*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat wokół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat wokół. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lutego 2012

Każdy kij ma dwa końce.

Myślę, że całkiem sporo dobrego o naukach napisałam i zdecydowanie dałam do zrozumienia, że nasza opinia na ten temat jest jak najbardziej pozytywna. Ale wspomniałam też o drugiej stronie medalu :) Zazwyczaj tak bywa, że wszystko ma dobre i złe strony – i w tym wypadku nie wszystko mi się tak bardzo podobało.
Przyznam nawet, że po pierwszym spotkaniu miałam mieszane uczucia. Pierwsza jego połowa prowadzona była przez miłe małżeństwo i fajnie było posłuchać tego, co mają do powiedzenia. Na drugą część miał przyjść proboszcz i omówić kilka kwestii organizacyjnych, ale nie dotarł (nadrobił to na ostatnim spotkaniu), więc w jego zastępstwie wystąpił pan, który jest opiekunem tych nauk – nazwijmy go Panem Czesiem. Pan Czesio, choć wyglądał bardzo poczciwie i sympatycznie na wstępie nas zrugał za używanie terminu „nauki” przedmałżeńskie, zamiast „katechezy” przedmałżeńskie. Przyznaję, to drugie słowo w wielu wypadkach było bardziej adekwatne, ale bez przesady – czegoś się jednak uczyliśmy, nie wiem w jaki sposób słowo „nauka” miałoby uwłaczać tym spotkaniom :) Ale to tylko taki szczególik, tak naprawdę nie podobało mi się nastawienie Pana Czesia do nas, czyli narzeczonych. Krótko mówiąc sprowadzało się ono do tego, że większość z nas, którzy na kurs przybyliśmy wcale na małżeństwo nie zasługuje, bo tacy z nas grzesznicy. A w ogóle to w większości się rozwiedziemy całkiem niedługo.Z tego pierwszego spotkania wychodziłam lekko zdołowana. Nie brzmiało zachęcająco to wszystko, co usłyszeliśmy, ale przede wszystkim, czułam się wręcz przytłoczona ciężarem winy i grzechów jakimi zostałam obarczona i nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się zrehabilitować :) Małżeństwo to ciężka praca i raczej nie podołamy – choćbyśmy się nie wiem jak starali. A w ogóle to na pewno myślimy, że to tylko zabawa a nie święty sakrament. To by było na tyle :) Na szczęście Pan Czesio się za wiele nie udzielał a na późniejszych spotkaniach wydawał się jakby mniej straszny – może za bardzo wczuł się w rolę zastępując samego księdza proboszcza? :)
Zresztą już kolejny wykład wymazał moje negatywne odczucia, bo dotyczył właśnie trudności w małżeństwie oraz miłości małżeńskiej. Prowadzony był przez kobietę z poradni, która wplatała opowieści o prawdziwych przypadkach z jakimi spotkała się w czasie swojej pracy. To, co mówiła pozwoliło nam uwierzyć, że nie ma trudności nie do pokonania dla dwojga ludzi, którzy chcą być razem i którzy się kochają. A nawet jeśli się pogubili, ale wierzą w swoje małżeństwo, to nigdy nie jest za późno. Z kolei na innym spotkaniu usłyszeliśmy, że wcale nie jesteśmy tacy źli a nasza wina znowu nie taka wielka.
Ale była jeszcze jedna katecheza, która mnie trochę zdegustowała, dotycząca odpowiedzialnego rodzicielstwa. Już na samym początku zirytowało mnie to, że babka czytała wszystko z kartki i kompletnie nie nawiązywała kontaktu wzrokowego, czy jakiegokolwiek innego ze słuchaczami. To nawet nie było podpieranie się notatkami. Ale to i tak dałoby się przeżyć, tylko, że ta kobieta była totalną… męską szowinistką :)) Kobieta pracować oczywiście w dzisiejszych czasach powinna, więc nie chodzi o zagonienie jej do garów, ale moje drogie, nie oczekujmy od zmęczonego pana męża pomocy w jakichś prozaicznych i przyziemnych obowiązkach. On jest stworzony do wyższych celów – na przykład do świecenia przykładem :) Dzieciom rzecz jasna ma świecić, podczas zabawy na przykład. Bo kobieta dzieci wychowuje i oczywiście jest przez nie kochana, ale to facet jest tym prawdziwym autorytetem, on nie musi prosić ani krzyczeć (od krzyków to jest mama) bo wystarczy, że jest, a dzieci już wiedzą, co mają robić :) Mężczyzna jak najbardziej dziećmi się ma zajmować i nie wolno nam męża od wszystkiego odsuwać (z tym się akurat zgadzam) ale to kobieta powinna się mocno poświęcać dla rodziny i dzieci – no, generalnie to facet spija całą śmietankę (dokładnie tego zwrotu użyła) jeśli chodzi o rodzicielstwo – kobieta ma cierpieć z godnością i być wdzięczna za wszystko :)
Należy podkreślić, że to moje bardzo subiektywne odczucia – po prostu od początku mi kobita nie podeszła i jakoś niełatwo mi było później zmienić swoje nastawienie. Franek nie wszystko odebrał tak jak ja, więc nie wykluczam tego, że przesadzam (ale z drugiej strony on jednak jest facetem :P, może zwyczajnie nie zwrócił uwagi na to, co mnie najbardziej zabolało). Poza tym tutaj podałam wersję bardzo mocno skróconą i uproszczoną, pewnie także trochę wyolbrzymioną, żeby dokładnie podkreślić, o co mi chodzi. Ale sprawiedliwie muszę dodać, że nie wszystko, co mówiła (czytała :)) ta pani wydawało mi się nieżyciową bzdurą i trochę mimo wszystko z tego skorzystałam. A tak w ogóle, gdy później zerknęłam na rozpiskę, to zobaczyłam, że ten wykład miał być prowadzony przez jakiegoś faceta, więc ona prawdopodobnie była w zastępstwie – co tłumaczyłoby jej nieprzygotowanie.
Zdecydowanie te zajęcia podobały mi się najmniej. Frankowi z kolei nudziło się na innym wykładzie, prowadzonym w jego odczuciu monotonnie i raczej nieciekawie. Ale i tak nie zmienia to naszych ogólnych odczuć, które jednak są jak najbardziej pozytywne. Nie chciałam jednak podawać wersji totalnie wyidealizowanej :)) Myślę, że każdy po prostu ma jakieś kwestie, na których punkcie jest mniej lub bardziej przewrażliwiony a to zakłóca odbiór – dlatego zawsze wybierając się na takie nauki trzeba być przygotowanym, że nie wszystko, co usłyszymy nam się spodoba i będzie zgodne z naszymi przekonaniami. Ważne jednak, żeby mimo wszystko znaleźć coś dla siebie – my skupiliśmy się na tym, co do nas bardziej przemawiało i  to z tego czerpaliśmy najwięcej korzyści.

czwartek, 2 lutego 2012

Kot w pustym mieszkaniu.

Umrzeć – tego się nie robi kotu.
Bo co ma począć kot
w pustym mieszkaniu.
Wdrapywać się na ściany.
Ocierać między meblami.
Nic niby tu nie zmienione,
a jednak pozamieniane.
Niby nie przesunięte,
a jednak porozsuwane.
I wieczorami lampa już nie świeci.

Słychać kroki na schodach,

ale to nie te.
Ręka, co kładzie rybę na talerzyk,
także nie ta, co kładła.

Coś sie tu nie zaczyna

w swojej zwykłej porze.
Coś się tu nie odbywa
jak powinno.
Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

Do wszystkich szaf sie zajrzało.

Przez półki przebiegło.
Wcisnęło się pod dywan i sprawdziło.
Nawet złamało zakaz
i rozrzuciło papiery.
Co więcej jest do zrobienia.
Spać i czekać.

Niech no on tylko wróci,

niech no się pokaże.
Już on się dowie,
że tak z kotem nie można.
Będzie się szło w jego stronę
jakby się wcale nie chciało,
pomalutku,
na bardzo obrażonych łapach.
O żadnych skoków pisków na początek
Wisława Szymborska (1929-2012)
Ona i ksiądz Twardowski – nie tylko sprawili, że zaczęłam rozumieć poezję, ale że ją nawet pokochałam. Tylko ich wiersze znałam na pamięć – i uczyłam się ich z własnej, nieprzymuszonej woli lub zupełnie bezwiednie… Kilka razy już cytowałam tutaj tę poetkę. Moim mottem od dawna są słowa: „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono…” Dlatego wiem, że moja pamięć o Wisławie Szymborskiej będzie ciągle żywa.
Zawsze nam się wydaje, że niektórzy będą żyli wiecznie…

Ps. Nie do końca wiem, co na to ACTA, ale może na tę okoliczność mnie nie zamkną…

czwartek, 10 marca 2011

Margolka na mydle.

