*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąża. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 lutego 2018

Blisko, coraz bliżej.

Chyba będziemy wkrótce rodzić. To znaczy ja, ale Franek chwilami tak to przeżywa, że zaczynam mieć wątpliwości :P
Dzisiaj w nocy coś się zaczęło dziać, obudziłam się o 3:30 i już wiedziałam, że coś się zmieniło. Celowo nic nie mówiłam Frankowi, bo wiedziałam, że za godzinę wstaje do pracy, a że miał pracować tylko do 10:00, stwierdziłam, że jeszcze zdąży wrócić. Ale jak się obudził, to się połapał i oczywiście zadzwonił, że bierze urlop na żądanie, tak na wszelki wypadek.
Pojechaliśmy do szpitala, bo miałam umówione kontrolne KTG, a potem wizytę u lekarza. Pani doktor mnie wysłuchała, zbadała i stwierdziła, że poród już się zaczyna. Powiedziała, mogę urodzić w ciągu dwóch dni i że nie zdziwi się, jeśli jeszcze dzisiaj wrócę na izbę przyjęć. Ale asekuracyjnie dodała, że z naturą to różnie bywa i może się tak zdarzyć, że jednak nie urodzę, to wtedy w poniedziałek już na pewno będzie wywołanie.
Wolałabym więc, żeby samo się rozkręciło, bo nie wyobrażam sobie przez cały tydzień chodzić z bólami :P Od rana mam skurcze, już coraz bardziej bolesne, ale zdecydowanie do przeżycia, więc nie do końca wiem, kiedy właściwie do tego szpitala jechać. Przede wszystkim dlatego, że pamiętam jak leżałam podpięta na porodówce pod kroplówkę i KTG i czekałam kilka godzin aż coś się rozkręci, stresując się, że zajmuję komuś miejsce na sali porodowej :P A teraz siedzę sobie spokojnie w domku, relaksuję się i obliczam czas między skurczami. Komfort bez porównania, mimo, że przecież wiecie, jak dobrze mi było w szpitalu na Żelaznej i tamtejszej porodówce :)
Jedyne co mi doskwiera to fakt, że się nie wyspałam i czuję się zmęczona, a mimo wszystko jestem podekscytowana na tyle, że nie umiem się wyciszyć i zasnąć... 

No nic, nie pozostaje nam nic innego jak czekać :)

czwartek, 15 lutego 2018

Nicpoń Obrotny

Wreszcie pod sam koniec ciąży lokator z mojego brzucha doczekał się przydomka, bo wcześniej nic nie pasowało, nie chciał się jakoś przedstawić (a przecież Wiking dość szybko dał się poznać jako Tasiemiec :)). Teraz już wiem, że  to Nicpoń Obrotny!
Nicpoń trzymał mnie w niepewności 39 tygodni, frustrował mnie, stresował i powodował, że w nocy nie mogłam spać, analizując różne scenariusze i zastanawiając się nad tym, jaką decyzję powinnam podjąć, a właściwie jakie mogą być konsekwencje tej, którą podjąć chciałam. A wszystko przez to, że  nagle na USG w 28 t.c. okazało się, że Nicpoń ułożony jest tyłkiem do dołu. Co gorsza, potwierdziły to USG w 34 i 37 t.c. Próbowałam wszystkiego, różnego rodzaju ćwiczeń, wizualizacji, modlitw, perswazji... :) I nic! Właściwie to już straciłam nadzieję. Lekarze byli trochę zdziwieni, bo rzadko się zdarza, żeby drugie dziecko, jeśli pierwsze przyszło na świat siłami natury, ułożone było w tej pozycji, nie było też ku temu żadnych innych konkretnych powodów, więc uznali, że po prostu taki z niego uparciuch i leniwiec. 
Na początku myślałam, że najbardziej prawdopodobną opcją będzie poród przez cesarskie cięcie, co mnie niemal załamało. Nie chcę, nie chcę, nie chcę. Jasne, rozumiem, że są sytuacje, kiedy nie da się tego uniknąć i wtedy nie ma co się upierać, tylko trzeba rodzić tak, jak jest bezpieczniej. Sama przecież przy Wikingu już byłam bliska tego, żeby odpuścić i gdyby nie to, że w ostatniej chwili nastąpiło rozwarcie, zgodziłabym się na cc. Ale żeby tak świadomie i dobrowolnie? (Tak wiem, że wiele jest takich kobiet, również wśród moich znajomych i Was :), ale to nie ja!) Cóż, cały czas jakoś mam wrażenie, że taki dobrowolny poród przez cesarskie cięcie, to nie prawdziwy poród... W miarę upływu tygodni, rozmawiałam z coraz to większą liczbą lekarzy i właściwie każdy mówił to samo - nie ma fizjologicznych wskazań do tego, żebym rodziła przez cc i moja lekarz prowadząca również takiej dyspozycji nie wydała. Mało tego, jako wieloródka, jak najbardziej mam predyspozycje do tego, żeby rodzić siłami natury pośladkowo. Tu oczywiście pojawiał się strach innego rodzaju - nie znalazłam ani nie słyszałam żadnej pozytywnej opinii na temat takiego porodu (co jest dość powszechne, jakoś ludzie chętniej dzielą się przykrymi doświadczeniami lub negatywnymi opiniami, a jak coś idzie dobrze, to nie uznają tego za warte wspominania). Zawsze tylko groza, straszny ból, powikłania itd. Ale jednak rozmowy z lekarzami (do których jakoś mam duże zaufanie) z "mojego" szpitala przekonały mnie, że może to wcale nie będzie takie straszne i że dam radę. Najważniejszym argumentem było dla mnie to, co usłyszałam kilka razy od różnych lekarzy, mianowicie, że ja nie odczuję żadnej różnicy między porodem główkowym a pośladkowym to "my, stojący po drugiej stronie krocza mamy pełne gacie, bo to poród trudny do odebrania", powiedział mi ostatnio jeden z lekarzy i zapewnił, że dla nich priorytetem jest zapewnienie matce i dziecku bezpieczeństwa.
Właściwie to wiedziałam, że jednak na dobrowolną cesarkę się jednak nie zdecyduję, bo chyba bym tego potem nie odżałowała. Dylemat jaki mi pozostał, to czy po prostu czekać aż się zacznie, czy może spróbować obrotu zewnętrznego, (czyli próbę odwrócenia dziecka do pozycji główkowej przez doświadczonego położnika przez powłoki brzuszne), który w moim szpitalu jest wykonywany. 
I pewnie bym się jednak na to zdecydowała, gdyby nie to, że podczas USG zupełnie niespodziewanie usłyszałam: "położenie główkowe". Aż kazałam zdumionemu lekarzowi powtórzyć! :D
No Nicpoń jak nic! Tyle czasu trzymać matkę w niepewności! Tylko teraz naprawdę najlepiej byłoby jak najszybciej urodzić, skoro on taki Obrotny jest, bo jeszcze znowu się przekręci! (odpukać)
Dziwnie mi właśnie, bo Wiking na tym etapie już był na świecie od paru dni... A więc czekamy. W poniedziałek idę na kolejne KTG a jeśli nie urodzę w ciągu najbliższych 10 dni, to mam się zgłosić na Izbę Przyjęć na wywołanie. Ale wolałabym, żeby jednak tym razem samo się zaczęło niż poddawać się tej całej indukcji...

Inne ułożenie Nicponia niż Wikinga to jedna z wielu rzeczy, którą ta ciąża różni się od poprzedniej, o czym już wspominałam parę razy. Nie różni się na pewno tym, że oczywiście mam znowu cukrzycę. Od razu jak tylko się zorientowałam, że jestem w ciąży wyciągnęłam swój stary glukometr i pomiary cukrów nie pozostawiały mi złudzeń, a krzywa cukrowa, którą zrobiłam już w 10t.c tylko to potwierdziła. Tym razem jednak największa różnica była w moim podejściu - nie przejmowałam się tym specjalnie, po prostu przeszłam na dietę i już. Nie traktuję teraz tej cukrzycy jako jakiejś patologii (którą jednak niewątpliwie jest), tylko jako coś oczywistego, co towarzyszy ciąży :) Przebieg jednak był nieco inny, bo o ile poprzednio nie miałam żadnego problemu z glikemią na czczo, a musiałam czasami nieźle się nagimnastykować, żeby po posiłkach mieć dobry cukier, to tym razem było na odwrót. Po posiłkach, jeśli tylko nie "nagrzeszyłam", nie było żadnego problemu, ale na czczo moje wyniki bywały różne, co było już dość mocno frustrujące, bo o ile posiłki można modyfikować, to w takim wypadku niewiele mogłam sama zrobić, poza eksperymentami dotyczącymi tego, co zjeść tuż przed snem. (Ostatecznie przez połowę ciąży codziennie jadłam stały zestaw: serek wiejski, trochę wędzonego łososia i pół kalarepy:P, jakim cudem mi się to nie przejadło, nie wiem :D) W pewnym momencie otarłam się już o insulinę, umówiona już byłam w poradni na konsultację, żeby lekarz wydał odpowiednią dyspozycję i wtedy właśnie okazało się, że glikemie jakoś samoistnie się unormowały i tak już zostało do dziś. (No mówię, że Nicpoń! Może nawet nie tylko Obrotny ale i Przewrotny!)
No dobra, to co z tymi różnicami? Tym razem, co było raczej do przewidzenia, mój brzuch jest większy. Co prawda też nie jakiś gigantyczny, a w pracy dopiero pod koniec szóstego miesiąca ludzie się zorientowali, że jestem w ciąży (i to też tylko ci bardziej spostrzegawczy, bo bywali i tacy, co nagle się w grudniu zdziwili :P), ale jednak jest. Przytyłam też więcej i nad tym ubolewam, chociaż wiem, że w zasadzie na zdrowy rozum nie powinnam, bo to nadal jednak tylko 5 kilogramów, co chyba jest poniżej normy (no ale ja mam inne normy może :D).
Poza tym, trochę gorzej się czułam. Głównie na początku ciąży (kiedy to jeszcze nawet o niej nie wiedziałam, więc nie miałam pojęcia, skąd to gorsze samopoczucie). Nie wiem na czym polegają te poranne mdłości, ale może w moim wypadku przyjęły właśnie taką postać, że czułam się ogólnie osłabiona, bolała mnie głowa i byłam tak ogólnie rozbita. Pamiętam, że podczas naszego pobytu na wakacjach, parę razy musiałam się nagle położyć, bo nie miałam na nic ochoty.
Generalnie byłam też zdecydowanie bardziej zmęczona, zwłaszcza w okresie od września do grudnia (czyli w drugim trymestrze). Często po pracy musiałam uciąć sobie drzemkę albo zasypiałam podczas usypiania Wikinga... 
Myślę jednak, że to ostatnie spowodowane było głównie tym, że mój tryb życia w tej ciąży jednak był zupełnie inny niż w poprzedniej. Teraz jednak wstawałam codziennie w okolicach 5:30, ogarniałam rano siebie i Wikinga, prowadziłam go do przedszkola i pędziłam na autobus. Jechałam do pracy (dojazd trwa 40-60 minut, ale proszę mi nie współczuć, bo przypominam, że ja naprawdę to lubię :)), w której spędzałam często intensywne 8-8,5h (a właśnie, trzymanie się diety cukrzycowej pracując to też nie lada wyzwanie, bo jednak zdarzało mi się zapomnieć o tym, że muszę coś zjeść, zapomnieć zmierzyć poziom cukru albo zjeść byle co, byle szybko :), nie mówiąc już o sytuacjach, kiedy szliśmy większą grupą na lunch albo ktoś przynosił coś słodkiego - co w naszej firmie zdarza się zdecydowanie za często - trudno było oprzeć się pokusie..., jednego torcika bezowego z truskawkami do teraz nie mogę odżałować :P). W domu byłam około godziny 18:30 (pod koniec trochę wcześniej, bo szefowa wyganiała mnie z pracy trochę przed czasem) i nie mogłam sobie tak po prostu usiąść i odpocząć. Tak naprawdę wtedy czułam się najbardziej zmęczona, ale to był też jedyny czas, kiedy mogłam zrobić pranie/poprasować/posprzątać, czy zająć się innymi domowymi obowiązkami (przypominam, że we wrześniu się przeprowadziliśmy, więc ciągle miałam i nadal mam jakieś kartony do rozpakowania :)). No i oczywiście bycie w ciąży podczas gdy ma się już jedno dziecko to naprawdę nie jest sielanka, bo po prostu często nie można sobie pozwolić na to, żeby powiedzieć: "nie teraz" do stęsknionego synka. I tak mam fajnie, że Franek gotuje i że to on kąpie Wikinga, ale wieczorami zawsze musiałam się trochę z Wikingiem pobawić, zrobić mu jakąś kolację (zwłaszcza, że miał fazę "mama! tylko mama!") i położyć go spać. Odkąd leżakuje w przedszkolu, nie mamy już takich długich wieczorów tylko dla siebie, które zaczynały się między 19 a 20. Teraz Wikuś często chodzi spać dopiero około 21, a zdarza się i dużo później. Na szczęście potrafi też czasami być wyrozumiały :) Pamiętam, jak kiedyś zasnęłam przed telewizorem i przebudziłam się, kiedy synek przyniósł mi kocyk, żeby mnie przykryć :P Czasami też mówiłam mu, że chcę poćwiczyć, a on mi na to pozwalał i albo ćwiczył ze mną, albo siadał obok i przyglądał się temu, co robię. A bywa też tak, że po prostu idzie do swojego pokoju, bierze cały stos książeczek albo innych zabawek do łóżka i tak siedzi, siedzi, siedzi, zajmując się sobą, dopóki nie zaśnie :P (uwielbiam te wieczory, chociaż jednocześnie oczywiście nie mogę się pozbyć tak zupełnie wyrzutów sumienia, że zaniedbuję swoje dziecko i pozostawiam je samo sobie :P)
Zdecydowanie, jakkolwiek bym nie lubiła tego stanu, ciąża która nie jest pierwszą ciążą naprawdę nie jest sielanką. Nie jest to ten sam cudowny czas dogadzania sobie lub też kontemplowania jego wyjątkowości :) (z braku lepszych slów, bo najlepszym dla mnie określeniem definiującym ten stan jest "self-indulgence", ale jakoś nie umiem tego tak trafnie przetłumaczyć :)) Nie można ot tak sobie wrócić do domu i walnąć się na kanapę z myślą "dzisiaj już nic nie robię, tylko głaszczę się po brzuchu i czytam". I choćby nawet brzuch się napinał, plecy bolały, Dzieciak się kręcił aż do bólu, nie ma zmiłuj, nie można usiąść i już :)
Dopiero teraz poczułam, że bycie w ciąży może być naprawdę wyzwaniem. Ale nie zmienia to faktu, że i tak jestem z siebie dumna, że sobie raczej ze wszystkim w miarę radziłam i radzę, bez zbędnego użalania się nad sobą. I że moja aktywność specjalnie na tym nie ucierpiała. Mimo wszystko systematycznie ćwiczę, przeczytałam całe mnóstwo książek i powylegiwałam się parę razy w wannie pełnej gorącej wody i piany, więc nie jest aż tak źle, jak się tylko człowiek dobrze zorganizuje :P

