa?

Właśnie skończyłam wprowadzać do mojej ewidencji paragony z ostatnich dni, ugotowałam (z pomocą Franka, który obrał część warzyw) krupnik w dwóch wersjach na najbliższe dni (Wikinga trochę inaczej przyprawiony). Wcześniej wróciłam z pracy, po dość intensywnym dniu, pobawiłam się z Wikingiem, potem położyłam go spać. Chwilę dzisiaj trwało zanim zasnął, ale też nie potrzebował niczego więcej niż mojej obecności i ewentualnie lekkiego smyrania po plecach, więc przy okazji czytałam książkę - zostało mi jeszcze 50 stron i chyba nie pójdę spać, dopóki nie skończę, bo to kryminał i właśnie dochodzę powoli do rozwiązania zagadki. W każdym razie, teraz jeszcze na moment usiadłam do laptopa, bo podczas gdy tarłam i kroiłam włoszczyznę do zupy, pomyślałam sobie, że jest z czego się cieszyć.

No bo tak - Wiking zupełnie naturalnie przyjął do wiadomości fakt, że pewnego dnia mama wyszła do pracy na osiem godzin i później tak już było codziennie. Myślę, że to jest jednak ogromny powód do radości, bo nie musiałam przechodzić przez poranny stres, kiedy płaczące dziecko nie chciałoby mnie wypuścić z domu, nie wyrzucam sobie, że jestem wyrodną matką, nie gryzie mnie sumienie. Nie borykamy się z żadnymi zmianami w zachowaniu i zwyczajach Wikinga - jeśli już to raczej poszły one w dobrą stronę, bo na przykład mniej więcej od miesiąca przesypia on większość nocy w całości. Cieszę się, że Wiking okazał się takim dzieckiem, które dobrze radzi sobie ze zmianami. Muszę Wam powiedzieć, że nawet nie reaguje jakoś euforycznie na mój powrót - przez pierwsze dni witał mnie szerokim uśmiechem, podbiegał do mnie i się przytulał. Teraz zawsze przychodzi się przywitać, ale uśmiecha się tylko i za chwilę leci dalej do swoich zajęć. Czasami jak go zawołam, to się przyjdzie przytulić i trochę mnie obślini, ale mój generalnie moje pojawienie się nie jest sensacją. Ale nie jest mi przykro z tego powodu, nawet się z tego cieszę, bo znowu - przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia, że dziecko usycha z tęsknoty za mną.

A tak poza tym - w pracy nareszcie się dzieje! To znaczy dzieje się u mnie. Mam ręce pełne roboty i zajmuję się naprawdę wszystkim, co tylko możliwe na razie :) Od drobiazgów takich jak zamówienie dla  naszego działu artykułów biurowych (nie że robię zakupy, tylko zgłaszam zapotrzebowanie na recepcji), poprawianie umów, zbieranie pod nimi podpisów (to bardziej skomplikowane w naszej firmie, niż mogłoby się wydawać :)) i archiwizowanie dokumentów, po bardziej rzeczowe zajęcia - na przykład wysyłanie do kontrahentów ofert w imieniu handlowców, wprowadzanie zamówień do systemu albo analiza danych w excelu. Ale bywa też, że jestem proszona o przeczytanie broszury, bo juz co niektórym wpadło w oko, że jestem drobiazgowa i chcieli, żebym sprawdziła, czy wszystko jest ok. Jako, że poproszono mnie, abym była czepialska, przyczepiłam się do jednego przecinka, jednej wielkiej litery, za dużej czcionki w jednej linijce i jednego "i" pozostawionego na końcu linijki. Zdarzyło się też, że zastępowałam kierownika jednego pionu w naszym dziale na spotkaniu. Wydeptałam też już ścieżkę do biura działu logistyki - rzeczywiście jestem łącznikiem i mam sporo z nimi do czynienia. 
Wiem, że to wszystko może brzmieć strasznie, ale ja nareszcie poczułam, że to jest to :) Naprawdę się spełniam wykonując tego rodzaju obowiązki. Lubię po prostu planować sobie zadania na dany dzień, ustalać priorytety, odhaczać kolejne zadania. Wyzwaniem jest dla mnie to, żeby te wszystkie czynności ze sobą pogodzić i połączyć je w jedną, spójną całość. Kiedy się to udaje, czuję ogromną satysfakcję. Podobnie jak wtedy, gdy zamykam za sobą drzwi biura i zastanawiam się, kiedy minęło te osiem godzin, bo przecież dopiero co tu wchodziłam...

