*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z margolkowej szuflady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą z margolkowej szuflady. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 października 2015

Z cyklu "faceci mojego życia": Marcin-kolega :)*

"Marcin-kolega", bo kiedyś w tym cyklu pisałam już o innym Marcinie, więc żeby się nie pomyliło... :)
Wspominałam ostatnio, że podczas spaceru w Miasteczku spotkałam takiego duszka przeszłości... Dlaczego nie ducha? Bo to takie sympatyczne spotkanie było, a z osobą tą wiążą się raczej tylko miłe wspomnienia :) Ale zawsze kiedy o niej myślę, to do głowy przychodzi mi cała masa refleksji i rozważań, co by było gdyby.

Spotkałam Marcina - mojego kolegę z klasy ze szkoły podstawowej. Z Marcinem to było tak, że od razu w pierwszej klasie małej margolce wpadł w oko (oj tak, ja byłam bardzo kochliwa, zawsze musiałam mieć jakiś obiekt westchnień, a pierwszego narzeczonego miałam w przedszkolu, o!). Przez chwilę uganiałam się za nim, żeby dać mu buzi w policzek. I tak nam mijały przerwy, ja go goniłam, a on uciekał i mieliśmy uciechę :) Oj tak, pamiętam, że Marcin był moją fantazją w tamtym czasie :)) Wysyłałam mu walentynki i zawsze chciałam być obok niego. On oczywiście o tym wiedział i przyjmował moje zaloty z pokorą :D Nie wyśmiewał się ani nic z tych rzeczy, ale też nie sprawiał wrażenia zainteresowanego. Pewnie jeszcze nie dojrzał do poważnego związku wtedy :P

Prawdę mówiąc nie wiem nawet kiedy mi przeszło. To znaczy kiedy mi przeszło to zakochanie (choć myślę, że jakbym poczytała swój pamiętnik z tamtego czasu, to bym wiedziała), bo Marcin moim bardzo dobrym kolegą został już do końca podstawówki. Mieliśmy swoją paczkę, do której oboje należeliśmy i zawsze trzymaliśmy się razem. Marcin po prostu zawsze był obok :) Była z niego złota rączka, więc nigdy nie zapomnę, jak na ZPT robiliśmy jakiś schemat z kabelkami i połączeniami elektrycznymi i trzeba było zrobić tak, żeby żaróweczki świeciły (do dziś to dla mnie czarna magia) i Marcin mi to zrobił, bo ja kompletnie nie wiedziałam o co chodzi. Podziwiałam go, że on tak wie co z czym trzeba połączyć - przecież mieliśmy raptem 12 lat. Z kolei gdy mieliśmy 13, też na ZPT mieliśmy gotowanie i pamiętam, że wraz z Marcinem i jeszcze dwiema osobami byliśmy w grupie, w której robiliśmy obiad - zrobiliśmy mielone z ziemniakami i surówką :) Pamiętam również jakieś wycieczki, zabawy, rozmowy na przerwach - zawsze z Marcinem, (mam nawet zdjęcia, które to dokumentują). I kilkoma innymi osobami oczywiście, ale chodzi o to, że nie było okresu, żebyśmy się przestali kolegować. Nawet na komersie (tak się u nas nazywał "bal" na zakończenie podstawówki) siedzieliśmy przy stoliku razem i nieoficjalnie poszliśmy tam jako para. W sensie nie para zakochanych, tylko jako osoby sobie towarzyszące :)

