*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jawa czy sen?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jawa czy sen?. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 lipca 2014

Wspomnienie i fochy.

Dzisiaj przyśnił mi się nasz Roki. To właściwie nie jest jakoś bardzo dziwne, bo wiele razy już o nim śniłam, ale ten dzisiejszy sen był bardzo wyrazisty i dość przejmujący. Byłam w Miasteczku i w pośpiechu pakowałam się, żeby zdążyć na autobus - nie wiem, czy miał mnie zawieźć do Poznania, czy do Warszawy. Rokuś, kręcił mi się pod nogami, ale oprócz tego strasznie chciał się przytulać. Stawał na tylnych łapach, przednimi opierał się na moich kolanach, a łebkiem tulił się do mojego brzucha - tak jak, to zawsze robił. Chwilami też podchodził i wkładał głowę pod moją rękę, żebym go pogłaskała albo trącał mnie łapą i upominał się o pieszczotę.
A ja się spieszyłam - bardzo. Tuliłam go jednak cały czas i było mi bardzo smutno, bo czułam, że to jest ostatni raz, kiedy go widzę. On, jakby nie chciał mnie wypuścić. A ja i tak nie nadążałam i ostatecznie spóźniłam się na ten autobus. Wróciłam do domu, do skaczącego z radości psa. I znowu go tuliłam i głaskałam.. Choć nadal było mi smutno...

Nie pamiętam, jak się ten sen skończył. Kiedy się obudziłam, odczułam ulgę, że to nie w rzeczywistości spóźniłam się na autobus, na który miałam zakupiony już bilet, ale także żal, że Rokiego nie ma. Minął już ponad rok, ale nam cały czas go brakuje. Często go wspominamy, przypominają nam się zabawne albo rozczulające sytuacje z jego udziałem. Dom mimo wszystko jest bez niego pusty, choć jego legowisko już zniknęło (po dobrych kilku miesiącach)... Tęsknię za nim bardzo... Kiedy przyjeżdżamy, nawet Franek głaszcze powietrze, wyobrażając sobie, że to Roki i przypomina sobie, jak ten budził go mokrym nosem i stukaniem merdającym ogonem w szafkę obok łóżka - bo przejście było zbyt ciasne... Mimo wszystko żal. 
Widziałam go ostatni raz na początku czerwca ubiegłego roku - był żwawy, jak zawsze, biegał, skakał, szczekał, wygłupiałam się z nim.. A dwa tygodnie później już go nie było :( Niby dobrze, że się zbyt długo nie męczył, ale to było dla nas ogromne zaskoczenie, że choroba go tak szybko wykończyła. Echhh....

***

A cóż tak poza tym? Franek mnie ostatnio denerwuje, bo ciągle jakieś fochy ma. Strasznie mi te jego humory działają na nerwy, bo są naprawdę nieprzewidywalne. Potrafi się obudzić z uśmiechem na ustach, porozmawiać ze mną, pożartować, przytulić - myślę sobie wtedy, że to będzie dobry dzień, a za chwilę jakiś drobiazg, jakaś totalna głupota powoduje, że on się wkurza. A ja też nie jestem taka, że można na mnie warknąć (nawet jeśli to nie jest bezpośrednio na mnie, tylko oberwę rykoszetem) a po mnie to spłynie, tylko też się wtedy wkurzam. Franek wtedy twierdzi, że on się odezwał normalnie, a mnie się wydawało, za to ja jestem niemiła. No i takie błędne koło właśnie, bo oboje jesteśmy impulsywni i temperamentni... Niech sobie gada co chce - ja znam go już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy faktycznie ma jakieś humory. Niestety, on to chyba w genach po mamie przejął, to chyba zupełnie nietypowe u facetów. Nie znoszę tego. Ale nawet nie dlatego, że te jego muchy w nosie mnie tak irytują, tylko dlatego, ze on wcale tych swoich dziwnych zachowań nie dostrzega! Bo ta jego zmienność działa w obie strony. Może być tak, że jestem na niego wściekła z powodu takiego porannego zachowania, a on za chwilę do mnie dzwoni i jakby nigdy nic mówi "cześć myszko". Zupełnie nie pamięta, że się ze mną o coś posprzeczał. Z jednej strony to oczywiście dobrze, bo dzięki temu nasze kłótnie nigdy nie trwają długo, ale z drugiej nie do końca mi to odpowiada. Bo po pierwsze lubię wszystko przegadać - nawet taki drobiazg i zrozumieć po co i dlaczego, a po drugie bywam pamiętliwa i choć nie obrażam się, to jakoś nie potrafię ot tak po prostu zapomnieć, że parę godzin wcześniej burknął na mnie z fochem. A po trzecie to jest tak, że mnie - mimo tej pamiętliwości - złość dość szybko przechodzi i muszę sobie przypominać, że postanowiłam, że będę zła! :P Jakoś mi to wychodzi, ale jak Franek zadzwoni i jest słodki jak miód, (bo dla niego zwykle nie było sprawy) to nie umiem się nadal wkurzać i nici z mojego postanowienia :)
Poza tym wkurzona jestem jeszcze z powodu nadchodzącego weekendu, bo tak się składa, że Franek ma wolne i nie wybieramy się ani do Miasteczka, ani do Poznania. Franek od dawna powtarzał, że chciałby na weekend gdzieś wyskoczyć - ale ciągle mieliśmy weekendy zajęte. Myślałam więc sobie, że może w ten właśnie zrobimy coś wyjątkowego - niekoniecznie nawet musimy jechać gdzieś daleko, ale jednak chętnie bym się wyrwała. Ale z wczorajszej krótkiej rozmowy wynikało, jakby jemu się odwidziało. Jak dzisiaj będzie miał nadal jakieś humory albo jeśli będzie stękał i z tego stękania będzie wynikało, że planów na weekend konkretnych nie mamy to chyba go oleję i sama sobie coś zorganizuję :P Bo przecież nie ma nic gorszego niż brak zorganizowania :))

***
I tak sobie plotę tu ostatnio od rzeczy :) Ilość nigdy  nie świadczy o jakości i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale cóż poradzę na to, że ostatnio tyle różnych rzeczy mi się po głowie tłucze, że zanim pomyślę o czym tym razem napiszę, to notka już jest :P Pal licho, że niezbyt to fascynujące ;)

sobota, 13 kwietnia 2013

Byle nie do szkoły!