W zasadzie już od dość dawna wiem, że największymi oszustami są operatorzy sieci komórkowych. A ta w której jestem to już na pewno. Dlatego tym bardziej zachodzę w głowę, jak to się stało, że dałam się im nabrać :/ Ale to i tak sprawa drugorzędna. Najbardziej bulwersuje mnie to, że bezczelnie wmawiają człowiekowi coś, co później okazuje się przynajmniej półprawdą…
Ale od początku… Dotychczas byłam dość zadowolona z warunków jakie wynegocjowałam przy ostatnim podpisywaniu umowy. Płaciłam miesięcznie 35 zł, z której to kwoty pobierano mi pieniądze za rozmowy i smsy a do tego miałam 360 minut do dwóch numerów – do Franka i mamy. Niecały miesiąc temu zadzwoniła do mnie kobieta z sieci i zaproponowała zmianę planu taryfowego. Miałabym płacić 39 zł miesięcznie więcej, w zamian dostałabym do dwóch numerów 2400 minut, a minuta rozmowy miała kosztować 7 groszy mniej. Odmówiłam, powiedziałam, że nie jest mi potrzebny aż taki pakiet bezpłatnych minut i generalnie nie jestem zainteresowana zmianą. Babka strasznie mnie męczyła, więc powiedziałam jej, że muszę sobie wszystko obliczyć i się zastanowić. Kazałam jej zadzwonić za kilka dni.
Musicie wiedzieć, że nie należę do takich klientów, którzy łykną wszystko. Biorę pod uwagę każdą ewentualność. Przy podpisywaniu umowy na nowych warunkach sprawdzam swoje billingi z ostatnich miesięcy i dokładnie je analizuję – wyliczam ile wysyłam średnio smsów, ile rozmawiam, z kim itd. Dzięki temu jestem w stanie wyliczyć sobie, który wariant najbardziej mi się opłaca. Nie chcę po prostu płacić za coś, co nie będzie mi potrzebne. Wiele razy już przy okazji takich telefonów odmawiałam i wręcz uświadamiałam rozmówcy/rozmówczyni, że doskonale wiem, że taka oferta nie jest ani trochę korzystna dla abonenta…
O sprawie nie dali mi zapomnieć. Po kilku dniach zadzwoniono do mnie ponownie – tym razem był to facet, ale od razu powiedziałam mu, że przemyślałam sprawę i zdania nie zmieniłam. Rozpoczął ze mną długą dyskusję. Wyłuszczyłam mu wszystko dokładnie i przedstawiłam moje obliczenia. Ale on cały czas drążył. Pytałam go nawet jaką oni z tego mają korzyść, bo skoro to taka wspaniała oferta, to by im się przecież wcale nie opłacało mnie na nią namawiać… Byłam uparta i tłumaczyłam, dlaczego nie chcę zmieniać planu. Ale on też był uparty i chyba całkiem nieźle przeszkolony. Ostatecznie mnie przekonał… Tyle, że wprowadził mnie w błąd, uważam, że świadomie. Dobrze wiedział, na czym mi zależy, więc mówił w taki sposób, że ominął niewygodne fakty.
Dzisiaj rozpoczął się nowy okres rozliczeniowy na nowych zasadach i o mało nie spadłam z krzesła jak zobaczyłam tę ich wspaniałą ofertę! 2400 minut było, a jakże. I 39 złotych  abonamentu również. Ale do tej pory było tak, że mój abonament działał trochę jak telefon na kartę – wiedziałam za co płacę. Wysłałam 3 smsy, pobrano mi 60 groszy, rozmawiałam pół minuty, ściągano 28… A teraz w ramach tych 39 zł dostałam po prostu 60 minut wymiennych na 120 smsów. Łatwo obliczyć, że w tym momencie minuta rozmowy kosztuje mnie 65 groszy, a sms 33… A w zasadzie wcale nie opłaca mi się smsować, bo jeden sms jest wart tyle co pół minuty, a często w pół minuty powiem więcej niż się zmieści w wiadomości tekstowej…
Żeby jeszcze dobitniej przedstawić różnicę: dotychczas płaciłam 35 złotych i ani grosza więcej. Ta kwota wystarczała na 62,5 minuty albo na 175 smsów. Teraz za 39 zł mam 60 minut lub 120 smsów…

Ten pacan „zapomniał” mi powiedzieć, że teraz nie dysponuję już kapitałem złotówek, a kapitałem minut… Taki szczegół drobny. A jeszcze drobniejszy – że bardzo łatwo obliczyć można, że to po prostu zdzierstwo, zwłaszcza po tym, czym dysponowałam dotychczas. Jestem wściekła, bo wprost zapytałam, czy moje smsy i minuty będą „schodziły” z tej kwoty abonamentu. Odpowiedział, ze tak – no i nie skłamał przecież, tyle, że nie powiedział całej prawdy :/ A minuta kosztuje mniej niż kosztowała mnie dotychczas, owszem, ale dopiero jak już wykorzystam te 60 minut i ten koszt dodawany jest do stałej kwoty. O tym wszystkim dowiedziałam się, kiedy postawiłam na nogi połowę call center tej sieci wydzwaniając do nich kilka razy między godziną 7:20 a 8:00…
Chciałam rozmawiać bezpośrednio z tym gościem (oczywiście zapisałam sobie jego nazwisko, bo czułam, że mogą być kłopoty) i powiedzieć mu co o nim myślę. Ale pani stwierdziła, ze nie ma takiej osoby w bazie. Ciekawa sprawa… Ostatecznie wskórałam tyle, że mój telefon uznali jako reklamację i od przyszłego miesiąca mają mi przywrócić abonament na starych zasadach. Niczego nie podpisywałam, wszystko odbywało się telefonicznie a w dodatku telefon jest na mojego tatę. W razie czego zawsze może on powiedzieć, że cała ta zmiana odbyła się bez jego zgody.
Na razie czekam na kolejny miesiąc i zobaczę co się wydarzy. Przede wszystkim zależy mi na pozbyciu się tej „oferty”, później zastanowię się, czy nie ubiegać się jeszcze o zwrot jakichś kosztów (straciłam całkiem sporo – na przykład pieniądze, których nie wykorzystałam w poprzednim okresie rozliczeniowym, normalnie przeszłyby na kolejny miesiąc) oraz skargę personalną na tego konkretnego pracownika, bo uważam, że wprowadził mnie w błąd. Z naszej rozmowy łatwo byłoby wywnioskować, na czym mi zależało, o co pytałam i w jaki sposób mi odpowiadał…
Jestem wściekła. Przede wszystkim na siebie, za to, że dałam się zrobić w konia, mimo, że zawsze bardzo dokładnie wszystko sprawdzam i nie daję się nabrać na ładnie wyglądające promocje. Zawsze dostrzegam drugie dno i tylko oceniam, na ile jest ono dla mnie uciążliwe. Tym razem nie udało mi się to, bo facet był tak dobrze wytresowany, że przez 20 minut rozmowy tak operował faktami, żeby przypadkiem nie zdradzić się z tym, że od początku miałam rację wyliczając mu wszystko i udowadniając, że jego propozycja w żaden sposób nie jest dla mnie korzystna.
Wybaczcie ten długi wywód o sprawach niezbyt interesujących, ale chciałam przestrzec Was przed takimi rozmowami. Zazwyczaj szybko je kończę i nie daję się w ciągać w opowieści o wspaniałych ofertach. Zrobiłam wyjątek i wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle…
Pewnie, moja wina, że choćby podczas rozmowy nie wzięłam kalkulatora w łapę i nie podzieliłam sobie 39złotych na 60 minut… Ale sugerowałam się kwotą za minutę, którą operował. Pewnie, ze na prochach nie byłam, wiedziałam na co się zgadzam. Ale nie zmienia to faktu, że uważam takie metody manipulowania faktami (i klientem) za paskudne. Z tą siecią prawdopodobnie się pożegnamy za jakiś czas (Franek też jakiś czas temu się wkopał, na szczęście w porę się zreflektował, że to ściema), a jeśli tak będzie nie omieszkam powiadomić ich, komu zawdzięczają utratę klienta. Tak, wiem to jego praca. No cóż, miał pecha, że trafił na mnie. A i tak przecież nie wyleci – wykonał swoją robotę…

środa, 16 lutego 2011

Spóźniona refleksja.