Oczywiście myślę o tym, że i tak raczej marne szanse są na to, że będzie w tej pracy tak idealnie, jak w poprzedniej. Poza tym nadal coś mnie ściska w środku, kiedy przechodzę z tramwaju do kolejki - tą samą trasą, którą przez prawie rok, pokonywałam przynajmniej dwa razy w tygodniu z Wikingiem w wózku. Wciąż tęsknię za tamtymi chwilami. Zdaję też sobie sprawę z tego, że kryzys pewnie jeszcze nadejdzie i to nie jeden. Wiem, że będą momenty, kiedy będę zmęczona i poczuję, że sobie ie radzę.
Ale mimo to wiem, że nie ma co się roztkliwiać nad tym, co minęło i nie wróci, skoro i tak jest dobrze. Inaczej, ale przecież dobrze. Oby tak dalej się układało, to pojawią się nawet szanse na prawdziwe szczęście ;) Jakoś sobie póki co radzę i to daje mi potężnego kopa energetyczego.  Świadomość, że większość rzeczy mam pod kontrolą bardzo mnie motywuje. Tak samo, jak myśl, że jeszcze tylko jutro, a potem cudowny weekend, w dodatku z Frankiem, który ma wolne :)

wtorek, 12 stycznia 2016

Pierwsza relacja w punktach.

Jakoś nie umiałam napisać tej notki jako spójnej całości, więc będzie w punktach :)

1.    Miłym zaskoczeniem jest dla mnie to, że w kolejce którą dojeżdżam nie ma dzikich tłumów, ani rano ani po południu. Można nawet liczyć na miejsce siedzące i spokojnie czytać przez 20 minut. W tramwajach jest trochę z tym gorzej, ale też nieźle, a poza tym jadę tylko jakieś osiem minut. Dojazd jest więc bardzo wygodny i sprawny.

2.    Przyznaję, że po raz pierwszy spotkałam się z tak profesjonalnym podejściem do wdrażania nowych pracowników (a jest ich sporo, bo modernizowany jest cały dział) - dostałam plan na ten tydzień, w którym są rozpisane wszystkie spotkania i szkolenia. Ale zdarzają się też okienka (których pewnie później już nie będzie, bo już kilka osób ostrzegało mnie, że pracy może być sporo), wtedy zajmuję się poznawaniem nowego systemu, zabawą z komputerem i rozwiązywaniu quizów wiedzy o produkcie.

3.    Wspominałam kiedyś, że firma działa w branży IT, nie wchodząc w szczegóły dodam, że jest mocno związana z firmą Apple, a co za tym idzie, cały sprzęt i oprogramowanie są firmowe. Dostałam już swojego Maca i iPhona, teraz uczę się pracy na urządzeniach i systemie operacyjnym, z którymi nie miałam dotychczas nic wspólnego. Te quizy są o tyle fajne, że poprzedzają je treningi online, więc kto wie, może za jakiś czas będę ekspertem :P

4.    Jeszcze nie do końca jest dla mnie jasne, czym dokładnie będę się zajmować, ale coraz więcej rzeczy się już klaruje. Przede wszystkim już wiem, że jestem pracownikiem działu handlowego, ale będę bardzo ściśle współpracować z logistyką i księgowością. Dzisiejsze spotkanie, które odbyłam z przedstawicielem działu logistyki pozwala mi sądzić, że będę miała sporo obowiązków, które już znam, chociaż oczywiście ich specyfika zapewne będzie inna.  No i przede wszystkim, będę na nie patrzyła z trochę innego punktu widzenia.

5.    Nie mam więc na razie żadnych konkretnych obowiązków, tylko się ciągle z kimś spotykam i szkolę a potem przetrawiam nowe wiadomości, ale to dobrze, bo nie czuję się rzucona na głęboką wodę.

6.    Oczywiście to chwilami powoduje, że czuję się dziwnie nie na miejscu, bo dookoła mnie wszyscy działają i robią swoje, a ja tak siedzę z pozoru bezczynnie, ale grunt, że się nie nudzę. Poza tym pamiętam, że kiedy rozpoczynałam poprzednią pracę, to początkowo też tak było, że wręcz martwiłam się, czy aby na pewno jestem potrzebna i czy mnie zaraz nie zwolnią, ale po czasie doceniłam ten czas, bo dzięki niemu stopniowo mogłam zapoznać się ze sposobem funkcjonowania wielu rzeczy. Liczę na to, że tutaj będzie podobnie - lepsze to, niż bycie rzuconym na głęboką wodę.

7.    Wczoraj poznałam mnóstwo nowych osób, uścisnęłam wiele dłoni a przed moimi oczami przewijały się dziesiątki nowych twarzy, do których teraz staram się jakoś dopasować imiona (myślę, że i tak jest nieźle, bo zdołałam zapamiętać ponad dwadzieścia :)). Przyznaję, że nie jestem do tego przyzwyczajona, bo przecież dotychczas pracowałam raczej w kameralnym gronie - w restauracji co prawda była spora rotacja na stanowiskach kelnerskich, ale jednak to trochę co innego. 

8.    Z tego powodu na razie czuję się lekko skrępowana w niektórych sytuacjach. Takie poczucie nadmiernej świadomości istnienia własnej osoby... Nie wiem, czy wiecie, co mam na myśli. W każdym razie dziwnie mi jest trochę w nowym środowisku, czuję się obco i czasami trochę niezręcznie, mimo, że spotkałam się jedynie z życzliwością albo po prostu obojętnością. Ale oczywiście mnie się wydaje, że oczy wszystkich są zwrócone na moją osobę i że każdy mój ruch jest śledzony, co zapewne nie jest prawdą.

