*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Franek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 października 2015

Silne ochłodzenie.

Jakoś ma wrażenie, że się bardzo zimno zrobiło :/ Pogoda niby ładna, kiedy się siedzi w domu i wygląda przez okno, to odnosi się wrażenie, że to prawdziwa złota polska jesień, ale temperatura bardzo niska. Nawet jeśli ta na termometrze jeszcze ujdzie, to odczuwalna jest niższa. Już się pogubiłam w tej pogodzie i sama nie wiem, czy to typowe dla połowy października, ale wiem, że bardzo mi się to nie podoba. Być może gdybym siedziała w domu wzorem ubiegłego roku albo chodziła tylko do pracy i funkcjonowała w codziennym kieracie wzorem lat wcześniejszych, to by mi to aż tak nie przeszkadzało. Ale rzecz w tym, że codziennie wychodzę na spacery i marznę, zwłaszcza kiedy Wikingowi zdarza się zasnąć i chcę przysiąść na ławce, żeby książkę poczytać (i tak wiem, że takie dni są już policzone...) Wiking się niby urodził , więc niestraszne powinny być mi spacery w zimnie, ale ostatnie miesiące mnie pod tym względem rozpieściły. Poza tym zupełnie inaczej przecież spaceruje się z noworodkiem opatulonym tak, że widać mu tylko nos, który śpi przez cały spacer i jeszcze długo po nim, a inaczej z dzieckiem dziewięciomiesięcznym, które jest ciekawe wszystkiego. Jakoś musimy się do tej nowej rzeczywistości przestawić, bo lepiej to już raczej nie będzie. Następna wiosna dopiero...wiosną ;)

A tymczasem ochłodzenie nie tylko za oknem niestety :/ Kiedy to obchodziliśmy naszą rocznicę ślubu? Miesiąc temu? Wtedy to pisałam o gorszym czasie w naszym małżeństwie? Wspominałam o naładowaniu baterii. Miałam nadzieję na to, że to jakiś przełom i teraz już tak zostanie. Bla, bla, bla. Sielanka znowu się skończyła. Franek od paru dni ma wściekliznę i robi sobie ze mnie worek treningowy. Nie to, że się jakoś nade mną znęca, ale nie podoba mi się w jaki sposób się do mnie odnosi.Właściwie to nie wiem, jak z nim postępować. W żaden sposób nie mogę do niego dotrzeć - nie pomaga to, że jestem miła, że udaję, że nic mnie nie rusza i zachowuję się, jakby nigdy nic, nie pomaga, że dla odmiany postanawiam udawać urażona (no tak, czuję się urażona, ale raczej w takiej sytuacji wolę porozmawiać, niż tylko to okazywać), nie daje nic mój smutek ani beztroska. Nic. Złość też nie - a tej nawet nie muszę udawać. Bo było mi smutno i przykro, ale teraz to już właściwie jestem tylko na Franka wściekła i tyle. Co on sobie wyobraża. Rozumiem, że można mieć zły dzień, ale skoro jakiś czas temu zdecydował się, na życie razem z drugą osobą i założenie z nią rodziny, to uważam, że powinien się z nią liczyć. A wychodzi na to, że kiedy jemu coś dolega, to nieważne jest już to co ja myślę i czuję. Powinnam mu zejść z oczu, nie odzywać się do niego (a nie, przepraszam odzywać, ale tylko jeśli mnie o coś zapyta, problem w tym, że nie wiem w jaki sposób mam odpowiadać, bo nawet kiedy odpowiedziałam zupełnie normalnie, bez żadnej emocji, to rzekomo miałam jakiś dziwny ton) i się po prostu odczepić, zniknąć. 
Tak, to jest notka pisana pod wpływem emocji. Tak, wiem, że nie powinno się tego robić. Ale w tej chwili mam to gdzieś, bo jestem zwyczajnie wściekła. Mam ochotę naprawdę wypiąć się na Franka. Olać go. W jakiś sposób ukarać, zrobić coś, żeby zobaczył jak to jest (ale to chyba nie możliwe, bo on za bardzo gdzieś ma moją osobę, żeby go to obeszło :/), ale niestety nie wiem jak, bo nie byłam nigdy dobra w wyładowywaniu się na otoczeniu.
Naprawdę jestem wkurzona. Jasne, jest mi też przykro i smutno, ale wolę, żeby to wściekłość jednak brała górę, bo wtedy przynajmniej nie mam dołka, mam za to energię, żeby funkcjonować normalnie mimo wszystko. Trochę się boję wręcz, że wściekłość mi minie i wtedy zrobi mi się bardzo, bardzo źle :/ To tyle na dzisiaj.

piątek, 18 września 2015

Skórzana, choć w nienajlepszym wydaniu.

Zastanawiam się, jak ugryźć tę notkę, aby precyzyjnie wyrazić swoje uczucia a także rzetelnie przedstawić sytuację. I dochodzę do wniosku, że chyba i tak się nie da. Ale chociaż spróbuję napisać tak, żeby nie podlukrować z jednej strony, a z drugiej (i to chyba ważniejsze), aby nie wyolbrzymić problemu i nie przesadzić z dramatyzmem sytuacji...

Trzy lata po ślubie... Wydawałoby się, że ta rocznica będzie dla nas wyjątkowo szczęśliwa. Nasza rodzina się powiększyła, pojawił się owoc naszego małżeństwa a my oprócz roli małżonków dostaliśmy jeszcze rolę rodziców. I oczywiście nie umniejszam tego szczęścia, jakim jest dla nas Wiking. Ale jeśli chodzi o nas dwoje i o naszą relację, to niestety mam wrażenie, że trochę się pogubiliśmy.

Nie jest tak, że cały czas jest źle, oczywiście, że tak ogólnie rzecz biorąc jest w porządku i mamy też wiele bardzo przyjemnych, szczęśliwych chwil. Ale rzecz w tym, że nie ma już takiej sielanki, jaka nam towarzyszyła przez ostatnie cztery, pięć lat. Chwilami mam wrażenie, jakbyśmy się cofnęli do tego trudnego dla nas roku 2009 (tym bardziej, że właśnie skończyłam przenosić ten rok do archiwum, więc wspomnienia w miarę świeże), kiedy to nasz związek był bardzo emocjonalny i próbowaliśmy się uporać z kryzysem, co zresztą nam się przecież udało. Rzecz jasna teraz jest inaczej, bo jesteśmy małżeństwem i nawet kryzys ma inne oblicze, jakieś takie mniej wyraziste i trudno nawet stwierdzić, czy on naprawdę istnieje (bo zdania są podzielone :)). 
Oczywiście, że jest mi przykro z tego powodu. Chciałabym, abyśmy byli małżeństwem idealnym, wiecznie szczęśliwym, bez trudnych momentów. Ale coś szwankuje i nie bardzo potrafię znaleźć przyczynę. Być może chodzi o to, że jesteśmy już zwyczajnie zmęczeni tym, że ciągle wiele rzeczy nie układa nam się tak, abyśmy mogli wreszcie poczuć bezpieczną stabilizację. Może męczy nas ciągła świadomość tego, że wisi nad nami widmo podejmowania kolejnych bardzo ważnych życiowych decyzji, które wcale nie są jednoznaczne. Wreszcie - może po prostu trochę pogubiliśmy się w tej nowej życiowej sytuacji, jaką było pojawienie się dziecka, które siłą rzeczy zburzyło wcześniejszą harmonię. 
Tak, jak ostatnio pisałam, dziecko nie było w naszym wypadku czymś tak bardzo upragnionym, czego brakowało nam do szczęścia. Było ono nowym elementem naszej codzienności, którą musieliśmy trochę przemeblować dla niego. Być może właśnie byłoby łatwiej, gdyby Wiking stał się dla nas, dla mnie (bo właściwie powinnam przecież pisać za siebie) centrum świata. Kocham go, to oczywiste, ale nie jest to taka miłość, która przesłoniła mi całą resztę. Dla mnie zawsze bardzo ważne było małżeństwo jako związek dwojga. Istotne były dla mnie te magiczne momenty, których można doświadczyć tylko we dwoje. Pewnie, że teraz we trójkę doświadczamy innego rodzaju szczęśliwych chwil, ale to jednak nie jest to samo i akurat mnie doskwiera to, że nie może być tak jak dawniej. Bo nie może, nie oszukujmy się. I wiedziałam o tym od samego początku, chociaż liczyłam na to, że jednak nie będę tego aż tak przeżywać :)
Trudna codzienność jednak zrobiła swoje. Jesteśmy zmęczeni oboje. Tyle, że ja zawsze sobie ze zmęczeniem radziłam lepiej niż Franek. On teraz jest po pracy zmęczony tak samo jak był rok temu. Tylko, że rok temu miał więcej czasu i możliwości na regenerację. Teraz zawsze w domu jest coś do zrobienia. A kiedy już może się położyć i odpocząć, to ja się czepiam. 
Tak, przyznaję się otwarcie do tego, że się czepiam, ale zrozumcie też mnie - jestem cały dzień sama w domu z Wikingiem. Czekam z utęsknieniem na powrót męża z pracy, wcale nie po to, żeby zajął się Wikingiem i żebym miała święty spokój, tylko po to, żebyśmy spędzili razem czas, porozmawiali... A tymczasem on musi się położyć (po tym, jak zrobi obiad na przykład albo coś posprząta, bo taki się u nas dokonał podział obowiązków). Oczywiście umożliwiam mu to i na przykład zabieram Wikinga na spacer. Nie jest tak, że nie rozumiem jego potrzeby odpoczynku, ale po prostu dla mnie to trochę za długo no i właśnie mam tę potrzebę, abyśmy spędzili popołudnie razem.
Uwielbiam momenty, kiedy jesteśmy we trójkę w jednym pokoju, Franek nawet sobie może leżeć i drzemać, ale jest już zupełnie inaczej niż kiedy idzie spać do sypialni (a jednak, żeby odpocząć porządnie to woli się tam przespać). Albo kiedy coś robimy - może to być nawet sprzątanie :) Już ostatnio Wam pisałam, że Wiking bardzo lubi, kiedy się krzątamy po domu a on może chodzić za nami i się przyglądać.
W pewnym momencie bardzo zaczyna mi brakować swego rodzaju duchowej bliskości. Zawsze tak było, zawsze nadchodził taki moment, kiedy czułam, że coś jest nie do końca tak, jakbym chciała. Ale wtedy zazwyczaj wystarczał jeden wspólny weekend albo nawet dzień - spędzony na relaksie we własnym sosie, na beztroskim wypadzie do miasta i już baterie naszego związku się ładowały i wracała sielanka. Teraz po prostu nie ma takiej możliwości. Na co dzień wspólne mamy tylko wieczory - bardzo krótkie, bo chodzimy wcześniej spać ze względu na to, że wcześnie wstajemy. Są to zwykle jakieś dwie godziny. I choć często coś wtedy razem oglądamy albo - jak ostatnio - gramy, oczywistym jest, że czasami każde z nas chce je spożytkować na jakiejś swojej przyjemności. Dlatego nie mam pretensji, kiedy np. Franek chce sobie wieczorem pograć na komputerze, bo wiem, że czasami nie ma na to czasu przez kilka dni z rzędu a dla niego to taka sama przyjemność jak dla mnie czytanie albo blogowanie. Ja zresztą też czasami czekam na wieczór, bo chcę zrobić coś dla siebie, na co czekałam przez cały dzień.