Aaa, jeszcze jedna różnica mi się na koniec przypomniała. Tym razem mam jakąś fatalnie obniżoną odporność. Już trzeci raz w ciągu ostatnich trzech miesięcy jestem porządnie przeziębiona. Normalnie prawie nie choruję a przeziębieniami się w zasadzie nie przejmuję. Ale nie jest łatwo chorować w ciąży, w dodatku z cukrzycą, kiedy nie można praktycznie niczego zażywać. A już na pewno niczego sensownego, co faktycznie by pomogło. To mnie wkurza na maksa. Na szczęście wczoraj wreszcie poszłam do lekarza i dowiedziałam się, że na tym etapie, jak ciąża jest już donoszona, to można brać już większość leków, więc wreszcie udało mi się w miarę przespać noc po tym, jak wzięłam syrop przeciwkaszlowy wieczorem!

***

Na koniec jeszcze taka refleksja odnośnie blogowania. Zawsze jest mi tak trudno zabrać się za pisanie, a jak już zacznę, to zastanawiam się, dlaczego nie robię tego częściej, bo przecież tyle jest rzeczy, o których jeszcze chciałabym opowiedzieć... Nie znalazłam na to póki co jeszcze sposobu. Nie lubię pisać długich notek (chociaż zawsze mi takie wychodzą, echhh!) i zła jestem na siebie za brak zwięzłości, ale jak już zacznę opowiadać, to lubię się skupiać na szczegółach. Czasami korci mnie, żeby notkę podzielić na dwie lub więcej, ale zachodzi obawa, że potem znowu się nie będę mogła do tej drugiej zabrać przez dłuższy czas, więc niech już będzie długo.

niedziela, 4 lutego 2018

"Samosię", czyli jak to się właściwie stało, że za chwilę znowu rodzę :D

Napomknęłam kiedyś, że informacja o ciąży właśnie w tym momencie, była dla mnie raczej niespodzianką. Ale też nie można na pewno nazwać jej wpadką, nawet "kontrolowaną" ;) O ile w przypadku pierwszego dziecka, pomyśleliśmy po prostu, niech się dzieje co chce, tym razem kwestia ta wyglądała nieco inaczej, bo zawsze chcieliśmy mieć dwójkę dzieci (no, może poza pierwszym półroczem życia Wikinga, wtedy wydawało nam się to po prostu nie do ogarnięcia :P), między którymi w dodatku różnica wieku nie będzie zbyt duża. Nie wyobrażałam sobie, zachodzić w ciążę zbyt szybko - np. po roku od pierwszej, bo chciałam sobie trochę pożyć (i pożyłam, oj tak :)), a jeszcze bardziej nie wyobrażałam sobie mieć w domu dwulatka i noworodka. Ale z kolei różnica wieku między dziećmi wynosząca nawet cztery lata wydawała mi się już zdecydowanie zbyt duża - zarówno ze względu na nie, jak i na nas, rodziców, którym przecież lat nie ubywa ;) Czas jednak płynie bardzo szybko, ani się obejrzałam, a Wiking miał już prawie dwa lata...  Jesienią 2016 roku, pierwszy raz chyba tak bardziej serio przeszła mi przez głowę myśl, że czas się zastanowić nad  tym, jakie są nasze plany odnośnie dążenia do tego, żeby nasza rodzina stała się modelowym (modelowym dla mnie, bo tak zawsze mi w głowie siedziało :)) 2+2. Był nawet taki jeden dzień, kiedy pomyślałam, że chyba naprawdę trzeba przestać czekać na upragnioną stabilizację w pracy, bo mogę się nie doczekać. Zaczęłam nawet rozmowę na ten temat przez telefon z Frankiem i... o ironio, właśnie tamtego dnia dostałam w poprzedniej firmie wypowiedzenie. Pozostało mi tylko żałować, że nie jestem w tym momencie w 12-tym tygodniu ciąży, chociaż tak naprawdę wiedziałam, że nie byłam na to jeszcze do końca gotowa. 

A później była nowa praca, niby stabilniejsza jeśli chodzi o warunki, ale jednocześnie, szybko przyszła informacja o tym, że firma zostanie wkrótce wykupiona przez inną, dużo większą... I tak to się toczyło. Jak nigdy wcześniej odczułam, że żadnej gwarancji nie będę miała nigdy. Dokładnie rok temu - jakoś tak w okolicach lutego, znowu rozmawialiśmy z Frankiem o ewentualnych planach dotyczących powiększenia rodziny. Była to rozmowa czysto hipotetyczna. Po prostu dzieliłam się swoimi przemyśleniami na temat tego, że czas ucieka i że chyba chciałabym mieć znowu niemowlaka w domu, ale z drugiej strony jakoś nie widziałam dla niego miejsca w swoim życiu. Wydawało mi się, że nie ma na to warunków i nie potrafiłam wyobrazić sobie znowu tej rewolucji. To wszystko było dla mnie tak skomplikowane, że wolałam się już bardziej w to nie zagłębiać. Nawet teraz trudno mi wyjaśnić odczucia, które mi towarzyszyły :) Żyliśmy sobie więc tak, jak do tej pory, trochę z dnia na dzień, nie snując żadnych planów i nawet nie jestem pewna, czy jeszcze na ten temat rozmawialiśmy - on co prawda gdzieś tam cały czas wisiał w powietrzu i pojawiał się w postaci jakichś krótkich wzmianek, ale żadnych postanowień nie było. Jakoś wyłączyłam myślenie o tym - a przynajmniej takie świadome :) 

I chyba właśnie dlatego, kiedy okazało się, że jednak jestem w ciąży, zastanawiałam się, jak to się właściwie stało :P Tak naprawdę chyba do dzisiaj tego nie wiem. Po prostu żyliśmy wtedy czymś innym, wiele się wokół nas działo. Miałam dużo spraw na głowie - zarówno tych służbowych, jak i prywatnych. Drugi kwartał ubiegłego roku był dla mnie bardzo intensywny, poza tym dość spontanicznie podjęliśmy decyzję o zakupie mieszkania, a do tego skupiłam się na rozwiązaniu pewnych drobnych problemów zdrowotnych, które się pojawiły, no i jeszcze mieliśmy kłopot z nianią, więc na szybko organizowaliśmy Wikingowi miejsce w przedszkolu... Dlatego też nie miałam zupełnie głowy do jakichś obliczeń, skupiania się na cyklu itd. Tak mi się wydawało, że chyba okres mi się spóźnia, ale wciąż kładłam to na karb tego, jaki tryb życia ostatnio prowadzę. Ostatecznie test zrobiłam dla świętego spokoju - tylko dlatego, że następnego dnia miałam zaplanowaną dużo wcześniej kontrolną wizytę u ginekologa :) I bardzo się zdziwiłam. Chociaż to brzmi śmiesznie, tak naprawdę do dzisiaj mam wrażenie, że to stało się jakoś tak "samosię" :)

Szok był duży, to po pierwsze. A po drugie, miałam poczucie, że to naprawdę nie jest dobry moment, zwłaszcza jeśli chodzi o moją ówczesną sytuację zawodową, kiedy to chwilę wcześniej dostałam propozycję zmiany stanowiska. Ale było też po trzecie, które z każdym dniem oswajania się z wiadomością o ciąży, wysuwało się na pierwszy plan. Bo po trzecie, był to również bardzo dobry moment - ze względu na to, że właśnie podpisaliśmy umowę z deweloperem na zakup mieszkania oraz na to, że trzy lata różnicy wieku między dziećmi wydawały mi się najbardziej idealne.

Dzisiaj już po tym szoku oczywiście nie ma śladu i została tylko myśl o tym, jak dobrze się stało :) Naprawdę się cieszę, że tak jak chciałam, będziemy mieli dwójkę dzieci i że jest to akurat w tym momencie naszego życia. Również pod względem mojej sytuacji zawodowej okazało się, że dobrze się stało, bo jesteśmy w trakcie reorganizacji i tak naprawdę kompletnie nic nie wiadomo, jak będzie to wszystko funkcjonowało za jakiś czas. A tak przynajmniej jest szansa, że wrócę, kiedy największy chaos będzie już opanowany. I jest też niestety czarny scenariusz, że okaże się, że nie będzie do czego wracać, (odpukać) ale w takim wypadku ta ciąża również jest w odpowiednim czasie, bo przecież nie mogłabym sobie absolutnie na nią pozwolić, będąc bez pracy.

Jak to często bywa, okazało się więc, że los dobrze wiedział, co robi, nie przejmując się za bardzo moimi dylematami ;) Chociaż prawdę powiedziawszy, zastanawiam się, jaki w tym wszystkim był udział mojej podświadomości, bądź też jakiegoś rodzaju intuicji. Czasami mam wrażenie, że choć rozum podpowiada co innego i wręcz stwarza pozory takiego, a nie innego postępowania, serce i tak robi swoje, a na końcu okazuje się, że cały organizm dobrze na tym wychodzi :) 

wtorek, 23 stycznia 2018

No i skończyło się rumakowanie...