9. Mam wrażenie, że wszyscy wokoło są tak wybitnie profesjonalni, a ja jestem taką sierotką, która nie wiadomo skąd się wzięła :) Jasne, że mam wiedzę i doświadczenie, ale nie mam obycia jeśli chodzi o pracę w korporacji. I tego się trochę obawiam. Tłumaczę sobie, że przecież mnie zatrudnili, a mają tak świetnie zorganizowany dział HR, że to raczej nie był wybór przypadkowy, ale na razie jest mi dziwnie. Czekam aż to minie.

10. Ale przy tym wszystkim cieszę się, że mam znowu możliwość zdobycia zupełnie nowych doświadczeń i nauczenia się czegoś nowego.

11. Na froncie domowym jest póki co spokojnie. Wiking nie sprawia wrażenia, żeby odnotował, zmiany w naszej codzienności, choć pewnie jednak zauważył moją nieobecność. Ale póki co, nie przeżywa jej specjalnie. Niania mówi, że jest pogodny jak zawsze.

12. Jeśli chodzi o mnie, to będąc w pracy potrafię nie myśleć o domu. Ani razu nie zadzwoniłam do niani z pytaniem co słychać, nie zamartwiam się ani nie zastanawiam, jak sobie radzą. Ale jak mi się czasami Wikuś przypomni, to jest mi żal. Szczególnie w drodze do i z pracy, kiedy mijam te wszystkie miejsca, które ostatnimi czasy mijała tylko z Wikingiem w wózku. Smutno mi się wtedy robi i bardzo mi szkoda, że to już nie wróci. Prawda jest taka, że tęsknię za Wikingiem i czasem z nim spędzonym. Brakuje mi tego, że w każdej chwili mogłam go przytulić i pocałować. Nie szaleję co prawda z tej tęsknoty, ale muszę przyznać, że to jest dla mnie trochę uczucie nieznane. Może jeszcze innym razem przystąpię do głębszej analizy tych uczuć.

13.  Jednak radość Wikinga, kiedy wchodzę do domu jest bezcenna :) Przez chwilę patrzy a potem szeroko się uśmiecha i idzie do mnie szybkim krokiem, żeby się we we mnie wtulić. Albo macha swoimi rączkami z radości. To wygląda naprawdę słodko.
 

niedziela, 10 stycznia 2016

Zamykamy ten rozdział :(

I nadszedł ten dzień. Koniec mojego urlopu macierzyńskiego, nie tylko formalny, ale i praktyczny. Jutro idę do pracy. Dziwne to uczucie, kiedy dzisiaj wszystko robię z myślą o tym, że przed ósmą będę musiała wyjść z domu i razem z całą masą innych ludzi pracujących pojechać do centrum Warszawy, gdzie spędzę osiem godzin. Nie jestem pewna jak to zniosę...

O dziwo nie stresuję się aż tak bardzo - nie wiem, czy na razie, czy po prostu stres mnie nie dopadnie. Odkąd dostałam pracę, tylko raz śniło mi się nowe miejsce, a to też chyba o czymś świadczy. Jak się z tym wszystkim czuję? Różnie powiedziałabym.
Najłatwiej chyba napisać jest o tych najbardziej oczywistych i wytłumaczalnych odczuciach. Cieszę się, że udało mi się tak szybko znaleźć pracę i że nie miałam wcale okresu przejściowego między dniem, kiedy urlop macierzyński mi się kończy a tym, kiedy rozpocznę nową pracę, czyli, że ominęło mnie takie prawdziwe bezrobocie. Wiem, że nawet gdybym pocieszała się, że zyskałam kilka dodatkowych dni/tygodni z Wikingiem, to bardzo stresowałabym się i przede wszystkim dołowała faktem, że nie mam pracy. Przyznaję, że moje myślenie bardzo się zmieniło i w myśl wspomnianego kiedyś tu punktu drugiego mojego dekalogu, że tylko krowa nie zmienia poglądów, stwierdzam, że zmieniłam też zdanie na temat tego, czy mogłabym nie pracować. Otóż na tę chwilę (bo kto wie, czy za jakiś czas znowu mi się nie odmieni) zdecydowanie mogłabym, gdybyśmy tylko mogli sobie na to pozwolić i gdybym nie musiała za bardzo latać ze szmatą po domu (choć to z kolei byłoby nie w porządku wobec Franka w moim odczuciu). Ale to jest chyba temat na osobną notkę, więc pozostanę tylko przy tym, że cieszę się, że urlop macierzyński został wydłużony (aczkolwiek nie mam pojęcia, co zrobiłabym, gdybym nadal miała poprzednią pracę i  czy nie wróciłabym do niej po pół roku, na szczęście ominął mnie ten dylemat).
Dobrze się więc stało i stwierdzam, że poukładało się to wszystko wręcz idealnie.