Kiedy Franek ma wolny dzień, zazwyczaj od razu robi się między nami lepiej. Właśnie dlatego, że spędzamy ten czas rodzinnie. Wychodzimy na spacery, jeździmy na wycieczki, razem ogarniamy mieszkanie. Mamy czas na rozmowę i wtedy zwykle jest dobrze. Problem w tym, że te nasze baterie chyba się zużyły i mają jakąś krótszą wytrzymałość niż kiedyś, bo ta sielskość nie wystarcza na dłużej. Kiedyś najczęściej sielanka była codziennością, złe chwile momentami. Teraz codzienność jest po prostu codziennością, a momenty już bywają zarówno sielskie jak i złe... 

Problemem jest to, że trudno o tym rozmawiać, ponieważ Franek generalnie nie widzi tego co ja. Pewnie kłania się tutaj znowu różnica w postrzeganiu. Dla niego to wszystko jest chyba dużo mniej skomplikowane i sprowadza się do tego - jestem zmęczony, to zwykle jestem zły, daj więc mi lepiej spokój. Mam wolne, jestem wypoczęty - mam dobry humor, kochanie! Otóż to. Bo ja się przyznałam do tego, że się czepiam, ale Franek bez winy nie jest, bo rzecz w tym, że tak jak pisałam ostatnio, to jaki on ma nastrój bardzo się na mnie odbija. Niestety kiedy Franek jest zmęczony i w złym humorze to często chodzi wściekły i choć czasami nawet tego nie zauważa, odzywa się do mnie nieuprzejmie. Mnie to boli, mówię mu żeby tak się nie odzywał, a on się wkurza jeszcze bardziej, bo mówi, że mi się zdaje i przesadzam. To samo zresztą mówi, kiedy ma dobry dzień i ja (nauczona doświadczeniem wiem, że czasami lepiej z rozmową poczekać na jego lepszy nastrój) skarżę się na to, co było. On zawsze podkreśla, że mi się wydaje i mówi normalnie. Tymczasem ja czuję co innego. I nie wiem, jak to rozwiązać. Czasami zdarza mu się naprawdę przesadzić, ale wtedy zawsze przeprasza, to muszę mu przyznać. Nawet z kwiatkiem. I nawet na kolanach za jakąś głupią odzywkę... Niestety na dłuższą metę nie rozwiązuje to problemu.

Wydaje mi się, że znowu problemem może być to, o czym ostatnimi czasy tak dużo tu piszę. Czyli moje podejście, moje oczekiwania, mój perfekcjonizm i moje wysokie wymagania. Względem siebie, względem dziecka, względem męża, względem codzienności i życia w ogóle. Znowu może być tak, że inna na moim miejscu machnęłaby ręką na zły humor faceta i cieszyłaby się, że tyle robi w domu. Nie chce gadać? Niech nie gada, zajmę się swoimi sprawami, w końcu mu przejdzie... Ja też wiem, że Frankowi przejdzie i też się zajmuję swoimi sprawami, ale jednocześnie jest mi przykro i nie chcę, żeby tak było. Wiem, że pod wieloma względami mam w domu skarb - gotuje, sprząta, pamięta o mnie, zresztą przecież wiecie jak jest, bo często o tym piszę. Kiedy nieraz słyszę o jakimś facecie, mężu/chłopaku koleżanek lub znajomych to ręce załamuję i myślę sobie, że w życiu nie chciałabym mieć takiego chłopa. A jednak one są z nim bardzo szczęśliwe i wcale nie przeszkadza im to, co dla mnie byłoby bardzo uciążliwe. Dlatego próbuję sama sobie uzmysłowić, jak wiele mam. Ale jednocześnie czasami tak bardzo doskwiera mi to, o czym napisałam powyżej...
Wiem doskonale, że mogłoby się nam układać dużo lepiej, gdybym odpuściła. Nie czepiała się tego i tamtego. Odpuściła focha na to, że Franek w wieczór poprzedzający dzień wolny zasnął przed telewizorem a nie w sypialni, nie narzekała na piwo, które sobie tego wieczoru wypije. Gdybym po prostu czasami się zamknęła. Ale to nie w moim stylu po prostu. Mam udawać, że nie denerwuje mnie coś, co mnie denerwuje...? Z drugiej strony wiem też doskonale, że mogłoby się nam układać lepiej, gdyby Franek chodził mniej wkurzony, mniej zmęczony itp... I koło w pewnym sensie się zamyka.

Miało być o naszym małżeństwie, a znowu wyszło sporo o mnie - ostatnio się robię bardzo egocentryczna :D W każdym razie, podsumowując - nie chodzi o to, że jest bardzo źle. Raczej o to, że nie jest tak pięknie jak kiedyś. Że te piękne są tylko momenty, a nie całe dni i tygodnie. Tęsknię za tym i przez to wydaje mi się, że nie jest dobrze. Dochodzi do tego poczucie osamotnienia  i niezaspokojona potrzeba tej duchowej bliskości, o której wspomniałam. Z naszej dwójki to ja mam poczucie, że coś jest nie w porządku, to mnie czegoś brakuje i to ja chcę coś naprawiać. I sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony dobrze, bo może być tak, że obiektywnie rzecz biorąc jesteśmy całkiem fajną parą, która przechodzi przez normalne etapy i która miewa normalne gorsze dni jak każda inna. Z drugiej źle, bo skoro tylko ja widzę problem, który naprawić można jedynie we dwójkę, to jak tego dokonać?

No i taka jest ta nasza trzecia rocznica. Pełna refleksji i przemyśleń. Zadowolenia z jednej, niedosytu z drugiej strony. Wiem, że oboje nadal chcemy ze sobą być i że problemem nie są wzajemne uczucia bądź ich brak. Możliwe, że po prostu rozmijamy się z oczekiwaniami...

Trudno pisać tego rodzaju notki, bo zawsze jest obawa, że zostanie ona źle odebrana. Nie chciałam się tu skarżyć na męża. Nie chciałam go też wybielać. To samo zresztą dotyczy mojej osoby. Nie oczekuję też rad, bo przecież tak naprawdę i tak nie wiecie jak jest, bo żadne słowa nie oddadzą pełni tego, co się dzieje u nas na co dzień, zwłaszcza, że sama wiem, że to wszystko nie jest jednoznaczne. I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz - nie chciałabym, żeby zostało to odczytane tak, że pojawienie się Wikinga wszystko nam zepsuło. Nie, absolutnie. Czas ciąży był pięknym czasem dla naszego małżeństwa, pierwszy miesiąc z Wikusiem również taki był a i kolejne miesiące codziennie przynoszą nam kolejne powody do radości. Jasne, że dziecko wiele zmieniło w naszym życiu, ale na pewno nie jest bezpośrednią przyczyną tego, jak się między nami układa, bo to jest tylko i wyłącznie zależne od naszej dwójki i tego, jak sobie będziemy radzić ze wszystkimi okolicznościami.

Ufff, napisałam :) Jest mi lepiej, bo chciałam się wygadać i - znowu - poukładać sobie wszystko w głowie. Chciałabym bardzo, żebyśmy sobie z tym kryzysem-niekryzysem poradzili, żeby wróciło dawne poczucie spełnienia w małżeńskiej miłości. Żeby wszystko szło w dobrą stronę... Ale nie wiem, jak będzie wyglądała ta notka za rok. Nie jest łatwo pisać o czymś takim, bo nikt, a osoby tak ambitne jak ja w szczególności, nie lubi się przyznawać do jakiejś porażki czy też do tego, że nie jest cudownie. Ale z drugiej strony ciągle liczę na to, że wszystko wróci. Taka jest prawda, którą uświadamiam sobie w tych naprawdę trudnych chwilach.. Że czegokolwiek bym Frankowi nie powiedziała, zawsze ma to jeden cel - chcę, żebyśmy byli dalej szczęśliwi razem, nie osobno.

Tymczasem jutro przyjeżdżają moi rodzice. Na pewno zajmą się przez jakiś czas Wikusiem, podczas gdy my gdzieś razem wyjdziemy, bo od początku taki był bezpośredni cel ich wizyty. Zobaczymy, co nam ten weekend przyniesie.