Temat spóźniony trochę, ale też się chciałam wypowiedzieć :)
A mówicie sobie co chcecie, ja tam Walentynki lubię i już :) Nie przemawia do mnie ani trochę argument, że przecież jak się ludzie kochają, to przez cały rok, a nie tylko w Dzień Zakochanych. A pewnie, ale czy ktoś im broni się kochać także w ten dzień? Ja tu konfliktu interesów nie widzę.
Też mi się kiedyś wydawało, że nie lubię tego dnia, chyba usiłowałam sobie to po prostu wmówić, ale mi nie wyszło. Dopuściłam wreszcie do głosu tę prawdziwą część mnie, która uważa, że jest to dzień jak każdy inny, ale jednak pozwalający skupić się bardziej na tej romantycznej stronie ludzkiej natury. Prawdę mówiąc, nawet kicz i komercja mi nie przeszkadzają. A i te wszystkie czerwone serduszka i słodkie pluszaki mi się podobają i jakoś tego dnia wydają się jakby mniej kiczowate :)
Jak ktoś nie chce tego dnia obchodzić – musu nie ma (byle by się w parze dogadać, bo jak jedno chce, a drugie nie, to może być problem), ale sądzę, że jest to jednak fajna okazja do tego, żeby gdzieś razem wyjść, żeby trochę się sobą nacieszyć, żeby powiedzieć sobie coś miłego i skupić się na tej więzi, która jest między nami.
Dobra, codziennie tak można, ale z ręką na sercu, ilu jest facetów, którzy faktycznie ciągle obdarowują nas kwiatami, prezentami, słodkimi słówkami? Oczywiście, że tacy są. I Frankowi też się spontany nie raz zdarzają. Ale prawda jest taka, że na co dzień jesteśmy bardzo zabiegani i czasami się o tym zwyczajnie nie pamięta, romantyzm i drobne gesty umykają gdzieś pomiędzy ustaleniami co na obiad a rozmową o rachunkach. A to jest taki dzień, który daje nam pretekst na celebrację tego, co jest między nami, chociaż przez chwilę. Albo nawet na pokazaniu światu – tak, my też jesteśmy razem :) Wcale nie chodzi mi o ostentację, a raczej o taką chęć podzielenia się szczęściem i radością.
Uważam, że gdyby tego dnia nie było, to nic byśmy nie stracili. Ale skoro już jest, to dlaczego go nie obchodzić? Nie musi być wcale komercyjnie i mdło, może być po prostu miło :)

14 lutego Franek pracował, więc ja spędziłam popołudnie na aerobiku oraz z nosem w książce. Zostawiłam mu tylko na stole drobny prezent i kilka słów na czerwonej kartce. Jak bardzo było mi, gdy wczoraj wróciłam do domu, a Franek już na mnie czekał z obiadem. Przytulił mnie ze słowami „cześć moja kochana spóźniona Walentynko” oraz pomarańczową różą i czterema mambami :) A w dodatku zaprosił mnie do kina.
Ani on, ani ja nie należymy do romantyków a o uczuciach rozmawiamy bardzo rzadko. Taki dzień jest więc dla nas pretekstem, żeby powiedzieć sobie coś miłego, co być może powtarzamy sobie codziennie w myślach. Poza tym oboje mieliśmy wczoraj sporo do zrobienia i normalnie znowu czas uciekłby nam podczas codziennych obowiązków. Spóźnione Walentynki dały nam pretekst, żeby trochę poprzestawiać priorytety na ten dzień i razem wyjść. Ja tu widzę same pozytywy :)
Nikogo nie zmuszam do obchodzenia tego święta. Tym bardziej nikogo  nie przekonuję do mojego zdania. Ale ja bardzo chętnie będę obchodzić Dzień Zakochanych. A to, że jest raz w roku, moim zdaniem można zaliczyć na poczet jego korzyści -  w przeciwnym razie łatwiej byłoby przejść nad nim do porządku dziennego, a tego bym nie chciała.

niedziela, 28 listopada 2010

Między nami, człowiekami.

Zastanawia mnie często, jak to jest, że ludzie się lubią albo nie :) Wydaje mi się, że za to odpowiada pewien rodzaj chemii, która występuje między nami. I nie chodzi mi wcale o relacje damsko-męskie, a nawet wolałabym się skupić na zupełnie czymś innym.
Zauważyłam już niejednokrotnie, że zwykle pierwsze wrażenie, jakie ktoś na mnie zrobi, okazuje się trafne. Nawet jeśli czasami się zdarza, że w pierwszej chwili mam o kimś nienajlepszą opinię a później zmieniam zdanie, to na końcu okazuje się, że i tak miałam rację od samego początku… Przyznam, że niewiele razy się pomyliłam.

Jestem osobą, która lubi towarzystwo. Nie polega to może na tym, że muszę mieć wokół siebie mnóstwo ludzi, bo wręcz przeciwnie – w większej grupie czuję się bardziej anonimowa i zwyczajnie nie chce mi się odzywać, bo być może nie ze wszystkimi chce mi się gadać :) Ale zdecydowanie w każdej sytuacji lubię sobie znaleźć kogoś, z kim można się wymienić informacjami, spostrzeżeniami, zażartować…
Jako, że jestem otwartą osobą, nie jest dla mnie problemem podejść do kogoś, zapytać o coś, uśmiechnąć się. Tak też było podczas pierwszych zajęć na studiach podyplomowych. Kiedy weszłam, w sali było tylko kilka osób. Instynktownie usiadłam koło dziewczyny, która stylem ubierania się i sylwetką przypominała mi moją dobrą koleżankę. Zagadałam do niej parę razy, ona też o coś mnie zapytała, ale jakoś tak… źle jej z oczu patrzyło :)) Zanim rozpoczęły się zajęcia, wymówiłam się tym, że słabo widzę (co akurat było prawdą) i bez żalu przesiadłam się o kilka ławek bliżej. Kolejnego dnia, siedziałam sama na korytarzu, a obok mnie usiadły dwie dziewczyny, podchodząc, uśmiechnęły się i przywitały. Zapytałam je o coś i nawiązałyśmy grzecznościową rozmowę. Podczas zajęć nie siedziałyśmy koło siebie, ale jedna z nich – Ada – zagadywała mnie od czasu do czasu, dzięki czemu nie czułam się głupio, jako osoba naprzykrzająca się. Tydzień później, na kolejnych zajęciach w sposób zupełnie naturalny zajęłyśmy miejsce obok siebie, przerwy spędzałyśmy razem i naprawdę zdumiewające jest to, jak szybko się dogadałyśmy. Widziałyśmy się dopiero na czterech zjazdach a bardzo szybko poczułyśmy się w swoim towarzystwie swobodnie na tyle, żeby jedna drugiej poprawiła kołnierzyk, czy ściągnęła włosy z ubrania :) Nawiązałyśmy nić porozumienia, która pozwoliła nam na żarty sytuacyjne, niezrozumiałe dla innych, wymianę porozumiewawczych wspomnień i nieco złośliwe stwierdzenie, że tamtej (co to usiadłam koło niej na początku) naprawdę źle z oczu patrzy i ani razu się nie uśmiechnęła. Na każdej przerwie nie możemy się nagadać i wcale nie oznacza to, że opowiadamy sobie historie całego życia. Tak po prostu wyszło, że złapałyśmy dobry kontakt i dobrze czujemy się w swoim towarzystwie.

Przy okazji ostatnich zajęć zauważyłam, że cała grupa (jest nas około 30 osób) siedzi rozproszona. Zwłaszcza dziewczyny. Każda w swoim kąciku, przerwy spędzają osobno. Oprócz mnie i Ady są jeszcze dwie pary dziewczyn, które siedzą zawsze razem, z tym, że one chyba znały się już wcześniej. Nie jest oczywiście tak, że nikt do kogo się nie odzywa, ale nie widzę w tych ludziach potrzeby nawiązania jakichś relacji z innymi, co mnie bardzo dziwi. Ja zawsze starałam się w tłumie znaleźć jakąś bratnią duszę*. Dzięki temu mam wielu znajomych z różnych kręgów i kiedy na przykład kurs hiszpańskiego dobiegł końca, ja nadal spotykam się z koleżanką na nim poznaną w kawiarni, z dziewczynami ze studiów zaocznych utrzymuję kontakt, mimo, że jedna jest w Toruniu a druga we Włoszech. Z jedną taką bratnią duszą, którą wyłowiłam z tłumu (a w zasadzie ona mnie wyłowiła, bo pomyślała, podobnie jak ja o niej zresztą, że jestem osobą, do której warto podejść i się przedstawić) łączy mnie serdeczna więź* już ponad dziesięć lat – mowa o Dorocie.

Od ludzi wysyłających jakieś negatywne fluidy staram się trzymać z daleka. Nie lubię takich, którzy nie odpowiadają na powitanie, są gburowaci, nie uśmiechają się i zawsze na coś narzekają. Unikam też osób protekcjonalnych i cwaniaczkowatych. I, no cóż, nie ocenia się książki po okładce, ale nie szukam na siłę kontaktu z tymi, którzy zrobili na mnie złe pierwsze wrażenie.

* proszę nie mylić z przyjaźnią, to nadal jest słowo, którego nie stosuję w odniesieniu do moich relacji z innymi ludźmi

wtorek, 9 listopada 2010

Bezczelne portale.