Ostatnio mam bardzo dziwne sny. Bardzo wyraziste i sugestywne. Mam wrażenie, że pełne symboli, chociaż jednocześnie nie jestem dobra w interpretacji snów, więc to tylko wrażenie.Przypuszczam, że może to mieć związek z tym, że na żywo "za mało" przeżywam to wszystko, co się wokół mnie dzieje i będzie działo za chwilę. Jestem całkiem spokojna i pogodzona z rzeczywistością i może moja podświadomość się wyrywa, żeby zademonstrować w ten sposób wszelkie moje lęki i takie tam :P
W każdym razie, i tak nie o snach miało być dzisiaj. To znaczy notka snem zainspirowana, ale nie o śnie będzie, a o szkole. Śniła mi się moja nauczycielka chemii z liceum. Siedziałam u niej na lekcji, ale już jako obecna margolka a nie ta z czasów licealnych. Pani potraktowała mnie bardzo nieładnie i zwyczajnie mnie obraziła.
Chemia nie była moją traumą w tamtym czasie (była nią biologia i czasami historia - aczkolwiek ta druga z powodu nauczyciela, który był nieprzewidywalnym pijakiem), chociaż był to jedyny przedmiot z którego miałam czwórkę na świadectwie maturalnym. Ale babka, która tej chemii uczyła była postrachem. Wiedzę na pewno miała, potrafiła ją nawet zazwyczaj przekazać, ale posłuch na lekcjach budowała jedynie tym, że wszyscy się jej bali. Potrafiła zmrozić spojrzeniem, jeśli się uśmiechała to tylko ironicznie, bywała złośliwa, zwłaszcza, gdy ktoś udzielił niepoprawnej odpowiedzi na pytanie. Trochę rodzaj Kazimiery Szczuki z "Najsłabszego ogniwa" - jeśli ktoś oglądał... 
Nie mam pojęcia, dlaczego akurat ona mi się przyśniła, bo naprawdę większe stresy przechodziłam z powodu innych przedmiotów i innych nauczycieli, ale wywołało to u mnie całą masę przemyśleń. Między innymi takich, że absolutnie nie chciałabym wrócić do szkoły! Nawet do podstawówki, w której bylo mi bardzo dobrze, bo bywałam wręcz hołubiona przez niektórych nauczycieli, a jako przewodnicząca szkoły byłam również popularna wśród uczniów i raczej lubiana - a przynajmniej ci, którzy mnie nie lubili, siedzieli cicho :P
Nie miałam nigdy większych problemów z nauką. Nie wszystko przychodziło mi łatwo, musiałam uczyć się dużo i długo, a gdy tylko sobie odpuściłam, to od razu dostawałam gorsze oceny (poza pewnymi wyjątkowymi sytuacjami, które wspominam jako anegdoty do dziś, ale to temat na inny raz). Ale to nie niechęć do nauki albo przesyt nią wywołuje we mnie tę niechęć powrotu, a raczej szkolny - nazwijmy to - reżim :P Odwykłam zwyczajnie od tego, że nauczyciel jest najważniejszy i zawsze ma rację. Odzwyczaiłam się od tego szacunku, który wynikał tylko ze strachu. Oczywiście byli (i są) nauczyciele, którzy byli pasjonatami, mieli ogromną wiedzę, potrafili ją przekazać a do tego wszystkiego byli fajnymi ludźmi, z którymi dało się dogadać i którzy potrafili zrozumieć uczniów. A nawet tacy, których się człowiek bał, ale jak przychodziło, co do czego, to okazywali się w porządku.  I to nie o nich piszę, bo z takimi chętnie spotkałabym się dziś i myślę, że moglibyśmy rozmawiać jak starzy, dobrzy znajomi. Ale jeśli chodzi o innych to.. nie wytrzymałabym pewnie, bo temperament mam nieco większy niż te piętnaście lat temu i wygarnęłabym im, co o nich myślę :P Spójrzcie, jak nietrwały jest ten szacunek, który sobie "wypracowali" terrorem ;) We mnie nie zostało go za grosz... 
Trudno byłoby mi wrócić do czasów, gdy musiałam uczyć się rzeczy, których nie znosiłam i którymi kompletnie nie byłam zainteresowana. To na szczęście skończyło się na studiach ;) Miewałam co prawda jeszcze jakieś dziwne zajęcia czasami, ale jakiegoś związku z głównym kierunkiem zawsze umiałam się jednak dopatrzeć :)

Jednak zdecydowanie najgorzej byłoby właśnie ze wspomnianym przyjęciem za coś oczywistego faktu, że jestem "tylko" uczennicą, która musi się słuchać, musi być grzeczna, odrabiać lekcje, stawać pod tablicą, gdy tylko usłyszy swoje nazwisko, lecieć po kredę na zawołanie nauczyciela, wykonywać wiele innych mniej lub bardziej absurdalnych zadań domowych - (przecież zdarzały się i takie) i w dodatku każdego nauczyciela szanować bezwzględnie i w ogóle najlepiej to lubić, a przynajmniej udawać - wiarygodnie ;), żeby za bardzo nie podpaść. Oj, moja przekorna natura, która bardzo mocno rozkwitła w latach poszkolnych chyba by tego nie zdzierżyła :D

Tak więc- ufff... Jak dobrze, że już nie chodzę do szkoły.

Niemniej jednak koniecznie muszę dodać, że piszę to z perspektywy osoby, której już bliżej do trzydziestki niż "nastki", a obowiązek szkolny wypełniałam sumiennie - włącznie z niepodpadaniem nauczycielom (choć nie zawsze wychodziło - na przykład, kiedy w pierwszych klasach podstawówki powiedziałam na forum o jednej pani, że jej nie lubię:P) i go zaliczyłam, dlatego mogę sobie teraz tak gadać :P Ale tak całkiem serio, to uważam, że jest to absolutnie niezbędny etap w życiu każdego człowieka. Nie tylko dlatego, że uczyć się trzeba, ale właśnie dlatego, że w szkole trzeba się zmierzyć z całą masą różnych sytuacji - problematycznych, nieprzyjemnych, trudnych. Szkoła uczy nas relacji z innymi, zachowań, kształtuje naszą osobowość. Nawet pomimo tego, co napisałam o podleganiu nauczycielom uważam, że to też jest potrzebne. Człowiek musi wiedzieć, że zazwyczaj w życiu przed kimś w jakiś sposób odpowiada, że nie ma samowolki i że czasami trzeba ustąpić, ugryźć się w język. Albo z kolei walczyć o swoje. Szkoła uczy powściągliwości albo rozbudza nasz temperament ;)
I oczywiście pozostawia w nas całą masę zajefajnych wspomnień, których braku nie dałoby się w żaden sposób zrekompensować :)

wtorek, 25 września 2012

Przerywnik

Zanim wrócę do opisywania naszego ślubu (idzie mi to opornie nie tylko dlatego, że nie mam czasu, ale również dlatego, że chcę się tym jak najdłużej delektować :) mam takie złudzenie, że jak to opiszę, to poczuję na dobre, że już po wszystkim :)), muszę wreszcie Wam podziękować! Miałam to zrobić przy okazji każdej notki, ale ciągle zapominałam!

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie życzenia pod notkami, ale również za te na innych portalach. Dziękuję za piękne maile Roksannie, Motylowi, Szczęściarze, Marcie, Asi (a nawet dwóm :)). Izie i Flo. dziękuję za smsy! Antylce i Młodej Kobiecie za śliczne kartki! Jeszcze Wam wszystkim podziękuję z osobna, ale chciałam dać znać, że pamiętam, że doceniam, że jestem wręcz wzruszona :) Dziękuję! (i mam nadzieję, że nikogo nie pominęłam)

***
Poza tym, chciałam się Wam wytłumaczyć. Ja wiem, ze ostatnio nie udzielam się u Was, ale bądźcie pewne, że zaglądam! Niech żyje ten mój smartphone służbowy, nad którego wyborem się zastanawiałam jakiś czas temu. Dzięki niemu mogę zaglądać do Was na przykład w samochodzie, gdy stoję na czerwonym świetle :P (spokojnie, podczas jazdy z komórki nie korzystam ;)) albo w jakimś innym momencie, kiedy akurat nie mam przy sobie książki. Jedynym utrudnieniem jest to, że nie zostawiam komentarzy, bo bardzo źle mi się pisze cokolwiek na tym telefonie, nie wspominając już o dłuższych wypowiedziach. Ale w końcu się jakoś ogarnę. Mam nadzieję jednak, że rozumiecie, że ostatnio byłam zajęta trochę czymś innym :)
A, no i jeszcze jedno - mam totalny bałagan w linkach. Jak wiecie, w celu usprawnienia funkcjonowania tego bloga usunęłam listę linków (co się zresztą okazało chyba niepotrzebne). Teraz część linków mam na starym blogu, inne na stronie, którą utworzyłam dawno temu tylko w celu zebrania wszystkich linków w jednym miejscu (ale się zdezauktualizowało), jeszcze inne w zakładkach, mailach... Czasami wchodzę do Was przez Feedjit... Ale generalnie mam po prostu chaos. Mam prośbę - zostawcie mi adresy swoich blogów - to prośba do wszystkich :) Po prostu chciałabym to jakoś usystematyzować.