Później nasze drogi się rozeszły, bo poszliśmy do innych szkół średnich, ale spotykaliśmy się od czasu do czasu. Organizowaliśmy jakieś spotkania w większej grupie na przykład. To był też czas kiedy miałam różne perypetie sercowe z powodu jednego chłopaka (zresztą pisałam tu parę razy o Krzyśku). Przechodziłam też przez swego rodzaju bunt - ale nie przeciw rodzicom, tylko raczej właśnie z powodu złamanego serca. Różne rzeczy wyprawiałam i jak tam patrzę na to z perspektywy czasu, to dziwię się, że Marcin jakoś zawsze był obok mnie w taki dyskretny sposób. Na przykład byłam na jakiejś imprezie i o mało nie zrobiłam jakiejś głupoty. Nie pamiętam nawet co to było, ale pamiętam, że byłam o włos, ale wtedy właśnie Marcin wziął mnie za rękę i wyciągnął z tamtej dyskoteki. Był dla mnie niczym anioł stróż - zawsze pojawiał się wtedy, kiedy trzeba było odprowadzić mnie do domu, dopilnować, żebym nie zrobiła niczego głupiego... Nawet kiedy raz Roki mi uciekł (jak był jeszcze małym szczeniakiem) i pobiegłam za nim przerażona, że się zgubił, przyprowadził go kto? No Marcin oczywiście...
Później mieliśmy jakieś dwa lata przerwy i spotkaliśmy się znowu na jakimś spotkaniu klasowym w okrojonym składzie. Poszliśmy na piwo i wtedy znowu przyszedł mi do głowy jakiś głupi pomysł (ja miałam wiecznie głupie pomysły, naprawdę :P) i znowu to Marcin wybił mi go z głowy. A właściwie nawet nie wybił - właśnie na tym to polegało, że on po prostu jakoś tak to robił, że ja o tym pomyśle zapominałam :)) Od tamtej pory zaczęliśmy się trochę częściej spotykać nawet tylko we dwójkę. Jakiś film na komputerze, oglądanie akwarium (Marcin miał rybki), wyjście do wspólnego kolegi - jakoś tak wyszło, że spędzaliśmy razem czas. Dobrze się czułam w jego towarzystwie.
A potem nagle, ni stąd ni zowąd dostałam od niego smsa, w którym wyznawał, że jest we mnie zakochany i chyba zawsze był, odkąd pamięta. Zdębiałam zupełnie i nie wiedziałam co powiedzieć.  O tym już kiedyś tu na blogu pisałam, więc odsyłam Was do tej notki, w której piszę jeszcze o kartkach walentynkowych, których nadawcę dopiero po latach odkryłam :) W każdym razie zgodnie z prawdą napisałam, że nie pozbierałam się jeszcze po zerwaniu z chłopakiem, który był dla mnie bardzo ważny i trudno mi myśleć o kolejnym związku. Rzeczywiście tak było. Niestety trochę nam się ta znajomość posypała, jak to zwykle w takich wypadkach bywa. Marcin się nie obraził ani nic z tych rzeczy, ale przez chwilę nasze relacje się siłą rzeczy ochłodziły. Jakby nie było zraniłam jego dumę, a i ja sama nie chciałam się z nim spotykać tak, jak do tej pory, bo czułam się niezręcznie traktując go tylko jako bardzo dobrego kolegę. Później wymienialiśmy się jeszcze ciepłymi smsami, więc wiedziałam, że jest ok. Ale kontakt urwał nam się na dobre, kiedy wyjechałam na studia. Od tamtej pory tylko raz na jakiś czas wysłaliśmy sobie znajomość na jakimś portalu społecznościowym. Potem on zaczął pracować w tej samej firmie co moja mama, więc od czasu do czasu przekazywała mi pozdrowienia od niego. Wiedziałam, że związał się w końcu z pewną dziewczyną z Miasteczka.
Ostatni raz rozmawiałam z nim chyba osiem lat temu. Przyjechałam kiedyś na weekend z Poznania i szłam z dworca kolejowego, on jechał samochodem, zatrzymał się i odwiózł mnie do domu. Przez jakiś czas rozmawialiśmy jeszcze w samochodzie...