Wszelkiego rodzaju portale społecznościowe stają się już coraz bardziej bezczelne :/

Na wstępie: jeśli dostałyście ostatnio z mojego adresu jakieś zaproszenie do obejrzenia moich zdjęć z portalu shtyle, bardzo Was za to przepraszam. I mam nadzieję, że tam nie wchodziłyście. Naiwnie dałam się w to wkopać. Ja również dostałam zaproszenie od jednej z Was (która zapewne także nie wiedziała, jak to się odbywa), niewiele myśląc kliknęłam na link i wpisałam login, mając świadomość, że przecież nie znam tej strony, nigdy się tam nie logowałam, a więc zaraz pojawi się informacja, że mam się zarejestrować. Nic takiego się nie stało. Bez problemu znalazłam się w serwisie. Nie znalazłam tam nic ciekawego, więc szybko wyszłam. 
A za jakiś czas ze zdumieniem odkryłam, że na adres mailowy mojej firmy przyszło zaproszenie ode mnie, którego nie wysyłałam. Po południu zadzwoniła do mnie mama z pytaniem, co to za zaproszenie i zaczęłam szperać w internecie. 
Doczytałam, że nie tylko ja się tak dałam wkręcić! To jest jakiś idiotyczny portal, który bez pytania w jakiś sposób „przejmuje” wszystkie kontakty jakie mamy w skrzynce i rozsyła do nich wiadomości. Wkurzyłam się strasznie. Pół biedy, że od jakiegoś czasu używam mojego drugiego maila, bardziej oficjalnego, więc to głupie zaproszenie nie poszło na przykład do firm, do których wysyłałam CV, do moich wykładowców i firm z którymi współpracuję. Ale i tak takiego maila otrzymało kilka osób, do których w życiu bym czegoś takiego nie wysłała i trochę mi wstyd.
Pozmieniałam już hasła u siebie na skrzynkach i jakimś cudem udało mi się skasować konto na tym shtyle.

Przyznam, że jestem coraz bardziej zniesmaczona działaniem wszelkich portali tego typu. Coraz więcej funkcji jest uruchamianych bez mojej zgody, bądź w formie szantażu – zgódź się, a jak nie to, żegnamy…
Jest mi trochę szkoda usuwać konto na NK, bo z niektórymi osobami mam kontakt tylko poprzez ten portal – przesyłamy tam do siebie wiadomości, czy udostępniamy zdjęcia. Poza tym nie ukrywam, że tylko dzięki NK mogę się dowiedzieć, co słychać u moich znajomych z liceum i podstawówki, z którymi nie jestem na tyle blisko, żeby do nich dzwonić, ale jednocześnie jestem ciekawa, co robią w życiu.

Jestem też zalogowana na facebooku, ale w ogóle się nie orientuję w tym portalu i nie kumam o co tam chodzi. Denerwują mnie te wszystkie grupy, zabawy i „lubię to”, nie umiem się w tym połapać. A jednak jestem tam zalogowana, bo w ten sposób mogę mieć kontakt ze znajomymi z innych krajów. Generalnie zaglądam na FB dopiero wtedy, kiedy dostanę na maila informację, że ktoś wysłał mi jakąś wiadomość.

Przeraża mnie to, że teraz trudno nie mieć tam konta, bo wszyscy mają. Teraz już nawet królowa Anglii (słyszałyście o tym?) Z opcji niektórych programów można skorzystać dopiero po założeniu konta na FB.
Przeraża mnie, że często nie wiem, które dane tak naprawdę są widoczne dla innych, mimo, ze jestem dość ostrożna i staram się poblokować wszystko, co możliwe. Przyznaję, na początku nie dbałam tak bardzo o prywatność, bo zależało mi, żeby znajomi mogli mnie łatwo odnaleźć. Teraz zmieniłam zdanie, bo niestety, oprócz znajomych, mogą mnie podglądać obce osoby, które jak dla mnie nie są do końca normalne, skoro interesuje ich życie nieznanych im osób…
Przeraża mnie, że niektóre z tych portali zarządzają sobie swobodnie moim kontem, mimo, ze nie wyraziłam na to zgody – tak jak było to w przypadku tego shtyle.

I ostatnia kwestia – anonimowość. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że anonimowość w sieci to fikcja i jak się człowiek bardzo postara, to mnie znajdzie. Gdybym chciała, żeby mnie nie znalazł, to też bym się bardziej postarała „zakamuflować”. Ale nie wstydzę się swojej osoby, nie wstydzę się swoich wpisów (choćby na blogu), więc nie jest to dla mnie problemem, że mogę zostać ewentualnie odnaleziona. Ale…
Ale mierzi mnie niesamowicie, kiedy dostaję zaproszenie od jakichś ludzi, których nie znam – ich imię i nazwisko ani nawet zdjęcie nic mi nie mówi. A oni wysyłają mi zaproszenie bez słowa wyjaśnienia :/ Cenię sobie wszystkie osoby, na przykład poznane w sieci, które dotarły do mnie w jakiś sposób i wysłały do mnie wiadomość, przyznając się w ten sposób, że mnie znalazły. Natomiast uważam za bezczelne „śledzenie” mnie i podglądanie bez mojej wiedzy mojego profilu. Tak jak napisałam, nie wstydzę się swojej osoby, ale uważam, że jest to po prostu nie w porządku. Jeśli ktoś mnie trochę zna i interesuje się moją osobą na tyle, żeby sprawdzać, co robię na portalach społecznościowych, powinien się zwyczajnie przedstawić. To nie jest fair, powiem więcej, uważam, to za tchórzostwo i obłudę jeśli ktoś udaje, że wie o mnie mniej niż jest w rzeczywistości i nie przyznaje się, ze poznał moją tożsamość. Oczywiście to się tyczy głównie znajomości internetowych. W realu to wygląda trochę inaczej, chociaż zdarzało mi się, ze dostawałam zaproszenia od osób, które ze mną studiowały. A w zasadzie mijaliśmy się na przykład na uniwersyteckim korytarzu – osoba zapraszająca mnie zapamiętała, natomiast ja jej nawet nie zauważyłam nigdy…

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko, to negatywne skutki  uboczne zakładania kont na takich portalach. Od dawna szczerze zastanawiam się nad likwidacją wszelkich profili i powstrzymuje mnie tylko tych kilka bliskich mi osób, z którymi chciałabym mieć jednak w ten sposób kontakt… 
A prawda jest taka, że wszystko wyglądałoby inaczej i bardziej uczciwie, gdyby tylko ludzie szanowali granice prywatności, które postawili inni. 

niedziela, 31 października 2010

Naiwne (?) spojrzenie na 1 listopada.

Co roku na Wszystkich Świętych pojawia się kilka notek w podobnym klimacie (od razu dodam, że nie miałam w ostatnich dniach okazji „przelecieć” :) Waszych blogów, więc nie wiem, czy napisałyście coś takiego, notka nie jest kierowana do nikogo w szczególności :)) Głównym ich tematem jest rewia mody na cmentarzach i groby zadbane na pokaz. Być może trochę te notki wyprzedzę i napiszę coś w zupełnie innym klimacie. Pewnie się wiele osób ze mną nie zgodzi, kiedy napiszę, że ja uważam, że to wszystko nie do końca jest prawdą :)

Ja też co roku chodzę po różnych cmentarzach i albo jestem naiwna, albo ślepa :) Ale ja naprawdę wcale nie dostrzegam niczego gorszącego w zachowaniu innych osób. Owszem, widzę, że ludzie ubrani są elegancko. Ale wydaje mi się to dość naturalne. Jakby nie było, jest to święto, na święta ludzie z reguły się stroją :)
Po drugie – wiadomo, że tego dnia spotykamy się z ludźmi, często są to członkowie rodziny bądź znajomi, z którymi widujemy się tylko raz w roku – właśnie na Wszystkich Świętych. Cóż złego w tym, ze chcemy się dobrze zaprezentować? Ja też staram się, żeby mój strój tego dnia był przemyślany i elegancki. Dobrze, nich ktoś twierdzi, że ubieram się na pokaz. Ale czy w takim razie nie ubieramy się na pokaz przy każdej okazji, kiedy widujemy się z ludźmi? Pewnie tak jest. I ja nie uważam, żeby to było zachowanie naganne.
I po trzecie – w tym roku jest trochę inaczej, bo pogoda jest dla nas wyjątkowo łaskawa. Ale bardzo często pierwszy listopada jest dniem, kiedy na dobre wymieniamy garderobę z jesiennej na zimową :) Pamiętam, że ja najczęściej właśnie 1 listopada, kiedy wiedziałam, że większość dnia spędzę na zimnym cmentarzu, ubierałam po raz pierwszy w sezonie zimowy płaszcz i kozaki. A że garderobę raz na jakiś czas się wymienia, to niejednokrotnie było tak, że ubierałam nowy płaszcz lub nowe buty właśnie na Wszystkich Świętych. I dlaczego to zaraz miałoby oznaczać, że szpanuję nowymi ciuchami?