***
A na koniec przyznam się Wam, że codziennie śni mi się nasze wesele. Wyobrażacie sobie?? To już dziesięć dni, a ja każdej - dosłownie każdej! - nocy przeżywam wszystko od nowa! Śni mi się jak tańczymy, śnią mi się nasi goście... Oby jak najdłużej :)

środa, 8 sierpnia 2012

Ukochane miejsce.

Od tygodnia mieszkamy z Frankiem u jego rodziców, którzy wyjechali na wakacje i opiekujemy się psem. A to oznacza, że chwilowo wróciłam na stare śmieci - moje niegdyś ukochane ratajskie osiedle :)
Nadal uważam, że to najlepsze miejsce w Poznaniu - nie dość, że jest tu po prostu ładnie, to mam z tą okolicą związanych mnóstwo wspomnień. Ale przyznaję, że już nie wiążę z tym miejscem swojej przyszłości. Głównie dlatego, że nie byłoby to praktyczne. Jeśli mielibyśmy szukać mieszkania dla siebie -to raczej w innej części miasta. Po raz pierwszy nie mieszkałabym w centrum (teraz też wynajmujemy mieszkanie w centrum, ale niestety w brzydkiej okolicy) - ale zauważyłam, że coraz mniej mi to centrum jest potrzebne. Kiedyś jeździłam na uczelnię, do pracy.. Teraz bywam tam raz na kilka miesięcy.
W każdym razie piszę tutaj o przyszłości, która jak na razie jest bardzo mglista, więc to wszystko jest w sferze rozważań czysto teoretycznych, ot takie gdybanie, bo do konkretów nawet się nie przymierzamy.

I w ogóle nie o tym miałam, tylko o tym, że Rataje zawsze będę darzyć ogromnym sentymentem, bo to tutaj wszystko się zaczęło - i wcale nie mam na myśli tylko mojego związku z Frankiem. Pisząc "wszystko" dokładnie "wszystko" mam na myśli :)
Piękne to były czasy. Kocham ten park nad Wartą, kocham te nasze bloki. Uwielbiałam moje mieszkanie, na które teraz spoglądam - wystarczy bowiem, że siedząc przy biurku w dawnym pokoju Franka przechylę głowę lekko w prawo i widzę okna mojego dawnego pokoju... Zaglądam tam, kiedy jest otwarte okno. Widzę, że tapeta w kuchni się nie zmieniła i firanki cały czas te same... :) A kiedy znajoma, która teraz tam mieszka wrzuciła do internetu jakieś zdjęcia rozpoznałam także parkiet i wykładzinę...

Bardzo trudno było mi się rozstać z tym mieszkaniem, zapewne pamiętacie. Ale na co dzień w ogóle o tym nie myślę. Pisałam zresztą kiedyś notkę o tym, jak odwiedziłam to mieszkanie i dotarło do mnie, że to już koniec tamtego etapu, że symbolicznie się z nim pożegnałam... Kiedy czytam ją teraz, czuję się dokładnie tak samo... Ale najciekawsze jest to, że to tylko tutaj nawiedzają mnie te wszystkie wspomnienia i sentymenty. Albo nawet nie o to chodzi, że tutaj, ale, że w tych okolicznościach - kiedy jestem tu dłużej. Kiedy chwilowo tu mieszkam. Wszystko do mnie wraca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio myślałam o moim dawnym mieszkaniu, w zasadzie wcale tego nie robię. Nigdy mi się nie śni. A odkąd jesteśmy tu, śniłam o tamtym mieszkaniu już cztery razy! Zastanawiam się, co to właściwie oznacza :) Zawsze śni mi się, że przychodzę tam w odwiedziny, nie że tam mieszkam... Pokój nie śni mi się w tej samej formie, w jakiej był "za moich czasów", ale śni mi się jako pokój koleżanki. Jednak dopiero po tych wszystkich przemyśleniach i po tych snach uświadamiam sobie, jak bardzo jestem z tamtym miejscem związana emocjonalnie.
Nie wiem, czy jest jeszcze jedno takie miejsce.. Pewnie mój dom rodzinny, ale mimo wszystko uczucia towarzyszące mi, gdy o nim myślę są zupełnie inne.
Nie sądziłam, że można aż takie uczucia żywić do czterech ścian. Do paru metrów kwadratowych :)


I chociaż życie toczy się dalej i bardzo lubię je w tej właśnie formie, to zawsze będę tęsknić do tamtego miejsca i do tamtych czasów :)

środa, 1 sierpnia 2012

Sny przedślubne (część druga, czy ostatnia? :)

Kiedy piszę codziennie to tak mi to mam mnóstwo pomysłów na notki i gdyby czas mi na to pozwolił to pewnie i kilka dziennie bym mogła publikować :) Ale jeśli tylko z jakiegoś powodu zwolnię i mam (niechże to nawet te dwa dni będą jak w tym wypadku :P) przerwę to jakoś gubię rytm i trudno mi sklecić cokolwiek. A przecież mam tyyyle do powiedzenia!

Ślub za 44 dni a więc czasu mało, żeby opisać wszystkie moje refleksje związane z tym wydarzeniem, więc muszę się spieszyć :) A przecież jest jeszcze reszta życia, niekoniecznie kręcąca się tylko wokół 15 września. No dobra, teraz już coraz bardziej wszystko się kręci właśnie wokół tego dnia, ale w zasadzie to dobrze, bo jak nie teraz, to kiedy? :))

Ależ wczoraj miałam sen! Pamiętacie może moją notkę o czarnych butach? (podałabym tu linka, ale niestety Onet twierdzi, że mój stary blog nie istnieje, albo że lista postów jest pusta, pora znaleźć trochę czasu na przeniesienie stamtąd notek zanim naprawdę znikną). W każdym razie już wtedy wiedziałam, że to pewnie tylko jeden z wielu snów przedślubnych, które mnie czekają. I miałam rację. Ale nie wszystkie sa warte opisania, natomiast wczorajszy mnie przeraził, bo znowu był niesamowicie realistyczny!

Otóż wszystko działo się w sobotę 15 września 2012. Od rana padało niestety i już wtedy pomyślałam sobie, że zawaliłam, bo zapomniałam odprawić czary mary zaklinające pogodę i nie wystawiłam butów na parapet :P Nic to jednak - dość spokojna poszłam do kosmetyczki i fryzjerki na upiększanie. Wtedy po raz pierwszy (nic że we śnie, odczucie było prawdziwe) poczułam podekscytowanie i motyle w brzuchu, kiedy zobaczyłam Franka bratową umalowaną i ubraną w sukienkę na wesele. Uświadomiłam sobie, że ubrała się tak na MOJE wesele :)
Czas gonił, z makijażu byłam zadowolona - z fryzury nieco mniej. Nie żeby mi się nie podobała, po prostu wydawało mi się, że wyglądam jak zawsze :) Ale nie lamentowałam i po prostu dalej przygotowywałam się do tego najważniejszego momentu. Po drodze miałam jeszcze kilka przygód, których jednak Wam oszczędzę (jakaś stłuczka, telefon, wypchane zwierzęta)...

Dwie godziny przed uświadomiłam sobie, że zapomniałam z Poznania obrączek! Szybki telefon do Franka, który miał dojechać i - uratował mnie, jak zwykle w takich sytuacjach, bo pamiętał :)
Godzinę przed - zaczynam się już coraz bardziej denerwować, a kiedy okazuje się, że zapomniałam kupić białych pończoch, albo chociaż rajstop, nie wspominając już o bieliźnie - stwierdzam, że psuję sobie ten dzień. I że szkoda, że nie będzie tak, jakbym chciała...
Ale kwadrans przed ślubem mam już dość - ryczę, bo nie wzięłam także rękawiczek, które kupiłam specjalnie do sukni. A najgorsze - że moje paznokcie są pomalowane na niebiesko! Zapomniałam ich zmyć! A więc ryczę i krzyczę do mamy, że odwołujemy ślub, że tak nie będzie. Moja mama równie zdenerwowana odkrzykuje, że nie da rady. Prawie się załamuję i... czuję, że się budzę! Niewiarygodne! Jak dobrze, że to tylko sen!