A potem nie rozmawialiśmy aż do ubiegłego tygodnia. Marcin zawołał mnie a w jego głosie słychać było autentyczną radość z tego spotkania. Ja też się ucieszyłam :) Bardzo. Nie mogliśmy się nagadać. Ja z Wikingiem w wózku, on właśnie był w ferworze przedślubnych przygotowań, bowiem nazajutrz właśnie brał ślub :) Poruszyliśmy chyba wszystkie możliwe tematy, a moglibyśmy jeszcze tak długo, niestety musieliśmy się rozstać i każde z nas musiało wrócić do swojego życia.

Marcin zapewne szybko o tym spotkaniu zapomniał, bo jego myśli zaprzątały ważniejsze sprawy i najpiękniejszy dzień w jego życiu :) Wiecie, że przyszło mi nawet do głowy, żeby przejść się na ślub, ale za późno o tym pomyślałam i nie miałam niestety nic odpowiedniego do ubrania przy sobie (brali ślub w kościele w Przymieście, a ja wtedy tam byłam przecież i wujkowi sprzedałam Wikusia). I niech sobie teraz żyją długo i szczęśliwie, naprawdę życzę Marcinowi szczęścia :) 
Niemniej jednak przyznaję, że we mnie to spotkanie poruszyło jakąś sentymentalną nutę. Zaczęłam wspominać, kojarzyć pewne fakty, analizować różne sytuacje. To skłoniło mnie do snucia wspomnianych wcześniej refleksji pod tytułem "co by było gdyby..." :) Nic strasznego, żadne tam myśli rewolucyjne, ot, po prostu przy okazji takich spotkań tego rodzaju myśli same mi do głowy przychodzą :) Ale podzielę się już z Wami nimi jak tylko Wiking znowu pójdzie spać, bo teraz muszę już kończyć :)

poniedziałek, 19 września 2011

Z Margolkowej szuflady IV.

Dokładnie osiemnaście lat temu w moim pamiętniku pojawił się pierwszy wpis o takiej treści: (pisownia oryginalna, proszę wybaczyć świeżo upieczonej drugoklasistce :))

niedziela 19 września 1993
Było zimno, deszcz nie padał, słońce świeciło, ale trzeba było chodzić w kurtkach. Był to dzień wyborów ja i moja siostra Asia poszłyśmy z dziadziem na wybory. Jak wyszliśmy z budynku poszliśmy oglądać ule, potem ja i Asia wymyśliłyśmy, że pójdziemy do muzeum. W muzeum były bardzo ładne ule i obrazy ładne też były figóry. Później wróciliśmy do domu, po obiedzie poszłam odrabiać lekcje. Jak skończyłam poszłam z dziadziem na lody, bo Asia z wujkiem pojechała do lasu. Dziadziu kupił siedem porcji na wynos, później bawiłam się z Asią w hokeja i oglądałam film.

Zaczęłam pisać pamiętnik, kiedy miałam osiem lat. Wpisy pojawiały się bardziej lub mniej regularnie – zdarzało się, że nie pisałam kilka miesięcy, a bywało tak, że pisałam nawet kilka razy dziennie. Odkąd zaczęłam pisać bloga, papierowy pamiętnik poszedł nieco w odstawkę, chociaż nadal go prowadzę i wpisy się w nim pojawiają. Ale może nie tak często jak bym chciała, cóż, wszystkiego mieć nie można. W każdym razie, tamten wpis to było takie preludium do całej serii opowieści różnej treści autorstwa Margolki :) Uzbierało się tego czternaście pełnych zeszytów, plus te wszystkie wpisy na blogu. Kto wie, gdyby nie ten infantylny opis dnia, być może nigdy nie powstałyby Kredki Margaretki? :))
Cieszę się, że zaczęłam wtedy pisać i że nie przestałam aż do dziś, dzięki temu oprócz tego, że zachowałam wiele wspomnień – nawet tych dotyczących wydarzeń błahych, ale ciekawych – miałam i mam możliwość obserwacji siebie, swojego życia, swoich zachowań z dystansu.. Widzę jak się zmieniłam, co w moim życiu było ważne, jak kształtował się mój charakter. Tego nie dałoby się odtworzyć. Gdyby nie ten pierwszy pamiętnik, a później każdy kolejny, nie wiedziałabym o sobie tyle, ile wiem dziś… Niezmiernie się cieszę, że nigdy nie pomyślę: „szkoda, że nie pisałam pamiętnika, gdy byłam młodsza…”
Ps. Wróciliśmy cali, zdrowi, opaleni i zadowoleni :) Niestety mój komputer przechodzi teraz formatowanie, rodzinny laptop jak na złość się zepsuł, a siostra swojego zabiera z samego rana do Krakowa. Odezwę się przy najbliższej okazji :)