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Udany egzemplarz

Nie mówcie tego Frankowi (choć pewnie sobie prędzej, czy później sam przeczyta :P), ale powiem Wam, że mam wspaniałego męża. Niby już wcześniej o tym wiedziałam, ale ostatnio przekonuję się o tym każdego dnia.
Pisałam wiele razy, że zawsze mogę na niego liczyć jeśli chodzi o domowe sprawy - wyręczał mnie w wielu domowych pracach, których nie znosiłam, kiedy pracowałam, zawsze wracałam do domu a na stole już czekał na mnie obiad. Do tego doskonale rozumiał, jakie potrzeby ma kobieta - sam proponował mi ubraniowe zakupy od czasu do czasu, doradzał, namawiał do kupna kolejnej kurtki, w której wyglądałam ładnie. Wiele razy słyszałam od niego zdania typu: "jesteś kobietą, musisz mieć dużo butów" :) Potrafił docenić, kiedy się dla niego (albo i nie :P) wystroiłam, często komentuje pozytywnie mój wygląd, nie zapomina o komplementach.
Ale w ostatnim czasie jest dla mnie jeszcze większym oparciem. Nie dość, że był przy mnie, kiedy musiałam być w szpitalu to jeszcze doskonale spisał się przy porodzie - będę o tym pewnie jeszcze pisać, ale naprawdę, bez niego chyba nie dałabym rady... Dał mi ogromne wsparcie, był przy mnie w jednym z tych najważniejszych momentów w życiu i chyba nigdy mu tego nie zapomnę - ani tego, jak się wtedy zachowywał (mimo, że wcześniej mnie wkurzył! :P) Ale odkąd jesteśmy w domu, niemal w każdym momencie Franek uświadamia mi swoim zachowaniem, że nie mogłam trafić lepiej. Zajmuje się właściwie wszystkimi domowymi sprawami - nawet kiedy chcę pozmywać albo pozamiatać, to mówi, że on się tym zajmie. Gotuje, w dodatku robi mi śniadania, obiady i kolacje. Kiedy karmię małego, on zajmuje się resztą - w dodatku ze względu na to, że ruchowo jestem trochę ograniczona, przynosi mi wszystko, czego potrzebuję. Pomaga mi też przy Wikingu. Niby to oczywiste, ale przecież różnie bywa. A tymczasem on kąpie go razem ze mną, przewija go, zajmuje się nim, gdy ten płacze.
Staram się zawsze umyć zanim będziemy kąpać Wikinga, bo potem muszę go nakarmić i położyć spać, więc sama chcę już być ogarnięta. Normalnie wieczorna toaleta przebiega u mnie w tempie ekspresowym - (zawsze wystarczał blok reklamowy przy "Na wspólnej" :)), ale dzisiaj byłam w łazience aż 20 minut. W tym czasie Franek zabawiał Dzieciaka. Wyszłam i mówię: "Przepraszam, że tak długo, dzisiaj trochę mi zeszło, bo jeszcze goliłam nogi a potem smarowałam się tym i tamtym..." Na co Franek odpowiedział po prostu: "Nic nie szkodzi, dobrze, że zajmujesz się sobą i o siebie dbasz". A najważniejsze dla mnie było to, że w jego ustach naprawdę zabrzmiało to jako coś tak oczywistego, że absolutnie nie mam żadnych wyrzutów sumienia z powodu tego, że zajmowałam się sobą zamiast dzieckiem albo mężem :)

czwartek, 31 lipca 2014

Wspomnienie i fochy.

Dzisiaj przyśnił mi się nasz Roki. To właściwie nie jest jakoś bardzo dziwne, bo wiele razy już o nim śniłam, ale ten dzisiejszy sen był bardzo wyrazisty i dość przejmujący. Byłam w Miasteczku i w pośpiechu pakowałam się, żeby zdążyć na autobus - nie wiem, czy miał mnie zawieźć do Poznania, czy do Warszawy. Rokuś, kręcił mi się pod nogami, ale oprócz tego strasznie chciał się przytulać. Stawał na tylnych łapach, przednimi opierał się na moich kolanach, a łebkiem tulił się do mojego brzucha - tak jak, to zawsze robił. Chwilami też podchodził i wkładał głowę pod moją rękę, żebym go pogłaskała albo trącał mnie łapą i upominał się o pieszczotę.
A ja się spieszyłam - bardzo. Tuliłam go jednak cały czas i było mi bardzo smutno, bo czułam, że to jest ostatni raz, kiedy go widzę. On, jakby nie chciał mnie wypuścić. A ja i tak nie nadążałam i ostatecznie spóźniłam się na ten autobus. Wróciłam do domu, do skaczącego z radości psa. I znowu go tuliłam i głaskałam.. Choć nadal było mi smutno...

Nie pamiętam, jak się ten sen skończył. Kiedy się obudziłam, odczułam ulgę, że to nie w rzeczywistości spóźniłam się na autobus, na który miałam zakupiony już bilet, ale także żal, że Rokiego nie ma. Minął już ponad rok, ale nam cały czas go brakuje. Często go wspominamy, przypominają nam się zabawne albo rozczulające sytuacje z jego udziałem. Dom mimo wszystko jest bez niego pusty, choć jego legowisko już zniknęło (po dobrych kilku miesiącach)... Tęsknię za nim bardzo... Kiedy przyjeżdżamy, nawet Franek głaszcze powietrze, wyobrażając sobie, że to Roki i przypomina sobie, jak ten budził go mokrym nosem i stukaniem merdającym ogonem w szafkę obok łóżka - bo przejście było zbyt ciasne... Mimo wszystko żal. 
Widziałam go ostatni raz na początku czerwca ubiegłego roku - był żwawy, jak zawsze, biegał, skakał, szczekał, wygłupiałam się z nim.. A dwa tygodnie później już go nie było :( Niby dobrze, że się zbyt długo nie męczył, ale to było dla nas ogromne zaskoczenie, że choroba go tak szybko wykończyła. Echhh....

***

A cóż tak poza tym? Franek mnie ostatnio denerwuje, bo ciągle jakieś fochy ma. Strasznie mi te jego humory działają na nerwy, bo są naprawdę nieprzewidywalne. Potrafi się obudzić z uśmiechem na ustach, porozmawiać ze mną, pożartować, przytulić - myślę sobie wtedy, że to będzie dobry dzień, a za chwilę jakiś drobiazg, jakaś totalna głupota powoduje, że on się wkurza. A ja też nie jestem taka, że można na mnie warknąć (nawet jeśli to nie jest bezpośrednio na mnie, tylko oberwę rykoszetem) a po mnie to spłynie, tylko też się wtedy wkurzam. Franek wtedy twierdzi, że on się odezwał normalnie, a mnie się wydawało, za to ja jestem niemiła. No i takie błędne koło właśnie, bo oboje jesteśmy impulsywni i temperamentni... Niech sobie gada co chce - ja znam go już na tyle dobrze, żeby wiedzieć, kiedy faktycznie ma jakieś humory. Niestety, on to chyba w genach po mamie przejął, to chyba zupełnie nietypowe u facetów. Nie znoszę tego. Ale nawet nie dlatego, że te jego muchy w nosie mnie tak irytują, tylko dlatego, ze on wcale tych swoich dziwnych zachowań nie dostrzega! Bo ta jego zmienność działa w obie strony. Może być tak, że jestem na niego wściekła z powodu takiego porannego zachowania, a on za chwilę do mnie dzwoni i jakby nigdy nic mówi "cześć myszko". Zupełnie nie pamięta, że się ze mną o coś posprzeczał. Z jednej strony to oczywiście dobrze, bo dzięki temu nasze kłótnie nigdy nie trwają długo, ale z drugiej nie do końca mi to odpowiada. Bo po pierwsze lubię wszystko przegadać - nawet taki drobiazg i zrozumieć po co i dlaczego, a po drugie bywam pamiętliwa i choć nie obrażam się, to jakoś nie potrafię ot tak po prostu zapomnieć, że parę godzin wcześniej burknął na mnie z fochem. A po trzecie to jest tak, że mnie - mimo tej pamiętliwości - złość dość szybko przechodzi i muszę sobie przypominać, że postanowiłam, że będę zła! :P Jakoś mi to wychodzi, ale jak Franek zadzwoni i jest słodki jak miód, (bo dla niego zwykle nie było sprawy) to nie umiem się nadal wkurzać i nici z mojego postanowienia :)
Poza tym wkurzona jestem jeszcze z powodu nadchodzącego weekendu, bo tak się składa, że Franek ma wolne i nie wybieramy się ani do Miasteczka, ani do Poznania. Franek od dawna powtarzał, że chciałby na weekend gdzieś wyskoczyć - ale ciągle mieliśmy weekendy zajęte. Myślałam więc sobie, że może w ten właśnie zrobimy coś wyjątkowego - niekoniecznie nawet musimy jechać gdzieś daleko, ale jednak chętnie bym się wyrwała. Ale z wczorajszej krótkiej rozmowy wynikało, jakby jemu się odwidziało. Jak dzisiaj będzie miał nadal jakieś humory albo jeśli będzie stękał i z tego stękania będzie wynikało, że planów na weekend konkretnych nie mamy to chyba go oleję i sama sobie coś zorganizuję :P Bo przecież nie ma nic gorszego niż brak zorganizowania :))

***
I tak sobie plotę tu ostatnio od rzeczy :) Ilość nigdy  nie świadczy o jakości i doskonale zdaję sobie z tego sprawę, ale cóż poradzę na to, że ostatnio tyle różnych rzeczy mi się po głowie tłucze, że zanim pomyślę o czym tym razem napiszę, to notka już jest :P Pal licho, że niezbyt to fascynujące ;)

piątek, 11 lipca 2014

Koślawe dialogi, na dobry weekend :)

 Dziwny dzień mam dzisiaj od rana, wstałam jakaś połamana i wszystko robię w zwolnionym tempie. Ale w pracy z robotą wyrobiłam się dzisiaj dość szybko i teraz dopadł mnie syndrom piątku, czyli przebieram już nogami, żeby wyjść z biura i rozpocząć weekend, mimo, że wcale nie jest specjalnie obiecujący. Ale jednak co wolne to wolne :) Czas umilam sobie konwersacją smsową z Dorotą. Rozmawiamy sobie o grupie krwi, bo właśnie się dowiedziałam, że Franek ma najrzadszą na świecie AB- (ja mam 0+). Napisała, że nie wie jaką ma, ale jej tato też ma AB- i jakiś lekarz jej mówił, że prawdopodobnie ma też minus na co odpisałam jej:

M: Bo podobno w 60% rh dziedziczy sie po ojcu. Dzieciak może po Franku minus odziedziczy (chociaż on dostał po mamie) a kijowo trochę z minusem
D: Jak chłopak to pół biedy. Gorzej jak dziewczynka. Ale teraz to już nie ma z tym takich problemów.
M: No, ale i tak lepiej zeby był plus :) 
D: A ja bym wolała minus. Wtedy jest takie mniej popularne :D
M: Ale więcej problemów :) Zresztą plus zawsze się lepiej kojarzy :P
D: Ja żyję prawie 30 lat. Nie wiem jaką mam grupę i też nie mam z tym problemu. A zero też się źle kojarzy!
M: Wcale nie! Zero to równowaga. A poza tym to z plusem jest:)
D: Taaa, jasne :D
M: Gupia jesteś Ty minusie jeden!
D: Przynajmniej zerem nie jestem!