...powiedziałam do mojej szefowej, dzwoniąc do niej po ostatniej wizycie u lekarza. Jak wspominałam ostatnio, miałam nadzieję, że pociągnę jeszcze chociaż o tydzień dłużej, a najlepiej o dwa, ale niestety się nie udało i od trzech dni siedzę w domu na zwolnieniu. Chociaż, prawdę mówiąc, spodziewałam się, że tak może się skończyć, kiedy na cztery dni przed planowaną wizytą pojawiły się plamienia. I rzeczywiście, okazało się, że to nic groźnego, ale że muszę przez parę dni odpocząć, żeby nie przeszarżować i nie doprowadzić do jakiegoś wcześniejszego porodu albo coś. Do tego doszedł jeszcze taki katar, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie miałam i dostałam przykaz, żeby ograniczyć spacery, nie wysilać się, nie ćwiczyć i absolutnie nie dźwigać. Właściwie już po jednym dniu stosowania się do zaleceń było ok i oczywiście teraz wyrywam się do pracy, bo jak to tak, dobrze się czuję i w domu siedzę?? :) Ale tak naprawdę nie ma sensu, żebym wracała, bo już po sobie posprzątałam, uporządkowałam wszystkie sprawy, przeszkoliłam zastępczynię i mój powrót na tydzień tylko by niepotrzebnie skomplikował sprawę. Od 1-go i tak musiałabym pójść na zwolnienie, bo w dniach mamy kilkudniowy wyjazd służbowy, na który oczywiście chciałam jechać i nawet był plan, że wygłoszę prezentację, ale to było jeszcze gdy myślałam, że będzie on parę dni wcześniej pod Warszawą. Kiedy okazało się, że miejscem docelowym jest Janów Podlaski, stwierdziłam, że nie mam zamiaru aż tak ryzykować i sobie odpuszczę :) 

Mojemu odpoczynkowi sprzyjało to, że Wiking pojechał na ferie do dziadków do Poznania:) Nie musiałam mu przynajmniej tłumaczyć, dlaczego nie mogę go brać na ręce. Waży co prawda niewiele jak na trzylatka, bo 12,5 kg, ale absolutny zakaz dźwigania to absolutny. No i w ogóle jednak nieobecność naszego kochanego synka zdecydowanie mocno mnie odciążyła i sprzyjała wypoczynkowi. Franek miał wolny weekend, więc mieliśmy też okazję przypomnieć sobie, jak to jest bez dziecka :) Nie byłabym sobą, gdybym w tym czasie nic nie zrobiła w domu oczywiście, ale ograniczyłam się do przejrzenia paru kartonów i uporządkowania sterty dokumentów, która czekała na mnie od wieków i tylko rosła. Kiedy sytuacja się ustabilizowała i upewniłam się, że 20-30 minut dziennie lekkich ćwiczeń dla ciężarnych szkody mi nie wyrządzi wróciłam do nich, bo bez tego zwyczajnie nie czułam się najlepiej ani fizycznie, ani psychicznie. 

Początek roku dał nam trochę popalić, sporo się działo. W związku z urodzinami Wikinga pierwszy tydzień zszedł nam na przygotowaniach mini imprezy dla gości. Pokusiłam się nawet na upieczenie pierwszego w życiu tortu i wyszedł całkiem niezły ;) Wikuś świętował również następnego dnia w przedszkolu i z tych emocji aż dostał wysokiej temperatury.
Ja w biurze miałam mnóstwo pracy, głównie ze względu na początek roku, ale również dlatego, że wiedziałam, że mam niewiele czasu na zrobienie tego wszystkiego. Musiałam przygotować wszystkie zestawienia, sprawozdania, uporządkować dokumenty... Było naprawdę intensywnie, ale opłaciło się, bo kiedy faktycznie nadszedł ten dzień, kiedy nagle musiałam ustąpić, miałam już właściwie wszystko posegregowane, rozpisane i nie było żadnych zaległości ani bałaganu. 

Jak wspomniałam, czuję lekki niedosyt, ale z drugiej strony potrafię też dostrzec pozytywne strony tego, że już jestem w domu. Zyskam jeszcze parę chwil tylko dla siebie w czasie, kiedy Wiking będzie w przedszkolu. Może trochę zwolnię, wyciszę się, bo jednak kiedy wracałam z pracy o 18:00 (a w czasie kiedy pracowałam na innym stanowisku nawet pół godziny później), niewiele już mi zostawało tego dnia. Ale jednak i tak odczuwam jakiś rodzaj satysfakcji, że przepracowałam prawie całą ciążę i nawet udało mi się to pogodzić z przeprowadzką i byciem mamą Wikinga.

To miało być takie wprowadzenie do notki, którą ostatnio napisałam w wordzie*, a wyszła ostatecznie cała notka :P Tak więc, żeby już dłużej nie przynudzać, o tym jak druga ciąża się różni od pierwszej i dlaczego nie jest sielanką oraz co właściwie robiłam, kiedy nie miałam czasu pisać, będzie następnym razem :D

*stwierdziłam ostatnio, że technologia postanowiła pokrzyżować mi plany jeśli chodzi o mój zamiar stopniowego powrotu na ten blog, bo nagle coś się stało i na komputerze domowym nie mogłam się zalogować na swój blog i w żaden sposób nie mogłam pozostawić komentarza ani u mnie, ani na jakimkolwiek innym blogu; na telefonie w ogóle nie mogłam się zalogować na bloggera; a blogowanie na służbowym w ogóle odpada, bo mamy pozakładane blokady na tego rodzaju strony :) 
Pisałam więc w wordzie, a jak wreszcie miałam chwilę, żeby się nad tym problemem pochylić, to okazało się, że to nic skomplikowanego, bo wystarczyło zainstalować inną przeglądarkę :D - to tak w razie, gdyby ktoś miał podobny problem ;) 

środa, 6 stycznia 2016

Początek i koniec w jednej notce.

Znalazłam w szkicach jeszcze jedną notkę, którą napisałam krótko po tym, jak dowiedziałam się o ciąży.  Pisałam pod wpływem emocji, choć już byłam trochę spokojniejsza. Te notki są dla mnie ważne, bo to niesamowite czytać o tym, jak się czułam i co myślałam wtedy, kiedy Wiking był tylko abstrakcją...

 ***
 Nareszcie przestał mnie boleć brzuch! Do środy codziennie odczuwałam jakieś kłucie w podbrzuszu, szczególnie po południu. Wczoraj mi przeszło i dzisiaj też jak na razie jest ok.
Swoją drogą to niesamowicie, jak zmienia się myślenie :P Do niedzieli nie wiedzieliśmy przecież jeszcze, że Ktoś postanowił sobie u mnie zamieszkać  - a dolegliwości miałam takie same i w ogóle na to nie zwracałam uwagi, poza tym, że mnie irytowały. Jak tylko się dowiedzieliśmy, zaczęłam weryfikować swoje zachowania - nie sprzątam już takim zapałem, w pracy uważam, żeby darować sobie jednak dźwiganie kartonów z 12 butelkami wina i nawet na rowerze jeżdżę wolniej! :P Zupełnie inaczej było jeszcze w sobotę, a przecież Ktoś już sobie siedział na miejscu. (BA! Przecież w ubiegły wtorek wnosiliśmy winem toast za Franka nową pracę!, ech, żebym ja wiedziała, że to moje ostatnie winko na dłuugi czas... nawet mojej Fortuny-Mirabelki nie zdążyłam wypić, ale Franek obiecał, ze ją dla mnie zostawi, bo to edycja limitowana!)
Ale spokojnie, nie dam się zwariować :) To znaczy - teraz trudniej jest mi trochę zignorować ból brzucha i po powrocie do domu z pracy wolę usiąść w pozycji półleżącej zamiast biegać ze szmatą i szorować szafki w kuchni, bo jednak mam świadomość, że przecież nie wiem, czy wszystko jest w porządku i lepiej losu nie kusić. Ale tak poza tym to bardzo pilnuję się, żeby nie tłumaczyć wszystkiego, że "przecież ciąża" i jak nie chce mi się czegoś zrobić to racjonalnie analizuję sytuację, żeby stwierdzić, czy to dlatego, że czuję się senna i osłabiona, czy może po prostu mam lenia :D
I jednak stwierdzam, że mam lenia! I biorę się za robotę. Ale wczoraj jak ten brzuch mnie nie bolał, to zdecydowanie mi się bardziej chciało - i wyprałam, i wyprasowałam, i ugotowałam zupę, i zrobiłam sałatkę, i posprzątałam...
Tak ogólnie rzecz biorąc, to boję się, że wręcz przegnę w drugą stronę :) I będę wymagać od siebie jeszcze więcej, niż zwykle, nie pozwalając sobie na chwilę słabości - bo taki już mam charakter. Zwłaszcza, że Franek za mną teraz cały czas łazi pytając jak się czuję i mówiąc, że tego mi nie wolno, a tamto powinnam :P

A tak serio - stwierdzam, że jednak się da oswoić tę myśl! Szybko mi poszło, prawda? :) Teraz już trochę inaczej o tym myślę. Nadal jestem podekscytowana, ale przestałam myśleć o tym, jaka to rewolucja. Jasne, że tak jest. Ale póki co wszystko jest po staremu, a zmiany będą postępowały stopniowo, więc myślę, że będę miała czas się nad nimi zastanowić.
Teraz mamy już za sobą etap szoku. Co prawda nadal trochę trudno nam uwierzyć, że to się tak po prostu stało :) Chyba nie spodziewaliśmy się, że pójdzie nam tak szybko, ale zdecydowanie już nie jesteśmy tak oszołomieni tą wiadomością.
Podchodzimy do tego spokojnie i oczekujemy z powściągliwą radością :) Oczekujemy na to, co się wydarzy, bo jesteśmy po prostu ciekawi, jak będę wyglądały nasze następne dni, tygodnie i miesiące. Nie zmieniło się jedno - nadal trudno ubrać te uczucia w słowa :)
***
 
Właśnie dzisiaj postanowiłam tę ostatnią wartą utrwalenia notkę wydobyć z archiwum, bo trudno, żebyśmy w tych dniach nie myśleli o tym, co się działo dokładnie rok temu. Każdego dnia niemal co chwilę łapię się na tym, że przypominam sobie, co robiłam rok temu o danej porze albo może raczej, co się ze mną działo, bo za wiele nie robiłam :) Trudno mi uwierzyć, że jeszcze rok temu Wikusia nie było z nami, a dzisiaj chodzi po całym domu podrygując sobie w rytm muzyki albo bawiąc się w zamykanie i otwieranie drzwi. Jeszcze bardziej niewiarygodne wydaje mi się, że to jest ten sam Ktoś, o którym wspomniałam 23 maja 2014 roku. Tamten Ktoś nie miał imienia, nie miał twarzy, jeszcze płci nawet nie miał. Wiadomość o jego pojawieniu się była dla mnie szokiem, ale z drugiej strony przez długi czas nie potrafiłam myśleć o nim jak o dziecku. Byłam po prostu w ciąży. Jakoś nie potrafiłam do końca połączyć tego momentu z tym, co miało nastąpić na początku stycznia :) I prawdę mówiąc cały czas jest to dla mnie taka abstrakcja, że nadal trudno mi ogarnąć to umysłem. W tym sensie zdecydowanie wierzę w cud narodzin.

6 stycznia pamiętam doskonale. Za oknem świeciło piękne słońce, niebo było błękitne i w ogóle pogoda była przepięknie zimowa. Przy porannym obchodzie lekarz powiedział, żebym przyszła za chwilę do jego gabinetu i tam dowiedziałam się, że prawdopodobnie będą robić wszystko, żebym tego dnia urodziła. Myślałam sobie, że to dobry dzień. Fajna data, będzie czwarty królewicz. Już widziałam tytuł tej notki oczami wyobraźni ;) Ale z godziny na godzinę mój entuzjazm opadał. Prawdę mówiąc tamtego dnia zaliczyłam poważny kryzys. Do tego stopnia, że aż się popłakałam Frankowi. Miałam wrażenie, że wszyscy dookoła rodzą, tylko nie ja, ja ciągle stoję w miejscu. W dodatku stresował mnie lekarz (bardzo sympatyczny zresztą), który gdy tylko mijał mnie na korytarzu, pytał mnie, czy coś się dzieje i czy coś czuję. Miałam wyrzuty sumienia, że nic się nie dzieje :) Pojęcia nie mam, dlaczego ja tak to przeżywałam, bo przecież wiadomo było, że prędzej, czy później urodzę. Ale wtedy naprawdę czułam się tak, jakby to miało nie nastąpić. Dopiero kiedy poszłam na mszę do kaplicy i zaczęłam się modlić to mi przeszło. Oświeciło mnie wtedy, że przecież muszę być cierpliwa, bo będzie, co ma być. Naprawdę wyszłam odmieniona, miałam już zupełnie inne nastawienie i humor zdecydowanie mi się poprawił. 
I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, kiedy odpuściłam, zaczęło się. Mniej więcej dokładnie o tej porze rok temu odeszły mi wody. Nie jestem pewna, o której, ale było to podczas wieczornego KTG, które miałam podłączane w okolicach godziny 21. Sprawdziłam sobie nawet połączenia z ubiegłego roku i widzę, że o 20:25 rozmawiałam z Frankiem - prawdopodobnie mówiłam mu wtedy dobranoc, bo wiedziałam, że za moment nie będę mogła rozmawiać podłączona pod aparaturę. Następne połączenie jest o 21:03, potem 21:27 i 21:54. Przypuszczam, że kolejno dzwoniłam do Franka, żeby mu powiedzieć, że odeszły mi wody, że czekam na badanie lekarskie i że ma przyjeżdżać, bo jednak rodzę. 
Uwielbiam takie retrospekcje :) Jestem teraz prawie tak samo podekscytowana, jak rok temu, tyle, że wtedy nie spodziewałam się, że tak długo to będzie trwało. Wiecie, co jest najciekawsze? Że wróciłabym do tamtego momentu, nawet pomimo tego koszmarnego bólu. W końcu skoro przeżyłam raz, to przeżyłabym i drugi :) Choć wtedy (i jeszcze parę dni po) wydawało mi się, że to jest po prostu niemożliwe. 