niedziela, 9 stycznia 2011

Z Margolkowej szuflady III.

Dokładnie jedenaście lat temu oddałam po raz pierwszy moje serce… A zaczęło się trzy dni wcześniej… Odkopałam swoje dawne zapiski i niniejszym wyrywkowo je tu zamieszczę. Śmiać się można, ale proszę zachować jednak wyrozumiałość, gdyż pisaninka miała miejsce, gdy nie miałam jeszcze nawet piętnastu lat :) Do mentalnej dojrzałości jeszcze mi sporo brakowało ;)) czwartek, 6 stycznia 2000
Znalazłam sobie nowy obiekt westchnień! Jest to ktoś, kto mi się podoba, ale nie myślę o  nim na poważnie, ale nie lubię nie mieć do kogo wzdychać! A ten ktoś to Krzysiek. Wiem, że nigdy o nim nie wspominałam, ale to właśnie dlatego, że nie myślałam o nim na poważnie. Mieszka na tym samym podwórku co Marta i kiedyś jak z nią siedziałam to do nas podszedł i zaczął ze mną gadać, chociaż się nie znaliśmy. A jakiś rok temu byłam w kawiarence z Beatą i Anką i grałyśmy w karty a on z kolegą do nas dołączyli i usiadł koło mnie. I wydawało mi się, że mnie podrywa. Przystojny jest, ale zawsze podobał mi się ktoś inny. Ale dzisiaj…
Poszłam z Anką do kościoła. Usiadłyśmy na chórze, a on siedział naprzeciwko. Zerkałam na niego czasami, ale nie widziałam, żeby się na mnie patrzył, tylko czasami „ale to na pewno dlatego, że siedzę naprzeciwko niego – gdzie niby ma się patrzeć?” – myślałam sobie. A kiedy było „przekażcie sobie znak pokoju”, to na mnie patrzył, no to skinęłam głową i przekazałam mu ten znak pokoju. On mi też i zaczęłam się śmiać, a on do mnie. Potem do końca mszy się do siebie śmialiśmy. Dzisiaj wieczorem kręciłam się trochę pod jego oknami, ale go nie było. A poza tym powiedziałam Olce, żeby się tak dyskretnie wypytała swojego chłopaka o Krzyśka, bo oni mieszkają w tej samej klatce i się kolegują.

niedziela, 9 stycznia 2000
Dzisiaj był VIII finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Byłam wolontariuszką i zbierałam pieniądze do puszki. Było naprawdę fajnie, tylko miałam trochę zły humor. Kasę zbierałam z Anką – ona też  była wolontariuszką. Łaziłyśmy po Miasteczku od 9:00, wkurzałam się trochę z tego powodu, że nie widziałam nigdzie Krzyśka, a była już 19:00. (…) Spotkałyśmy Kubę, szlajałyśmy się trochę z nim i było fajnie (na mieści były różne atrakcje), ale Anka musiała iść do domu, Kuba też, więc zostałam sama. Spotkałam Agatę i Monikę. Agacie podoba się Krecik, więc jak go zobaczyłyśmy, to stanęłyśmy niedaleko, a tu patrzę, idzie Krzysiek  z kolegą! Pociągnęłam dziewczyny za nimi. Na początku szłyśmy wolno, bo Agata nie chciała oddalać się od Krecika, ale potem przyspieszyłyśmy i wyprzedziłyśmy chłopaków. Jak się mijaliśmy, to powiedzieliśmy sobie z Krzyśkiem „cześć”. Szłyśmy przed nimi, aż w pewnym momencie wydawało mi się, że chłopaki nas wołają. Odwróciłam się i powiedziałam do Krzyśka

- Wydawało mi się, czy coś do nas mówiłeś?
- No, pytałem się, czy macie jeszcze serduszka?
- Oddałam już swoją puszkę do sztabu razem z serduszkami. Mam tylko swoje.
- To oddaj mi.
- Ok, jeśli chcesz używane…” – odkleiłam serduszko ze swojej kurtki i przykleiłam jemu. A on na to:
- O, właśnie poczułem, jak zaczęło bić.
Zrobiło mi się głupio i chyba byłam czerwona (dobrze, że było ciemno), więc szybko pociągnęłam dziewczyny i poszłyśmy na rynek. Krzyśka już do końca wieczoru nie widziałam. O 20:00 wróciłam do domu, bo muszę uczyć się do kartkówki z chemii, ale nie mam głowy do tego, cały czas myślę o Krzyśku… Zobaczymy co z tego będzie (i z chemią i z Krzyśkiem…)

Z kartkówki z chemii dostałam w końcu piątkę, natomiast ta chemia między nami  rozkręciła się na całego :) Pamiętacie może moje zapiski z roku 1996 (i tu)? I Marcina (i tu:)? Kiedy kończyłam o nim opowieść, napisałam, że nie był on moją pierwszą miłością i wspomniałam też wtedy o Krzyśku. Bo to właśnie Krzysiek był moją pierwszą prawdziwą miłością i był dla mnie najważniejszą osobą przez spory kawałek mojego nastoletniego życia. To z nim przeżyłam pierwszy pocałunek, od niego usłyszałam pierwsze wyznania miłości, to on był chłopakiem, z którym po raz pierwszy znalazłam się w sytuacji intymnej. I to przez niego po raz pierwszy miałam złamane serce… To o nim nie mogłam zapomnieć przez kilka ładnych lat.
A wszystko zaczęło się dokładnie 9 stycznia 2000 roku..