 ***
Jakiś czas temu leżeliśmy sobie z Frankiem na łóżku i rozmawialiśmy. On leżał w taki sposób, że głowę miał na moim brzuchu. Ja byłam tego dnia jakaś nieswoja, trochę się martwiłam różnymi rzeczami. Franek pyta mówi więc:
F: Co się stało? Widzę, że coś ci leży na żołądku...
M: Taa.. Twoja głowa...

***
To przypomniało nam sytuację sprzed kilku lat, kiedy to miałam poważną kontuzję pleców i nie mogłam samodzielnie funkcjonować bez pomocy Franka. Pewnego dnia musiałam umyć głowę. Ale oczywiście nie wchodziło w grę utrzymanie zwykłej pozycji pochylonej nad wanną, więc  pochyliłam się, ale podtrzymując się obiema rękami krawędzi wanny, a Franek miał mi umyć włosy.
Odkręcił więc wodę, nalał mi na włosy szampon, a nagle ja zaczęłam krzyczeć "auuua, ał, ał, boli" jednocześnie śmiejąc się. Franek kompletnie zgłupiał i pyta się mnie - co? co się stało? woda za gorąca, czy co?. Ale ja nadal cały czas się śmiałam i krzyczałam, że boli... 
W końcu udało mi się jakoś opanować i przez śmiech wykrzyczałam:
zejdź z mojej stopy!! :D

wtorek, 8 lipca 2014

Inny smak piłki.

Bardzo rzadko mi się to zdarza - żeby nie napisać, że nigdy - żebym z takimi odczuciami wracała z weekendu :( Żal mi, bo wiele rzeczy poszło nie tak, jak powinno.Z perspektywy czasu żałuję, że choć wiedziałam, czego się spodziewać, nie przygotowałam się na to lepiej, a wręcz nastawiłam się nieco negatywnie. Jestem zła na siebie i jest mi trochę przykro, mimo, że wszystko jest niby w porządku. Ale ja nie lubię po prostu takich sytuacji. Ech, muszę chyba zmienić temat.

O Mundialu jeszcze w tym roku nie było! A przecież zawsze przy takich piłkarskich okazjach ten temat się u mnie na blogu pojawia :)) A tu już mistrzostwa prawie się kończą, mamy półfinały a ja pół słowa nie wspomniałam. 
W tym roku Mundial ma inny smak. I to nie tylko dlatego, że nie ma smaku żółtego Reddsa, po którym nadal mam żałobę, ani nie dlatego, że nawet, gdyby Reddsa nadal produkowali, to i tak nie mogłabym go wypić. Swoją drogą - zawsze mówiłam, że jeśli kiedyś będę w ciąży to najbardziej będzie mi brakowało piwa! Dziewczyny (zazwyczaj w rodzinie Franka, bo tak poza tym, to nie mam za bardzo styczności z ciężarnymi), które miały już ciążę za sobą twierdziły, że w ogóle się o tym nie myśli i że gadam głupoty. Cóż, może one nie myślały! Ja piwo bardzo lubię i choć nie piłam z jakąś wielką regularnością, to denerwuje mnie, że teraz nie mogę ot tak, po prostu się napić i muszę zadowolić się niuchem z kufla Franka :) Pachnie bosko! :) Wracając jednak do mundialowego smaku -  doskwiera mi, że mecze są późnym popołudniem a teraz już tylko późnym wieczorem i to też powoduje, że nie jest tak, jak zawsze było, bo często drugą połowę oglądam już śpiąc :) Poza tym, nie było upałów, a te też zazwyczaj kojarzyły mi się z tym świętem piłki. Pomijam już to, że z tymi mistrzostwami już zawsze będzie mi się kojarzyła historia Wielkiej Brytanii, bo w 2006 roku to właśnie przy meczach uczyłam się na egzamin :) Zdałam na 5 ;) Śmiejemy się z Dorotą, że to dlatego, ze oglądałyśmy je bez głosu - w każdym razie tak właśnie doradziła Dorota swoim studentom, którzy tłumaczyli jej się z nieprzygotowania tym, ze oglądali do późna mecz :))
No inny smak ma ten Mundial. Ale to pewnie dlatego, że wszystko wokół mnie tak bardzo się zmieniło...

Niemniej jednak nadal lubię te mistrzostwa, mimo, że... Cóż, chciałoby sie napisać, że nie lubię piłki nożnej, ale nie wiem, czy to się nie wyklucza z tym pierwszym :D W każdym razie, przy żadnej innej okazji meczów nie oglądam, a Euro i Mundial tak. Myślę, że jestem pod tym względem wymarzoną żoną dla Franka, bo nie dość, że mu nie marudzę i nie jestem nadąsana, że ośmielił się obejrzeć mecz, to oglądam razem z nim - nawet jeśli przysypiając ;) Nie mam Frankowi za złe nawet tego, że piłkę kopaną ogląda także "poza sezonem" i na przykład w środy nie mogłam oglądać Bitwy o dom, bo leciała Liga Mistrzów :) Jak nietypowa niewiasta, mimo wszystko potrafię zrozumieć, że on po prostu lubi piłkę nożną (choć nijak nie potrafię zrozumieć za co :)) i cieszę się, że nie jest to jakieś fanatyczne uwielbienie :) A na czas mistrzostw czuję się nawet taka wtajemniczona i lubię to wspólne zasiadanie przed telewizorem albo wysyłanie Frankowi smsów z wynikiem, kiedy akurat musi być w pracy.

I jak zawsze, trochę mi szkoda, ze Mundial dobiega końca (chociaż oczywiście, gdyby odbywał się częściej lub trwał dłużej, to już nie byłby dla mnie atrakcją - żadnej Ligi Mistrzów ani rozgrywek ligowych nie oglądam ani się nimi nie interesuję), mimo, że te ostatnie mecze nie są z udziałem drużyn, za które trzymałam kciuki. O właśnie! To też właśnie świadczy o tym innym smaku niż zwykle! Wyjątkowo w tym roku niemal każda drużyna, za którą trzymałam kciuki przegrywała! Nie wiem, chyba straciłam swoją moc przynoszenia szczęścia :D

niedziela, 22 czerwca 2014

Osłodzony dzień w pracy.

W piątek o 9tej westchnęłam głęboko i wyszłam z domu pełnić służbę :) Jako jedyna z całej firmy. Cóż, pomyślałam, że ktoś tę pańszczyznę odrobić musi :) Ale wielokrotnie to ja właśnie w takie dni miałam wolne, więc jakoś to przełknęłam. Zwłaszcza, że już godzinę później okazało się, że wcale takie trudne do przełknięcia to nie będzie :)

Przede wszystkim musiałam być w pracy, bo kilku klientów zapowiedziało odbiór swoich zakupów właśnie w piątek. Myślałam, że pierwszy przyszedł już po 10tej, ale okazało się, że to klient bardzo znajomy, bo w osobie męża mojego własnego :) Franek co prawda zapowiadał, że do mnie przyjdzie, ale myślałam, że jednak mu się nie będzie chciało. A tymczasem on spakował w plecak swój komputer, wałówkę na cały dzień i przyszedł dyżurować razem ze mną :)
To było bardzo przyjemne osiem (no, siedem) godzin! Ale fajnie było siedzieć w pracy razem z Frankiem! Jeszcze nie miałam takiej okazji :) Owszem, spędzałam czas w jego pracy, jeżdżąc z nim autobusem, ale na odwrót jeszcze się nie zdarzyło. 
Franek stwierdził, że skoro ma wolne, to zamiast siedzieć samemu w domu, woli spędzić ten czas razem ze mną, skoro siedzę sama - choćby w mojej pracy. W firmie dzień był naprawdę bardzo spokojny, było tylko parę maili, na które musiałam odpowiedzieć i klientów, których trzeba było obsłużyć. Ze wszystkim radziłam sobie na bieżąco, a sporo chwil wolnych poświęcałam na rozmowę z Frankiem, a później nawet puściliśmy sobie film, bo naprawdę było nuuudno. Ale cały czas byłam w gotowości i gdy tylko słyszeliśmy, że przychodzi mail, przerywaliśmy oglądanie, bo nie zapomnieliśmy ani przez chwilę, gdzie się znajdujemy. Razem zjedliśmy obiad przyniesiony w pudełku przez Franka i odgrzany w mikrofalówce, a o 17:30 zamknęliśmy i spacerkiem wróciliśmy do domu.

Frankowa wizyta bardzo osłodziła mi ten dzień i dzięki temu właściwie nie czułam, że jestem w pracy! To znaczy czułam, ale to był bardzo wyjątkowy dzień :) W pewnym momencie wstałam zza swojego biurka i podeszłam do miejsca na przeciwko, gdzie normalnie siedzi Asystent, a następnie cmoknęłam Franka w policzek. Ten był bardzo zaskoczony tym przypływem czułości, bo mnie się to zdarza bardzo rzadko :P Ale wytłumaczyłam się, że przecież muszę wykorzystać taką sytuację, bo normalnie takich rzeczy w przerwie między jednym a drugim mailem nie robię :)

Kiedy prowadziłam wstępne rozmowy z szefową na temat naszej przeprowadzki, przez chwilę miała ona pomysł, żeby Franka zatrudnić właśnie na stanowisku Asystenta. Ale pomysł upadł dość szybko - i dobrze, bo my też nie bylibyśmy zwolennikami takiego rozwiązania - nie jest dobrze, gdy oboje małżonków pracuje w jednym miejscu (chodzi o bezpieczeństwo zatrudnienia, bo w razie problemów, oboje tracą pracę) poza tym, to praca nie dla Franka, męczyłby się, no i głupio byłoby, żebym była poniekąd jego przełożoną. Zresztą, całe dnie razem - pewnie mogłoby nam to w końcu wyjść uszami, bo przecież musimy się czasami za sobą stęsknić. Nie mówiąc już o tym, że o wspólnych urlopach musielibyśmy zapomnieć (pewnie to byłby czas na tę tęsknotę :P ale chyba podziękuję).
W każdym razie mogliśmy sobie przez jeden dzień wyobrazić, że pracujemy razem... Było fajnie - ale przede wszystkim dlatego, że wyjątkowo.