środa, 15 lipca 2015

Szpital na Żelaznej.

Sporo już czasu minęło od czasu mojego porodu, ale myślę, że jestem winna szpitalowi, w którym rodziłam, taki wpis (a także kilku z Wam, którym taką notkę swego czasu obiecałam :)), jak również opinię na stronie "gdzierodzić", którą na pewno również wkrótce zamieszczę.
Przez długi czas zielonego pojęcia nie miałam, gdzie chciałabym rodzić. Ba! Ja nawet nie wiedziałam, jakie są opcje. Jedyne, co mi przychodziło do głowy, to może żeby tam, gdzie jest moja lekarka prowadząca, choć to chyba nie byłby najlepszy wybór...
W połowie października rozpoczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Kiedy się przedstawialiśmy, trzeba było podać termin porodu, płeć i ewentualnie imię dziecka oraz szpital, który się wybrało. Zdziwiło mnie całkowicie, że niemal wszystkie pary mówiły o szpitalu na ulicy Żelaznej. Wcześniej nic o nim nie słyszałam. W dodatku kiedy przez przypadek weszłam na stronę szpitala i zobaczyłam, że to "Szpital Specjalistyczny Św. Zofii" albo też "Centrum Medyczne Żelazna", nie wiedzieć czemu, skojarzyło mi się, że to zapewne jakaś prywatna placówka.
Dopiero fakt, że tyle par w grupie zdecydowało się na ten szpital dało mi trochę do myślenia. Ale początkowo tłumaczyłam to sobie tym, że po prostu położna organizująca szkołę rodzenia tam pracuje i ludzie na to się decydowali ze względu na nią. Teraz myślę, że było na odwrót i pary, które chciały rodzić na Żelaznej, szukały szkoły rodzenia w jakiś sposób związanej z tym szpitalem. 
Już w trakcie zajęć wydawało mi się, że szpital ten jest naprawdę bardzo przyjazny pacjentkom i nie chodziło tylko o to, że położne zachwalały swoje miejsce pracy. One po prostu opowiadały o tym, jak jest. A było tak, jak mnie odpowiadało. Poza tym zaczęłam już powoli czytać opinie w internecie i trochę rozpytywać. Okazało się, że szpital ten ma chyba najlepszą opinię jeśli chodzi o blok porodowy, oddział położniczy i noworodkowy w Warszawie. 
Strasznie napaliłam się na to, żeby właśnie ten szpital był szpitalem pierwszego wyboru (miałam w zanadrzu jeszcze dwa inne, które również miały dobre opinie, ale kobiety rodzące wypowiadały się z reguły negatywnie na temat opieki poporodowej i pomocy przy dziecku). Kiedy pojechałam tam na pierwsze KTG, wizyta w tamtym miejscu tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu!
Niestety jedynym, za to ogromnym minusem było to, że wszyscy mówili o tym, jak trudno jest się do tego szpitala dostać ze względu na ogromną ilość pacjentek czekających na poród właśnie tam. Zastanawialiśmy się nawet nad wykupieniem opieki położnej, ale było już na to trochę za późno, do tego to był ogromny koszt (1500zł) i choć szanse się zwiększały to takiej stuprocentowej gwarancji to nie dawało.

Było kilka rzeczy, na których bardzo mi zależało. Przede wszystkim chciałam rodzić w sali pojedynczej - nie z drugą kobietą za parawanem. Tylko to gwarantowało mi komfort psychiczny i przede wszystkim pewność, że nikt nie wyprosi z sali mojego męża. W salach podwójnych różnie to bywa, bo druga pacjentka może sobie nie życzyć obecności obcej osoby (i wcale się temu nie dziwię). Poza tym zależało mi, aby szpital dawał możliwość aktywnego porodu - żeby nie trzeba było leżeć cały czas (o tak! dobrze kombinowałam, bo teraz już wiem, że nie byłabym w stanie wyleżeć! męką było dla mnie, gdy kazali mi się położyć na badanie!), aby była jakaś wanna, prysznic, drabinki, piłka itp. Ze względu na moją cukrzycę, ważne było dla mnie, aby regularnie wykonywane było KTG podczas porodu, ale tak, żebym nie musiała leżeć podpięta pod maszynę. Poza tym chciałam, żeby po porodzie był kontakt z dzieckiem "skóra do skóry", który trwałby przynajmniej przez godzinę oraz aby w przypadku cesarskiego cięcia była możliwość kangurowania dziecka przez ojca.
No i oczywiście bardzo ważną rzeczą dla mnie było podejście personelu w ogóle - przede wszystkim ludzkie, ale trochę serdeczności by na pewno nie zaszkodziło :) Zresztą ja na punkcie życzliwości jestem trochę zbzikowana i bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie z którymi mam do czynienia byli zwyczajnie mili. Poza tym chciałam liczyć na pomoc z ich strony, bo wydawało mi się (i nie pomyliłam się), że kiedy dziecko już przyjdzie na świat, wiele rzeczy będzie dla mnie czarną magią. Nie chciałam też, aby zbyt szybko i pochopnie podejmowano ewentualną decyzję o cesarce (z tego właśnie powodu dość szybko zrezygnowałam ze szpitala, w którym pracuje moja lekarka, bo tam są bardzo "nowocześni" i śpieszno im do wszelkich zabiegów), ale żeby też nie przesadzali w drugą stronę ze swoją "naturalnością" i aby można było bez problemu otrzymać znieczulenie.

Muszę przyznać, że szpital na Żelaznej absolutnie spełnił wszystkie moje oczekiwania, a nawet więcej! Wydawało mi się, że to niemożliwe, aby faktycznie wszystkie pozytywne opinie (a niemal wszystkie takie były, ostatnio pojawiło się nieco więcej negatywnych ) na stronie "gdzierodzić" były prawdziwe. A jednak! Wszystko było "najprawdziwszą prawdą". Było wręcz lepiej, niż oczekiwałam. 
Położnej nie wykupiliśmy, ale i tak zostałam przyjęta. Myślę jednak, że to był dobry czas - święta, Sylwester itp. Nie chodzi mi o to, że kobiety porody wstrzymywały :P Tylko może gdzieś wyjechały albo zalecone kontrolne KTG przesunęły w czasie, bo dopiero po 6 stycznia zrobił się ruch w interesie. Kiedy ja już byłam w trakcie porodu, w izbie przyjęć czekało 16 dziewczyn, u których coś się już działo! Można więc powiedzieć, że miałam szczęście! W ogóle to jak mnie przyjęli do szpitala na początku byłam załamana - nie zdążyłam zrobić jeszcze tylu rzeczy! Ale za chwilę przyszła refleksja (podsunięta mi trochę przez Franka), że dobrze się stało, bo przynajmniej mam już pewność, że urodzę właśnie w tym szpitalu.
Sama opieka na oddziale patologii ciąży też była wspaniała! Niemal wszystkie położne - do rany przyłóż! Uśmiechnięte, serdeczne, uprzejme, wspierające. W zasadzie nie lubiłam tylko dwóch, przy czym co do jednej zmieniłam zdanie, bo ostatecznie tak się złożyło, że to ona właśnie miała dyżur, kiedy się u mnie zaczęło dziać i okazała się jednak całkiem fajna.
W czasie porodu "zaliczyłam" aż trzy zmiany położnych i każda była równie fajna i pomocna. Naprawdę czułam, że mam wsparcie, nawet mimo tego, że nie opłaciłam sobie opieki indywidualnej. Na pewno wszystkie rodzące słyszą, że są wspaniałe i świetnie sobie radzą, ale to nieważne - dla mnie i tak te słowa były ważne ;) Nie zniosłabym, gdyby w takiej chwili ktoś jeszcze na mnie krzyczał! To, że w tych naprawdę trudnych momentach, kiedy miałam już dość, otrzymywałam wsparcie psychiczne od położnych, jakąś pomoc i rady, naprawdę dużo mi dawało. Myślę, że oprócz Franka, to właśnie zachowanie i podejście położnych spowodowało, że dziś wspominam swój poród bardzo dobrze - nawet pomimo tego zaskakującego, koszmarnego bólu.
Kiedy już było po wszystkim, mogłam się o wszystko dopytać i na spokojnie porozmawiać z położnymi, które zajęły się i mną i Wikingiem - przystawiły Wikinga do piersi, przebrały go, potem pomogły mi się wykąpać i przebrać. Czułam się w tamtym momencie, jakbym była jedyną pacjentką w całym szpitalu...

Na bloku porodowym, oprócz położnych było bardzo dużo studentek i myślę, że to też było ogromnym plusem, bo dzięki temu personel mógł poświęcać dwa razy więcej czasu i uwagi każdej położnicy, niż gdyby ich nie było.

Ze względu na ogromne obłożenie szpitala, po porodzie nie zostałam przewieziona na oddział położniczy, tylko zostałam na bloku porodowym w sali porodowej zaadaptowanej na poporodową. Miało być na chwilę, zostało na trochę dłużej. Początkowo byłam rozczarowana, bo godziny odwiedzin na tym oddziale były tylko między 15 a 17. Ale dość szybko przywykłam i nawet nie chciałam już być przenoszona, bo za to byłyśmy pod naprawdę troskliwą opieką w zasadzie non stop! Co chwilę przychodziły studentki albo położne, żeby zapytać, czy nie trzeba w czymś pomóc. W każdym momencie można było poprosić kogoś o pomoc w jakiejkolwiek sprawie. To naprawdę było wspaniałe! Kiedy w niedzielę popołudniu zostałam przeniesiona z powrotem na patologię (bo tam dwie sale były dla kobiet z noworodkami), to mimo, że opieka nadal była bardzo profesjonalna, to już nie było to samo. Więc w gruncie rzeczy miałam podwójne szczęście.

Zdecydowanie muszę potwierdzić wszystkie pozytywne opinie na temat szpitala na Żelaznej. Jedyny zarzut jaki mam to do jedzenia, bo było paskudne ;) Ale tylko to, które miałam na diecie cukrzycowej, kiedy już urodziłam i mogłam jeść normalnie to i jedzenie było lepsze. Jednak to drobiazg. Poza tym nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń. Było... naprawdę fajnie w tym szpitalu i pobyt tam do dziś wspominam z sentymentem i rozrzewnieniem... Wyjeżdżałam stamtąd ze łzami w oczach, bałam się, jak sobie poradzę sama. Poza tym brakowało mi bardzo tego zainteresowania moją osobą. Przez długi czas pobyt w szpitalu śnił mi się jeszcze po nocach - i to nie w formie koszmarów. Naprawdę każdej kobiecie życzyłabym porodu i pobytu w takim właśnie szpitalu.
Gdybym miała jeszcze kiedyś rodzić to tylko tam - tylko szkoda, że faktycznie mają tam takie obłożenie, że zdarza się, że muszą odsyłać rodzące kobiety albo przetrzymywać je na izbie przyjęć... No, ale wszak to nie dziwota.

piątek, 19 czerwca 2015

Wspomnienie ciąg dalszy... - nazajutrz


W szkicach znalazłam jeszcze trzy notki, które napisałam tuż po tym, kiedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Zabawnie mi się teraz to czyta :) Niemal czuję te emocje, które zawładnęły mną wtedy. Przypominam sobie wszystko.. Gdyby nie te wpisy, to chyba nie potrafiłabym aż tak dobrze odtworzyć tamtych uczuć, były tak nietypowe dla mnie, że prędzej wydawałoby mi się, że ich nigdy nie doświadczyłam :) Ale proszę, oto dowód! (kontynuacja notki z 20 maja)

Nie mogliśmy wczoraj z Frankiem zasnąć. Te emocje i myśli nas przytłoczyły. Położyliśmy się z obietnicą, że idziemy spać i nie będziemy rozmawiać ani rozmyślać. Ale się nie dało. Najpierw rozmyślaliśmy każde w swojej głowie, a później rozmawialiśmy... Po 1:00 Franka oddech się zmienił, więc chyba wreszcie udało mu się zasnąć. Ja miałam gonitwę myśli jeszcze przynajmniej do 2:00, kiedy to ostatni raz spojrzałam na zegarek :)
Nie ogarniam tego, co się dzieje, naprawdę :) Czy w ogóle da się uwierzyć w to wszystko? Czy można do tego po prostu przywyknąć i ot tak przyjąć, że oto rozpoczęła się dla nas nowa rzeczywistość? Bo jak na razie to jest dla mnie niewyobrażalne. Choć na razie przecież teoretycznie nic się nie zmieniło, to tak naprawdę zmieniło się wszystko i jakoś nie potrafię sobie miejsca znaleźć.
Pewnie wydaję się Wam jakimś dziwadłem, że to właśnie takie emocje mi towarzyszą :) Ale ja zawsze powtarzałam, że jeśli chodzi o dzieci, to mam podejście zdecydowanie bardziej racjonalne niż emocjonalne. Chciałam dzieci, ale ich nie planowałam - być może dla kogoś zabrzmi to jak sprzeczność, ale tak nie jest :) Ja po prostu czekałam, wiedziałam, że ten moment pewnie po prostu przyjdzie.I przyszedł.
Jednak to racjonalne "chcenie" nie stało się nigdy u mnie emocjonalną tęsknotą. Na dzieci obcych ludzi spoglądałam bez większego zainteresowania, na dzieci w rodzinie patrzyłam z uśmiechem i lubiłam się z nimi pobawić. Ale to nie były moje dzieci, więc nie miałam w stosunku do nich jakichś głębszych uczuć.
Dlatego też teraz nie jestem w euforii, moja radość jest - znowu - racjonalna :) Przede wszystkim jestem nadal oszołomiona i nie dociera do mnie, że to już :) A poza tym jestem strasznie podekscytowana! Myślę, że to słowo chyba najtrafniej odzwierciedla to, co się dzieje wewnątrz mnie.