Drugą kwestią jest przygotowywanie grobów na ten dzień. Zdarzało się, że czytałam oburzone głosy, że grób jest bardzo rzadko odwiedzany w ciągu roku, a nagle 1 listopada wszyscy sobie o nim przypominają. Ale chyba między innymi taka właśnie jest idea tego święta – żeby pamiętać o zmarłych, o których na co dzień się nie pamięta. Co złego jest w tym, że akurat tego dnia zapalę znicz na grobie praprababci, którego przez cały rok nie odwiedzam? Czy naprawdę robię to na pokaz? Komu niby miałabym cokolwiek udowadniać?
Pisze się też o grobach zaniedbanych przez cały rok, które nagle pięknieją w ostatnich dniach października. Zgadzam się, nie powinno tak być, powinniśmy starać się raz na jakiś czas pojechać na cmentarz, posprzątać, wymienić kwiaty… Ale różnie bywa w życiu. Czasami naprawdę nie jest to możliwe. Sama doskonale znam sytuację, kiedy pewnie grób jest odwiedzany naprawdę rzadko ze względu na to, że wszystkie dzieci zmarłych małżonków mieszkają w różnych miejscach Polski dość odległych od miejsca ich spoczynku. Nie mają do kogo tam przyjeżdżać, a podróż trwa kilka godzin i czasami zwyczajnie niemożliwością jest pojechać i wrócić jeszcze tego samego dnia. Dlatego starają się chociaż w okolicach 1 listopada załatwić sobie kilka dni wolnego i odwiedzić grób rodziców… Oni i tak mają szczęście, bo od czasu do czasu zagląda tam sąsiadka zmarłych rodziców, ale jest wiele rodzin, które muszę sobie radzić same z dbaniem o groby i nie mogą tego robić, co wcale nie znaczy, że nie chcą i nie myślą o zmarłych rodzicach na przykład.
Naprawdę nie oceniajmy zbyt pochopnie innych. Nigdy nie wiemy, jaką historię ma każda ze spotkanych na cmentarzu osób.

Wiem, że sporo osób uważa zupełnie inaczej niż ja. Co roku toczy się gdzieś ta sama dyskusja. A ja zawsze się temu sprzeciwiam. Nie lubię takich uogólnień. Bo pewnie w kilku przypadkach te zarzuty są prawdziwe, ale dlaczego tak generalizować? Szczerze przyznaję, że tego nie zaobserwowałam nigdy. Może się za mało rozglądam? Może nie analizuję po prostu tego, co widzę. Ale przede wszystkim myślę sobie – po co być cynicznym? Po co zachowanie ludzkie interpretować zawsze na ich niekorzyść. Czasami naprawdę wolę być naiwna :)

Żeby nie było,  że jestem aż tak tolerancyjna i że widzę tylko to co dobre :)… Na koniec dodam, że jednak wyjątkowo mierzi mnie to, co dzieje się przed cmentarzami – stoiska z watą cukrową, popcornem, czy zabawkami. Kiedyś tego nie było. Nie rozumiem i nie zrozumiem. To, że ludzie szukają okazji do zarobku, kiedy tylko się da, jest dla mnie zrozumiałe. Ale, żeby robić to w taki sposób?

środa, 6 października 2010

Post scriptum do wczorajszej notki :)/ Z innej beczki.

Nie lubię tłumaczyć swoich notek, ale czasami niestety okazuje się to konieczne, kiedy widzę, że kilka osób interpretuje post zupełnie inaczej niż to było zamierzone :) Być może wyraziłam się za mało precyzyjnie. 

W każdym razie: oczywiście, że zrobiło mi się przyjemnie, kiedy usłyszałam ciepłe słowa od współpracownika, ale to wcale nie znaczy, że zmieniłam zdanie! Ostatnie zdanie miało mieć wymowę żartobliwą. Nadal zamierzam szukać nowej pracy, ponieważ w dalszym ciągu mam zamiar się rozwijać a obecna praca, choć ją uwielbiam, mi to uniemożliwia. Moi współpracownicy i szef wiedzą jakie mam plany i absolutnie mnie od nich nie odwodzą. Wręcz wspierają – zwłaszcza szef, któremu jestem bardzo wdzięczna za to, że nie muszę niczego ukrywać i otwarcie mogę mówić o tym, że zamierzam odejść, a on trzyma za mnie kciuki i prosi tylko, żebym w razie czego sprawnie przekazała obowiązki osobie mnie zastępującej.
Oczywiście nie wiem jak długo potrwa szukanie czegoś nowego, może nikt mnie nie będzie chciał, ale na szczęście jestem mam o tyle komfortową sytuację, że nie jestem pod ścianą i mogę spokojnie i sumiennie wykonywać swoje obowiązki, jednocześnie mając oczy i uszy szeroko otwarte :)

Żal w związku z ewentualnym odejściem z tej pracy na pewno się pojawi, w końcu przeżyłam tu kilka przyjemnych lat, ale zmiany są konieczne i czasami trzeba wiedzieć, co jest dla nas najlepsze :)


***
Z innej beczki:
No zbulwersowałam się! Od rana w wiadomościach powtarzają informacje o poszukiwaniach dziesięcioletniej dziewczynki gdzieś w okolicach Augustowa. Powiedzcie mi, co za rodzice puszczają dziesięcioletnie dziecko chore na epilepsję (sic!) samo na grzyby!?? Tak, dziewczynka o 16 powiedziała, że idzie na grzyby i poszła. Nie wróciła po trzech godzinach, więc rodzice wezwali policję…
Nie jestem zwolenniczką trzymania dzieci na krótkiej smyczy. Oczywiście w dużych miastach wygląda to inaczej, ale ja wychowałam się w małym miasteczku i wiem, że dziecku nie stanie się krzywda, jeśli pójdzie gdzieś samo, a nie wszędzie będą je wozili rodzice. Jako dziesięciolatka mogłam iść sama do koleżanki, do sklepu czy na sąsiednie osiedle. Ale w życiu by mnie mama samej do lasu nie puściła! Co za bezmyślność! W głowie mi się to nie mieści. Oczywiście, nie znam wszystkich faktów, nie powinno się oceniać pochopnie. Ale nie rozumiem, co kierowało rodzicami tego dziecka w tym momencie?

piątek, 24 września 2010

Nowa ustawa.

Nie podoba mi się ta nowa ustawa. Mam na myśli to, że od 2011 roku, 6 stycznia ma być dniem wolnym od pracy (chyba, że się nasz Senat lub Prezydent pod tym nie podpiszą).
Prawdę mówiąc nie widzę sensu takiego stanu rzeczy. Po co ten dzień ma być wolny? Bo mnie się wydaje, że tylko po to, żeby sobie ludzie robili trzytygodniowe superdługie weekendy. Chociaż i tak wydaje mi się, że całkiem sporo osób wcale na tak długą nieobecność w pracy nie będzie mogła sobie pozwolić – początek miesiąca, ba! przełom roku – w wielu miejscach pracy jest to okres zamykania jednego okresu i przygotowywanie się do kolejnego. Taki wolny dzień ni z gruchy ni z banana w środku tygodnia będzie tylko przeszkadzał.
Pewnie, że fajnie jest móc legalnie nie iść do pracy, ale ja po prostu uważam, że jeśli już chcieli zrobić koniecznie jakiś dodatkowy wolny dzień, to lepszy byłby na przykład Wielki Piątek – kiedy wszyscy szykują się do świąt wielkanocnych. Albo 2 listopada – tuż po Wszystkich Świętych, kiedy to ludzie jeżdżą zwykle po całej Polsce a i tak na drugiego muszą być w pracy, co czasami jest nie lada sztuką…
Niektórzy mówią, że polskiej gospodarki po prostu nie stać na dodatkowy dzień wolny. Od razu mówię, że sprawami gospodarczymi nie interesuję się na tyle, żeby obiektywnie to stwierdzić. Ale być może wyjdzie na to samo, skoro w zamian za tego 6 stycznia, odebrane zostaje nam prawo odrabiania sobie dnia wolnego, kiedy święto przypada na przykład w niedzielę… Słyszałam dziś wypowiedź jakiegoś eksperta, że to i tak w rzeczywistości było stosowane tylko w urzędach. Ale to nie do końca tak – bo nawet jeśli faktycznie nie było tak, że na przykład ja czy Franek nie mogliśmy sobie nie pójść do pracy w poniedziałek, jeśli 3 maja wypadał w niedzielę, to jednak etat w danym miesiącu był o te osiem godzin zmniejszony. Ja miałam płacone nadgodziny, a Franek miał mniej kursów w miesiącu. I jakoś wydaje mi się to rozsądniejsze i dla nas, zwykłych zjadaczy chleba bardziej korzystne niż ten wolny 6 stycznia :)
Ale możliwe, że się nie znam. Powtórzę się – nie podoba mi się ta ustawa, ale może ktoś mnie przekona? Bo ja po prostu nie widzę żadnego powodu, dla którego Trzech Króli miałoby być dniem wolnym – argumenty, że tak było pięćdziesiąt lat temu, ani to, ze tak jest również w Hiszpanii czy Niemczech jakoś do mnie nie przemawiają. A jeśli to sprawa wiary – wierzący i praktykujący i tak zwykle dadzą radę pójść tego dnia na mszę, czy pracują, czy nie… Więc jeśli ktoś mógłby mi przedstawić jakieś logiczne i przekonujące argumenty, to ja bardzo poproszę, no bo może ja się tu niepotrzebnie upieram przy swoim zdaniu? :)
Ps. I mimo tego, że to mi się nie podoba, oczywiście przeżyję fakt, że nie będę musiała iść tego dnia do pracy :) Naprawdę, i przypuszczam, że jeszcze będę się z tego cieszyć w dodatku :P O ja niekonsekwentna! :)

czwartek, 1 lipca 2010

Coby tak ładnie podsumować…

Co prawda obecnie co innego mi w duszy gra, ale że nie lubię zostawiać niedokończonych spraw – a dotyczy to również tego bloga :) – cofnę się jeszcze na moment do tematu o wzajemnym szacunku i ustępowaniu miejsca w celu zrobienia małego podsumowania :)