Na liście spraw do załatwienia dopisałam szybko obrączki, rękawiczki, pończochy :) Paznokci nie muszę, bo w ich sprawie jestem zapisana do kosmetyczki :)

Ps. Zdobyłam link dzięki chwilowej łaskawości Onetu --> TU :)

środa, 26 października 2011

Dobrzy ludzie, dobrze śpią :)

Ostatnio mi się wspaniale śpi! Co prawda nigdy jakichś szczególnych problemów ze snem nie miałam, ale różnie bywało – zdarzało się, że nie mogłam zasnąć, że budziłam się w nocy albo że rano mi się ciężko wstawało. Od jakiegoś czasu wszystko poszło w zapomnienie (odpukać :))) Kładę się spać raczej regularnie – przed 22 wskakuję do łóżka, coś tam sobie jeszcze poczytam albo pouczę się słówek a następnie gaszę światło i odpływam. Odpływam niemal dosłownie – tak mi się błogo robi w pewnym momencie, że tylko przykładam głowę do poduszki i już mnie nie ma. Nawet nie wiem, czy najpierw zamykam oczy, czy najpierw zasypiam a one same mi się zamykają już przez sen :) A potem śpię jak zabita – zazwyczaj do rana.
Kiedy Franek chodzi na popołudnie do pracy i wraca około północy, to nawet się nie budzę! Czasami jestem świadoma, że przyszedł, że się obok mnie kładzie. Nawet mam ochotę się obudzić, przywitać go, porozmawiać z nim, ale nie potrafię – tak mocno śpię :) Franek mówi, że czasami coś tam mruczę, ale generalnie nie budzę się nawet jak on mnie przysuwa do siebie* :) Gdy z kolei Franuś wstaje do pracy w okolicach trzeciej, również bywa, że nawet się nie obudzę. Prawdę mówiąc wolę, kiedy on chodzi na rano właśnie. Po pierwsze dlatego, że fajnie tak zerwać się na dźwięk budzika i stwierdzić, ze mam jeszcze trzy godziny snu :) A po drugie- ważniejsze, Franek się wtedy kładzie wcześniej i zawsze jeszcze sobie razem czytamy a potem zasypiamy przytuleni :)
Najlepsze w tym całym moim spaniu ostatnio jest to, że budzę się absolutnie wyspana i wypoczęta. Wiecie, to ciekawe, jesienią i zimą rano jest ciemno i zimno i zdecydowanie wstaje się mniej przyjemnie. Ale nie wiem dlaczego, mnie zawsze trudniej się obudzić latem – zawsze wstaję o szóstej, ale o tej porze roku jestem zawsze bardziej wyspana :)
Temat mało kreatywny, ale naprawdę ostatnio sprawia mi dużo frajdy :)) Kocham to uczucie, kiedy zasypiam, uwielbiam ten stan nieświadomości podczas snu a najbardziej cieszy mnie ten poranek – kiedy jestem wyspana i pełna energii. W dodatku mam świadomość, że zanim wyjdę do pracy mam dwie godziny tylko dla siebie :)
Chyba nie mam nic na sumieniu, skoro śpię tak spokojnie :)
* Raz się obudziłam – nagle mnie ktoś za ramiona mocno szarpnął i usiłował podnieść. Kiedy się obudziłam, stwierdziłam, że to Franek, który powiedział: „tak nie śpimy…” Otóż – uwielbiam spać z nosem w poduszce, zawsze tak zasypiam, a czasami głowa mi się tak przekręci, że nawet nie śpię na boku a całkiem mam wtuloną twarz w poduchę. I Franek się zawsze boi, ze się uduszę :))) Wybaczyłam mu tę pobudkę, w końcu to w trosce o moje życie :))

środa, 24 sierpnia 2011

Sny przedślubne (zapewne dopiero część pierwsza :))

Już od kilku lat zdarzało mi się miewać sny, które nazwałam sobie przedślubnymi. Nawet mimo tego, że o ślubie jeszcze nie myśleliśmy, bywało, że śniło mi się, że jadę do kościoła i zawsze było to samo – nie mogłam się wybrać, ciągle coś mi stawało na drodze i ostatecznie wyglądało na to, że spóźnię się na własny ślub. Ale zawsze w tym śnie sama sobie powtarzałam, że to nie jest rzeczywistość i od razu się uspokajałam i już na luzie odawało mi się dośnić do końca jak to moje wesele okazuje się klapą :)
Parę dni temu śniło mi się, że nadszedł ten dzień. Goście się już zjechali, czekają w kościele i właściwie już tylko mnie brakuje. Msza się rozpoczęła, a ja nie zdążyłam się przebrać! Weszłam więc tylko na chwilę w sweterku i pomyślałam sobie, że na czytaniu wyjdę i się przebiorę… Tak też zrobiłam. Wyszłam i w jakimś pomieszczeniu (nie, nie w zakrystii:)) szybko zaczęłam się przebierać. Ale czas nagli – już 1 list do Koryntian przeczytany a ja go nie słucham. Na własnym ślubie :( – myślę sobie. A tu jak na złość „na cebulkę” jestem ubrana – sweterek, jeszcze jeden, koszulka, podkoszulka… Ksiądz już kazanie rozpoczął – kazanie skierowane do mnie i Franka, a mnie nie ma! W końcu włożyłam suknię - w samą porę, bo kazanie się kończy, zaraz będzie przysięga! Jeszcze tylko buty – i co? Nagle robi mi się gorąco, bo przypomniałam sobie, że zapomniałam sobie kupić białe buty do sukni ślubnej!!! Mam tylko czarne czółenka! No i co teraz?
Pomyślałam sobie wtedy to, co zawsze w takich sytuacjach – spokojnie, to tylko sen. Nie podziałało. Margolka we śnie ze zgrozą uświadomiła sobie, że tym razem się jej to nie śni i że ten wielki dzień, na który czekała tyle czasu i do którego przygotowywała się tak długo będzie totalną klapą… I w tym momencie uratował mnie mój kochany narzeczony! Zadzwonił frankowy budzik wzywający go do pracy! Wierzcie mi, nigdy się tak nie cieszyłam, że Franuś musi wstawać o 3:25 :)
***
Ten sen był z gatunku ekstremalnych. Ale od kilku dni przygotowania, ślub i wesele śnią mi się prawie codziennie w wersji light. Zazwyczaj sny te dotyczą rozmów z innymi, w których opowiadam, co załatwiliśmy. Albo nawet nie dzieje się nic konkretnego, tylko jest biała suknia i generalnie temat ślubno-weselny. Cóż, co tu się dziwić – ostatnio o niczym innym prawie nie myślę. Z mamą mamy gorącą linię i ciągle omawiamy jakieś kwestie a później przekazuję to Frankowi i jeszcze raz dyskutujemy. Gorący temat, więc i w nocy spokoju mi nie daje. Mam nadzieję, że teraz, kiedy mamy już załatwione najważniejsze, na chwilę się uspokoi. Potem jeszcze we wrześniu załatwianie kościoła, a cała reszta trochę się czasie rozłoży… A więc i się uspokoję trochę.

Taką mam nadzieję, bo nie wyobrażam sobie, żebym była taka nakręcona przez cały rok!  A tak swoją drogą wiecie, co to będzie o tej samej porze w przyszłym roku? Skoro ja już teraz tak to wszystko przeżywam?

niedziela, 29 maja 2011

Już bliżej niż dalej.