Jakbym nie kombinowała, nie potrafię tego opisać... Chyba muszę poczekać, aż emocje opadną i wtedy będę mogła odnaleźć tę radość, którą znam :) Nie tę szaloną, której nie potrafię ogarnąć - której nie rozumiem, która mnie męczy biegając po moim ciele w te i we wte. Ale tę wyważoną, rozsądną, niosącą nadzieję, dającą pozytywną energię... :) Czekam na nią, bo te aktualne emocje mnie po prostu rozerwą na strzępy. Ja tego nie wytrzymam jeśli to będzie trwało przez kolejne osiem miesięcy :P No i dobrze by było jednak się wyspać przez ten czas ;)

c.d.n.

środa, 20 maja 2015

Wspomnienie...

 Mniej więcej rok temu napisałam notkę, której nie opublikowałam. Najpierw było za wcześnie, potem się nie złożyło, potem o niej zapomniałam. Ale stwierdziłam, że przyszedł na nią czas. Dzisiaj tamte emocje już nie straszą :)
***
Pisząc pierwsze zdanie tej notki, wiem doskonale, że jej nie opublikuję. To znaczy – nie opublikuję jej na razie, ale na pewno zrobię to za jakiś czas.
A napisać muszę, bo jakoś muszę poradzić sobie z tymi dziwnymi emocjami, których jeszcze nigdy w życiu nie doświadczyłam. Cóż, ale to chyba zrozumiałe, w końcu jeszcze nigdy nie byłam w ciąży. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, choć po prawdzie, cały czas płaczę. Jestem zaskoczona, podekscytowana i przerażona. Czy się cieszę? Na pewno się nie martwię. Łzy nie są łzami smutku, ale to też nie jest jakaś ogromna radość – to są łzy zdenerwowania.
Dopiero od dwóch godzin o tym wiem. To spadło na mnie tak nagle... Ot tak, krótki spacer, który skończył się zakupem testu ciążowego. Zakupem trochę dla jaj, bo przecież nie brałam na serio takiej ewentualności pod uwagę. A jednak. Przecież gdybym wierzyła, że coś ten test może wykazać, to nie proponowałabym, że zrobię go jutro rano, bo nie chciałabym tego robić sama. Ale Franek powiedział, że mam go zrobić teraz, bo przecież on też chce wiedzieć.. Całe szczęście, że to powiedział! Nie wyobrażam sobie siedzieć z tą wiedzą samej w domu! I jeszcze iść do pracy!
Nie wierzę w te dwie kreski. Cały czas chodzę sprawdzić, czy to tak na serio?? Szok, po prostu szok.

Usiadłam obok Franka, zapłakana, cała się trzęsłam. Franek mnie pocieszał - to znaczy, może to nie jest dobre słowo, bo przecież nie stało się nic złego. Ale mówił, że będzie dobrze i że się poukłada. Zapytałam, czy mam zadzwonić do mamy. Przecież zawsze ze wszystkim dzwonię najpierw do mamy. Ale nie miałam odwagi. Nie minęło pięć minut, kiedy to mama zadzwoniła do mnie. Nie odebrałam. 
Zadzwoniłam do Doroty. Chyba musiałam zrobić próbę generalną... Powiedziałam jej, że nie pójdę już z nią na imprezę :( Nie wiedziała o co mi chodzi, dopóki znowu z płaczem nie oznajmiłam jej, że jestem w ciąży i nie będę mogła pić. Ucieszyła się! Bardzo. A jeszcze wczoraj wysłała mi smsa, że nie może się doczekać, aż będę miała dzieci, bo do kina wchodzi "Pat i Kot" i "Czarnoksiężnik z krainy Oz: Powrót Dorotki" i nie ma z kim iść.
Odetchnęłam i zadzwoniłam do mamy. Pogadałyśmy chwilę o innych sprawach, a potem powiedziałam, że muszę jej coś powiedzieć.. I że chyba jestem w ciąży.. 
A mama na to: "no to co?"* I wtedy zrobiło mi się lepiej. Potem powiedziała jeszcze, że to już najwyższy czas. I że pewnie, ze się cieszy.
Uff, trochę mi ulżyło, że ktoś już wie. Ktoś oprócz mnie i Franka. Ale jestem totalnie skołowana. Oszołomiona. Rozwalona od środka. Przerażona. Podekscytowana. Nie wiem co czuję. Jest w tym coś pozytywnego, ale nie umiem tego określić. Na pewno nie jest to zła wiadomość, ale nie jestem pewna, czy jestem na to wszystko gotowa... Z drugiej strony nie wiem, czy kiedykolwiek bym była.
Pewnie jeszcze przyjdzie czas na takie refleksje, na razie jestem zbyt przepełniona tym emocjonalnym miksem, żeby trzeźwo myśleć. Taki zwykły dzień, a taki niezwykły. Na pewno zapamiętam go już do końca życia.
***  

*:)) Pewnie sobie myślicie, że to straszne, że to beznadziejna reakcja, że co to za mama, czy też przyszła babcia... A ja Wam powiem - najlepsza :) Bo właśnie takiej reakcji potrzebowałam. Oczywiście wiedziałam, że nie będzie zła, ale bałam się, że może podzieli wszystkie moje obawy, że będzie mówiła, że to niedobry czas. Wiedziałam też, że nie wpadnie w dziką radość z tego powodu, ale miałam myśli, ze może jednak, a ja nie byłam na taką radość gotowa, bo mój stan ducha by jej nie podzielił. Ale mama była po prostu sobą i jak zwykle swoim stoickim spokojem spowodowała, że i mnie się on udzielił. A tym zwyczajnym "no to co" sprawiła, że faktycznie uwierzyłam, że no to co? Że przecież to nic takiego, że to normalne, że niezależnie od tego, jak się życie potoczy, niezależnie od wszystkich niepokojów, jakoś się ułoży.Większość z Was zna mnie na tyle dobrze, że wiecie, że bardzo sobie cenię stoicyzm i powściągliwość w pewnych sytuacjach. Dlatego też ta reakcja była dla mnie idealna. W przeciwieństwie do reakcji mojej teściowej, która się popłakała ze wzruszenia, czym mnie nieco zirytowała, bo nie czułam się komfortowo, a potem jeszcze zrobiła z tego wielkie halo i tym mnie zirytowała jeszcze bardziej do społu ze szwagrem :) Po prostu nie lubię takiej wylewności i chociaż wiecie, że wszelkie niedopowiedzenia i niejasności pragnę wyjaśniać do znudzenia, to w sferze emocjonalnej uważam, że lepiej coś zostawić właśnie niedopowiedziane. Bo lepiej po prostu wiedzieć, niż o tym mówić. Są rzeczy, które dla mnie są prawdziwsze, gdy niewypowiedziane :) Odbiegłam od tematu, ale kiedy dzisiaj czytałam tę notkę sprzed roku, uderzyło mnie jeszcze mocniej, jak ważna była dla mnie wtedy ta reakcja mojej mamy i jak ważne było to, że zareagowała właśnie tak. A pewnie są córki, które byłby taką reakcją mamy zawiedzione.
W ogóle niezwykłe jest czytać tego rodzaju notkę, jednocześnie mając przy piersi to dziecko, które wtedy, tamtego konkretnego dnia tak naprawdę było raptem drugą kreską na teście... Niesamowite, co fajnego z takiej kreski może wyrosnąć :):)

A na Noc Muzeów faktycznie nie poszliśmy... :) Ech, jakoś to przeżyłam ;)

piątek, 13 marca 2015

Popołogowo

Już 18 lutego minęło sześć tygodni od porodu, a więc zakończył się połóg. Jednak na wizytę kontrolną umówiona byłam dopiero 25 lutego, a z tą notką czekałam jeszcze na test obciążenia glukozą i wyniki, które dostałam niecały tydzień temu.
Pierwsza i najważniejsza chyba wiadomość - nie nabawiłam się cukrzycy typu drugiego :) Mogłam się tego co prawda spodziewać, bo kiedy wyrywkowo mierzyłam sobie cukier po posiłkach to wyniki miałam rewelacyjne, ale wiedziałam, że dopiero krzywa cukrowa rozwieje wszelkie wątpliwości. Tak się stało i teraz już naprawdę mogę całkowicie odetchnąć i skupić się na tym co dobrego ta cukrzyca ciążowa wniosła w moje życie - bo o tym, że wniosła wiele już pisałam, a o szczegółach pewnie jeszcze będzie (zwłaszcza na specjalne życzenie niektórych z Was :))

Muszę powiedzieć, że kiedyś - a właściwie wcale nie tak dawno temu, bo może jeszcze półtora roku temu, gdy o ciąży i dziecku myślałam czysto hipotetycznie - najbardziej bałam się spustoszenia, jakie w moim organizmie poczyni 9 miesięcy noszenia dziecka pod sercem a później poród i czas po nim. Oczywiście myślałam także o konsekwencjach powiększenia rodziny i o tym, jak bardzo zmieni się życie po pojawieniu się w niej nowego członka, ale w tej notce chciałabym się skupić na aspektach bardziej fizycznych. Wiele się nasłuchałam o tym, jak się kobieta sypie podczas i po ciąży i naprawdę się tego obawiałam - tego, że moje ciało zmieni się całkowicie i nie wróci już do stanu wcześniejszego, bałam się rozstępów, nadwagi, wiotkiej skóry, nadmiernego porozciągania tu i ówdzie, bałam się o kondycję paznokci, włosów, zębów, kręgosłupa i tego, że nie wrócę do formy. Wiem, to są oczywiście sprawy bardzo przyziemne, ale skłamałabym twierdząc, że w ogóle mi na wyglądzie nie zależy. Wręcz przeciwnie. Co prawda nie jestem na pewno osobą próżną, ale zdecydowanie zawsze starałam się wyglądać dobrze dla samej siebie. Nie miałam kompleksów, ale w dużej mierze to była zasługa tego, że o siebie dbałam i nie dopuszczałam do tego, żeby czuć się źle we własnym ciele. Rzecz jasna moje obawy nie były na tyle silne, żeby z ich powodu w ciążę nie zachodzić ;), ale kiedy to się już stało całkowicie się ich nie pozbyłam.