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Z cyklu: „Faceci…”: Franek – rozstanie

Po weekendzie wracam do mojej opowieści o Franku :) Tak jak wspomniałam, dość szybko po tym jak się poznaliśmy, przyszło nam się rozstać. Na początku tej opowieści napisałam, że dostałam stypendium  Erazmusa i miałam wyjechać do Hiszpanii. Napomknęłam o tym mimochodem Frankowi już tego pierwszego wieczoru – na imprezie, ale chyba nie do końca do niego to dotarło. No i kombinowałam jak mu o tym powiedzieć, drugi raz :) Wykorzystałam do tego celu moją koleżankę i zaczęłam rozmowę:
M: Wiesz, mam taką koleżankę. Zaczęła się spotykać z jednym chłopakiem. Od maja są razem, ale już w lipcu wyjechała do Kanady…
F: Do Kanady? Po co? I czemu nie zrezygnowała?
M: Nie mogła, bilet i wizę miała załatwione już kilka miesięcy wcześniej. Poza tym ona tam poleciała do bliskiej rodziny, nie mogła zrezygnować z tego wyjazdu, który być może nigdy w zyciu się nie powtórzy dla faceta, którego tak naprawdę wcale dobrze nie zna…
F: Ale suchar… (tak się w Poznaniu mówi na bezsens :D, jeszcze przez dłuuugi czas się śmiałam za każdym razem jak to słyszałam :), teraz już przywykłam) I kiedy wraca?
M: We wrześniu… Na trzy dni. Bo potem jedzie na stypendium do Hiszpanii. Na pół roku przynajmniej.
F: Ja bym Ciebie na pewno nigdzie nie puścił.
M: Ale musisz.
F: Bo?
M: Bo ja też jadę na to stypendium… Pod koniec września muszę tam być.
 Dotarło. Nie pamiętam dokładnie, co się działo potem. Ale nie, nie obraził się, nie zrobił awantury, nie błagał, żebym została. Ten wyjazd potem wisiał cały czas nad nami, ale jakoś się z tym pogodził. A ja? Prawdę mówiąc wyjazd nie był może spełnieniem moich marzeń, ale byłam podekscytowana. I szczerze powiedziawszy od samego początku do związku z Frankiem podchodziłam z dystansem. Nie powiem, że się nie zakochałam. Ale mogę się przyznać teraz, że nie angażowałam się tak do końca. A poza tym cały czas sobie myślałam, że jak nie wyjdzie, to się świat nie zawali, w końcu wyjeżdżam… Inna sprawa, że nie chciałam się do niczego zobowiązywać ani zarzekać, że ten związek przetrwa. Nie wiedziałam co się zdarzy w Hiszpanii. Wypadki chodzą po ludziach. 
Franek się wyjazdem bardzo martwił. Ale wiedział, że nic nie może zmienić. On się zaangażował trochę bardziej. Podobno świata poza mną nie widział – tak stwierdziła moja koleżanka, która go poznała jakiś miesiąc po tym kiedy zostaliśmy parę, wpatrzony był we mnie jak w obrazek. Jak sobie czasami o tym przypomnę, to mi się żal robi, że teraz już tak nie jest i żartuję, że muszę znowu wyjechać ;)
 Cały mój wyjazd i pobyt w Cordobie to temat na osobną notkę, więc nie będę się teraz rozpisywać. Najważniejszą rzeczą jest to, że okazało się, że ja się niespecjalnie na takie wyjazdy nadaję :) Przygoda wspaniała, ale ja bardzo tęskniłam. Za tym co polskie, za domem, za rodziną. No i za Frankiem jednak też :)
 Najciekawsze jest to, że tak naprawdę przez ten czas, kiedy byłam za granicą, poznaliśmy się lepiej niż przez te dwa miesiące, kiedy widywaliśmy się codziennie. Godzinami rozmawialiśmy przez Skype i te rozmowy bardzo nas do siebie zbliżyły. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy przez tegoż Skypa się ze sobą nie kłócili. Żarliśmy się czasami na całego :) Główną przyczyną była jego zazdrość o moje wyjścia ze znajomymi… Ale potem zawsze się godziliśmy. On mnie pocieszał, kiedy płakałam z tęsknoty i z powodu mojej współlokatorki. Czasami, kiedy musiałam się uczyć, mieliśmy tylko włączoną kamerę i nie rozmawialiśmy, tylko on mnie obserwował. Albo w nocy kazał mi spać przy lampce i prze komputerze, żeby w razie czego – gdyby się obudził, mógł na mnie popatrzeć :) W tamtym czasie Franek był romantyczny jak nigdy przedtem i nigdy potem :) Pisał do mnie słodkie  listy i przysyłał mi „Świat seriali”, żebym wiedziała co się dzieje w M jak Miłość :)
 Nie mogłam na Boże Narodzenie przylecieć do Polski. On przyleciał do mnie 27 grudnia i został do 5 stycznia. Ależ byłam wtedy szczęśliwa.  A musicie wiedzieć, że to był nie lada wyczyn z jego strony. Samolot był niemieckich linii lotniczych a wylot z Berlina. Franek miał lecieć po raz pierwszy w życiu. Z obcego kraju, sam. A nie zna żadnego języka… Tak bardzo chciał się ze mną zobaczyć, że odważył się na to mimo wszystko. W Madrycie już na niego czekałam, z tym, żeby samemu dojechać do Cordoby, na pewno by sobie nie poradził :) Aj, jaka ja byłam wtedy szczęśliwa :) Pamiętam jak w nocy obudziłam się i nie mogłam uwierzyć, że on leży obok, przecież tyle razy mi się to śniło… Ale jak wiadomo, takie szczęśliwe dni szybko się kończą i nadszedł czas rozstania.
 On prawie się rozpłakał na lotnisku. Ja starałam się za wiele nie myśleć, kiedy jechałam metrem na stację gdzie był mój autobus powrotny… To była prawie tragedia. Ale człowiek wiele tragedii potrafi w swoim życiu przeżyć. Zanim ja dojechałam do Cordoby, Franek już był w drodze z Berlina do Poznania… I czekał nas jeszcze kolejny miesiąc rozmów na Skypie i snucia marzeń jak to będzie, jak już wrócę…
 W lutym wróciłam. Ale nie zobaczyliśmy się wcale tak szybko. Wracałam autobusem i dojechałam do Wrocławia a stamtąd odebrali mnie rodzice i przez miesiąc jeszcze byłam w domu z nimi. Dopiero potem wróciłam do Poznania na dobre (wcześniej widzieliśmy się tylko w weekend). Od tamtej pory właściwie nie rozstawaliśmy się na dłużej niż na tydzień – i to tylko wtedy, kiedy jechałam do domu. Nie było aż tak różowo, jak sobie to malowaliśmy podczas naszych Skypeowych rozmów, ale byliśmy razem. I tak sobie nie raz myślę, że to jest dość niesamowite, że znając się tylko dwa miesiące, przetrwaliśmy potem pół roku z dala od siebie i do dzisiaj jesteśmy razem.