Bardzo się cieszę, że w ten piątek musiałam iść do pracy :) To był bardzo przyjemny dzień. I dzięki temu właściwie czuję, że ten weekend jednak był przedłużony.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Powód do dumy

W czwartek pochowaliśmy babcię. Pogoda w ten dzień była prawdziwie pogrzebowa. Było okropnie zimno i ponuro, i tylko nie padało na szczęście. Ale nie było najgorzej. Naprawdę, myślałam, że wszystko będzie bardziej przygnębiające i może nawet wstrząsające. Ale wszyscy się nawet trzymali - na tyle, na ile mogli oczywiście, bo przecież trudno oczekiwać, że ktoś nie uroni łez po stracie mamy lub babci. 
Rytuał pogrzebowy jednak jest potrzebny jako pożegnanie. Bez tego byłoby wielu osobom trudniej.  Oczywiście to wszystko nie dotknęło mnie tym razem tak bezpośrednio, więc jestem trochę zdystansowana i może więcej widzę.  Ale jednak mam za sobą kilka pogrzebów bliskich mi osób (i obym teraz przez długi długi czas nie musiała mieć takich doświadczeń).

Muszę też powiedzieć, że pomimo tego, że czasami uważam, ze Franek jest wręcz aż zbyt opiekuńczy lub przesadza w swoim zaangażowaniu w życie dalszej rodziny (może to nie brzmi dobrze, ale wiecie, że sama jestem bardzo rodzinna, więc zapewniam, że chodzi raczej o drobne incydenty niż faktycznie istotne sprawy codzienne), to jestem z niego dumna. Babcią opiekowała się już od wielu lat siostra teścia, która z nią mieszkała. Tato Franka bywał u nich przynajmniej kilka razy w tygodniu, o ile nie codziennie, ale to jednak ciocia - starsza (prawie 70 lat), nie do końca zdrowa osoba była z babcią non stop. Praktycznie nie wychodziła z domu. Nawet zakupy robiła w sklepiku obok tylko wtedy, gdy ktoś ją na chwilę zmienił.
Ciocia opiekowała się swoją mamą najlepiej jak mogła i na pewno wkładała w to całe swoje serce, nie można jej niczego zarzucić. Ale na zajmowanie się domem nie miała już czasu, ani siły a poza tym przecież nie każdy ma do tego rękę, a mieszkanie, które zajmowały nie jest własnościowe, znajduje się w starej kamiennicy i jest dość w kiepskim stanie, co dodatkowo utrudnia dbanie o nie. Większość pomieszczeń, w zasadzie poza pokojem, w którym na co dzień przebywały babcia z ciocią, była mocno zapuszczona.
Franek pojechał do Poznania we wtorek i całą środę spędził na czyszczeniu, szorowaniu, trzepaniu, wycieraniu, myciu mieszkania cioci. Później pomagał mu jeszcze kuzyn, który przyleciał z Anglii na pogrzeb. Nikt o to Franka nie prosił, nikt nawet nie wspomniał, że wypadałoby jakoś przygotować to miejsce przed przybyciem rodziny, Franek sam o tym pomyślał, sam wyszedł z inicjatywą i po prostu wziął wiadro, szmaty, środki czyszczące i poszedł. (Podobnie kuzyn) Brat Franka mieszka w Poznaniu. Nie pracuje i razem z żoną, która teraz jest na macierzyńskim zajmuje się dwójką dzieci. Jest na miejscu cały czas, ale jednak nie pomyślał o tym, żeby pomóc i nawet nie zapytał, czy ta pomoc może się przydać. Ja wiem, że dzieci zawsze mogą być wymówką, ale przecież oni nie są jedyną parą, która ma dzieci na świecie - inni jakoś sobie radzą z wychowywaniem dzieci i innymi życiowymi sprawami. Szwagier nie wypina się na rodzinę. Utrzymuje ze wszystkimi dobre relacje, a gdyby ktoś  go poprosił o pomoc nie odmówiłby (przynajmniej tak przypuszczam :)) i na pewno by się zjawił. Ale rzecz w tym, że Franka nie trzeba było o nic prosić, nie trzeba było się pytać, on po prostu zakasał rękawy i wziął się do roboty. I zapewniam, że to nie dlatego, że nie mamy dzieci... Dlatego właśnie jestem z niego dumna.

piątek, 28 marca 2014

Głośne naleśniki

Franek ostatnio zakochał się w moich naleśnikach. Twierdzi, że bardzo mu ostatnio posmakowały i nigdy takich nie jadł. Prawdę mówiąc nie do końca wiem, co ma na myśli, bo jak dla mnie - naleśniki, jak naleśniki. Nic nadzwyczajnego, mąka, mleko, jajka... To co zawsze :) No, ale rzeczywiście ostatnio jak tylko nie mamy pomysłu na obiad, słyszę: naleśniki!

Dzisiaj też nie mieliśmy drugiego dania zaplanowanego, więc Franek przymilnym tonem poprosił o naleśniki - tak chociaż po dwa! Ostatecznie naleśniki robi się szybko, więc się zgodziłam i wzięłam się za smażenie. Ponieważ bardzo nie lubię, kiedy w całym mieszkaniu unosi się zapach smażonego jedzenia - a zwłaszcza oleju, otworzyłam okno w kuchni, zamknęłam drzwi do sypialni i do dużego pokoju, w którym siedział Franek. Nagle słyszę: "dlaczego zamykasz?? nie zamykaj! ja chcę słyszeć jak robisz, jak słyszę to mi bardziej smakuje!" 
No proszę i już wiemy, dlaczego takie smaczne - bo głośne! :D

***
A tymczasem dzisiaj wieczorem się relaksujemy w towarzystwie. Koleżanka, z którą ostatnio świętowałam Dzień Kobiet oraz jej chłopak zaprosili mnie i Franka na wieczór. Jak to Kasia określiła - wyczaruje z dwóch butelek 0,7 wódki i 2 kg cytryn przepyszną ambrozję.
Będzie się działo...

czwartek, 27 lutego 2014

Entuzjazm bez euforii

Zrobiliśmy krok do przodu. Tym razem nadzieja nie okazała się całkowicie płonna. Po dwóch tygodniach oczekiwania już wiemy - Franek od poniedziałku zaczyna pracę.
Dwa tygodnie temu był umówiony na rozmowę do jednej z warszawskich - "Zielonych" firm - niech już tak zostanie, mimo, że w Warszawie zielone nie są :) Ostatecznie go nie przyjęli, a kiedy zapytał jaki jest powód, otwarcie mu powiedzieli, że zasugerowali się tym, że w poprzednim miejscu pracy przez długi czas był na zwolnieniu. Na nic zdał się dowód w postaci świadectwa pracy z poznańskiej Zielonej Firmy, że ta nieobecność wynikała ze specyfiki pracy i wcześniej Frankowi nie zdarzało się dużo chorować. To by było na tyle jeśli chodzi o korzystanie z L4, które przecież się należy nie dla własnego widzimisię, tylko dlatego, że naprawdę jest ono konieczne. Osoby, które dziwiły się, gdy martwiłam się, że Franek będzie długo na zwolnieniu, chyba są w stanie zrozumieć teraz, dlaczego podtrzymuję swoją opinię, że pracodawcy patrzą krzywo na chorujących pracowników - niezależnie od tego, czy chorują naprawdę, czy kombinują?
Na ten temat jednak jeszcze być może kiedyś będzie okazja, żeby się trochę rozpisać. Teraz wracam do sedna.

Byliśmy nieco rozczarowani, ale o dziwo Franek przyjął tę sytuację bardzo dobrze. Wręcz zadowolony był, że miał taką rozmowę za sobą i chyba dodało mu to trochę skrzydeł, bo następnego dnia poszedł do drugiej "Zielonej" firmy. Tam zaproponowali mu udział w trzydniowym szkoleniu, z którego oczywiście skorzystał. Kiedy zdał już wszystkie testy, które były tam do zaliczenia, zapisano go na dwutygodniową praktykę, która w praktyce :) wyglądała tak, że w ciągu czternastu dni musiał zaliczyć sześć dni za kierownicą autobusu pod okiem tak zwanego patrona.
Wczoraj zaliczono mu ostatni dzień i dzisiaj podpisał umowę.

Cieszymy się oczywiście, choć z radości nie skaczemy. Być może dlatego, że doświadczenia ostatnich miesięcy nauczyły nas powściągliwości jeśli chodzi o radość. Ale bardziej dlatego, że cała ta sytuacja ma kilka haczyków. Umowa jest tylko umową na zlecenie (na razie tylko na miesiąc z możliwością przedłużenia). Podobno po trzech miesiącach można ubiegać się o umowę na stałe, ale nia pewno nie ma mowy o nieokreślonym czasie zatrudnienia. Zlecenie może też mieć swoje dobre strony - jak na przykład to, że Franek będzie mógł decydować o tym, które dni będzie miał wolne. Ale nie wiemy do końca z czym wiąże się ten brak grafiku - bo jeśli tylko z tym, że Franek sam będzie musiał umawiać z planistą dni, w które chce pracować, to nam to odpowiada. Gorzej jeśli okaże się, że na przykład będzie czekał tydzień, bo nie było dla niego kursu. Ale tego nie wiemy, więc nie nastawiamy się źle.Poza tym można powiedzieć, że system kar jest mocno rozbudowany :) Bardzo mocno Można oberwać prawie za wszystko i to są naprawdę wysokie kwoty. Mówimy o setkach złotych. Generalnie w tej firmie jest bardzo duża rotacja pracowników, a to jednak też o czymś świadczy i to raczej nie o czymś pozytywnym. No i firma jest prywatna, z gatunku tych, co oszczędzają na wszystkim, a najbardziej na wynagrodzeniu dla pracownika :)

Ale są też dobre strony i tego się trzymamy. Pracuje tam kilka osób na stałe (oczywiście nie na czas nieokreślony) i twierdzą, że nie jest tak źle i w wielu sprawach można się dogadać - jak na przykład godziny pracy. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że ta praca po prostu JEST! I to jeszcze taka, która Frankowi po prostu sprawia przyjemność. Kiedy odbywał te praktyki, wracał do domu co prawda zmęczony, ale oczy mu się świeciły! Opowiadał o wszystkim z entuzjazmem i satysfakcją :) Cieszył się, że po półrocznej przerwie nie miał w ogóle problemu z prowadzeniem autobusu, nie popełniał żadncyh błędów. Patroni chwalili go i mówili, że sporo mają osób, które radzą sobie raczej kiepsko, a w przypadku Franka widać, że wie o co chodzi w tym zawodzie :) Franek nie należy do osób, które lubią siebie chwalić i prędzej można mu zarzucić brak wiary we własne umiejętności niż przesadną pewność siebie, dlatego cieszę się, że tak do tego podchodzi, bo widzę, że dzięki temu jest mniej zestresowany i czuje się pewniej.