Tak jest, coraz bliżej celu jestem. Wczoraj skończyłam pisać moją pracę podyplomową! Hurra! Pisało mi się ją dość trudno, bo jak zapewne pamiętacie, moją magisterkę pisałam sobie małymi kroczkami – codziennie po pół strony. W tym wypadku nie mogłam sobie na to pozwolić, bo zwyczajnie nie miałam w tygodniu czasu. Zostały mi więc weekendy, a ja nie potrafię tak usiąść na tyłku i po prostu pisać przez parę godzin, bo mnie nosi :) Ale na szczęście udało się – trzy weekendy i po krzyku. I na szczęście nie musiałam spędzać całych dni na pisaniu, czasami wystarczyły dwie, trzy godzinki.
Utknęłam natomiast na trzecim rozdziale, który miał być empiryczny. Z różnych względów nie wiedziałam do końca co tam napisać. I oświeciło mnie… wczoraj w nocy :) Normalnie jeszcze w piątek wieczorem rozmawiałam z mamą i mówiłam, że nie mam pojęcia co napisać. Poszłam spać i śniło mi się, że piszę pracę, pomijam to, że śniły mi się konkretne zdania, ale obudziłam się i wiedziałam o czym pisać! Od razu usiadłam i napisałam trzeci rozdział, a z rozpędu jeszcze wstęp i zakończenie :) Teraz zostały mi jeszcze te kosmetyczne drobiazgi (których notabene nie znoszę i mogłabym komuś zapłacić za tę robotę! :)) typu – przypisy, drobne poprawki, doszlifowanie bibliografii i takie tam.
Teraz jeszcze nauka do egzaminu, który będzie w sobotę a potem LABA! Nareszcie :) Co prawda potem 19 czerwca mam obronę, ale kto by się tam przejmował :) W końcu będą mnie pytać o zarządzanie gospodarką magazynową, a pracę napisałam własnymi ręcami, więc dam sobie radę nawet bez przygotowania, bo w końcu wiem, czym się w robocie zajmuję – tej i poprzedniej :)
Tak więc już za parę dni, za dni parę…

sobota, 16 kwietnia 2011

Byle do niedzieli.

Miała być dzisiaj wirtualna podróż po Maladze. Ale okazało się, że chyba ostatnio zostawiłam włączony aparat i nie zauważyłam, że bateria mi padła. Tak więc będzie temat zastępczy :)
Śniło mi się dzisiaj, że tańczyłam… W dodatku tango!  :) Z Frankiem. Sprawdziłam już w senniku, że może to oznaczać, że zrobię coś głupiego, ale nie będę tego żałować :D A poza tym taniec z kimś to zapowiedź pokoju w uczuciach, idealnej harmonii i głębokiego wzajemnego zrozumienia. W ogóle sen był trochę pokręcony, ale najbardziej podobał mi się mocny uścisk Franka. Fajnie się czułam w tym śnie, ale paradoksalnie, obudziłam się w fatalnym nastroju… Macie tak czasami? Że zupełnie bez powodu budzicie się rano i wiecie, że cała reszta będzie do kitu? Nie pomaga nawet słońce i wizja pierwszego wolnego weekendu od dłuższego czasu.. No ja tak dzisiaj właśnie miałam :/ Od rana wszystko mnie wkurzało (dobrze, że Franek pojechał do pracy, bo bez kłótni by się pewnie nie obyło) albo powodowało, że chciało mi się ryczeć.
Ostatecznie pojechałam do biblioteki na uniwerku, bo stwierdziłam, ze tam są same książki, więc chyba niewiele będzie mnie mogło naprawdę wkurzyć :D I przyznam, ze dobrze zrobiłam. Bo humor znacznie mi się poprawił – udało mi się ruszyć z pracą dyplomową :) Napisałam pierwsze dwie i pół strony :) Zważywszy na fakt, ze rozdział mógłby mieć nawet jedyne siedem stron, poszło mi całkiem nieźle :P Wyszłam więc stamtąd w dużo lepszym humorze. Tak więc pamiętajcie – jak zdarzy Wam się fatalny dzień, wybierzcie się do biblioteki Uniwersytetu Ekonomicznego :)
Ale tak poza tym sobota i tak jest dla mnie jakoś tak średnio udana. Dobrze więc, że się kończy, może jutro obudzę się w lepszym nastroju i niedziela zostanie odczarowana :) Zwłaszcza, że mam zamiar wybrać się jeszcze do biblioteki z samego rana. Niestety teraz w tygodniu nie bardzo mam kiedy pisać, pozostają więc weekendy…

Taaa, wygląda na to, ze wracam do blogowania na dobre, skoro już nawet takie nudne notki zaczynam znowu pisać :)

wtorek, 7 grudnia 2010

Zwariowany poranek…

Wczoraj rano, Franka budzik zadzwonił gdzieś między trzecią a czwartą. Czasami udaje mi się na ten budzik nie reagować,przebudzam się tylko lekko, żeby otrzymać buziaka od Franka, a potem odwracam się na drugi bok i zasypiam, bo wiem, że mam jeszcze jakieś dwie godzinki snu… Ale wczoraj nie mogłam z powrotem zasnąć. Czułam się śpiąca, ale cały czas słyszałam jak się Franuś krząta – robi sobie herbatę, korzysta z łazienki… Po jakichś dwudziestu minutach usłyszałam, że zamyka drzwi i przekręca klucz w zamku. Zrobiło się cicho. Nie na długo jednak. Po chwili, znowu słyszę klucz,otwierające się drzwi i Franek wpada do sypialni. Rzuca się na łóżko koło mnie i się śmieje. Cieszy się strasznie, bo właśnie mu się przypomniało, że mu się godziny pomyliły i on dzisiaj nie ma do pracy na 4:50, a dopiero na 9:00! Ale że się już rozbudził, stwierdził, że pójdzie oglądać telewizję. Ja zasypiam. Po chwili przebudzam się i stwierdzam, że chyba musiało mi się przyśnić, że ten Franek wrócił, bo go wcale nie słyszałam… Zasypiam z powrotem aż nagle coś mnie gwałtownie wyrywa ze snu. A właściwie nie coś, tylko Franek. Krzyczy, że już jestem spóźniona. Faktycznie, jasno już na dworze. Kurka wodna, jak to się stało?? Przecież nastawiłam budzik na 5:55. Sprawdzam – pomyłka,nastawiłam na 7:55. Cholera, spóźniłam się do pracy… Dobrze, że Franek jeszcze jest, to przynajmniej w czasie, kiedy się myję, ubieram i układam włosy, robi mi śniadanie. Naprawdę pyszne mu wyszło. Do tego dorzuca mi kanapki do pracy. A ja już muszę pędzić… Jeszcze szybki makijaż, pakuję torbę i wychodzę. Łapię autobus, wyciągam książkę. O żesz, zmiana trasy dzisiaj, będę musiała się przesiadać :/ No to wysiadam z tego autobusu i czekam na tramwaj. No, już jestem ze trzy godziny chyba spóźniona, skoro już się przy ulicy handlarze ze swoimi straganami rozkładają! Oglądam sobie właśnie kolorowe spinki do włosów,które sprzedają i… słyszę budzik… Otwieram oczy, ciemno. Budzik się drze nadal – 5:55.
Nawet sobie nie wyobrażacie jaka byłam zdziwiona! Ten sen był tak realny, że byłam pewna, że już wstałam, w ogóle mi się w głowie nie mieściło, że to mi się śni. Nie mogłam się pozbierać z tego szoku. A wiecie co było najgorsze? Że musiałam wszystko robić jeszcze raz :)) – jeszcze raz się ubierać, jeszcze raz się czesać, jeszcze raz jeść śniadanie. Tylko teraz musiałam je sobie zrobić sama :(

piątek, 18 czerwca 2010

Atak małolatów i rycerz w zielonej puszce.