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze pod jedną i drugą notką – służą one jako doskonałe uzupełnienie moich postów i tak naprawdę dopiero z nimi temat można uznać może nie za wyczerpany ale przynajmniej omówiony :) Pisałyście o swoich doświadczeniach w podobnych sytuacjach, zwracałyście również uwagę na pewne kwestie, które pominęłam, czy to z braku miejsca, czy też przez nieuwagę. Dziękuję za dyskusję :) Wniosek z niej jest jeden – szanujmy się nawzajem i wykazujmy się empatią a także nie nadużywajmy życzliwości innych i nie nadużywajmy przysługujących nam przywilejów.

A na koniec chciałam jeszcze popełnić jedną niepoprawnie polityczną wypowiedź. Mianowicie taką, że uważam, iż są miejsca, w których obowiązuje po prostu zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Najlepszym przykładem tego wydaje mi się kościół. Chodzę do kościoła regularnie, ale przyznaję, że bardzo nie lubię stać – po prostu kiedy stoję całą mszę, to potem bardzo bolą mnie plecy w odcinku lędźwiowym (pamiętacie, ze miałam z tym problemy) – choć to może dziwne, bo przecież kręgosłup najbardziej jest obciążony podczas siedzenia, ale jednak… Wychodzę więc do kościoła zawsze dużo wcześniej – tak, żeby być przynajmniej 10-15 minut przed rozpoczęciem mszy. I dlatego właśnie uważam, że miejsce siedzące mi się należy. Jeśli ktoś chce usiąść, zawsze może przyjść wcześniej, co oczywiście nie jest możliwe na przykład w środkach komunikacji miejskiej. Oczywiście tutaj też mogą się zdarzyć wyjątki i zdarzyło mi się kiedyś, że mimo, iż przyszłam wcześniej, ustąpiłam babulince, która stanęła na początku mszy koło mojej ławki…

A pamiętacie moją wycieczkę do Irlandii? Jak pisałam, że już się bałam, że będę musiała ustąpić dziecku miejsca przy oknie? Tu też specjalnie w kolejce ustawiłam się na samym początku, żeby zająć sobie dobre miejsce i miałabym w nosie, że ktoś powiedziałby mi, jaka to ja jestem niedobra i dziecku żałuję fajnego miejsca :) Odmówiłabym i już – można było się ustawić wcześniej i stać tak jak ja godzinę :) Albo wykupić po prostu priority boarding. No w życiu czasami trzeba być egoistą, no. 

***

Na sam koniec jeszcze zaserwuję Wam krótką anegdotę. Kiedy jedziemy tramwajem z Frankiem, to zawsze siadam mu na kolanach. I kiedyś usiedliśmy na miejscu oznaczonym jako to dla matki z dzieckiem. Na którymś z przystanków wsiadł do pojazdu mężczyzna z dwu-trzy letnim dzieckiem na rękach. Zerwaliśmy się, żeby mu ustąpić, a on na to:
 ”Spokojnie, niech pan siedzi, pan ma takie duże dziecko, ja mogę swoje na rękach potrzymać” :D 
Strasznie to było sympatyczne i świadczy o tym, że w środkach komunikacji miejskiej można spotkać również przemiłych ludzi :)

środa, 23 czerwca 2010

Część druga, czyli o ciężarnych w kinie :)

Zgodnie z obietnicą, dzisiaj będzie o ciężarnych. Ja wiem, że temat ostatnio był na tapecie w Onetowym Gorącym Temacie, ale właśnie między innymi to skłoniło mnie do kilku refleksji.

W ciąży oczywiście jeszcze nie byłam, więc nie mogę stwierdzić, jak to jest i jak się człowiek wtedy czuje. Domyślam się, że lekko nie jest, a niektóre kobiety naprawdę źle znoszą ten okres. Dlatego uważam, że jak najbardziej powinniśmy nauczyć się dostrzegać kobiety w ciąży i starać się ułatwić im ten czas. Popieram wszelkie akcje społeczne mające na celu propagowanie zachowań przyjaznym kobietom w ciąży. 
Uważam, że ciężarnej miejsce w autobusie należy się bardziej niż większości tych staruszków, o których pisałam ostatnio. To samo w sklepie. Dużo ostatnio na blogach pisało się o kasach pierwszeństwa i o tym, że są fikcją. Nie dziwi mnie to, że „normalni” ludzie również podchodzą do tych kas – trudno, żeby tłoczyli się w innej kolejce, skoro tu jest pusto. Ale oczywiście bezwarunkowo powinni ciężarnej ustąpić, kiedy tylko ona podejdzie. Przyszłe mamy pisały często, że stanęły w takiej kolejce i nikt im nie ustąpił miejsca – ale dziewczyny, to też w Waszym interesie leży, żeby się o to miejsce upomnieć! Kasjerka może Was nie widzieć, podobnie ludzie stojący przed Wami – zapewniam, że ja nie zawsze rozglądam się wokół siebie. A jeśli jakiś klient przed Wami, jednak Was widzi i nic nie robi, to świadczy to o JEGO braku kultury i nie obawiajcie się zwrócić mu uwagi i upomnieć się o swoje prawo. Po to te kasy są, żeby z nich korzystać i w takich wypadkach ewidentnie trzeba się domagać ustąpienia miejsca.

Ale… No właśnie teraz znowu mogę się komuś narazić. Uważam, że nie wszędzie obowiązuje zasada, że ciężarnym kobietom bezwzględnie trzeba ustąpić miejsca. Bo zakupy to rzecz, którą trzeba zrobić i wiele jest takich miejsc, gdzie ciężarna po prostu musi stać, żeby coś załatwić i wtedy wypada jednak ją przepuścić. Ale weźmy takie kino…
Pewnego razu wybrałam się z koleżanką do kina. Był to wieczór, kiedy można było spodziewać się ogromnych kolejek do kas – premiera nowego filmu, dzień wolny itd. Wszystkie kasy były czynne a i tak w każdej kolejce trzeba było odstać dobre pół godziny. My same z koleżanką ostatecznie nie dostałyśmy już biletów na film, który chciałyśmy obejrzeć i myślę, że wiele osób również odeszło z kwitkiem i albo biletów już zabrakło, albo sami zrezygnowali, kiedy zobaczyli, że nie zdążą na seans. Ale wszyscy grzecznie stali w tych kolejkach. No, prawie wszyscy. Bo właśnie pewna ciężarna kobieta przyszła ze znajomymi i każdy zajął inną kolejkę. Ona też podeszła do jednego ogonka, tyle, ze zamiast stanąć na końcu, skierowała się od razu na początek kolejki i domagała się ustąpienia jej miejsca. My nie ustąpiłyśmy i podobnie kilka osób przed i za nami. Nie wiem jak inni, bo już poszłyśmy. Przypuszczam, że znalazł się ktoś naiwny. Jej zachowanie było moim zdaniem bezczelne. 
Po pierwsze do kina się idzie dla przyjemności a nie z przymusu, więc dlaczego przyjemność ciężarnej ma być stawiana wyżej niż innych osób? Oczywiście, teraz mogą odezwać się głosy, że kobiety w ciąży również mają prawo do rozrywki. Pewnie, że mają i ja im tego prawa nie odmawiam, ale w tym wypadku one dostałyby bilet, podczas gdy ktoś, kto dłużej stał w kolejce by go nie dostał. Jeśli przyszłej mamie ciężko jest wystać w kolejce, wie, że może zasłabnąć to niech wybierze się w innym terminie, niech kupi bilet wcześniej albo niech po prostu zrezygnuje – w końcu z przyjemności piwkowania czy winkowania też musi na ten czas zrezygnować. Ciąża niestety czasami wiąże się z wyrzeczeniami dla dobra dziecka.
Po drugie, bardzo rzadko – naprawdę rzadko chodzi się do kina samemu. Wydaje mi się, że ciężarne również wybierają się do kina raczej w towarzystwie, więc zawsze mogą sobie usiąść z boku i poczekać aż osoba towarzysząca zakupi bilety. 
Takie jest moje zdanie i nie podobało mi się to, że wspomniana wcześniej kobieta zwyczajnie wykorzystała sytuację. Myślę, że wiele z Was również by się wkurzyło.