Bardzo chciałabym, żeby to był nareszcie jakiś początek dobrego. Być może pieniędzy z tego dużych nie będzie, ale na szczęście możemy sobie pozwolić na to, żeby stwierdzić, że nie o wynagrodzenie chodzi. Chodzi o to, żeby Franek się czymś zajął - a jeśli ma to być zajęcie, które sprawia mu radość i satysfakcję, to świetnie! Będzie to dla niego też okazja, aby zdobyć doświadczenie w jeżdżeniu po Warszawie i poznawaniu miasta. Być może będzie miał większe szanse, aby w przyszłości ubiegać się o posadę w warszawskiej państwowej "Zielonej" firmie (na razie wszystkim mówią, żeby czekać). Póki co myślę, że naprawdę dobrze się złożyło - zajezdnia jest akurat blisko Podwarszawia, godziny na razie będzie mógł sobie Franek ustalać, a przede wszystkim będzie robił to, co lubi. Mam tylko nadzieję, że firma będzie po prostu uczciwa i jeśli Franek będzie sumiennym pracownikiem (a w to nie wątpię) to nie będzie miał z nią problemów.
Podsumowując - tak jak w tytule. Chwilami bardzo się cieszę, ale nie popadam w euforię, bo jednocześnie mam bardzo dużo ogromnych obaw. Mam nadzieję, że rozwieją się po tym jak Franek zacznie pracować...

Przyznaję, że to chyba również był powód mojej niemocy blogowej w ostatnim czasie. Ta sprawa cały czas nad nami wisiała. Nie miałam ochoty o tym pisać, a z kolei pisanie o czymś innym w ogóle mi nie szło. Dlatego mam nadzieję, że ten wpis przełamie moje milczenie :) Bo jeśli to nie pomoże, to chyba jestem już stracona dla blogowego świata :)

czwartek, 3 października 2013

Dobrze i źle

Czyli jednym słowem, nic nowego. Ciągle dobre wiadomości przeplatają nam się ze złymi. Tak, ja wiem, że w życiu o to chodzi, tyle, że rzadko zdarza się, żeby te wiadomości miały taką wagę i na które czekamy siedząc jak na szpilkach.
Wspominałam już, że Zielona Firma nie obciążyła Franka karą finansową i to była naprawdę dobra informacja. Druga - też dobra - jest taka, że chyba Franek ma prawie umowę o pracę przedłużoną. Dlaczego chyba i prawie? Bo już trzeci dzień żadnej nowej umowy nie podpisał (a poprzednią miał do poniedziałku), a do pracy chodzi i nikt mu nie kazał przestać. W dodatku dali mu imienną kartę do placówki medycznej, z którą firma ma umowę i wzięli namiary na strój roboczy. Franek od wtorku nie może złapać prezesa, a kiedy w końcu złapał kadrową, ta mu powiedziała, że musi poczekać, bo prezes chyba dopiero w przyszłym tygodniu znajdzie chwilę, a musi z nim porozmawiać, ale że Franek ma się nie martwić. No to chyba dobrze. Ale tak naprawdę nie znamy żadnych warunków i nie wiemy nic na pewno.
W dodatku prawda jest taka, że ta praca nie podbiła serca Franka. Jest bardzo stresująca, odpowiedzialna i dość męcząca. Franek ma praktycznie kierownicze stanowisko, a nigdy nie miał takich aspiracji i wręcz woli wykonywać rozkazy niż je wydawać - ale i tak idzie mu całkiem nieźle. Ale poprzednią pracę naprawdę lubił a tą po prostu szanuje. Pocieszające jest to, że Niezielona Firma w Warszawie cały czas ma ogłoszenia, że potrzebuje ludzi, więc w razie czego mamy jakąś opcję, chociaż Franek nie zna topografii stolicy i to go na razie trochę zniechęca. Ale głównym powodem, dla którego chcemy, żeby on się trzymał obecnej pracy są po prostu wszystkie weekendy i święta wolne. I regularne godziny pracy (chociaż nigdy chyba nie pojmę jak to jest, że Franek bez problemu wstawał o 3 a o 6 trzeba go siłą wyciągać z łóżka). Nie no, te wolne weekendy są po prostu nie do pobicia na chwilę obecną...
A teraz ta zła wiadomość - no więc Franek dzisiaj wstał połamany. Bolą go plecy i ból promieniuje do nogi (ale to nie rwa), w pracy wytrzymał całe pół godziny i pojechał do lekarza. Na drugi koniec miasta, bo dzisiaj ortopeda tylko tam przyjmował. Franek jako rodowity Poznaniak nie zdawał sobie sprawy, że tutaj drugi koniec miasta oznacza minimum dwie godziny podróży a to i tak przy doskonałym połączeniu... A musiał obrócić dwa razy, bo lekarz się pomylił i wpisał zły NIP. Od 7:30 do 14:30 jeździł więc sobie wte i wewte po Warszawie. Dostał antybiotyk i L4 do końca przyszłego tygodnia. I skierowanie na rehabilitację, jeśli mu nie przejdzie po sześciu dniach. No i to zwolnienie trochę nas niepokoi, bo jak to wygląda, że nowy pracownik i już na L4 wylądował? Franek nie ściemnia i gdyby nie to, że musi w tej pracy często się schylać i dźwigać, to nie byłoby problemu. Powiedział nawet, że zobaczy po weekendzie i jak będzie się dobrze czuł, to przyjdzie. Ale wiadomo, że z kręgosłupem to nie ma żartów, więc szarżować nie będzie mógł. Mam nadzieję, że szefostwo będzie jednak wyrozumiałe i nie będzie się doszukiwało przekrętów.
No dobra. Starczy tych złych wiadomości na dzisiaj. Czas najwyższy spać! :)

A wiecie, posprzeczaliśmy się dzisiaj z Frankiem o nasze dziecko. Nie, nic Was nie ominęło :P Nadal nie mamy żadnego. Ale nie przeszkadzało nam to w tym, żeby się pokłócić o to, jak byśmy postąpili w pewnej kwestii. Dodam jeszcze, że dziecko o które się pokłóciliśmy chodziło już do szkoły :D Powiedzmy, że ostatecznie doszliśmy do porozumienia, choć obawiam się, że pogląd mój i mężowski są trochę odmienne. Będziemy musieli popracować nad zgodnością i konsekwencją rodzicielską, ale myślę, że zaczniemy ćwiczyć dopiero jak jakiś bachorek (naprawdę proszę się nie oburzać, to w naszym wydaniu jest forma pieszczotliwa) faktycznie się u nas pojawi, a na razie na to się nie zanosi.