Sennie się zrobiło ostatnio na moim blogu, ale mam nadzieję, że za bardzo nie ziewacie :)

No bo tak – mój sen o tych nieszczęsnych zaręczynach, to był pikuś przy tym co śniło mi się w nocy ze środy na czwartek :) To dopiero był koszmar. Śniło mi się, że jakieś naćpane małolaty chciały mi się włamać do domu. To znaczy na początku chodzili tylko po domach i zbierali na piwo, ale potem wszystko się zmieniło i stali się uzbrojonymi w noże nastolatkami. A jakże – krew też była. I ja sama walcząca z drzwiami, bo kilka razy próbowałam zamknąć je na klucz i nie do końca mi się udawało. Ostatecznie do mojego domu wdarła się tylko żeńska część tych bandziorów i była całkiem grzeczna, a chłopaki próbowali wszystkiego – i tych noży, i podpaleń. Do Franka nie mogłam się dodzwonić, a w ogóle to nawet się cieszyłam, bo wolałam, żeby on nie przychodził i się nie narażał. Niby przyszły z pomocą Dorota i Juska, ale obie się w zasadzie skumały z jedną z tych „złoczyń” i w najlepsze sobie oglądały z nią telewizję, podczas gdy ja próbowałam odeprzeć szturm pozostających na korytarzu uzbrojonych małolatów na moje drzwi wejściowe.
Normalnie w przypadku takich przykrych i dość strasznych snów dochodzę w nich w pewnym momencie do wniosku – „aaa spoko, to tylko sen, obudzę się i będzie ok, więc zobaczymy co też się tutaj wydarzy” – autentycznie często zdarza mi się tak myśleć we śnie. Ale okazało się, że tym razem moja podświadomość postanowiła mnie oszukać i w momencie kiedy sobie w tym śnie tak pomyślałam – obudziłam się. Tyle, że obudziłam się we śnie – żeby było jaśniej: śniło mi się, że śni mi się ten napad a kiedy obudziłam się z tego snu, okazało się, że to nie sen i małolaty dalej mnie chcą atakować. No i tym sposobem męczyłam się z nimi aż do piątej, kiedy to się obudziłam, włączyłam radio i leżałam do szóstej jak zwykle o tej porze słuchając wiadomości dla rolników :)

No i co Wy na to? Wesoło mam ostatnio w tej mojej psychice co? :D A tak całkiem serio, od jakichś dwóch tygodni mam problemy z zaśnięciem. Jest to dla mnie coś niespotykanego, bo normalnie zasypiam w momencie, kiedy przyłożę głowę do poduszki. A ostatnio kręcę się ciągle i nie mogę zapaść w taki prawdziwy głęboki sen mniej więcej do drugiej. Trochę śpię – to wiem, bo czas mi dość szybko płynie i jakieś tam sny na jawie miewam, ale ogólnie nie jest ciekawie. Potem zasypiam snem głębokim i śnią mi się jakieś głupoty. No i rano budzę się zmęczona – nie żebym zaraz zaspała, bo to jest dla mnie niewykonalne. Przeważnie budzę się przed budzikiem tak o 5:40, ale nie zmienia to faktu, że czuję się wykończona i mam fatalnie podpuchnięte oczy.

Nie wiem co jest tego powodem. Ale zaczyna mnie to denerwować. Tak sobie myślę, że pewnie to trochę przez to, że jest tak długo jasno. Kładę się o 22, a za oknem jeszcze szarawo. – ale nie wiem, czy to mogłoby mieć aż taki wpływ. Może za późno się kładę – w takim sensie, że często przed spaniem trochę się wyciszałam – na przykład czytając książkę. Ostatnio tego nie robiłam. Ale też nie jestem pewna czy to to, bo z drugiej strony potrafiłam wrócić z aerobiku, wykąpać się, walnąć do łóżka i po minucie spać jak zabita :) A z drugiej strony może to właśnie przez książki, bo trzy które przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch tygodni to był horror i dwa thrillery psychologiczne.

W każdym razie wczoraj zasypiałam z Frankiem u boku, więc wyjątkowo nie miałam z tym problemu. Co prawda Brutus ciągle mi się na nogi ładował (dlaczego on śpi na mnie a nie na Franku???) i mnie rozbudzał, ale Franek niczym ten dzielny rycerz go natychmiastowo zganiał, zanim zdążyłam miauknąć, że mi ciężko :) Sny dzisiaj też miałam niewydarzone, ale jakoś to zniosłam, bo co jakiś czas Franek lekko mnie wybudzał, bo się akurat do mnie przytulał a rano wstał i zrobił mi śniadanie.

A propos rycerzy, wczoraj Franek rzecze do mnie:
- Przyjadę po ciebie po hiszpańskim.
- Przyjedziesz?? O jak fajnie. Na koniu?
- Na jakim koniu??
- No na koniu – a konkretnie na białym rumaku.
- Nie.
- Ooo, czyli nie jesteś moim księciem na białym koniu…
- Nie. Jestem rycerzem, który przyjedzie zieloną puszką.
- ???
- No tramwajem przyjadę, no.

środa, 16 czerwca 2010

Zaręczyny.

Miałam dzisiaj dziwny sen. Śniły mi się zaręczyny. Moje zaręczyny. I wcale mi się nie podobały. Ale od początku:
Sen był trochę połączeniem teraźniejszości z przeszłością. Kiedy chodziłam do szkoły średniej mieszkałam z dziadkiem i wujkiem w Przymiasteczku. Chodziłam w tym czasie na tenisa.
Nie grałam, a już na pewno nie mogę powiedzieć, żebym uprawiała ten sport :), ale przez dwa lata regularnie chodziłam sobie z koleżanką poodbijać piłkę rakietą i nawet miałam instruktora :)
I we śnie byłam z Frankiem w Przymiasteczku. To była słoneczna sobota i na 10 miałam jechać na tenisa. Byłam już ubrana na sportowo i gotowa do wyjścia, aż nagle zaczął się koło mnie kręcić Franek. A poza tym pojawiła się, jak to w snach bywa, nie wiadomo skąd, Franka kuzynka i zaczęła go do czegoś namawiać. Uśmiechała się zachęcająco i mówiła: „nooo, teraz, to jest dobry moment”. Zrobiło się zamieszanie i ja zobaczyłam pudełko – takie pudełko, w którym zawsze są pierścionki. I wiedziałam, że Franek chce mi się oświadczyć.
Wkurzyłam się, bo zawsze chciałam, żeby to była niespodzianka, a w tym śnie tak się to wszystko potoczyło, że już wiedziałam, co jest grane. W końcu Franek podszedł i chyba nawet uklęknął na chwilę. Nie pamiętam co powiedział, ale wiedziałam, że właśnie się mi oświadczył. No i dostałam od niego dwa łańcuszki. Jeden był z wisiorkiem w kształcie motylka a drugi to były jakieś koraliki i to właśnie miałam nosić na palcu. Byłam ogromnie rozczarowana. Nie tylko nie było niespodzianki, ale także intymności – bo wszystko odbyło się w obecności kuzynki, i ani odrobiny romantyzmu. I w ogóle wszystko poszło nie tak. Wiedziałam, że się zgodzę, ale byłam rozżalona i zła. Cała możliwa magia tej chwili prysnęła, ba!, nawet się nie pojawiła na moment. A w dodatku byłam zła, że nie dostałam pierścionka – nie chciałam robić Frankowi przykrości, ale byłam zła. I byłam zła sama na siebie, bo przecież wiedziałam, że to nie pierścionek jest najważniejszy. Do tego spieszyłam się na tego tenisa. Nagle okazało się, że już dziesiąta. Szybko pobiegłam po rower – no właśnie, to miała być nasza chwila, a on wybrał sobie moment kiedy ja się spieszyłam na kort. Już byłam spóźniona… Powiedział, że pojedzie ze mną, że mnie zawiezie samochodem. Ale z autem były jakieś problemy, wiedziałam, ze już na pewno się spóźnię. Spojrzałam na zegarek – 10:23 i… obudziłam się. Z wielką ulgą.


