A
więc. Frankowi okres chyba powoli się kończy. Ale ciii, żeby nie
zapeszyć. Jeszcze dzisiaj miał huśtawki nastrojów. Zadzwonił raz – miły.
Drugi- już foch. Za trzecim razem też się o coś wściekł, a ja sobie
tylko zażartowałam, żeby go trochę rozśmieszyć. Potem stwierdziłam, że
go olewam, bo już mi naprawdę ciśnienie podniósł. Ale zadzwonił i znowu
był miły i nawet pytał jakie mamy plany na wieczór.Po pracy zadzwonił,
żeby zapytać czy chcę coś ze sklepu. Jak powiedziałam, że nie to się
szczerze zmartwił, bo koniecznie chciał mi coś kupić. No to mu w końcu
powiedziałam, żeby mi kupił jakąś mambę czy cuś. (uwieeeelbiam
wszelkiego rodzaju żelki i gumy rozpuszczalne) Kupił i przyniósł. Jak mu
otworzyłam drzwi to stał z taaaaakim bananem na gębie. Już go dawno nie
widziałam takiego, ale ciiiii…. Miałam
iść do niego na noc, ale odechciało mi się. Stwierdziliśmy, że spotkamy
się jutro. Miałam położyć się spać, ale się nagle strasznie głodna
zrobiłam. I jak to u mnie przeważnie bywa – w lodówce pustki. Na
pomidora z dżemem jakoś nie miałam ochoty… Nawet zupki chińskiej nie
miałam żadnej. No to te mamby zjadłam i popiłam herbatką. Mniam. Ale
zadzwoniłam do Franka, żeby go ochrzanić, że kupił mi aż trzy. To on nie
wie, że ja za jednym posiedzeniem się z nimi rozprawiam? No to idę spać
i mam nadzieję, że przede mną milutki weekendzik. Prezentacja nadal
wisi nade mną i znowu mi się dzisiaj śniła. Ale dotychczas śniła mi się
jako męczarnia i ogólnie porażka, a dzisiaj we śnie poszło mi jak z
płatka, więc potraktuję to jako dobry omen