wtorek, 24 września 2013

Bawełniana

No to mamy za sobą już pierwszy rok (i kilka dni:)) małżeństwa. Jaki był ten rok? Cóż, na pewno bardzo burzliwy - jeśli chodzi o całe nasze życie. Choć na początku wydawało się, że będzie sielsko i po powrocie z błogiej podróży poślubnej będziemy mogli zająć się wiciem jakiegoś gniazda (czyt. szukaniem mieszkania), wszystko nam się skomplikowało. Jednym słowem stabilizację szlag trafił.
W zasadzie możemy się tylko ogromnie cieszyć, że to w zeszłym roku braliśmy ten ślub :P W tym trudno byłoby sprawnie zaplanować część spraw, skoro przez kilka miesięcy nawet nie mieszkaliśmy razem. W dodatku nie moglibyśmy się cieszyć tym dniem tak, jak to było rok temu, bo bardzo dużo problemów nam się na głowę zwaliło. Poza tym niektórzy nasi goście zostali dotknięci bardzo przykrym wydarzeniem, jaką jest śmierć bliskiej osoby :( Nie mogliby się bawić na naszym weselu - o ile w ogóle by na nie przybyli. A w dodatku wrzesień w tym roku jest brzydki, deszczowy i zimny! :) To tylko dowodzi tego, że wszystko w życiu ma swój czas.
Wracają jednak do tego roku: można powiedzieć, że przeszliśmy prawdziwy chrzest bojowy jeśli chodzi o pierwsze wspólne małżeńskie decyzje i problemy. Wygląda na to, że to jeszcze nie koniec, ale dotychczas spisaliśmy się całkiem nieźle. Cały czas trzymamy się razem :) Przetrwaliśmy nawet trzymiesięczną separację, która okazała się bezbolesna (a nawet wspominam ten czas z lekkim sentymentem :P). 
Miałam kilka okazji, aby przekonać się, że Franek zrobi dla mnie wiele i że najważniejsze jest dla niego, abyśmy byli razem, niezależnie od okoliczności. Dość powiedzieć, że dla mnie (i dla wspólnej przyszłości) zrezygnował z dobrej, lubianej pracy i z miasta, w którym się urodził i w którym przeżył trzydzieści lat. Poza tym, mimo, że w wielu kwestiach mamy różnicę zdań, okazuje się, że ostatecznie stanie za mną murem, broniąc mojej racji przed członkami swojej rodziny na przykład. 
W naszym życiu wiele się po ślubie zmieniło - choć niekoniecznie ze względu na sam ślub. Czy nasz związek się zmienił? Już krótko po uroczystości pisałam, że zmieniło się wiele. Nie da się tego nawet opisać, ale relacja między nami zdecydowanie nabrała jakiegoś innego wymiaru. Głębi, magii... naprawdę trudno to nazwać. 
Zastanawiam się, skąd biorą się te wszystkie opowieści o tym, jak po ślubie wszystko zmienia się na gorsze? U nas jest zupełnie na odwrót. Mam wrażenie, jakbyśmy nigdy się tak nie kochali, jak teraz :) Jakbyśmy nigdy nie byli tak blisko. Nigdy nie byliśmy dla siebie tak ważni, jak od czasu ślubu. Wszystko mamy teraz wspólne - i nie chodzi mi o samochód, czy garnki, a o plany, problemy, oczekiwania, nadzieje... Wspólne podejście do życia :) Przed ślubem niby było tak samo, ale jednak odczuwaliśmy to trochę inaczej. Jednak symbol małżeństwa ma dla nas ogromne znaczenie.
Oczywiście kłócimy się, jak zawsze :) Nie bylibyśmy sobą, gdyby tak nie było :) Ale nasze kłótnie są zdecydowanie inne, niż kiedyś. Nigdy nie są ostateczne :P Możemy się pokłócić o jakiś drobiazg i boczyć się na siebie, ale żadne foczenie się, czy spór nie przesłoni tego co jest najważniejsze. Wiemy, że to chwilowe, więc nadal ustalamy codzienne sprawy i to pozwala nam wrócić do równowagi. Nie ma cichych dni, obrażania się, dzikich awantur :)
Myślę czasami nad tymi wszystkim drobiazgami i prozaicznymi sprawami, które załatwiamy razem, a których nie załatwia się nigdy z nikim innym, bo są zbyt osobiste. Niby błahostki, a jak wiele mówią o relacji między nami. O tym, że nie mamy przed sobą absolutnie żadnych tajemnic, nie ma między nami skrępowania, wstydu, tematów tabu. Wiele jest osób, które są mi bardzo bliskie, które znają mnie od podszewki, wiedzą jaka jestem, znają moje słabości. Ale nie ma na świecie drugiej takiej osoby, która wiedziałaby o mnie tyle, co Franek. Dorota, czy moja mama może są blisko ;), ale to jednak nie to samo. 
Myślę też o tym, jak wiele musieliśmy przejść razem, żeby znaleźć się w tym punkcie. Nie odpuściliśmy nigdy, walczyliśmy o nasz związek, nie poddawaliśmy się nawet w czasie kryzysu i to wszystko bardzo nas zahartowało. Ale najważniejsze jest to, że nasze uczucie rozkwitło z czasem, nie spowszedniało. Nie mogłabym powiedzieć, że tęsknię za naszymi początkami. Bo nie tęsknię :) Uważam, że teraz jest sto razy lepiej. Czuję się bardziej kochana i bardziej zakochana niż na początku.
Nie twierdzę, że jesteśmy parą idealną albo że któreś z nas jest ideałem, ale z mojego punktu widzenia jest idealnie ;) W takim sensie, że nie wyobrażam sobie, że mogłoby być lepiej i nie chciałabym niczego zmieniać, nawet tych rzeczy, które czasami mnie denerwują. Już kiedyś pisałam, że uważam, że każdy ma inną wizję ideału i że coś, co jest wadliwe dla jednej osoby, według drugiej funkcjonuje bez zarzutu. Mam takie momenty czasami, kiedy przez głowę przebiega mi myśl, jak to możliwe, że jest nam razem tak dobrze i, że nie mogłam trafić lepiej :) 
Kiedyś bałam się, że nigdy jej nie będę miała. Myliłam się, bo mam pewność, że to jest właśnie TA osoba, z którą chcę zawsze dzielić swój los. I absolutnie żadnej wątpliwości.

Starałam się bardzo, czułam ogromną potrzebę opisania tego, co myślę i czuję z okazji naszej pierwszej, bawełnianej* rocznicy. Ale i tak mi nie wyszło :) Nie da się słowami opisać tego, jak się czuję, gdy zasypiam w objęciach męża, gdy planujemy razem weekend, kiedy rozmawiamy o tym, co zjemy na obiad, kiedy ganiamy się po mieszkaniu i wydurniamy, jak wariaci, kiedy przychodzę zmoknięta z pracy, a on czeka przy drzwiach z ręcznikiem i ciepłą herbatą, kiedy oglądamy jakiś program i słysząc coś, patrzymy na siebie, wiedząc bez słowa, o co chodzi i co w danej chwili myśli druga osoba. Myślę, że wiele osób nie wie, że tacy jesteśmy i nie wie, że naprawdę nam ze sobą dobrze. Nie jesteśmy wylewni, zwłaszcza przy innych nie opowiadamy o nas, czasami wręcz sobie żartobliwie dogryzamy w towarzystwie.
A najważniejsze jest niewidoczne dla oka.

*choć niektóre źródła podają, że papierowej :)

sobota, 10 marca 2012

Stękacz ;)

Od Dnia Kobiet mam w domu raczej dzień chorego… Oj, nie było żadnego świętowania w stylu – ja – kobieta w mój dzień tylko leżę i pachnę :) Oj nie, bo ledwo weszłam do domu po pracy i już musiałam Franka wpakować do łóżka i nafaszerować go witaminami i lekami przeciwgorączkowymi. A potem już tylko przynosiłam mu to, odnosiłam tamto, robiłam herbatę, kanapki, biegałam w tę i we w tę. I niestety tak jest do dziś. Wczoraj Franek od lekarza dostał zwolnienie aż do środy i leży w domu. Leży i zdycha. A żeby tak jeszcze po cichu zdychał. Ale gdzie tam. Otóż, mój przyszły mąż w ciągu ostatnich dwóch dni zamienił się w jakiegoś jęcząco-stękającego potworka :) Ze szczególnym wskazaniem na stękającego – i wcale nie chodzi o żadną przenośnię :) Słowo daję, zwariuję z nim jak mu to stękanie nie minie :P
Jakże inny klimat ma ten dzień dzisiejszy od soboty w zeszłym tygodniu. Również spędzamy go razem – można powiedzieć, że dostaliśmy wspólnie spędzony weekend w gratisie, ale wcale się z tego specjalnie nie cieszę. Przede wszystkim, wolałabym, żeby Franek nie chorował :) Żadna to przyjemność dla mnie patrzeć, jak się męczy. A poza tym, już się oswoiłam z myślą, że rano jestem sama, Franek miał wrócić o 14 i miałam wszystko zaplanowane :) A tu klops, z takim chorym facetem nie da rady nic zrobić. Naprawdę fatalnie się czuje, to już trzeci dzień, a zamiast lepiej, jest tylko gorzej. Dzisiaj to już przez pół dnia tylko leżał i spał. No i marudził, rzecz jasna :P Jeść nie chciał. Syrop niedobry. Herbata gorąca. Zimno. Gorąco. Głośno. I jeszcze w dodatku stół miał czelność stać nie tam gdzie trzeba i siniaka Frankowi nabił. Niedobry stół.
Oj wyrodna ze mnie narzeczona, bo się ośmielę teraz na publicznym blogu na chorego faceta narzekać :) A właśnie, że tak, pozwolę sobie ponarzekać – ale nie na Franka, bo przecież to nie jego wina, że chory :) Zmęczona jestem po prostu :) Franuś mi na co dzień dużo pomaga, a tak wszystko jest na mojej głowie i jeszcze opieka nad pacjentem dochodzi. Ale radzę sobie jakoś. Tylko żal mi tego stękacza. Widzę, że się bardzo źle czuje, więc staram się jak mogę umilić mu te chwile. I absolutnie nie miałabym serca powiedzieć mu, żeby wstał i sobie tę herbatę sam zrobił. Ba! Nawet bym mu na to nie pozwoliła, choćby się uparł. Tak, jak nie pozwoliłam mu wyjść dziś do apteki (chociaż nie znoszę, po prostu nie znoszę chodzić do sklepu, zakupy zawsze robię tylko „po drodze”, ale się poświęciłam :P) No ale nie będę przecież ściemniać, że to dla mnie czysta przyjemność tak cały dzień biegać i że mogłabym tak usługiwać Frankowi całe życie :P Zdecydowanie wolę, kiedy spędzamy wspólny czas w inny sposób :) Co nie zmienia faktu, że gdyby trzeba było… Obyśmy jednak oboje zdrowi byli i w potworki się nie zmieniali :)
Na szczęście teraz temperatura spadła już Frankowi w okolice 38 stopni i stał się całkiem znośny :) Nawet przydreptał do mnie i zaczął oglądać telewizję. I zjadł! Nawet nie przeszkadza mi, że najpierw miał ochotę na zupę, potem na kanapkę a w końcu kisiel jeszcze musiałam mu robić ;) Cieszę się, że nareszcie coś zjadł i że zniknął stękacz a wrócił mój kochany Franuś. I wiecie co przed chwilą powiedział? Jest ze mnie dumny, że jestem dla niego taka dobra, kiedy on jest chory :) Znaczy się, że chyba tylko mi się wydaje, że taka wyrodna jestem :P
Ważne, że mój Franek wrócił! Mówi, śmieje się, rusza, żartuje a nawet podśpiewuje! A nie tylko leży i stęka ;) Mam nadzieję, że kryzys minął ;)

wtorek, 7 lutego 2012

Drobiazgi?