Niemniej jednak, bardzo żal mi tego czasu, który dobiega końca. Owszem, początki były trudne i miałam wrażenie, że każdy dzień jest bezsensowny, w dodatku wydawało mi się, że to się nigdy nie zmieni i nigdy już nie będę miała do czego dążyć. Ale dziś zrzucam to na karb mojej słabszej kondycji psychicznej. Tak naprawdę w tej chwili nie boję się powiedzieć, że pod wieloma względami ostatnie miesiące były jednymi z najpiękniejszych i najszczęśliwszych w moim życiu. 
Teraz już nabrałam trochę dystansu, myślę, że to dlatego, że jeszcze nie do końca umiem wyobrazić sobie, jak to będzie w praktyce. Ale obawiam się, że najbliższe tygodnie będą dla mnie bardzo trudne i męczące. Będę musiała się przyzwyczaić do nowych porządków w życiu i do tego, że nie będę już spędzać niemal całego mojego czasu z Wikingiem. Tego się boję najbardziej, bo przecież dotychczas byliśmy razem niemal non stop - z przerwami jedynie na jakieś moje wyjścia, które zwykle nie trwały dłużej niż 4 godziny. Najtrudniej było dzień po tym, jak otrzymałam telefon, że zostałam przyjęta do pracy. Co chwilę płakałam patrząc na Wikusia, który bawił się jak zwykle. Miałam wrażenie, jakby właśnie ktoś mi powiedział, że mój czas się kończy. Mało tego, wtedy wydawało mi się wręcz, że ktoś mi Wikinga zabierze i teraz już go nie będę miała. 
Taki dzień emocjonalnego rozchwiania był na szczęście tylko jeden i teraz patrzę na to bardziej racjonalnie. Ale i tak bardzo mi szkoda tych wszystkich chwil, które już nie będą naszymi wspólnymi. Pomimo wszystkich gorszych momentów, bardzo wielu rzeczy będzie mi brakowało. Na przykład spacerów w okolicach południa, przesiadywania na ławeczce w parku, chodzenia po supermarkecie z Wikusiem w wózku w dni powszednie - słowem, bycia osobą niepracującą, która może sobie pozwolić na wychodzenie z domu, kiedy jej się podoba :) Idąc dalej - będzie mi brakowało zajęć, na które razem jeździliśmy, wizyt u Agnieszki i Adasia, wspólnych zabaw w ciągu dnia, a nawet oglądania powtórkowych odcinków M jak miłość o siódmej rano i później zerkania jednym okiem na telewizor, kiedy telewizja śniadaniowa prezentowała jakiś interesujący mnie temat. Oj, mnóstwo tego jest :( Prawdę mówiąc, jak o tym piszę, coraz bardziej dociera do mnie, że to już naprawdę koniec i znowu żal mnie ściska za gardło... 
Będę tęsknić za Wikingiem, na pewno. W tygodniu nie będziemy mieli niestety dla siebie zbyt dużo czasu. Wiem, że taka jest kolej rzeczy i musiało się tak stać. Ale przez to żal wcale nie jest mniejszy. Mam tylko nadzieję, że chociaż weekendy mi to wynagrodzą i wszystko sobie odbijemy. 
W sumie to kończę już temat czego i jak bardzo będzie mi brakowało, bo stwierdzam, że i tak nie potrafię tego opisać :( 

Dodam jeszcze, że boję się, jak to wszystko będzie wyglądało. Mam wrażenie, że teraz już kompletnie na nic nie będę miała czasu, że wszystko będzie leżało odłogiem. Że nie będzie czasu na gotowanie, jedzenie, może nawet spanie? Niee, spanie to u mnie zawsze był priorytet, osiem godzin musiało być, więc i teraz będę się kładła o 22 i wstawała o 6. To akurat nie bardzo się zmieni, bo właściwie tego się trzymałam przez cały czas. Chociaż dość często bywało, że Wikuś dosypiał sobie jeszcze do siódmej (nawet ósmej, ale to już rzadko) - a ja razem z nim. Mam nadzieję, że Wiking nadal będzie spał w nocy, tak jak śpi teraz, bo chociaż zwykle zaliczamy jedną pobudkę, to nie jest ona szczególnie dokuczliwa, zwykle się nie wybudzam i od razu zasypiam ponownie. Ale nie ukrywam, że mam trochę obaw, czy teraz nie będę bardziej zmęczona.

Wiem, że wszystko się poukłada... Tego rodzaju lęki towarzyszyły mi przy każdej życiowej zmianie a ostatecznie wszystko udawało się dobrze zorganizować. Ale jednak i tak się boję i zastanawiam, jak to będzie. 
A tymczasem - zamykam pewien rozdział w moim życiu. Blogowo chyba też, bo obawiam się, że tym postem właśnie kończę okres niemal codziennego pisania. Chciałabym nadal pisać często i dużo, ale nie łudzę się - będę miała na to czas jedynie przez jakieś dwie godziny wieczorem (chyba, że w przyszłości okaże się, że ta praca też będzie taka fajna, że od czasu do czasu będę mogła sobie pozwolić na napisanie notki w czasie przestoju:)), a przecież to nie będzie jedyne, co będę chciała robić. Ale mam nadzieję, że uda mi się przynajmniej być w miarę na bieżąco. 