Tak, jak wspomniałam, w ciąży nie byłam, więc osobistych doświadczeń nie mam i nie wiem jak się będę czuła. Ale pamiętajmy, że nie jest to stan permanentny i nic się nie stanie jeśli taka kobieta z czegoś zrezygnuje, jeśli poczuje, że nie da rady. Choć jednocześnie jeszcze raz podkreślam, że są sytuacje, kiedy należy takiej osobie ustąpić – w sklepach, urzędach, przychodniach lekarskich, środkach komunikacji publicznej.
Na szczęście nie znam wielu kobiet w ciąży z tak roszczeniową postawą. Wręcz przeciwnie, większość z nich stara się nie wykorzystywać swojego stanu. A nasza blogowa koleżanka Iza, która jest w ostatnim miesiącu ciąży cały czas powtarza, że ciąża to nie choroba i zżyma się na te ciężarne, które domagają się specjalnego traktowania.
Najważniejsze to korzystać ze wszystkich przywilejów z umiarem i wiedzieć gdzie leży granica między tym, do czego mamy prawo, a wymuszeniem. Nie zawsze jest tak, że pierwszeństwo należy nam się bezwarunkowo ze względu na stan lub wiek, czasami obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy” – w końcu po to wynaleziono kolejki :). I o tej zasadzie właśnie będzie moja następna notka :)

Pozdrawiam wszystkie ciężarne, które dzielnie znoszą wszelkie trudy tego stanu, domagając się tego, co im się słusznie należy, a jednocześnie nie wykorzystując bezczelnie swojego brzuszka do niecnych celów :) I jeszcze raz apeluję – rozglądajcie się w kolejkach sklepowych, czy przypadkiem nie stoi gdzieś jakaś kobieta, która boi się posądzenia o takie właśnie wykorzystywanie i mimo, że jej ciężko, nie upomni się o swoje prawo, na pewno zrobi jej się przyjemnie, że nie została zignorowana :) 

poniedziałek, 21 czerwca 2010

O szacunku i ustępowaniu, część I

Miałam napisać jeden post o kilku sprawach. Ale okazało się, że to niemożliwe, bo jak zwykle nie potrafię być zwięzła i wyszłaby mi notka, której nikomu nie chciałoby się czytać :) Postanowiłam więc temat podzielić na kilka „podtematów”. Szykuje się seria niepoprawnych politycznie wypowiedzi.  
 I dzisiaj właśnie będę się wypowiadać w sposób bardzo niepoprawny politycznie. Pewnie się wielu osobom narażę. Ale powiem, bo już od dawna chodzi mi to po głowie. Otóż dzisiaj będzie o ustępowaniu miejsca i o szacunku…

 Na pierwszy ogień pójdą środki komunikacji miejskiej i ludzie starsi. Wiem, że starszym ustępować należy – prawdą jest, że jest im trudniej, że są bardziej zmęczeni, mają mniej sił. Ale trochę drażni mnie ta nagonka na młodych ludzi, bo to wygląda tak, jakby oni nigdy nie mieli prawa być zmęczeni, albo czuć się po prostu źle.
Jeżdżę tramwajem średnio trzy razy w tygodniu. Kiedy widzę pojedyncze miejsca siedzące, nawet się na nie nie porywam. Zostawiam je osobom „bardziej potrzebującym” :) Zawsze w tramwajach i autobusach miejskich czytam książkę. I czasami naprawdę się tak zaczytam, że nie wiem co się dzieje wokół mnie (kilka razy niemal przejechałam swój przystanek ;)) Żeby uniknąć sytuacji, że ktoś nagle stanie nade mną i zacznie komentować, że udaję, że go nie widzę, albo, że nie mam szacunku dla starszych, siadam sobie na półeczkach z przodu lub tyłu pojazdu, albo stanę gdzieś między krzesełkami. 
Ale czasami czuję się koszmarnie zmęczona i wkurza mnie to, że nie mam prawa usiąść, bo zaraz będę uznana za niekulturalną i posądzona o brak empatii. Wkurza mnie, kiedy stoję i widzę, że na krzesełkach siedzą sami mężczyźni – młodzi lub w średnim wieku, ewidentnie sprawni i silni. Ale to właśnie ja stoję, a oni siedzą, bo kiedy wejdzie jakaś starsza pani to z pretensjami podejdzie właśnie do mnie – do facetów nie odważy się odezwać. Zaobserwowane.

 Bo w tramwaju można zaobserwować różne zachowania i przyznam, że to bzdura, że ludzie są niekulturalni. Najczęściej jednak widzę, że miejsca ustępują. Chyba, że naprawdę nie widzą. I wtedy dopiero się zaczyna. Niektóre z osób starszych, pełnych wigoru zresztą, kiedy trzeba dobiec do autobusu i walczyć łokciami o miejsca siedzące, uważa że szacunek należy im się tylko dlatego, że są starsze. Tymczasem (tu właśnie będę niepoprawna politycznie), nie zgadzam się, że ludziom starszym szacunek należy się bezwarunkowo. Uważam, że każdy człowiek na szacunek musi sobie zasłużyć. A jak czasami widzę zachowanie takiej starszej osoby, to nie widzę w niej absolutnie NIC godnego szacunku. Wiele z tych osób, za ustąpienie miejsca nawet nie podziękuje.
 Ostatnio byłam świadkiem, kiedy wszedł starszy pan z wózkiem na zakupy. Kilka osób natychmiast wstało z miejsca i pomogło mu do niego dotrzeć uprzejmie się odsuwając. A on zaczął szarpać tym wózkiem na siłę uderzając po nogach wszystkich, którzy stali na jego drodze cały czas mrucząc przekleństwa pod nosem i w końcu nawrzeszczał na faceta siedzącego naprzeciwko niego, żeby zabrał nogi, bo on musi tam wózek postawić! Dodam, że mężczyzna nie siedział z nogami wyciągniętymi przed siebie, a trzymał je pod krzesełkiem, tylko staruszkowi jego kolana przeszkadzały…
 Innym razem stałam z koleżanką przy pustym krzesełku i trzymałyśmy się oparcia. Oberwałyśmy obie laską pewnej pani po rękach! Wyobrażacie sobie? Bo jej przeszkadzało, że tam stałyśmy, a ona chciała sobie usiąść na tym krzesełku. Dodam, że nie widziałyśmy jej, bo stała za nami.Spokojnie mogła podejść z drugiej strony, lub zwyczajnie powiedzieć „przepraszam”. Ale nie, musiała się na nas wyżyć. 
 Przyznam, że kiedy widzę „staruszkę”, która niemal biegiem wpada po schodkach tramwajowych, taranując przy okazji wszystkich na swojej drodze, mam ochotę być po prostu złośliwa… I tak, biję się w piersi. Raz byłam bezczelna. Byłam okropnie zmęczona, usiadłam sobie na krzesełku w umiarkowanie zapełnionym tramwaju. Jakaś starsza pani (to znaczy, gdyby nie powiedziała mi, że jest starsza, to bym nie wiedziała) stanęła przede mną ostentacyjnie. A ja się wkurzyłam i równie ostentacyjnie spojrzałam na nią po czym…nie zrobiłam nic. Pani zwróciła mi uwagę, że jej nie ustąpiłam. Odparowałam, że na następnym przystanku wysiadam, to sobie jeszcze posiedzi. Wiem, moje zachowanie nie było szczytem dobrego wychowania, nie popisałam się kulturą. Ale wkurzyłam się strasznie – tak właśnie na mnie działają te dziarskie „staruszki”, które myślą, że wszystko im się należy.
 I nie mówię tutaj o staruszkach, które ledwo idą, widać że jest im ciężko – ze trzy osoby naraz wstają z miejsca, więc to nie jest tak, że brakuje kultury. I ogromna różnica w postawie takich osób – ta staruszka, z miłym, ciepłym uśmiechem podziękuje za miejsce, a nawet czasami odmówi (!), natomiast ta pani pełna wigoru spojrzy z wyższością wykazując skrajną postawę roszczeniową. 