środa, 9 grudnia 2009

Z cyklu „Faceci mojego życia”: Franek – początki

Umówiliśmy się na wieczór , ale sprawy się trochę skomplikowały i o mały włos w ogóle byśmy się nie spotkali…
Kiedy staliśmy na tym balkonie, Franek był dość szybki, to znaczy już zaczął mnie wypytywać, czy nie chciałabym z nim być, co o tym myślę i takie tam. Ale wiedziałam, że jest podpity a już miałam różne doświadczenia z facetami poznanymi na imprezie, więc podchodziłam do tego raczej nieufnie. Powiedział, że da mi swój numer telefonu. Pomyślałam, że nie chcę się angażować i odmówiłam… Powiedziałam, że nie chcę jego numeru, ale mogę puścić mu sygnał, to sobie zapisze. Tak też zrobiliśmy. Rano  zanim wyszedł do pracy umówiliśmy się. To był jeszcze czas, kiedy pracowałam popołudniami, więc liczyłam, że wrócę dopiero koło ósmej, ale nie byłam pewna, czy się nie przedłuży. Wstępnie umówiliśmy się na 21, ale miałam mu dać sygnał jak już wrócę, a on miał po mnie przyjść.
Cały dzień był niesamowity. Nie dość, że były straszliwe upały, to ja byłam wykończona po nieprzespanej nocy, dość skacowana i w dodatku męczona przez motyle w brzuchu. Cały czas zastanawiałam się co będzie wieczorem. Straszną miałam nadzieję na to spotkanie, a jednocześnie nie chciałam się na nie nastawiać, bo nie do końca w nie wierzyłam.
Kiedy po południu dotarłam do pracy, ledwo żyłam. Zasypiałam na siedząco. Na szczęscie okazało się, że miałam mniej roboty niż zwykle. Bałam się, że nie doczekam do tej dziewiątej i padnę, chciałam przełożyć spotkanie. Ale jak? Nie wzięłam przecież numeru… I wtedy mnie oświeciło, że przecież mam go w wybieranych numerach. Napisałam więc smsa, że wolałabym się szybciej spotkać. Odpisał mi, ze nie wie, czy będzie mógł i da mi znać, a jak nie to zobaczymy się o dziewiątej. Odpisałam jeszcze tylko, że ja w każdym razie będę na pewno w domu…
Kiedy wróciłam padłam i starałam się odespać noc. W końcu przed 21 zwlekłam się z wyrka, żeby się trochę ogarnąć. No i zaczęło się… 21, jego jeszcze nie ma. Dorota cały czas pocieszała, że na pewno przyjdzie. Ale o 21:15 nadal go nie było… Podkradałam się w okolice balkonu i zaglądałam ukradkiem (tak, żeby on przypadkiem nie zobaczył, że to robię i żeby nie pomyślał, że mi zależy!) czy nie ma go gdzieś na podwórku. Miałam olać sprawę, ale nie umiałam. W końcu wysłałam o 21:30 smsa „Umawialiśmy się… Miałeś przyjść” Za chwilę dostałam odpowiedź: „Umawialiśmy sie… Miałaś puścić sygnał”
No tak, ja myślałam, że skoro już się do niego odezwałam wcześniej i napisałam, że będę w domu, to nie muszę już puszczać mu strzałki, tylko on przyjdzie o umówionej godzinie. On myślał, że ustalenia zostają takie, jakie były rano. Ot, nieporozumienie. Potem rozmawialiśmy na ten temat. Franek powiedział, że widział mnie jak się czaiłam za tą firanką. Bo on też zaglądał ze swojego okna. Ja myślałam, że on nie przyjdzie, że pożałował tego, co powiedział mi w nocy i rano. On myślał, że nie chcę się z nim widzieć i że się przed nim chowam. Pewnie gdybym się wtedy nie zdecydowała na wysłanie tego smsa, to byśmy się nie spotkali. Pewnie nie bylibyśmy razem dzisiaj.
Ale spotkaliśmy się. Jeszcze tego samego dnia wyszliśmy na spacer. On był dość bezpośredni. Nie czaił się, tylko od razu zapytał, czy moglibyśmy się spotykać. Przytulił mnie. Pocałował. Strasznie byłam skołowana. Za szybko się to dla mnie działo, ale… poddałam się temu. No i właściwie już od tego momentu byliśmy razem. Śmiesznie. Żadnych podchodów, umawiania się. Ot tak po prostu :) Spotykaliśmy się codziennie, były wakacje, Dorota przez większość czasu była u rodziców, więc mieliśmy dla siebie mnóstwo czasu. Spędzaliśmy ze sobą po kilka godzin i dość szybko zaczęliśmy się czuć w swoim towarzystwie swobodnie. Wszystko potoczyło się w ekspresowym tempie:
Już po czterech dniach poznałam Jego mamę i tatę, który na powitanie powiedział „A to ty jesteś TA Małgosia”
Już po pięciu dniach, On wyznał mi miłość, choć musiał dość długo czekać potem na takie samo wyznanie z mojej strony.
Już po sześciu dniach pokłóciliśmy się.
Już po miesiącu pojechaliśmy razem na weekend nad morze (choć towarzyszyło nam Jego dwóch kolegów.
Już po dwóch miesiącach przyjechał ze mną do domu i poznał moich rodziców.
Już po sześćdziesięciu siedmiu dniach musieliśmy się rozstać…