A więc jutro znowu mam do przeżycia pierwszy dzień reszty mojego życia... Pojęcia nie mam, jak to zniosę. Ani jak zniesie to Wiking, bo chociaż na razie wszystko wskazuje na to, że jemu nie zrobi to większej różnicy, to kto wie, co będzie.

Ps. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o jednej sytuacji, która pokazuje, jak nagle zmieniło się moje myślenie.
3 grudnia, czyli tego samego dnia, kiedy wysłałam aplikację do firmy, w której jutro rozpoczynam pracę, umawiałam się na spotkanie 17 grudnia ze współpracownikami z mojej poprzedniej pracy. Cieszyłam się na to wyjście, myślałam o tym, jak fajnie będzie się wyrwać. 14 grudnia dowiedziałam się, że zostałam przyjęta do pracy i kiedy trzy dni później jechałam na spotkanie, miałam już zupełnie inne nastawienie. Owszem, cieszyłam się, że spotkam się ze znajomymi, ale z drugiej strony żal mi było tego czasu - myślałam sobie, że w pewnym sensie tracę czas z Wikingiem. Nawet kiedy wsiadałam do metra, odczuwałam żal, że nie mam ze sobą wózka z Wikusiem...

piątek, 8 stycznia 2016

Znoowu, czyli jeszcze jedno podsumowanie :D

Sporo ostatnio było tutaj tych podsumowań, ale... pokuszę się o jeszcze jedno :) 
Bo to niesamowite, jak bardzo w ciągu roku zmienia się małe dziecko i naprawdę trudno mi przejść nad tym do porządku dziennego. Siłą rzeczy wspominam teraz te nasze pierwsze wspólne chwile, dni i tygodnie i naprawdę nie mogę uwierzyć, że to małe, płaczące zawiniątko, to nasz Wikuś, który teraz urządza sobie zabawę, biegając (naprawdę, zaczyna już biegać) między pokojem a kuchnią. Który chodzi po pokoju, trzymając w jednej rączce wiaderko, drugą wrzucając do niego klocki rozrzucone po podłodze. Który potrafi już sam zamknąć zabezpieczenie szuflady (! na szczęście zamknąć, na to, że można je również otworzyć jeszcze nie wpadł, ale to pewnie kwestia czasu :P). Który podryguje w rytm muzyki, ilekroć usłyszy jej pierwsze takty. Który potrafi pokazać, że chce mu się pić, że chce na ręce albo że już nie chce jeść. Taki jest teraz nasz Wiking. 
Postęp, jaki robi dziecko w ciągu jednego roku jest niewyobrażalny. Z małej istotki, która właściwie nie dziwi i nie myśli, a jedynie czuje - i to głównie dzięki instynktowi, przeobraża się w małego człowieczka, który zaczyna wiedzieć, czego chce i często nawet wie, jak to osiągnąć. Wiking zdumiewa mnie coraz częściej tym, jak potrafi kojarzyć fakty. Ostatnio na przykład zaskoczyło mnie to, że potrafi się zwrócić do mnie o pomoc. Chodziło o drobiazg - Wikuś dorwał się do mojego telefonu. Kiedy zdarzało się to wcześniej (choć wyznajemy zasadę, żeby urządzenia typu telefon, tablet, laptop trzymać od niego jak najdłużej z daleka) , obracał sobie go w rączkach i był zadowolony. Ostatnio przestało mu to wystarczać. Telefon ma się świecić. Kiedy gaśnie (włącza się wygaszacz ekranu) przychodzi do mnie i oddaje mi telefon. Bynajmniej nie dlatego, że stracił nim zainteresowanie. Oddaje mi go i patrzy wyczekująco. Kiedy nic nie robię, zaczyna się niecierpliwić i jęczeć, kiedy - o zgrozo- zabiorę telefon uderza w płacz pełen złości. Kiedy naciskam guziczek powodujący, że telefon na parę sekund się znowu zaświeci, bierze go ode mnie z zadowoleniem. Telefon gaśnie, Wiking podchodzi i mi go oddaje... Niesamowite jest dla mnie to, że nikt go tego przecież nie uczył, a on po prostu nagle, z dnia na dzień, wie co robić (czytaj: nie umiem włączyć, idę do mamy, mama naprawi) To dziecko ma rok! W życiu nie spodziewałabym się, że taki maluch może być już taki kumaty!