Jednak okazało się ku mojemu zadowoleniu, że martwiłam się zupełnie niepotrzebnie :) Jak wiecie, ciąża przebiegała u mnie spokojnie i prawie bezobjawowo, jeśli można tak powiedzieć :P Nie miałam zbyt wielu dolegliwości - nawet pod koniec, chyba tylko nocne sikanie i zgaga w ostatnich tygodniach od czasu do czasu mi dokuczały. Moja figura szczególnie nie ucierpiała, skóra, włosy i paznokcie także nie. Nie puchły mi nogi, nie bolały plecy, właściwie naprawdę nie odczułam odmienności mojego stanu i przyznam, że mogłabym w takiej ciąży chodzić jeszcze kolejny rok, tylko pewnie już bym się nie mogła tego dziecka doczekać :D
Ale spodziewałam się, że dopiero w połogu i później pojawią się prawdziwie niemiłe niespodzianki. Bardzo bałam się pierwszych dni po porodzie, zwłaszcza, że moja mama ma bardzo złe wspomnienia z tego czasu. Ze mną było zupełnie inaczej, w czwartek rano, a więc niecałe dwanaście godzin po porodzie wstałam bez problemu i umyłam się i uczesałam jak co dzień. Nie miałam też żadnych kłopotów z korzystaniem z toalety, a podobno to się zdarza po porodzie naturalnym. Krwawiłam, ale nie było to szczególnie uciążliwe - ot, nieco bardziej obfita miesiączka. Podczas karmienia odczuwałam lekki ból brzucha spowodowany obkurczającą się macicą, ale w porównaniu do bólu porodowego to był pikuś :P W czwartek w ogóle praktycznie nie czułam bólu, tylko lekki dyskomfort między nogami. Dopiero w piątek coś mnie bolało, chodziłam ostrożnie i pewnie lekko kaczkowato, ale nawet dziewczyna z mojej sali, która ledwo się ruszała zapytała mnie, jak to możliwe, że ja sobie przy śniadaniu siedzę w pozycji noga na nogę, wcinam jakby nigdy nic i w ogóle nie wyglądam, jakbym dopiero co urodziła. Poza tym wszystkim dziewczynom, z którymi rozmawiałam spuchły po porodzie nogi. A mnie nie dość, że nie spuchły, to jeszcze nie miałam żadnej pozostałości brzucha ciążowego, więc szpitalne znajome śmiały się, że chyba jestem podstawiona i wcale nie rodziłam :P
W kolejnych dniach musiałam po prostu uważać przy siadaniu, bo tylko wtedy czułam lekki ból. Kiedy Franek przyszedł do mnie w odwiedziny, cały czas powtarzał, że naprawdę dobrze wyglądam. Chyba był tym faktem lekko zdziwiony, bo nijak mu to nie pasowało do tego, co przeżyliśmy na porodówce, myślał pewnie, że po takiej masakrze będę dłużej do siebie dochodziła. Moi rodzice też potwierdzili, że jestem w dobrej kondycji, zwłaszcza mama była zaskoczona, bo sama po porodzie przez kilka dni ledwo chodziła.
W szpitalu przez kilka dni dostawałam jeszcze w żyłę antybiotyk, w brzuch lek przeciwko zakrzepicy i doustnie żelazo. Po wyjściu ze szpitala musiałam jeszcze przez miesiąc brać żelazo, bo miałam anemię, ale ostatnie wyniki badania krwi były już bardzo dobre.
Krwawienie utrzymywało się chyba mniej więcej do dwóch tygodni po porodzie (pod koniec to już było tylko plamienie). Ból krocza ustąpił szybko - potem już tylko czułam lekki dyskomfort spowodowany gojeniem się rany i rozpuszczaniem się szwów. Lekko mnie ciągnęło i swędziało. Dwa tygodnie po porodzie został mi już tylko jeden szew, ale chwilę później zniknął. Odważyłam się zajrzeć w wiadome miejsce i wszystko się ładnie zagoiło, po nacięciu śladu praktycznie nie ma - tylko dlatego, że wiem, że było, to coś widzę.
Jeśli chodzi o sprawy kosmetyczne - paznokcie nie zaczęły mi się łamać a włosy nie wypadają garściami, mimo, że chyba nawet hormony przestały mnie chronić :) Cera też mi się nie zmieniła, naprawdę nie zauważyłam, żeby cokolwiek się zmieniło - poza moją sylwetką. Ale to już wiecie. Pisałam Wam, że ważę 45,5 kg. Przeżyłam szok, kiedy zobaczyłam na wadze taką liczbę. Później piątka zaczęła się zmieniać w czwórkę i myślałam, że to jest już szczyt moich możliwości! Wydawało mi się niemożliwe, żeby chudnąć jeszcze bardziej. Ale się myliłam, bo na początku tego tygodnia ważyłam 43 kg (w dodatku waga się wahała, czy przypadkiem nie wskazać 42,8) - jeszcze pół kilo i będę miała wskaźnik BMI poniżej 17 (o zgrozo - wychudzenie!). Mama przyjechała z zamiarem utuczenia mnie i trochę jej się udało (pierogami, lasagne i drugim śniadaniem w postaci drożdżówek i rogalików na słodko), bo dzisiaj już jest na wadze prawie pół kilo więcej :) Lekarze stwierdzili, że to w zasadzie normalne, że chudnę mniej więcej dwa kilo na miesiąc - nienormalne po prostu było to, że w ciąży nie przybrałam 8-12kg. Ich jedyną radą jest po prostu to, żeby więcej jeść... A ja już więcej nie mogę! Jem już naprawdę duże porcje. Kiedy są rodzice to też jest inaczej, bo jedzenie robi się "samo" i mam je podstawione pod nos. 
A niektórzy stwierdzają, że po prostu taka moja uroda - odezwały się moje geny. Dopóki dostarczałam sobie kalorii w postaci piwa, słodyczy i fast foodów (nie jakichś ogromnych porcji, ale jednak) to waga mniej więcej utrzymywała się na równym poziomie. A jak zaczęłam jeść normalnie - ograniczając do minimum to, co nie ma zbyt wielu wartości odżywczych to schudłam.
Co ciekawe, tak bardzo przyzwyczaiłam się do mojego wyglądu, że już nie widzę tego, że jestem chuda. Owszem, z jednej strony widzę, że jestem zbyt koścista, mam za chude nogi i wszystkie ubrania na mnie wiszę, ale z drugiej potrafię się dopatrzeć zbędnego ciałka tu i ówdzie! Wiem, że to brzmi co najmniej głupio przy mojej niedowadze, ale tak jest! Muszę po prostu się zabrać za ćwiczenia, ujędrnić trochę ciało, na nowo wzmocnić mięśnie - zwłaszcza brzucha! Czas połogu się skończył, mogę więc powrócić do treningów. Na pewno nie będzie to tak, jak wcześniej - pięć razy w tygodniu, bo nie wystarczy mi na to czasu, ale tak ze dwa, trzy razy muszę! Zaczęłam od basenu. Wykorzystaliśmy obecność moich rodziców i byliśmy z Frankiem dwa razy popływać. W przyszłym tygodniu poćwiczę w domu i powoli się rozkręcę. Muszę uważać, żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie i nie zakwasić mięśni, bo Wikingowi się nie spodoba kwas mlekowy w jedzeniu. 

Podsumowując, jestem całkiem zadowolona z mojego pociążowego wydania i bardzo się cieszę, że doszłam do siebie w tempie ekspresowym i nie byłam szczególnie obolała po tak ciężkim porodzie. Mimo, że sam poród był naprawdę straszny i krótko po nim nie wyobrażałam sobie przeżywać tego po raz kolejny, (zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby urodzić drugie dziecko bez porodu i bez cc :P) to teraz sobie myślę, że jeśli trudny i długi poród ma być ceną za sprawnie przebiegającą ciążę i szybką rekonwalescencję poporodową, to warto ją zapłacić. Naprawdę, uważam, że lepiej się już przemęczyć nawet prawie dobę, bo cóż to jest te dwadzieścia parę godzin w porównaniu do kilku miesięcy. Haha, ciekawe, czy będę o tym pamiętać, jeśli przyjdzie mi rodzić po raz drugi! :P Każda ciąża jest inna, ale mam nadzieję, że jeśli znowu mi się przytrafi, to będzie równie przyjemna jak tasiemcowa a gdy już będzie po, będę mogła napisać podobną notkę (choć na krótszy poród też bym się nie pogniewała :))
I dodam jeszcze, że wcale nie uważam, że to w moim wypadku wszystko poszło jakoś tak wyjątkowo dobrze, że moja ciąża i okres połogu były niezwykłe i lepiej przebiegały niż u innych kobiet :) Bo zupełnie nie o to mi chodzi, a o to, że strach ma wielkie oczy, bo tak bardzo się obawiałam tych kilkunastu miesięcy przed i po porodzie (pewnie myślałam o tym częściej i bardziej intensywnie niż większość kobiet), że teraz jestem po prostu bardzo pozytywnie zaskoczona :)
Aż mi trochę żal, że ciąża jest już za mną, że się już nie powtórzy (bo za drugim razem już będzie Wiking i ta druga ciąża już nie będzie czasem tylko dla mnie), a nawet, że jest już po połogu i teraz stałam się po prostu kobietą, która urodziła, ale już nikogo nie interesuje jak się czuję i jak było :P To zainteresowanie było całkiem przyjemne.

piątek, 13 lutego 2015

Zmierzamy ku końcowi

Trochę mnie tu nie było, dawno nie odnotowałam takiej przerwy :) Skorzystałam z tego, że była u nas teściowa i w wolnych chwilach zajmowałam się kilkoma sprawami, na które ostatnio nie mam w ogóle czasu, ponieważ bardzo absorbuje mnie taki mały ktoś :) Poza tym tę notkę pisałam na raty przez kilka dni - możecie więc ją sobie też na raty przeczytać, bo chyba jeszcze tak długiej w historii mojego bloga nie było :) Ale stwierdziłam, że już dość tej opowieści w odcinkach i nie będę notki dzielić :)

Wspomnę jeszcze, że sytuacja mojej koleżanki potwierdzałaby to, co pisałam w ostatniej notce - Karola ma cukrzycę ciążową i termin porodu na 14 lutego,czyli jutro. Wczoraj z nią rozmawiałam i pytałam, czy coś się dzieje. Na razie nic i lekarze jej zapowiedzieli, że jeśli do czternastego nie urodzi, to od razu w niedzielę ma się zgłosić do szpitala i będą indukować poród siłami natury. Więc nie wywołują przed terminem, ale nie czekają aż samo się ruszy po terminie. W moim przypadku zapewne byłoby tak samo, więc kto, wie, może dzisiaj zamiast miesięcznego niemowlaka mielibyśmy w domu dopiero półtoratygodniowego noworodka (przy założeniu, że wywoływanie też trwałoby ten tydzień :)) Ale w sumie dobrze, że już mamy za sobą ten miesiąc :)

Wracając do mojej opowieści:
Wróciłam z tej kaplicy, ledwo zdążyłam się umyć i przyszła położna, żeby podłączyć mnie, jak co wieczór pod KTG. Położyłam się i zostałam podłączona pod aparaturę, a że nastrój naprawdę mi się bardzo poprawił, pogrążyłam się w pogawędce z dwiema moimi "współlokatorkami". I nagle poczułam coś ciepłego między nogami. W pierwszej sekundzie pomyślałam, że to jakieś plamienie po badaniu, ale za moment się zreflektowałam, że jest tego dużo za dużo! Czułam, jakbym się zsikała dosłownie. Zadzwoniłam po położną, zbadała mnie i stwierdziła, że to nie wody. Ale nie bardzo wiedziała co, powiedziała, że po zapisie zbada mnie jeszcze raz w gabinecie. Po prawie godzinie siedziałam/leżałam (no wiecie jak to jest :)) na fotelu ginekologicznym, a położna szukała mojej szyjki... Długo to trwało - to znaczy badanie długo trwało, ale okazało się, że to jednak wody płodowe. Za chwilę zawołała drugą położną i trochę mnie tym zestresowała, zwłaszcza, że minę miała jakąś niepewną - poprosiła ją, żeby ta zadzwoniła po lekarza. Zanim się zjawił, pierwsza położna dalej czegoś szukała w wiadomym miejscu, druga natomiast szukała aparaturą na moim brzuchu tętna dziecka. I w tym momencie Tasiemiec napędził nam niezłego stracha, bo nie było słychać NIC przez dobrą chwilę. Ale wreszcie się udało znaleźć dzieciaka, który się gdzieś zaszył - wtedy dopiero położne się przyznały, że już myślały, że coś jest nie tak... Przyszedł lekarz, pierwsza położna do niego podeszła i coś tam poszeptała, z czego usłyszałam, że czuje główkę i coś jeszcze, może rączkę? Lekarz mnie zbadał, później jeszcze zrobił mi USG, po czym zapytał, czy jest miejsce na porodówce. Nie było, ale miało się znaleźć za godzinę... Rezerwowali mi miejsce, a tymczasem ja wróciłam na salę pod KTG. Wtedy to właśnie napisałam Wam, co się dzieje :) Nudziło mi się, a byłam zbyt podekscytowana, żeby czytać, więc najpierw zadzwoniłam po Franka, a potem chwyciłam za tableta.
Tuż przed północą przyszły po mnie położne z bloku porodowego. Franek już na mnie czekał na korytarzu przed wejściem na oddział. Zaprowadzono nas do "naszej" sali porodowej i kazano się rozgościć. Zostałam podłączona pod kroplówkę i znowu zapis KTG, co chwilę przychodziła położna i pytała, czy czuję skurcze. Mówiłam, ze nie bardzo. W końcu około drugiej położna powiedziała, że proponuje, abyśmy przemyśleli jej radę - Franek jedzie do domu się wyspać i ja też próbuję się przekimać na tym łóżku porodowym, bo jej wygląda na to, że nic się nie zacznie dziać do rana, a tak będziemy wykończeni, kiedy przyjdzie co do czego... I rzeczywiście, Franek pojechał do domu. Ja próbowałam spać, ale łatwe to nie było, bo jakieś tam skurcze jednak miałam - nie bardzo silne, ale jednak mnie budziły co te piętnaście minut. Około szóstej ocknęłam się już na dobre z tego sennego majaczenia, po dwóch godzinach nareszcie odłączyli mnie od aparatury i mogłam iść do toalety! Tyle płynu we mnie wlali, że pęcherz mi już pękał.