A na koniec jeszcze dodam, żeby było jasne,że oczywiście zawsze w każdej sytuacji są wyjątki. Są nieuprzejmi młodzi pasażerowie i są starsi ludzie, którym nie okazuje się należnego im szacunku. W historiach, które opisałam powyżej mogłam źle ocenić sytuację. Ale myślę, że w tym wszystkim jest niestety wiele prawdy. Jak to się mówi każdy kij ma dwie strony, a medal dwa końce :) A ja tutaj piszę z perspektywy osoby młodej, która nie odmawia szacunku starszym, ale jednocześnie sprzeciwia się poglądowi, że szacunek należy się tylko ze względu na wiek.
 A w następnym odcinku będzie o kobietach w ciąży :) A zwłaszcza o jednej.

czwartek, 10 czerwca 2010

Nie przesadzajmy z tym feminizmem

Baby się obraziły, bo Bronisław Komorowski w swoim spocie pokazał, jak żona podaje mu zupę. Noszzz, takiej obrazy (babskiego) majestatu to rzeczywiście już dawno nie było.
Interesuję się kwestią kobiecą, lubię czytać na ten temat. Pisałam pracę licencjacką a później magisterską dotyczącą kobiet i ich pozycji w literaturze i społeczeństwie. Ale nie powiem, że jestem feministką, bo się zwyczajnie wstydzę. Wstydzę się za większość zdeklarowanych i zawziętych feministek, które plują jadem na cały męski ród.
Ja się bardzo cieszę, że czasy się zmieniły i kobiety nie są traktowane już przedmiotowo. Że mąż nie jest już panem i władcą, od którego kobieta jest zupełnie zależna – finansowo i psychicznie. Że związki stały się bardziej partnerskie niż to było kiedyś, że facet wie co to odkurzacz i orientuje się, gdzie w domu stoi płyn do mycia naczyń :) Cieszy mnie, że kobiety mogą się uczyć, mogą studiować i robić karierę zawodową.
No ale, Drogie Panie, nie popadajmy w skrajności! Nie toleruję męskich szowinistów. A wręcz gardzę nimi, bo są dla mnie po prostu sfrustrowanymi i niedowartościowanymi samcami. Ale na pewno nie obrażę się, bo ktoś mi powie, że lepiej mi wychodzi podawanie zupy niż wiernie dziury w ścianie! Ja czasami naprawdę nie wiem o co kobietom chodzi. Że niby co, że do kuchni w ogóle nie wejdą, bo to jest dyskryminacja? Że w kieckę się nie ubiorą, bo to poniżające? Że się obrażą śmiertelnie, bo facet je w drzwiach przepuścił? Albo nie daj Boże będzie chciał pomóc im kiedy niosą ciężką torbę? To już są takie hardcorowe przypadki.
Ale są też takie niezdecydowane. Z jednej strony domagają się praw. Domagają się absolutnie równego traktowania w każdej sytuacji. A z drugiej strony obrażą się, bo ich partner w tych nieszczęsnych drzwiach nie przepuści. Trochę konsekwencji poproszę :)
Tak a propos konsekwencji. Słówko o parytetach… Wiecie, ja aż tak w polityce nie siedzę. Więc może się mylę i może to naprawdę jest dobra rzecz, ale… Kobiety chcą, żeby było sprawiedliwie i żądają by część miejsc w sejmie była zarezerwowana dla nich. No ale w takim razie gdzie tutaj jest sprawiedliwość, skoro ktoś jest faworyzowany? Ale tak jak napisałam, nie znam się na tym aż tak bardzo :) (dopisek: Rzeczywiście trochę pokręciłam, bo chodzi o część miejsc na listach wyborczych – prostuję więc. Nadal jednak sprawiedliwości w tym nie widzę…)

Ja powiem tak – cieszę się, że nie żyję w czasach, kiedy kobietom nie wolno było nosić spodni, jeździć konno okrakiem czy pić alkoholu. Podoba mi się, że mężczyźni pomagają nam w domowych obowiązkach i wspierają nas w wychowaniu dzieci. Nie, nie chcę być dyskryminowana ze względu na moją płeć. Ale to, że ktoś stwierdzi, że podaję mężowi obiad, nie jest dla mnie dyskryminacją. Dyskryminacją jest dla mnie fakt, że za identyczną pracę i takie same obowiązki mężczyzna otrzymuje wyższe wynagrodzenie niż kobieta. Albo to, że nie mam prawda wyrazić głośno swojej opinii, bo jestem kobietą. Ale przyznaję, że są dziedziny życia, w których kobiety są lepsze od mężczyzn i są takie sprawy, które po prostu lepiej zostawić facetom.
Owszem, chcę mieć w domu coś do powiedzenia. Chcę być partnerką a nie podwładną mojego męża. Chcę zarabiać pieniądze i dokładać się do domowego budżetu. Lubię to, że jestem niezależna i dość silna, bo nie chciałabym być ofermą, która w życiu nie umie poradzić sobie bez mężczyzny. Ale to nie znaczy, że nigdy nie mam prawa poczuć się po prostu delikatną istotą płci żeńskiej, która potrzebuje męskiego ramienia, na którym mogłaby się wesprzeć albo męskich pleców, za którymi mogłaby się schować. Lubię być adorowana i wcale nie uważam, że w pracy jestem dyskryminowana, kiedy faceci zachowują się w stosunku do mnie szarmancko, przenoszą za mnie ciężkie kartony z dokumentami albo robią mi herbatę. Upsss, tu chyba się pomyliłam, w tym momencie to zdaje mi się, że oni są dyskryminowani ;))
Jeszcze raz apeluję – nie przesadzajmy. Pamiętajmy, że jednak my i Oni jesteśmy różni i nie starajmy się niczego na siłę zmieniać. Szanujmy się po prostu. Szanujmy role jakie pełnimy w społeczeństwie i nie próbujmy ich klasyfikować według klucza „lepsza-gorsza”.
Ale tak na koniec dodam, że to, że tylko my rodzimy dzieci uważam za bardzo niesprawiedliwe :)))

środa, 19 maja 2010

Człowiek.

Marność nad marnościami i wszystko marność ten człowiek :) Wulkan wybuchł i już człowieki się z miejsca na miejsce przemieścić nie mogą. Popadało intensywnie i co drugi ludź ma problem z zalogowaniem się na Onet. Słyszałam, że to własnie przez zagrożenie powodziowe. (BTW: nie mogę wejść na blogi niektórych z Was, a czasami nie mogę skomentować)
Tacy Indianie taniec deszczu to wymyślili, ale nic mi nie wiadomo o takowym, który by słońce sprowadził nad naszą krainę. A szkoda, odtańczyłabym z miłą chęcią. 
U mnie zagrożenia nie ma. Warta nawet z brzegów nie wystąpiła a w moich rodzinnych stronach opolskich Miasteczko wcale nie zalane a w Przymiasteczku tylko ogródki i kawałek parku. Co nie znaczy, że się nie przejmuję, bo serca z kamienia nie mam i żal mi tych, którzy mają poważne kłopoty. 

Ale niech pierwszy kamieniem rzuci ten, który nie jest ani trochę egoistą i kto nie myśli sobie, kiedy widzi tragedię innych „dobrze, że nie mnie to spotkało”. Jeśli naprawdę tak nigdy nie myślicie, to mogę się dać ukamienować, bo ja niestety tak myślę. Biję się w piersi i głośno przyznaję, że jestem egoistką…  Empatii mam w sobie wiele – czasami aż za wiele i przeżywam za bardzo sprawy, które mnie nie dotyczą. Ale, jak wiadomo, jedną z najważniejszych potrzeb według piramidy Maslowa jest potrzeba bezpieczeństwa i dopiero kiedy czuję, że ja i moi najbliżsi jesteśmy bezpieczni mogę zdobyć się na to, żeby współczuć innym oraz im pomagać. Znieczulona nie jestem i nie raz łzy mi w oczach stanęły z powodu czyjejś tragedii, ale ukrywać nie będę, że bardziej porusza mnie los osób, które znam – choćby z widzenia czy słyszenia.

 Ludzie muszą sobie pomagać. Zdarzyło mi się otrzymać od kogoś bezinteresowną pomoc. Ja też kilkakrotnie takowej udzieliłam. Ale zawsze kieruję się słowami Szymborskiej, że „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” i tak naprawdę prawda o każdym z nas ujawnia się dopiero w sytuacji kryzysowej. Mimo wszystko życie nauczyło mnie, żeby na wszelki wypadek kierować się polityką „Umiesz liczyć? Licz na siebie…” A kiedy znajdzie się ktoś, kto pomoże, można się tylko mile zaskoczyć.
Nie chcę wyjść tutaj na osobę cyniczną. Bo prawda jest taka, że więcej we mnie naiwności niż cynizmu z reguły i generalnie wierzę w ludzi i jakoś trudno mi uwierzyć w ich podłą naturę. Ale rozumiem, że każdy przede wszystkim chce swój tyłek zabezpieczyć. I chwała mu za to, bo jakby nie zadbał o siebie, to jak może dbać o innych. Apeluję więc: bądźmy ludzcy, zdobądźmy się na szczyptę empatii, ale nie zgubmy też w tym wszystkim siebie. I obserwujmy innych, bo prawda jest taka, że nie wszyscy pomoc potrafią przyjmować. I bynajmniej nie mówię tu o tych, którzy są na to zbyt dumni, ale o tych z postawą roszczeniową, którzy myślą, że wszystko im się należy, a sami palcem nie kiwną. Nawet w swojej sprawie.

Nie może wiecznie padać. Wierzę w to bardzo głęboko… 

W zasadzie nie o tym miałam, no ale tak jakoś wyszło.