Wiem, ze niektóre z Was będą mnie chciały teraz zlinczować, że znowu przerywam, ale muszę kończyć :)
Ciąg dalszy nastąpi.

wtorek, 8 grudnia 2009

Z cyklu „Faceci mojego życia”: Franek, scena balkonowa, podejście drugie…

Dzisiaj coś, czego jeszcze w historii tego bloga nie było. Postanowiłam po raz drugi opublikować notkę, tyle, że z innym zakończeniem… Skoro zdecydowałam się dać Frankowi szansę i postanowiłam, żebyśmy zaczęli od nowa, to niech tak będzie. Stwierdziłam, że jeszcze raz opublikuję moją notkę o tym jak się poznaliśmy, tylko bez ostatniego akapitu, który popsuł jej wydźwięk. A potem nastąpi inny ciąg dalszy…
Może ktoś jeszcze nie czytał, więc zapraszam :))
W czerwcu 2006 roku dowiedziałam się, że dostałam stypendium Erazmusa na wyjazd do Hiszpanii. Pierwszym zdaniem jakie wypowiedziałam wtedy do Doroty było: no to pewnie teraz jak na złość się zakocham…
Wyjazd miał być we wrześniu, postanowiłam sobie trochę dorobić i w lipcu rozpoczęłam pracę, co wiązało się z tym, że po raz pierwszy na wakacje nie wróciłam z Poznania do Miasteczka. Dorota co prawda wyjechała, ale w połowie lipca, dokładnie 17tego przyjechała razem z siostrą (Evita), żeby razem ze mną oblać bezpoprawkową sesję.Wróciłam z pracy koło 20 i godzinę później już miałyśmy z Evitą obalonego całego cincina, a Dorota była po kilku piwkach. Stwierdziłam wtedy, że warto byłoby wyjść na miasto, żeby poznać jakichś „fajnych kolesi”, jak to określiłam. Na co zaprotestowała Evita i stwierdziła, że wystarczy wyjść na balkon, to pół osiedla się zleci. Popukałam się w czoło i powiedziałam jej, że już dawno wpadłam na to, żeby tak znaleźć swojego Romeo i wystawałam na balkonie jak ta Julia, ale niestety nikt nigdy serenad śpiewać mi nie zaczął. Evita się uparła i wyszłyśmy na balkon.
Jakież było moje zdumienie, kiedy z balkonu na przeciwko usłyszałyśmy jakieś zaczepki. Było tam kilku chłopaków, którzy zwietrzyli naszą babską imprezkę i koniecznie chcieli się przyłączyć. Krzyknęłyśmy, że skończył nam się alkohol i idziemy po dokładkę, a jeśli chcą mogą się przejść z nami do sklepu. Zarządziłyśmy zbiórkę za dziesięć minut. Zeszło ich dwóch. Małolaty jakieś totalne – stwierdziłam. Ruszyliśmy do sklepu i jeden z tych małolatów stwierdził, ze wypada się przedstawić – podszedł do mnie, wyciągnął rękę i powiedział: „Miło mi jestem Franek, a to mój kolega Mietek” – wskazał na drugiego małolata. Obruszyłam się na takie jawne kpiny i odpowiedziałam „Ja jestem Kunegunda, a to Brunchilda i Gryzelda…” Potem okazało się, te małolaty były od nas starsze o kilka lat a na imię było im Łukasz i Karol, a Franka i Mietka wytrzasnęli z kabaretu Ani Mru Mru. Ale Łukaszowi zapowiedzałam, że on dla mnie już na własne życzenie Frankiem pozostanie. Jak się zapewnie domyślacie, to był właśnie TEN Franek. A jak to się stało, że Franek stał się kimś ważniejszym?
Wyruszyliśmy do całodobowego po czym stwierdziłyśmy, ze wracamy do domu i… zaprosiłyśmy ich do siebie. Dobra, wiem, skrajna nieodpowiedzialność. Nawet Mietek dziwił sie naszej odwadze. No ale wiecie, na takim rauszu, o odwagę nietrudno. Poza tym miałyśmy przewagę liczebną ;) Przyszli i zaczęliśmy rozmawiać. Od razu wpadł mi w oko Mietek i trochę zaczęłam „przypadkowo” zjawiać się w tych samych miejscach co on… On w pokoju, ja też, on na balkon, ja za nim, on do łazienki – no dobra, bez przesady ;) Tu go właśnie zgubiłam. A kiedy wyszedł zorientowałam się, że poszedł do Evity. „Stracony”, pomyślałam i wróciłam do pokoju, gdzie siedzieli Franek i Dorota. W pewnym momencie Franek wylał na mnie zawartość swojej szklaneczki. Poleciałam do łazienki i oświeciło  mnie wtedy, że on to na pewno zrobił specjalnie. I że na pewno mu się podobam ;) Przypudrowałam więc nos i dumnie wróciłam do pokoju, żeby trochę poflirtować, ale…
Stwierdziłam, że się spóźniłam, bo wyglądało mi, że Dorota i Franek są bardzo pochłonięci rozmową. Zrezygnowana poszłam do drugiego pokoju posiedzieć przy kompie i po cichu myślałam jaki to pech, że nie przyprowadzili ze sobą jeszcze jednego kolegi… Moje rozważania przerwał Franek, który przyszedł mi poprzeszkadzać. Wyłączyłam więc kompa i wyszłam. A on… poszedł za mną. Żeby sprawdzić, czy przyjął tę samą strategię, którą ja miałam przy polowaniu na Mietka, łaziłam jak głupia po mieszkaniu. A on krok w krok chodził za mną. Po jakimś czasie wyszłam na balkon. Po chwili był już obok. Nawet nie wiem czy o czymś rozmawialiśmy, bo stało się coś, czego się absolutnie nie spodziewałam. W życiu nie przewidziałabym w moim scenariuszu, że on nagle, ni z tego, ni z owego pochyli się i mnie pocałuje. To była ta iskra, która nie zgasła, a rozpaliła płomień.
Jak widzicie to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale coś, czego się jednak nie spodziewałam. Szczerze powiem, że ja nie pamiętam, co pomyślałam o nim, kiedy go zobaczyłam, traktowałam to chyba tylko w kategorii zwyczajnej nowej znajomości. On natomiast coś kręci, bo czasem mówi, że od razu zwrócił na mnie uwagę, czasami nie potrafi sobie przypomnieć jak to było… Uznaję więc, że wszystko zaczęło się na tym balkonie. Wtedy, jak tej śpiącej królewnie, otworzyły mi się oczy i nic już nie było takie samo. Impreza trwała do białego rana. O szóstej Mietek poszedł do domu – mieszkał piętro wyżej. Franek został do dziewiątej. Potem od razu pojechał do pracy. Umówilismy się na wieczór, ale sprawy się trochę skomplikowały i o mały włos w ogóle byśmy się nie spotkali….
  c.d.n.