Od dziewiątej skurcze stawały się coraz bardziej bolesne i nie mogłam doczekać się Franka, który przyjechał dopiero po 10tej. No, ale przynajmniej on się wyspał. Skurcze już mnie naprawdę bolały, ale zarówno położna, jak i lekarka mówiły, że nie widać tego po mnie. Zapytałam więc przerażona, czy to oznacza, że będzie gorzej?? Odpowiedziały mi, że różnie bywa, każda pacjentka jest inna i nie ma co porównywać. Odpowiedź przyszła za jakieś dwie godziny - otóż było duuużo gorzej! Tak, chyba od południa ból był naprawdę nie do zniesienia, a skurcze przychodziły co dwie minuty - potem częściej, ale już nawet nie miałam głowy do tego, żeby to liczyć. Weszłam pod prysznic, ciepła woda łagodziła trochę ból, nie chciałam więc spod niego wyłazić, ale musiałam, bo znowu przyszedł czas na zapis KTG. Myślałam o nim z przerażeniem, ale na szczęście nie musiałam się kłaść na łóżko (kiedy leżałam ból był nie do zniesienia), tylko mogłam siedzieć na dmuchanej piłce. Ale już kolejne badanie musiało się odbyć na leżąco. Ledwo wytrzymywałam, gdy najpierw pani doktor, a później jeszcze dwie położone sprawdzały, czy jest jakiś postęp. Niestety cały czas niewielki - szyjka co prawda trochę się odgięła od tylnej pozycji, ale nadal była długa i miała małe rozwarcie. Podebatowano trochę nade mną, zażartowano, że mam skarpetki pod kolor majtek (a to nie był komplet :P) i stwierdzono, że następne badanie za około dwie godziny. W międzyczasie niestety badanie krwi, które miałam wykonane z powodu tego, że wody długo mi odchodziły, a do porodu nie doszło, wykazało, że wdała się infekcja. Oprócz oksytocyny i nawadniania dostałam więc jeszcze w żyłę antybiotyk (który niestety nie pomógł jak się później okazało nie ustrzegł biednego Tasiemca od infekcji i dlatego musieliśmy zostać dłużej w szpitalu - tak więc ujemny wynik badania GBS, który miałam dwa tygodnie wcześniej niczego nam nie zagwarantował). 

Tymczasem, choć wydawało się to po prostu niemożliwe, skurcze się nasiliły. I rzeczywiście doznałam tego stanu, o którym czasami słyszałam - że podczas porodu w pewnym sensie się odpływa. Odpłynęłam z bólu po prostu. Wcześniej nie bałam się porodu. Bałam się innych rzeczy - że będę w domu sama, kiedy się zacznie, że nie będę wiedziała, że to już, że nie przyjmą mnie do tego szpitala. Te obawy odeszły, gdy zostałam przyjęta na oddział i zastąpiła je jedna - że nie zdążymy z porodem przed końcem frankowego urlopu, ale samego porodu i bólu się nie bałam. Oczywiście nie podchodziłam do tematu zupełnie na luzie, ale myślałam sobie, że jakoś to będzie, że dam radę, przecież nie ja pierwsza i nie ja ostatnia, że jakoś to przeżyję itd. Ale teraz przyznaję - CZEGOŚ TAKIEGO TO JA SIĘ W ŻYCIU NIE SPODZIEWAŁAM! Nie sądziłam nawet, że ból może być tak nieznośny! On jest tak niewyobrażalny, że nawet teraz - paradoksalnie - nie mogę go sobie przypomnieć! :) Potem nie pomagał już prysznic, nie pomagały też woreczki, które położna mi systematycznie podgrzewała i "montowała" na krzyżu i w podbrzuszu. Nic nie pomagało. To znaczy - łagodziło to trochę ból, ale on był tak ogromny, że ta ulga była ledwo odczuwalna. Zaczęłam już nawet gadać jakieś głupoty (choć tylko ja wiem, ile głupot pomyślałam, ale jakimś cudem się powstrzymałam i nie powiedziałam ich położnej i lekarzom :)) Doszło też do tego, że mówiłam, że nie dam rady, że na pewno nie dam rady! Najpierw mówiłam to Frankowi, później położnej, która odpowiedziała: "jak to nie da pani rady, pani Małgosiu!? przecież jakoś tego Wiktorka na świat trzeba sprowadzić, nie ma innego wyjścia, świetnie sobie pani radzi" W to ostatnie szczerze wątpiłam. Położna poleciła mi krzyczeć przy skurczach. Nie mogłam się jakoś na to zdobyć - zaczęła więc krzyczeć razem ze mną i doradzała mi, jak to robić :) Na początku czułam się niepewnie. Potem usłyszałam za ścianą podobne krzyki, więc dodało mi to animuszu. A później to już mi było wszystko jedno :P Frankowi mówiłam, że umieram z bólu i słowo daję, że miałam takie wrażenie! Kiedy siedziałam na tej piłce, to w krótkich przerwach między skurczami dosłownie odpływałam - nie doznałam nigdy takiego stanu. No, może jak sobie porządnie popiłam.. Ale chyba nawet wtedy nie. Miałam jakieś majaki, jakby sny, ale ja nie zasypiałam, tylko odpływałam w jakąś nicość, jakbym traciła przytomność. A potem czułam, że skurcz się znowu zbliża, otwierałam oczy, podnosiłam głowę - widziałam rozmazanego Franka (który nie wiedział, co ze sobą zrobić z bezradności), wszystko, co widziałam było rozmazane albo podwójne - i z rozpaczą w głosie mówiłam - o nie! znooowuuu! W ręce trzymałam dziesiątkę różańca, myślałam, że skupiając się na modlitwie nie będę czuła bólu - ale gdzie tam! Nie dałam rady dojść nawet do połowy pierwszej "zdrowaśki" - za bardzo bolało. Ale przez całą pierwszą fazę trzymałam ten różaniec w ręce i starałam się skupiać chociaż na paciorkach, skoro na słowach modlitwy się nie dało. W drugiej fazie różaniec przeszedł w ręce Franka, który trzymał go do samego końca. To będzie dla nas bardzo ważny różaniec - obym go nie zgubiła (bo mam do tego tendencję, nawet nie wiem kiedy, wypada mi z kieszeni płaszcza lub kurtki).

Potem było kolejne badanie - tym razem już tylko z położną i choć nadal niewiele się zmieniło, to coś się już trochę ruszyło i była szansa na to, że będzie lepiej. I że dostanę znieczulenie - wcześniej nie wiedziałam, czy będę korzystała z ZZO, ale w tamtym momencie już wiedziałam, że inaczej nie dam rady! Położna powiedziała, że poczekamy jeszcze dwie godziny - a potem wóz albo przewóz - czyli, że lekarz podejmie decyzję o tym, czy są szanse, na poród naturalny, czy jednak będzie cesarka, ze względu na słabą akcję porodową (to już była siedemnasta godzina od momentu odpłynięcia wód oraz szósta godzina odkąd stymulacja oksytocyną została ponownie rozpoczęta - wcześniejsze dawki zostały jakby "anulowane") Położna zasugerowała, żebym usiadła na piłkę z powrotem. Odpowiedziałam, że nie, bo wtedy odpływam i jest mi jeszcze trudniej wrócić do rzeczywistości, jeszcze bardziej boli. Ale położna nalegała - powiedziała, że jeśli mój organizm potrafi się w taki sposób zregenerować choć przez tą krótką chwilę, to mam z tego skorzystać. Poza tym mówiła, żebym się trochę na tej piłce poruszała - kręciła biodrami, w miarę możliwości podskakiwała. Wiedziałam, że powinnam, ale nie mogłam się na to zdobyć - bo ten ruch powodował, że skurcze były częstsze i silniejsze. Oczywiście wiedziałam, że o to właśnie chodzi, ale po prostu nie mogłam... Pomógł mi Franek, który stał koło mnie i mobilizował mnie do tego, żebym się ruszała - mówił, że wie, że boli, ale im więcej skurczów, tym szybciej wszystko pójdzie, tym szybciej dostanę znieczulenie. Franek był moim głosem rozsądku, naprawdę go słuchałam i robiłam, co mówi. 

Odnośnie jego obecności podczas porodu - jestem pewna, że bez niego nie dałabym rady! Byłabym sama w sali (bo przecież położna nie była ze mną cały czas w I fazie), nie byłoby nikogo, kto by mnie mobilizował, komu mogłabym się wypłakać, kogo mogłabym złapać za rękę. Albo nawet kto pomógłby mi się rozebrać i ubrać przy wchodzeniu pod prysznic albo korzystaniu z toalety (kiedy się jest non stop pod kroplówką, to naprawdę nie takie proste), kto by mnie napoił (dosłownie, bo - zwłaszcza w drugiej fazie porodu - Franek po prostu trzymał mi butelkę i wlewał wodę do ust). Kto zawołałby położną, kiedy nie byłam w stanie dosięgnąć przycisku. Sama nawet nie wiem, czy bardziej podziwiam, czy może dziwię się kobietom, które dobrowolnie rezygnują z obecności partnera przy porodzie - ale chyba jednak to drugie. Ze wszystkich "wspomagaczy", to masaż Franka najbardziej łagodził mój ból. Przy każdym skurczu, (uprzedzałam o nim Franka albo on sam widział na zapisie KTG) podchodził do mnie i masował mi plecy w odcinku krzyżowym. I może nie tyle sam masaż był tak bardzo pomocny, ile sam fakt, że skupiałam się wtedy na dotyku Franka bardziej niż na bólu. Poza tym liczyło się wsparcie psychiczne oraz po prostu sama obecność! Porodu nie dałoby się opowiedzieć (choć próbuję to przecież zrobić w tej notce), ale nie musiałam, bo Franek był ze mną i widział, co to znaczy. (Swoją drogą potem powiedział, że szczerze podziwia wszystkie kobiety, które rodziły lub będą rodzić!) Już na zajęciach ze szkoły rodzenia mówił, że trochę się boi obecności przy porodzie - nie widoków, czy wrażeń, tylko tego, że będzie mnie bolało, a on nic nie będzie mógł zrobić. On też to bardzo przeżywał.Widziałam, że chował się od czasu do czasu za ścianką i wracał stamtąd z mokrymi oczami. Czasami chodził razem ze mną po sali, innym razem tylko siedział i obserwował, ale dla mnie to było ważne. Dopytywał położną, kiedy będę mogła dostać znieczulenie. Nawet krzyczał razem ze mną (choć tego nie pamięta :P - jak widać, nawet on doznał swego rodzaju szoku porodowego :D)  Podsumowując - NIE WYOBRAŻAM SOBIE, ŻEBY GO NIE BYŁO! Czułabym się najzwyczajniej w świecie nieszczęśliwa.