Wiecie, to nie był koszmar, nie był to też jeden z tych snów męczących swoją bezsensownością. Ale on był po prostu przykry. Dziwne w ogóle, że śniło mi się coś takiego. Jak wiecie, wierzę, że sny biorą się z naszej podświadomości. No i zastanawiam się, co on miał znaczyć :)
Wyczytałam w senniku, że zaręczyny to zapowiedź spełnienia jakichś życzeń, poza tym uroczystość przebiegająca normalnie, na której wszyscy są szczęśliwi to zapowiedź rzeczywistych zaręczyn. Ale tu wszyscy byli szczęśliwi, oprócz mnie :) Poza tym w innym senniku nieudane zaręczyny oznaczają wahanie. Ale to też nie tak, bo one nie były nieudane – tylko były inne niż bym sobie życzyła. Interpretować więc muszę w odniesieniu do siebie i swoich myśli.
Wydaje mi się, że ten sen zobrazował po prostu moje obawy. Widzicie, ja sobie zawsze marzyłam, że zaręczyny to będzie coś niespodziewanego i romantycznego (mimo, że wcale aż taką romantyczką nie jestem). A przez to, że szykuje nam się wspólne mieszkanie, przez ostatni czas więcej zaczęliśmy na ten temat rozmawiać. No i boję się, że przez te rozmowy odczarujemy ten magiczny w moim przekonaniu moment :)
Zaniepokoiło mnie też to, że we śnie byłam niezadowolona z tego, co miało być moim pierścionkiem. I tu też widzę odzwierciedlenie w rzeczywistości. Pomyślicie sobie, żem głupia :) Ale już wyjaśniam :) Naczytałam się, ze srebrne pierścionki zaręczynowe zwiastują krótkotrwały związek. I w ogóle, że sugerują, że się narzeczony nie postarał, czy coś tam. Natomiast pierścionki złote są niesamowicie drogie. Ceny są przerażające. Raz, czy dwa rozmawialiśmy – tak ogródkami – na ten temat. I wydaje mi się, że gdzieś w podświadomości mi się zakodował lęk przed tym, że dostanę nie taki pierścionek jak nakazuje zwyczaj :) No co za bzdura! Ale chyba coś w tym musi być, skoro nawet we śnie jestem niezadowolona :)
A poza tym ten sen pokazuje jeszcze jedno – mój charakter. Bywało już tak, że  Franek chciał mi zrobić jakąś fajną niespodziankę, a ja się zawsze za szybko domyśliłam o co chodzi i psułam zabawę :) A do tego wiem, że bywało też tak, że on się bardzo starał, żeby coś przygotować i żeby sprawić mi przyjemność, a ja potrafiłam się przyczepić jakiegoś szczegółu. Nie to, żebym była niewdzięczna, ale może gdzieś tam po cichu sobie pomyślałam, że to czy owo mogłoby być tak odrobinkę inaczej. Nieczęsto się tak zdarza, ale jednak. Chyba moja podświadomość chciała mi utrzeć nosa :))
Tak więc ogólnie sen niby straszny nie był, ale humor mi trochę zepsuł. Byłam w nim rozczarowana, rozżalona, smutna i zła, że ten moment się nigdy już nie powtórzy a my tak go zepsuliśmy.
Muszę opowiedzieć o tym Frankowi. Ciekawe co on na to :)

środa, 21 kwietnia 2010

Sny to jedna z największych zagadek – naukowych i nie tylko. Nie można o nich powiedzieć w zasadzie nic pewnego.

Jeśli o mnie chodzi, wierzę, że sny nie biorą się one znikąd. Nie przemawia do mnie idea snów proroczych – uważam, ze nawet jeśli przyśni nam się coś, co ma potem miejsce w rzeczywistości, to albo zadziałało to na zasadzie samospełniającej się przepowiedni, albo sen był po prostu odzwierciedleniem naszych myśli, nadziei lub obaw i już wcześniej przeczuwaliśmy, że coś takiego się stanie. 
Czasami zdarzają się sny głupie i zupełnie bez sensu. Myślę, że wtedy sny są efektem porządków jakie robimy sobie na osobistym twardym dysku podczas nocnego odpoczynku, polegających na wymiataniu wszystkich niepotrzebnych myśli i informacji i łączeniu ich czasami zupełnie absurdalnie. I nie ma sensu przypisywanie im żadnego znaczenia :) 

W ogóle interpretacja snów to tajemnicza sprawa :) Myślę, że głównie chodzi o to, żeby potrafić odnieść sen do naszego życia. Trzeba go potraktować jako symbol, a jak wiadomo symbole mogą  mieć różne znaczenie – taki sam sen pewnie dla dwóch różnych osób znaczy co innego. W każdym razie ja zawsze robię to tak, żeby interpretacja wyszła dla mnie korzystna :) Generalnie, sny traktuję z przymrużeniem oka, ale czasami lubię się nad nimi zastanowić – zwłaszcza  kiedy śni mi się coś charakterystycznego lub jakiś sen powtarza się w różnej formie.

Jakiś czas temu często śniło mi się kilka razy, że rodzę dziewczynkę. Przeczytałam, że oznacza to odciążenie organizmu, oczyszczenie, uwolnienie się od zmartwień i kłopotów, nowe, korzystne możliwości oraz zapowiedź nowego nastawienia wobec życia. Wyobraźcie sobie, że te sny miałam na kilka dni przed obroną pracy magisterskiej… Moja podświadomość zadziałała wzorowo wysyłając mi takie sny, bo po prostu wiedziałam, że po tym wydarzeniu zmieni się jakoś moje życie, skończy się pewien etap no i uwolnię się od ciężaru jakim było myślenie o pracy magisterskiej i obronie.  Problemem jest urodzenie dziewczynki, bo podobno taki sen oznacza jakieś kłopoty i bolesne doświadczenia, ale ja zinterpretowałam to po swojemu – chociaż w ogóle nie myślę jeszcze o dzieciach, chciałabym zdecydowanie bardziej mieć dziewczynkę, niż chłopca, i w tym śnie bardzo się cieszyłam z płci dziecka. Więc uznałam to za dobry znak i swego rodzaju zapowiedź spełnienia marzeń. Jak wiecie, obrona poszła mi świetnie, dokładnie tak, jak tego chciałam :)

A dzisiaj śnił mi się samolot. A konkretnie mój lot do Irlandii. Oczywiście ma to ścisły związek z tym, że od kilku dni nic innego nie robię, tylko słucham wiadomości i co pięć minut sprawdzam stronę internetową Ławicy i mojego przewoźnika… Śniło mi się, że czekałam do ostatniej chwili na wiadomość, czy lot się odbędzie. W końcu okazało się, że tak. Miałam 30 minut na stawienie się do odprawy. A ja, kurka wodna, nie byłam jeszcze spakowana!! No i spóźniłam się o minutę :( Wbiegłam na płytę lotniska (takie rzeczy to tylko w snach:)) dosłownie parę sekund po tym jak samolot zaczął kołować. Ogarnęło mnie ogromne uczucie rozczarowania, że już było tak blisko, a jednak nie poleciałam – i to z mojej winy. Na szczęście zaraz się obudziłam.
Sen uznałam jednak za dobry znak… Część lotów z Ławicy już się dzisiaj odbywa, od jutra po południu mój przewoźnik ma również przywrócić połączenia. Prognozy mówią o tym, że na razie wulkan będzie „rzucał” lawą a nie pyłem a od jutra niebo nad Europą ma być względnie czyste… Oby… Bylebym tam poleciała, potem niech sobie wybucha co chce, jak nie będę miała jak wrócić, to już problem mojego szefa :P W każdym razie sen potraktuję jako proroctwo w tym wymiarze, że nie mogę się pakować na ostatnią chwilę :)

sobota, 26 września 2009

Bo nic...