Chyba pisałam już, że trochę żałuję, że w tych pierwszych miesiącach nie potrafiłam cieszyć się macierzyństwem. Potrzebowałam na to czasu i choć żałuję to nie mam żalu do siebie, bo uważam, że robiłam co mogłam i nie zawiniłam. Niemniej jednak są momenty, które wspominam z ogromnym sentymentem :) Ten całkiem malutki Wikuś też był na swój sposób fajny i bywało, że próbowałam na siłę wciskać go w śpioszki w rozmiarze 50 i 56, bo wydawało mi się to niemożliwe, że on rośnie :P Ale jednak zdecydowanie obcowanie z dzieckiem, które skończyło już pół roku sprawiało mi więcej radości.  Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Wiking jest taki pogodny, rzadko marudzi, mało płacze (to znaczy płacze, ale zawsze wiadomo, dlaczego, więc szybko ten płacz mija)... Obym teraz nie zapeszyła ;P
O jedzeniu już pisałam ostatnio sporo i nic się nie zmieniło. Nadal jeszcze dokarmiam Wikusia piersią, ale już nie ma w tym żadnej regularności. Myślę, że oboje dojrzewamy do tego, żeby zakończyć ten etap. Wiking zdecydowanie woli zajadać się kromką chleba posmarowaną pastą z makreli - dostaje w łapę taką kanapkę i mimo, że górne zęby (cztery na raz) dopiero mu wychodzą, radzi sobie z nią sprawnie i po chwili domaga się kolejnej. A mordkę ma tak słodko umorusaną :)
W ciągu dnia sypia niewiele. Bywa, że ogranicza się tylko do jednej drzemki, ale najlepiej jednak funkcjonuje, gdy prześpi się raz w okolicach 9-10 i drugi raz między 14 a 15. Łącznie wystarczają mu dwie godziny snu w ciągu dnia. O śnie nocnym chciałabym jeszcze napisać całą notkę, więc teraz tylko napiszę tyle, że sypia całkiem nieźle. Zazwyczaj budzi się tylko raz - albo około północy i potem śpi już do rana, albo koło czwartej. Wolę pierwszą opcję. No chyba, ze budzi się dopiero o piątej - to mogłabym nawet zaakceptować na stałe, bo kiedy kładę się o 22, jest to godzina o której mogę wstać, zwłaszcza, kiedy zacznę pracować. Być może powinniśmy dążyć do tego, żeby zupełnie wyeliminować nocne karmienie, a co za tym idzie pobudkę, ale póki nam to szczególnie nie doskwiera, to dajemy mu się najeść. W końcu grubasem nie jest :)
Jeśli chodzi o wikingową higienę, niewiele się zmieniło. Nadal uwielbia się kąpać. Dzielnie znosi też mycie ząbków, choć zwykle chodzi mu o zjedzenie pasty. Ale czasami podczas ubierania po kąpieli dostanie w rączkę szczoteczkę i tak się nią zainteresuje, że zapomina lamentować i ogłaszać wszem i wobec, że niedobrzy rodzice chcą go ubierać. Najbardziej cieszy mnie, że już od dwóch miesięcy Wiking wie, do czego służy nocnik. Nie potrafi jeszcze zasygnalizować, że chce mu się na przykład siku, ale posadzony "na tronie" robi co trzeba. Nie tylko siku :) Przy zakładaniu pieluchy nadal się denerwuje i przekręca. Chyba, że osobą zmieniającą jest niania. Oboje z Frankiem zachodzimy w głowę, jak niania to robi, że on jej grzecznie leży i się prawie nie rusza??!!
Jeśli chodzi o zabawy, to Wiking nadal często jest samowystarczalny -co prawda nie potrafi zainteresować się jedną rzeczą przez dłuższy czas, ale lubi sobie chodzić po pokoju trzymając raz jakiś klocek, za chwilę pudełko, innym razem skarpetkę... Innym razem usiądzie i bawi się wyciągając wszystko z kosza albo wrzucając zawartość z powrotem. Prawdę mówiąc trudno mi nawet teraz dokładnie opisać, co on robi "w wolnym czasie", ale często jest tak bardzo zajęty, że aż żal mu się wtrącać w te zabawy :) A kiedy zaczyna domagać się uwagi, często wystarczy, że się usiądzie obok niego na podłodze. Nawet nic nie trzeba robić, on jest już zadowolony. 

Zmienił się ten nasz Wikuś bardzo. Nie do poznania. Czasami sama sobie się dziwię, że myślałam o nim, że jest trudny :P Chociaż w gruncie rzeczy nadal tak uważam, ale tu znowu wracamy do punktu wyjścia i do tego, że po prostu jestem zbyt wymagająca i mój perfekcjonizm nie pozwala mi o sobie zapomnieć :) Ale chciałam się Wam pochwalić, że póki co opiekunka twierdzi, że takiego bezproblemowego dziecka jak Wiking to jeszcze pod swoją opieką nie miała. Mam nadzieję, że tak już zostanie :)