Z utęsknieniem czekałam na kolejne badanie. Wydawało mi się, że już go nie doczekam - nie dam rady. I byłam przekonana, że kiedy okaże się, że postępu nadal nie ma, to będę błagać o cesarkę - chrzanić to, że jej nie chciałam. W tym momencie chciałam już tylko, żeby wyjęli ze mnie to dziecko. Godziłam się z tym, że będę musiała przyznać, że nie dałam rady rodzić siłami natury, wtedy było mi naprawdę wszystko jedno. Ekipa przyszła trochę wcześniej niż za dwie godziny - udało się! Szyjka się skróciła, pojawiło się rozwarcie! Już mnie nawet nie pytali, czy chcę znieczulenie - po prostu to wiedzieli (nawet położna stwierdziła, że mimo, że skurcze miałam bardzo silne, to były jakieś mało efektywne) i zawołali anestezjologa. Dostałam jakieś papiery do podpisania, Franek je przeczytał. Ja po prostu podpisałam w ciemno - nie przejmowałam się tym, że może właśnie zrzekam się praw do dziecka, które wkrótce urodzę... (jeszcze jeden argument za tym, żeby ktoś był przy porodzie :)) Miałam szczęście, bo dosłownie po chwili przyszedł anestezjolog. Jemu też trochę pobredziłam. Zagadywał mnie i poszło szybko. Mam wrażenie, że już po chwili poczułam, niewyobrażalną ulgę! Nigdy w życiu nie spodziewałabym się, że to znieczulenie może mieć taki efekt! Niesamowite! NIC MNIE NIE BOLAŁO! Czułam skurcze - bardzo silne, nie dające się opanować, ale mnie nie bolały. Leżałam i odpoczywałam. Wróciła mi trzeźwość umysłu. Świat stał się piękniejszy :D Czułam wręcz jak się w środku otwieram i rzeczywiście, nie minęło chyba nawet pół godziny, kiedy znowu zostałam zbadana przez dwie położne i lekarza i usłyszałam - Pani Małgosiu, rodzimy!

Dostałam polecenie skorzystania z toalety i  przygotowania się do drugiej fazy porodu, która zaczęła się o 18:10. Mój nastrój zmienił się całkowicie, nagle byłam pełna energii i już nie czułam ani, że umieram, ani, że nie dam rady. Zaczęłyśmy (ja i położna, bo teraz już była ze mną cały czas - tzn. do 19tej, bo załapałam się już na trzecią zmianę :P Franek od tej pory stał się już raczej biernym obserwatorem, poza momentami, kiedy chciało mi się pić oraz kiedy miał ogrzewać pieluszki tetrowe na swoim brzuchu) pod drabinkami. I tu faktycznie się moje ćwiczenia przydały, bo potrzebne mi były mocne mięśnie i wytrzymałość - kiedy na przykład miałam przeć w kuckach, trzymając się rękami drabinek i stojąc na piętach z miednicą wysuniętą bardziej do przodu. O dziwo, sam fakt, że poród w tym momencie miał taką właśnie formę spowodował, że czułam się rozluźniona i pozytywnie nastawiona, bo to było trochę jak ćwiczenia fizyczne, które przecież tak lubię. Niemniej jednak miałam wrażenie, że nic się nie dzieje - choć położna wtedy właśnie powiedziała, że to jest tak, że dziecko robi krok do przodu i dwa do tyłu. Później przeniosłam się już na łóżko porodowe i tam próbowałyśmy różnych pozycji (już z inną położną). Wszystko niestety i w tej fazie trwało dość długo. Czułam się coraz bardziej zmęczona. Wytrzymałość to jedno, tego mi nie zabrakło, ale siłaczką to ja nigdy nie byłam i właśnie siły podczas tego porodu mi brakowało. Nie umiałam wypchnąć Tasiemca na ten świat - położne oraz lekarz (którego później już wezwano, skoro druga faza trwała ponad godzinę) kazali mi przeć jeszcze mocniej, a ja już robiłam to ze wszystkich swoich sił! Kazano mi też głośniej krzyczeć, miałam "ryknąć porządnie, a nie jakieś tam miałczenie!" :) - słowa lekarza. Miałam wrażenie, że więcej energii tracę na ten krzyk niż na parcie, ale oni się upierali, że to pomaga. Gardło bolało mnie jeszcze następnego dnia :P Swoją drogą, kiedy lekarz wszedł do sali, popatrzył mi między nogi, potem na mnie, przechylił głowę i się tak ładnie uśmiechnął. Pomyślałam sobie wtedy: "ale przystojniak! a ja taka nieumalowana:P" (chociaż kredką to się maznęłam, ale to było prawie 24 godziny wcześniej). Sił jednak mi brakowało - zawsze byłam raczej słabizną, ale pewnie niewyspanie, zmęczenie całodziennym porodem i fakt, że nic nie jadłam (mogłam tylko popijać sokiem jabłkowym rozcieńczonym wodą, żeby utrzymywać poziom cukru) się do tego przyczyniły. 
 Powoli zaczęłam tracić zapał. Znowu zaczęłam myśleć, że nie dam rady, bo przecież już naprawdę mocniej nie umiałam. Ale wtedy coś poczułam - tym czymś była główka i to dodało mi energii, bo wreszcie coś się zaczęło dziać, a przede wszystkim zaczęłam czuć, że to parcie coś daje, bo czułam, że się przesuwa. Później położna bez uprzedzenia wzięła moją rękę i położyła między nogami - poczułam główkę! pewnie miało mnie to dodatkowo zmobilizować. I rzeczywiście, już niedługo urodziłam główkę i... I to był właściwie koniec. Byłam w szoku, bo myślałam, że główka to dopiero początek i resztę będę rodzić jeszcze dłużej, a tymczasem, kiedy wyszła główka, to reszta praktycznie się wyślizgnęła i już podawali mi Wikinga do rąk! Zawołałam tylko: "to już?" I poczułam niewyobrażalną ulgę, że to już koniec! Pamiętam, że się z tego bardzo ucieszyłam i ten moment, kiedy podawali mi dziecko był rzeczywiście niezwykły, bo to był dla mnie taki szok, ale nie przypominam sobie, żebym doświadczyła czegoś, co mogłabym nazwać najszczęśliwszym momentem w moim życiu. Ale Franek do dzisiaj mówi, że nigdy nie zapomni mojej reakcji - że nigdy, w żadnym momencie, nawet na ślubie nie widział u mnie takiej radości, że tego się nie da opisać i że to było coś pięknego.

Ale fakt, trudno tak naprawdę opisać to, co czułam, kiedy dziecko już leżało na moim brzuchu. Trwało to ponad dwie godziny. Rozmawialiśmy z nim i przyglądaliśmy się mu. To naprawdę było coś i wracam do tego momentu myślami dość często - nie tyle do tego, co się wtedy działo, co właśnie do tych emocji, których wtedy doświadczyłam. Ale muszę powiedzieć, że nie zapomniałam od razu bólu, nie przestał się liczyć - jeszcze przez jakieś dwa dni o nim pamiętałam bardzo dobrze i myślałam sobie, że nie wiem, jakim cudem zdobędę się na to, żeby jeszcze kiedyś urodzić. Jednak teraz jest inaczej. Widocznie ja należę do tej grupy kobiet, które zapominają o bólu porodowym. Tyle, że nie zapomniałam go dlatego, że szczęście z powodu dziecka przysłoniło mi wszystko, a raczej dlatego, że po pierwsze mam to już za sobą i to jest piękne, a po drugie dlatego, że ten ból był tak nieziemski, że aż sobie nie umiem go teraz wyobrazić, a co za tym idzie również przypomnieć, bo wydaje mi się niemożliwe, żeby taki ból był w ogóle możliwy :P
Co ciekawe - zawsze gdy myślałam o tym, że poród boli, to myślałam właśnie o tej drugiej fazie, (pewnie jak większość) o tym, że musi boleć samo to, że dziecko musi się przepchnąć przez kanał rodny i wyjść z wiadomej strony. A tymczasem to mnie nie bolało! Zwłaszcza w porównaniu z pierwszą fazą. Oczywiście wcześniej miałam to znieczulenie, ale ono już ustąpiło. Czułam oczywiście skurcze i rozciąganą skórę, ale nie ból.

Urodziłam o 19:45. Kolejne trzy godziny wspominam bardzo dobrze. Wiking leżał przytulony do mnie, Franek siedział obok łóżka. Rozmawialiśmy trochę z położną, która mnie zszywała. Później Franek podał mi telefon, na wyświetlaczu którego widniało kilkanaście wiadomości i nieodebranych połączeń - zaczęłam więc odpowiadać. Potem zabrali ode mnie dziecko na stanowisko obok - ważyli je, mierzyli, ubierali, a tymczasem mnie przynieśli najpyszniejszą kolację, jaką kiedykolwiek jadłam :P A była to zupa pomidorowa oraz bułka z pasztetem :D Jakie to było dobre! Kiedy już zjadłam położne pomogły mi wstać (pierwsze co powiedziałam to - "gdzie mój brzuch?" :P, zaprowadziły do wanny, wykąpały mnie i ubrały. Powoli zaczęliśmy się zbierać i po 23:00 zaprowadzono nas do sali obok. Była to sala porodowa, ale z braku miejsc na oddziale położniczym, nieco ją przearanżowano. Zostałam z Wikingiem, a Franka niestety musieliśmy pożegnać.

Wszystko razem - od momentu gdy odeszły mi wody, do momentu, gdy Wikuś wylądował u mnie na brzuchu trwało mniej więcej 22,5 godziny, choć sam poród niby krócej, bo zaczęli liczyć czas dopiero od momentu kiedy skurcze były już konkretne. Tak czy inaczej wymęczyłam się i przyznam, że nie sądziłam, że to może potrwać tak długo. Nie obeszło się też bez komplikacji - nie uniknęłam nacięcia krocza, mimo, że  w tym szpitalu wykonują je w ostateczności. Ale w naszym przypadku ta ostateczność wystąpiła, bo jednak miałam problemy z wypchnięciem tej główki, a dziecku zaczęło już spadać tętno i to robiło się niebezpieczne. Kiedyś bardzo nie chciałam nacięcia, ale w szkole rodzenia wyjaśniono nam na czym to polega i dowiedziałam się, że lepiej, kiedy takie nacięcie jest wykonane w sposób kontrolowany, niż gdyby krocze miało samo pęknąć, więc przestałam się tego obawiać. Samego nacięcia nawet nie poczułam. Szybko się też zagoiło a dzisiaj praktycznie nie ma po nim śladu.
Niestety pękła mi też szyjka macicy, ale na szczęście pęknięcie nie było duże, szybko zostałam zszyta i nie powinnam mieć w przyszłości żadnych problemów w związku z tym.
Poza tym okazało się, że pępowina próbowała się ułożyć tak, żeby wyjść przed główką. To było już bardzo niebezpieczne - stanowiło bezpośrednie zagrożenie dla życia dziecka i gdyby się tak stało, że pępowina wychodzi najpierw, musiałabym w trybie pilnym zostać przewieziona na cesarskie cięcie. W każdym razie stąd właśnie były te zaniki tętna i dlatego właśnie lekarz i położna tak nade mną debatowali, kiedy odchodziły mi wody. No i dlatego ta druga faza tak długo trwała. Główce łatwo nie było, a i położna musiała cały czas kontrolować, czy główka idzie bez pępowiny.
Pępowina była bardzo, bardzo gruba. Położna nie mogła się temu nadziwić (teraz już wiemy dlaczego i ja przytyłam niewiele i dziecko urodziło się małe - po prostu wszystko poszło w łożysko i pępowinę :P) - ale też właśnie dzięki tej grubości pępowinie nie udało się wypaść! Gdyby była cieńsza, to według położnej na pewno wyszłaby przed główką. Zapytałam, co oznacza taka grubość i dostałam odpowiedź: "to znaczy, że się mama w ciąży dobrze prowadziła". Może to głupie, ale czuję się trochę tak, jakbym Wikingowi niemal życie uratowała tym zdrowym trybem życia w ciąży - bo gdyby ta pępowina była cieńsza, to wszystko mogło się potoczyć inaczej i kosztowałoby nas dużo więcej nerwów i kto wie, jak by się ostatecznie skończyło - wolę o tym nawet nie myśleć.

Podsumowując, myśląc o porodzie naprawdę nie spodziewałam się czegoś takiego! (może i dobrze :P) Trwał bardzo długo i był strasznie bolesny, ale o dziwo, nie wspominam go dzisiaj jako jakiejś traumy, wręcz przeciwnie, nawet dobrze o nim myślę (ale nie o samym bólu :)) Sądzę, że to zasługa Franka oraz przemiłych położnych i lekarzy, którym także nie mogłabym niczego zarzucić. No i te emocje (na pewno spowodowane w dużej mierze hormonami) oraz odczucia na sam koniec rzeczywiście wiele mi wynagrodziły. 
Cóż, ciekawe i faktycznie niezapomniane doświadczenie to było :) Nie jakieś mistyczne, ale końcówka naprawdę była piękna.
Jedno jest pewne - jeśli będę miała drugie dziecko (a chciałabym) to już na 100% będę się bała porodu :P