Zdarzyło mi się kilka razy w życiu pomyśleć, że:
 Nic dwa razy się nie zdarza
I nie zdarzy. Z tej przyczyny
Zrodziliśmy się bez wprawy
I pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
Najlepszymi w szkole świata,
Nie będziemy repetować
Żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
Nie ma dwóch podobnych nocy,
Dwóch tych samych pocałunków,
Dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
Ktoś wymówił przy mnie głośno,
Tak mi było, jakby róża
Przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
Odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
Z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś- a więc musisz minąć.
Miniesz- a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, wpółobjęci,
Spróbujemy szukać zgody,

Choć różnimy się od siebie,
Jak dwie krople czystej wody.
( Wisława Szymborska)

I teraz też tak myślę. Nic… Za trzy godziny spytam Franka, czy naprawdę mnie kocha…

poniedziałek, 21 września 2009

Chemia... cz.I

Próbuję ubrać w słowa całą tę magię, której doświadczyłam w piątkowy wieczór… Ale trudno to zrobić. Słów wychodzi za dużo lub brzmią nie tak, jak powinny… ale muszę dla samej siebie spróbować to opisać… Na razie tylko fakty. Analiza i interpretacja będzie później…
W piątek w ogóle nie planowałyśmy iść do tego samego klubu, w którym byłam dwa miesiące temu z Frankiem i Dorotą. Czysty przypadek sprawił, że ostatecznie tam wylądowałyśmy. Tańczyłyśmy a kiedy Juzka, z którą byłam, zaczęła gadać z jakimś kolesiem, który się napatoczył, rozejrzałam się po sali. Zauważyłam, że gra ten sam DJ, co ostatnio… Niewiele  myśląc, podeszłam do niego i spytałam, czy mnie pamięta. Strasznie się ucieszył i powiedział, że tak, bo… wniosłam ze sobą taką pozytywną energię…  To mogło się wydawać dziwne, bo ostatnio z nim nawet nie rozmawiałam, prosiłam co najwyżej o kilka piosenek, a w końcu on każdego wieczora poznaje mnóstwo ludzi, dlaczego miałby zapamiętać właśnie mnie? A jednak… nie zdziwiło mnie to… Czułam, że mnie pamięta.
Zawołał mnie do siebie na to podwyższenie, rozmowa nie wychodziła, bo było za głośno, więc tylko siedziałam i obserwowałam jego pracę. Widziałam, że wkłada w to całe serce i że to naprawdę jego pasja… Zafascynowało mnie to i zastanawiałam się, jak on się czuje i co myśli, kiedy tak naprawdę w jego rękach jest powodzenie imprezy – w zależności od tego, czy trafi w gust, ludzie będą się bawili lub nie… Chciałam z nim o tym pogadać, ale ze względu na hałas i to, że jednak był w pracy, rozmowa nie wychodziła. Mnie znudziło się już obserwowanie i powiedziałam, że będę się gdzieś kręcić a jak skończy, możemy pogadać. Sama nie wiem dlaczego, zależało mi na tej rozmowie, ale zależało mi również, żeby nie pomyślał, że go podrywam. Od razu zapowiedziałam, że mam faceta i nie szukam nowego, a on odpowiedział, że pamięta… Nie chciałam upominać się o tę rozmowę i pomyślałam, że jak będzie chciał, to podejdzie. Tak też się stało. Kiedy już miałyśmy wychodzić, on zszedł z „posterunku”, znalazł mnie i usiedliśmy gdzieś z boczku.
Rozmowa była niesamowita. Na początku, spytałam go o to, jak on patrzy na tych wszystkich ludzi… czy jest to dla niego tylko jakaś masa twarzy, czy jednak obserwuje ich, zastanawia się co tu robią i czy dobrze się bawią… Nie jestem pewna, co mi odpowiedział, bo teraz pamiętam tylko, że powiedział, że czasami zdarza się, że przyjdzie ktoś niezwykły – tak jak ja…, że od początku chciał ze mną porozmawiać, że coś takiego poczuł, że… -  i zaczął plątać się w zeznaniach. Podpowiedziałam mu: „taka chemia co?” „Skąd wiesz, że o to mi chodzi?” spytał… Wiedziałam, bo czułam to samo. I powiedziałam mu o tym. Jednocześnie powtórzyłam, że mam chłopaka, którego kocham i z którym jest mi dobrze… Przyjął to do wiadomości. Rozmawialiśmy dwie godziny. Nie mogliśmy się nadziwić temu, że w ogóle się nie znamy, a rozmawiamy o tym, że moglibyśmy być razem… Bez żadnego skrępowania, bez głupich flirtów, bez owijania w bawełnę. I bez nadziei na to, że skończy się to inaczej, niż się skończyło.
A skończyło się zwyczajnie. Nie było pocałunku, nie było obietnic. Nic się nie wydarzyło, poza tym, że wstaliśmy i uścisnęliśmy się na pożegnanie, a on powiedział: „…i jeszcze pachniesz tak, jak nikt nigdy nie pachniał…” Odpowiedziałam: „Wiem, ale był ktoś przed Tobą…” I poszliśmy każde w swoją stronę.
Uff… Dużo  mnie to kosztowało, więc na razie muszę przerwać… Odetchnąć. Jakkolwiek to zinterpretowałyście, proszę tylko o nieocenianie mnie zbyt pochopnie, bo to jeszcze nie ostatnie słowo…
Ciąg dalszy nastąpi…

środa, 11 lutego 2009

Byle do niedzieli

Dziwne są te dni dla mnie ostatnio. Już pomijam to, że cały czas się spieszę. Chociaż nawet dziś udało mi się trochę zwolnić, bo miałam całe popołudnie wolne i udało mi się zrealizować wszystko, co sobie zaplanowałam. Ale tak naprawdę czekam z utęsknieniem do niedzieli, kiedy będzie już po wszystkim… Znowu mi się po nocach prezentacja śni. Zawsze tak przeżywam wszystko.
Ale jest dziwnie, bo nawiedzają mnie jakieś dziwne myśli. Siedzę sobie w pracy, albo się uczę a tu nagle wyskakuje mi przed oczami jakiś obraz z przeszłości. Przypominają mi się sytuacje sprzed dziesięciu lat nawet! Nie wiem dlaczego akurat teraz. Nie myślę o tym świadomie, ale czasami jakiś impuls wystarczy, żeby mi się cały film przewinął. Ale jest to trochę męczące. Widocznie mój umysł postanowił sobie zrobić porządek w tych wszystkich szufladkach. Przewija, kasuje, odtwarza… Jakiś tydzień temu miałam niesamowity sen. Śniło mi się, że rozmawiałam z moim byłym chłopakiem, który zmienił się potem w mojego drugiego byłego chłopaka :) Najdziwniejsze było to, że w snach to się raczej działa a nie gada. A my gadaliśmy i gadaliśmy. I to całkiem mądre rzeczy z tych rozmów powychodziły, dużo z tego pamiętam. Ale żeby nie było – w tym śnie był też Franek, który siedział w pokoju obok i czekał spokojnie aż sobie pogadam. Obudziłam się w takim nastroju jakbym wróciła ze spotkania ze starym znajomym – takie to było realistyczne. No i od tamtego czasu codziennie właśnie przeżywam takie retrospekcje… Chyba naprawdę mój twardy dysk postanowił jakieś formatowanie sobie zrobić :)