Franuś wczoraj rano wstał i poszedł do sklepu, bo nie było chleba. Przy okazji kupił mi bułkę, żebym sobie wzięła do pracy (lubię jeść „na sucho”) – nie wiedział jaką, więc kupił na wszelki wypadek cztery i mogłam sobie wybrać. Do tego kupił mi jogurt – truskawkowo-poziomkowy, bo wie, że ja lubię jogurty „czerwone”. I jeszcze soczek – ot tak, żebym miała co pić w pracy, a soczek 100% więc zdrowy.
Kiedy wróciłam z pracy Franuś postawił mi przed nosem talerz z obiadem – gorącym, bo dopiero co przygotowanym. I oczywiście po obiedzie mogłam sobie usiąść przed komputerem – włączonym już wcześniej. Franek wie, że ja zawsze jak przychodzę do domu, pierwsze co, włączam komputer – nawet niekoniecznie od razu przy nim siadam, ale włączyć muszę. I mnie od jakiegoś czasu w tym wyręcza. Nawet go nigdy o to nie prosiłam. (wczoraj i tak odpuściłam komputer, wolałam sobie usiąść na kanapie obok Franka. Co z tego, że byliśmy zaczytani każdy w swojej książce, ważne, że razem :))
Dzisiaj rano wstałam, a w lodówce czekała obrana pomarańcza. (Nie lubię obierać cytrusów) I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że on szedł dziś do pracy na 4:15. Wstał więc po trzeciej i jeszcze znalazł czas, żeby mi obrać owoc! Kochany jest.
Franuś przyjeżdża po mnie na dworzec, gdy przyjeżdżam z Miasteczka i jadę pociągiem. Rzecz jasna, jeśli tylko akurat nie pracuje, odwozi mnie na niego - a kiedy jadę na dworzec prosto z pracy, spotykamy się na miejscu. Franek przywozi mi walizkę z domu, żebym nie musiała jej targać do biura. Ostatnio tuż przed odjazdem pociągu przypomniałam sobie, że zostawiłam w aucie komórkę. Nawet nie mrugnął i po nią pobiegł. Wcale nie musiał – miałam jeszcze telefon służbowy w razie czego, przeżyłabym bez komórki dwa dni. Ale pobiegł, bo on wie, że ja wiecznie czegoś zapominam…
Ja wiem, że już o tym wszystkim pisałam. Może przykłady inne, ale sens ten sam. Ale będę o tym pisać, bo mnie to nieustannie rozczula. Zwłaszcza, że On to robi najczęściej sam z siebie – w taki niezauważalny sposób. Przychodzi mu to naturalnie. Przecież to takie oczywiste, że zrobi coś, żeby sprawić mi przyjemność. I w zasadzie go rozumiem, bo ja też lubię bezinteresownie zanieść mu śniadanie do pracy, gdy akurat jestem w pobliżu. Albo zrobić na obiad coś co lubi, nawet gdy ja niekoniecznie za tym przepadam.
Bardzo mi było miło, kiedy dostałam od Franka kiedyś bukiet moich ulubionych kolorowych kwiatów zupełnie bez okazji. Ale jak tak o tym myślę, to chyba ta obrana pomarańcza nawet więcej dla mnie znaczy (nie ujmując niczego pięknym kwiatkom, z którymi prawie spałam :P)

czwartek, 26 stycznia 2012

I nie będzie wolnego.

Echh, no i się lekko zdołowałam :( Przez Franka, a konkretnie - przez jego urlop. W Zielonej Firmie mają trochę dziwne zasady urlopowe, których nawet ja, jako osoba, która miała całkiem sporo do czynienia z prawem pracy u R., nie ogarniam. Nie będę się tu w temat zagłębiać, ważne, że ostatecznie wszystko się zgadza.
Kiedy w grudniu Franek poszedł do kierownika ze swoim planem urlopowym, dowiedział się, że ma jeszcze dwa dni urlopu zaległego. Nie miał przecież jeszcze grafiku, więc podał na szybko dwa dni na początku lutego i miał w styczniu zmienić je na taki termin, który współgrałby z wolnym weekendem. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że i ja swój zaległy urlop wykorzystam i może sobie jakiś przedłużony weekend spędzimy wspólnie. Uprzedziłam go tylko, że na pewno nie będę mogła wziąć wolnego w pierwsze dni lutego, bo Współpracownica idzie na urlop i muszę ogarniać jej działkę.
Franek niestety ma to do siebie, że wiele rzeczy – w przeciwieństwie do mnie – zostawia do załatwienia na ostatnią chwilę. Czasami go popędzam, czasami zostawiam to jemu – albo po to, żeby sam się przekonał, że nie warto, albo dlatego, że mi aż tak bardzo nie zależy i wychodzę z założenia, że to jego sprawa.
Tym razem się nie wtrącałam. Wczoraj Franek sobie przypomniał, że terminu nie zmienił a na dniach pojawi się lutowy grafik. Pojechał do kierownika dzisiaj i okazało się, że jest za późno – urlop ma wpisany na te dni, które podał wstępnie, a jest to chyba najgłupszy z możliwych terminów. Ni to przypiął, ni wypiął – a ja w tym czasie na urlop nie pójdę na pewno.
Trochę mi przykro, bo w tym roku porządny wspólny urlop będziemy mieli dopiero w październiku. Miałam więc nadzieję na te parę dni lutowych spędzonych wspólnie. A tu nic z tego. Franek pewnie się trochę zregeneruje – ale nawet chyba nie będzie mógł z kolegami przy piwie posiedzieć, bo ci w tygodniu pracują a w weekend on już będzie musiał iść do pracy. Mam wrażenie, że się ten urlop Frankowi troche zmarnuje.
 Nie, nie jestem zła, chociaż trochę poirytowana tym, że mógł sie wybrać szybciej. Ok, jego urlop – jego sprawa. Ale z drugiej strony – przecież ja też biorąc wolne dni konsultuję się z nim, więc to jednak nie jest tak, że każdy sobie rzepkę skrobie:) Jest mi zwyczajnie żal, że ominie nas kilka dni razem. Sama miałam ochotę na krótki urlop, ale nie bedę przecież go brała u tylko po to, żeby siedzieć w domu i czekać aż Franek wróci z pracy :)

środa, 23 listopada 2011

Zwycięzcy.

W życiu podejmujemy różne decyzje. W momencie, kiedy się na coś decydujemy, nigdy nie wiemy, czy wybór jest słuszny. Czasami jedno i drugie wyjście jest dobre, a dopiero po jakimś czasie okazuje się, że jakaś nasza decyzja dotycząca drobnej kwestii, uruchamia całą lawinę zdarzeń i z perspektywy czasu oceniamy, na ile była ona istotna. Innym razem wybieramy mniejsze zło. A w niektórych wypadkach, podejmujemy ryzyko – nie mając pojęcia, jak się sytuacja rozwinie i jakie będą skutki danego wyboru.

23 listopada 2009 roku podjęłam pewną decyzję. Dziś mogę powiedzieć, że była to po pierwsze, jedna z najważniejszych w moim życiu, po drugie – jedna z najbardziej trafnych… Po tym jak Franek zawiódł moje zaufanie, postanowiłam dać mu drugą szansę. I absolutnie nie mogę powiedzieć, że żałuję. Warto było. Oczywiście nie wiem, jak potoczyłoby się moje życie w innym wypadku, ale wiem jedno – nie przekonałabym się, że on naprawdę potrafi naprawić błąd, że potrafi się zmienić, a przede wszystkim, że naprawdę mnie kocha. Dziś nie bylibyśmy zaręczeni, a ja nie czułabym się tak szczęśliwa. A tak się czuję, bo jestem pewna, że to Franek jest tym, przy którym będę się czuła dobrze w życiu.

A przecież nie zawsze tak było – kochałam go, ale wcale nie wiedziałam, czy na pewno chcę z nim być zawsze – czy będę potrafiła mu zaufać, czy historia się nie powtórzy, czy on naprawdę się zmieni. Dziś już wiem. Ktoś może powiedzieć, że nigdy nie można przewidzieć przyszłości i tego, co się wydarzy. Owszem, ale właśnie na tym polega to zaufanie – że wierzę, że będzie dobrze, bo teraz jestem już mojego Franka pewna.

Tak, okłamał mnie wtedy w kwestii dotyczącej naszej wspólnej przyszłości. Ale nigdy nie miałam powodu, żeby wątpić w szczerość jego uczuć. Wiedziałam, że mnie kocha, ale nie wiedziałam, czy jest na tyle odpowiedzialny, żebym mogła się czuć przy nim pewnie. Nie wiedziałam, czy będzie w stanie uznać, że jestem kimś najważniejszym w jego życiu. Ale ja nie dałam mu szansy na to, że mnie pokocha, a na to, że się zmieni i naprawi błędy. Zaczął od tego drugiego. W ciągu czterech miesięcy wszystko się wyprostowało, ciężko na to pracował, czym udowodnił mi, że naprawdę mu zależy. Dziś nie odczuwamy żadnych skutków tamtego błędu. Franek udowodnił, że jest odpowiedzialny, a przede wszystkim, że naprawdę zrozumiał, że mógł wszystko stracić i że nie da się budować związku bez zaufania. Nigdy więcej mnie nie okłamał, nawet w najdrobniejszej sprawie. 

Nie zawsze było słodko, mniejsze kryzysy, kiedy zastanawiałam się, czy na pewno tak ma to wyglądać, także się zdarzały. Ale wtedy rozmawialiśmy, mówiłam, co mi się w jego zachowaniu nie podoba, on obiecywał, że się zmieni. I tak było! Jedno muszę mu przyznać – naprawdę potrafi uczyć się na swoich błędach. Zmienił się. Ja się zmieniłam. Nasze życie się zmieniło. Oboje na pewno dojrzeliśmy i zrozumieliśmy kilka rzeczy. A za nasz największy sukces uważam fakt, że udało nam się znaleźć sposób na to, żeby być razem, nie zatracając jednocześnie siebie. Tak, musieliśmy się zmienić, ale nie robiliśmy tego wbrew sobie, a więc kosztem nie była osobowość żadnego z nas, po prostu staraliśmy się dopasować do siebie. 

Oczywiście, że nasz związek nie jest przez cały czas sielanką. Jesteśmy dopiero na początku drogi i proces docierania się jeszcze pewnie nawet nie jest w połowie, ale dokonaliśmy wyboru – chcemy być razem i całą resztę podporządkowujemy tej decyzji. Nawet kiedy się kłócimy, nie nachodzą mnie już takie myśli jak kiedyś – czy na pewno tak ma być? Teraz zawsze towarzyszy mi pewność, że to chwilowe i że się dogadamy. Nawet, gdy jestem na niego zła albo gdy robi coś, co mi nie do końca pasuje, okazuje się, że nie ma to większego wpływu na nasz związek i za chwilę o tym zapominam.
Franek wykorzystał szansę, którą mu dałam. Udowodnił, że na nią zasługuje i że potrafi walczyć. Nie jest sztuką być razem, gdy wszystko się pięknie układa. Nie jest też sztuką rozstać się, gdy zaczyna się psuć albo, gdy ktoś popełni błąd. Sztuką jest walczyć o siebie, o uczucie, o związek. Nam się to udało. I jestem z nas bardzo dumna, bo łatwo nie było, ale jednak udało nam się dojść do punktu, w którym stoimy dzisiaj. Oboje tego dokonaliśmy. Dlatego jestem pewna że naprawdę coś wygraliśmy.
Przed nami na pewno wiele trudnych sytuacji i być może znajdziemy się nie jeden raz na zakręcie… Ale podejmujemy to ryzyko codziennie. Razem.