Oczywiście nie tylko Wiking się zmienił, ja również. O tym też już pisałam. I Wy też pisałyście. Najbardziej zmieniło się oczywiście moje podejście. Ostatnio uświadomiłam sobie w pełni, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiking nauczył mnie jednej rzeczy, która powinna być dla mnie zawsze oczywista. Przecież to taki banał... Chodzi mianowicie o to, że wszystko mija... To właśnie przy dziecku nauczyłam się, że nie należy się do niczego przyzwyczajać. Dotyczy to oczywiście również tego co dobre, ale przede wszystkim sprawdzało się to w przypadku trudniejszych okresów i jakichś problemów - ze spaniem, z jedzeniem, ze złym samopoczuciem... Dzięki temu, że w pewnym momencie dotarło do mnie, że nic nie będzie trwało wiecznie, świetnie radziłam sobie z gorszymi chwilami. A co ważniejsze, ta filozofia samoczynnie przeniosła się również na inne aspekty mojego życia! Nagle prawdziwie uwierzyłam w to, że wszystko minie. A także, że wszystko jest do przeżycia. I że nie ma sensu przejmować się tym, na co i tak nie mam wpływu. Nie twierdzę, że stałam się nagle niepoprawną optymistką, która niczym się nie martwi, ale jednak nabrałam ogromnego dystansu do wszystkiego i wyszło mi to na dobre.

Zdaję sobie sprawę z tego, że o wielu z tych rzeczy już pisałam i się powtarzam. Ale przecież to cała ja :) A tego podsumowania jednak nie potrafiłam sobie odmówić :)

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Nowe przed nami.

Mimo, że nie przepadam za 1 dniem stycznia, o czym wielokrotnie tu pisałam, przyznaję, że pierwsze dni nowego roku zwykle nastrajają mnie optymistycznie. Jestem wtedy zawsze pełna nadziei na lepsze, mam wrażenie, że życie zmieni się teraz z dnia na dzień, choć to przecież złudne, bo dlaczego miałoby się to stać? W końcu to tylko zmiana daty, żadna magia :)

Ubiegły rok jednak był pod tym względem inny i w tym roku również będzie inaczej. Styczeń rzeczywiście przynosi przełom w moim życiu, rok temu były to narodziny Wikinga, w tym roku to rozpoczęcie nowej pracy.
Jak już pisałam, podoba mi się ten 2016 rok i mam względem niego dobre przeczucia. Dawno już tego nie doświadczałam, mam więc nadzieję, że to coś jednak znaczy :) Od jakiegoś już czasu jestem pozytywnie nastawiona do przyszłości i tego, co się dzieje wokół mnie i chciałabym bardzo, żeby ta tendencja się utrzymała w kolejnych miesiącach.
Mam wobec tego roku, który właśnie nadszedł pewne oczekiwania. Chciałabym bardzo, żeby wreszcie ustabilizowała się nasza sytuacja i żeby nasze życie wróciło na dawne tory, z których trochę zboczyło trzy lata temu. Wtedy byliśmy na dobrej drodze, ale niestety wszystko nam się przewróciło do góry nogami a potem przez dłuższy czas już tylko komplikowało. Bardzo liczę na to, że to już koniec tych komplikacji. Chciałabym, żeby przede wszystkim pomyślnie rozwijała się nasza sytuacja zawodowa. Jeśli dobrze pójdzie, Franek dostanie w tym roku umowę o pracę na czas nieokreślony. Ja też mam obiecane, że po trzymiesięcznym okresie próbnym dostanę umowę na stałe. Ale najpierw przez te trzy miesiące trzeba przejść i się sprawdzić. Mam nadzieję, że mi się to uda, choć przyznam, że jestem pełna obaw. A chciałabym bardzo, żeby ta praca spełniła moje oczekiwania, żebym ją polubiła i dobrze się tam czuła. 

Pomimo tego, że od przyszłego tygodnia będę już mamą pracującą, życzyłabym sobie, abyśmy w tym roku cieszyli się wieloma radosnymi rodzinnymi chwilami. Mam nadzieję, że mimo wszystko będziemy mieli wystarczająco dużo czasu, żeby cieszyć się swoim towarzystwem.  Poza tym życzyłabym sobie, żeby Wiking nie przejął się za bardzo zmianą w jego życiu, która go za chwilę czeka i żeby niania okazała się strzałem w dziesiątkę. No i dobrze byłoby, żebym i ja w miarę szybko przeszła nad tymi wielkimi zmianami do porządku dziennego. Boję się, że będzie ciężko, że najbliższe tygodnie będą dla mnie z różnych powodów bardzo trudne. Ale pożyjemy, zobaczymy... Jeśli chodzi o mnie i Franka, bardzo zależy mi na tym, żebyśmy już na dobre pożegnali wszystkie gorsze momenty i żeby teraz było już tylko dobrze :)

Chciałabym też, żeby ten rok nadal obfitował w wiele spotkań towarzyskich. Głównie chodzi mi o gości - mam nadzieję, że nadal nasi bliscy będą nas często odwiedzać i będziemy mieli sporo okazji do spotkań. 
Wiem, że będzie bardzo ciężko z wolnym czasem, ale liczę na to, że uda mi się wszystko tak zorganizować, żeby mimo wszystko nadal móc choć trochę poświęcać się temu, co lubię robić.

Na koniec, najważniejsze - mam nadzieję, że w tym roku ominą nas problemy zdrowotne. Mamy kilka założeń, których chcemy się trzymać, żeby jednak minimalizować ryzykowne sytuacje. Franek na przykład odgrzebał swoje wyniki EKG, z którymi ostatecznie nie wylądował prawie rok temu u kardiologa (Wiking mu trochę pokrzyżował plany) i postanowił się tym solidnie zająć. Pierwsze efekty już są. Na przykład dziś dowiedział się, ze to może wcale nie serce, tylko kręgosłup. Czyżby znowu? No, ale o tym będzie może w innym odcinku, bo na razie i tak niewiele wiemy. W każdym razie mam nadzieję, że poważniejsze problemy zdrowotne będą nas jednak omijały, a z łagodniejszymi dolegliwościami szybko sobie poradzimy.

Tyle jeśli chodzi o moje noworoczne życzenia dla mnie i mojej rodziny. Ale wyjątkowo mam na ten rok także kilka postanowień. Konkretnych, bo wiadomo, że z konkretami zawsze lepiej idzie :)
1. Do końca roku chcę przeczytać wszystkie książki, które dostałam w ostatnim czasie w prezencie. Znowu nazbierało mi się ich trochę. Jak tylko rozprawię się z tymi z biblioteki, zabiorę się za pozycje ze swoich półek.
2. Do końca roku mam zamiar zrobić porządek na przenośnym dysku, który sto lat temu pożyczyłam od taty. Muszę przejrzeć jego zawartość, wywalić to, co niepotrzebne, zająć się odpowiednio ważnymi plikami.
3. Do końca roku planuję przejrzeć wszystkie artykuły ze starych gazet, które sobie zachowałam w celu selekcji. Chcę je wszystkie przeglądnąć, ciekawe i przydatne zachować, resztę tylko przeczytać i wyrzucić.
A w gratisie - gdyby się udało, to zrobię jeszcze porządek z naszymi zdjęciami na dysku komputera. Kiedyś to jednak było łatwiej. Teraz setki i tysiące tych zdjęć i nie ma kiedy się nimi porządnie zająć.

Mam (albo mamy, bo niektóre dotyczą również Franka) też kilka mniej konkretnych założeń. Na przykład będziemy starali się dbać o porządek, nad którym teraz tak intensywnie pracujemy. Poza tym chcemy codziennie - a przynajmniej w tym okresie, kiedy odporność trochę spada - zażywać suplementy diety. Głównie chodzi o tran i witaminę D. Naszym wspólnym postanowieniem jest jeszcze to, żebyśmy dbali o siebie nawzajem i o nasz związek, chcemy się jak najmniej kłócić i pilnować się, żeby nie wyrwało nam się jakieś zdanie wypowiedziane w zasadzie bez powodu ostrzejszym tonem.
Mam też nadzieję, że uda mi się wygospodarować trochę czasu na w miarę regularne ćwiczenia. I że nadal będę utrzymywała wagę swojego ciała poniżej 50 kg. 

Jakoś wyjątkowo dużo mam tych planów i oczekiwań na ten rok. Zobaczymy, co z nich wyniknie :) A tymczasem ten 2016 jest dla mnie ogromną zagadką, głównie za sprawą mojej nowej pracy. Na razie nie potrafię wyobrazić sobie siebie za miesiąc, a co dopiero będzie za rok. Liczę jednak na to, że jakoś sobie poradzę - że wszyscy sobie poradzimy i że to będzie dla nas dobry czas. Oby mój optymizm mnie nie opuszczał!

Co do jajcarskiej wróżby - dziękuję za podpowiedzi :)
Mnie ta biżuteria trochę zaskoczyła i musiałam trochę pokombinować. Z moim pierścionkiem poszło mi łatwiej, pomyślałam sobie, że jest to symbol mówiący o tym, że nasze małżeństwo odżyje (na zasadzie skojarzenia z pierścionkiem zaręczynowym). Gorzej było z Frankową bransoletką, pożyczę więc sobie interpretację Polly i uznam, ze oznacza to, iż Franek będzie się ładnie prowadził w naszym związku :) Ogólnie właśnie sam fakt, że oboje trafiliśmy na podobną niespodziankę w jajku uznałam za dobry znak - że w tym roku więcej nas będzie łączyło niż dzieliło, że będziemy mieli wspólne przeżycia i wspólne cele. Kwiaty w ogóle dobrze mi się kojarzyły, ale Wicia i Jutrzenka opisały to najlepiej - że też na to nie wpadłam :) Rozkwitniemy po prostu w tym roku, a nasze życie będzie pełne kolorów :) Jednak co kilka głów to nie jedna margolka - przyjrzałyście się i już wszystko jasne. Łącznie z tym, że będziemy bogaci! No jak ja mogłam nie wpaść na taką oczywistość? (dzięki Iza :)) Przecież biżuteria to klejnoty albo kruszce, a to z kolei bogactwo :) Będzie nam się więc wiodło w tym roku! I tym optymistycznym akcentem zakańczam tę pełną nadziei i oczekiwań notkę noworoczną!