niedziela, 8 listopada 2009

Marcina ciąg dalszy

Tak jak napisałam w poprzedniej notce,nie rozmawiałam z Marcinem do czasu. Przewrotny los zetknął nas na przełomie2001 i 2002 roku. Spotkaliśmy się na imprezie Sylwestrowej u kolegi mojego ówczesnego chłopaka Niebieskookiego. Wtedy po raz pierwszy od kilku lat porozmawialiśmy o tym, co działo się przez kilka ostatnich lat… Na początku miałam obawy, jak to będzie – ja w jednym miejscu z byłym i obecnym. Ale okazało się, że Niebieskooki był dość wyrozumiały. Potem nawet pytał dlaczego właściwie nie jesteśmy razem(choć po chwili się zreflektował i powiedział „no, chociaż to dobrze, bo inaczej ja nie mógłbym być z Tobą” :)
Jak na ironię dość szybko Niebieskooki bardzo skumplował się z Marcinem. Kolegowali się jeszcze długo po tym jak Niebieskooki i ja rozstaliśmy się. Kochałam Niebieskookiego i nie mogłam pogodzić się z naszym rozstaniem. Pewnego razu na jakiejś wspólnej imprezie wyszłam z pomieszczenia i słyszałam pod drzwiami jak chłopaki rozmawiali na mój temat. Marcin pytał dlaczego Niebieskooki nie chce być ze mną. Nie wiem już co odpowiedział, ale nie było to chyba bardzo przykre, bo pewnie zapamiętałabym coś takiego. Ale usłyszałam wtedy, że nie ma szans, żebyśmy do siebie wrócili. Rozpłakałam się i wtedy Marcin wyszedł. Przytulił mnie i zaczął mnie pocieszać. I to nie jak kolega Niebieskookiego, tylko jak mój przyjaciel. Powiedział mi wtedy coś, co mnie bardzo poruszyło i czego nie zapomnę…  Mówił, że Niebieskooki mnie kochał i choć ten rozdział w życiu się skończył, będzie mnie na pewno zawsze ciepło wspominał.Powiedział, że jestem osobą, której łatwo się nie zapomina i że wie to z własnego doświadczenia. I potem wyznał, że byłam jego pierwszą miłością i że był we mnie bardzo zakochany.
Nie spodziewałam się tego. Ja tego o nim nie mogłam powiedzieć. Owszem, napisałam w 1998 roku, ze na pewno będę mówić,że to była moja pierwsza miłość, ale nie… Pierwszym chłopakiem, którego pokochałam był Niebieskooki. Marcin był moim pierwszym zauroczeniem, odczuwałam motyle w brzuchu i często o nim myślałam, ale to na pewno nie była miłość z mojej strony. Jednak 13 lat to było dla mnie za mało na takie uczucie.Myślałam, że dla niego to też tak wyglądało. A jednak on się we mnie naprawdę zakochał. Cieszę się, że mi to powiedział, bo nie podejrzewałam, że tyle dla niego znaczyłam
I to była właściwie nasza przedostatnia rozmowa…Dojrzałam powoli w końcu do tego, żeby odciąć się od Niebieskookiego. Zerwałam z całym towarzystwem. Marcin był w tym czasie z dziewczyną, którą z racji jej uczesania nazywałyśmy Pudlem :) Kilka miesięcy później jeszcze od Kaśki dowiedziałam się,że Marcin  zachował się bardzo w porządku wobec mnie. Nie będę pisać o szczegółach, bo to bardziej dotyczyło mnie i Niebieskookiego, tylko Marcin wiedział co między nami zaszło, ale jego zachowanie pokazało, że bardzo mnie szanuje i że mogę na niego liczyć. Nikomu o tym nie powiedział, wiem że nawet z Pudlem się kłócili o to, bo ona była zazdrosna, że on dochowuje mojej tajemnicy. To wszystko działo się ponad siedem lat temu.
Dzisiaj nie mam kontaktu Marcinem. Od czasu do czasu jeszcze zdarzy nam się sporadycznie spotkać z Kasią. Myślę, że na dobre wyszło mi odcięcie się od tamtego świata, bo może źle bym skończyła…Kasia wpadła w towarzystwo gdzie alkohol był na porządku dziennym a prawdopodobnie również eksperymentowali z narkotykami. Na szczęście się z tego wygrzebała. Potem związała się z facetem dużo od niej starszym i po przejściach bardzo burzliwych… Zaliczyli klasyczną wpadkę. Do dziś żyją razem i wychowują synka, z tego co wiem Kasia jest szczęśliwa. Od czasu do czasu jeszcze się dziś kontaktujemy, choć rzadko.
Marcin po burzliwym okresie młodzieńczego buntu trochę się ustatkował i zamieszkał u Pudla. Żyli razem z jej rodzicami,kiedy zaszła w ciążę, pobrali się – chyba w zeszłym roku. Niewiele o nich wiedziałam, bo niestety przez Pudla Marcin pokłócił się z Kasią. Z tego co wiem dopiero kiedy zaprosili ją na wesele nastąpiło pojednanie. Z Kasią nie widziałam się już ponad rok… Planujemy spotkanie w grudniu, może dowiem się czegoś więcej;)
I tak kończy się nasza historia.Historia, którą wspominam bardzo ciepło. Tak samo jak Marcina, który okazał się dla mnie tak życzliwy… A jego słowa, które usłyszałam po kilku latach od zakończenia naszego związku do dziś mają dla mnie ogromną wartość.

piątek, 6 listopada 2009

Z cyklu "Faceci mojego życia" : Marcin

Rzecz będzie o Marcinie. Trochę już czasu upłynęło od mojej pierwszej wzmianki o nim, więc jeśli ktoś nie wie lub nie pamięta co i jak odsyłam do notek Z Margolkowej szuflady część pierwsza i druga :)

Marcin był bratem mojej najlepszej koleżanki Kasi. Właściwie kojarzyłam go wcześniej. Pierwszy raz zauważyłam go kiedy byłam w czwartej klasie (on był w szóstej), kiedy rzucił mnie śnieżką i trafił w oko. Nic mi się nie stało. Nawet nie bolało za bardzo, ale byłam wściekła. Rok później poznałam Kasię, która była w klasie wyżej. A potem dowiedziałam się, że „ten głupek z VII a” to jej brat. Ale jak to się stało, że stwierdziłam, że Marcin mi się podoba, nie pamiętam. Nie pamiętam też jak to się stało, że on przyznał, że ja podobam się jemu. A być może to Kasia maczała w tym palce. W każdym razie ona chyba pierwsza zorientowała się co jest grane i że mamy się ku sobie. Oczywiście ja na początku do niczego się nie chciałam przyznać, ale ona zauważała chociażby to, w jaki sposób o  nim mówiłam – miała czterech braci i o wszystkich mówiłam po imieniu, a w odniesieniu do niego zawsze używałam zwrotu „ten twój brat” :)

W każdym razie w końcu wyszło szydło z worka i ja wiedziałam, że się jemu podobam, a on wiedział, że ja – jak to się kiedyś mówiło – też chciałabym z nim kręcić. Ale mieliśmy 12 i 14 lat… Więc do tego kręcenia łatwo się zabrać nie było. Ja się krępowałam, on chyba też. Tak naprawdę przez pół roku nawet „cześć” sobie nie mówiliśmy i tylko patrzyliśmy na siebie na szkolnym korytarzu… Aż jestem pełna podziwu dla swojej cierpliwości w tamtym czasie :) Marzyłam o nim codziennie, chodziłam, tam, gdzie mogę go spotkać, wypatrywałam go w szkole i… nic więcej. Aha, no i oczywiście rozmawiałam na jego temat z Kasią.

Potem przyszły pamiętne wakacje, o których pisałam w cytowanym dzienniku. No i Marcinowi w końcu znudziła się zabawa w kotka i myszkę. Mi się też nudziła, ale nie miałam śmiałości do niego pierwsza podejść. A teraz z perspektywy czasu zastanawiam się, dlaczego on tego pierwszego kroku nie zrobił. W każdym razie podczas tamtych wakacji zaczęły się koło niego kręcić Hipki (znowu odsyłam do notki :)) no i w końcu z jedną z nich zaczął chodzić. Oj, pamiętam ten dzień jak dziś. To było moje pierwsze rozczarowanie miłosne. Strasznie się wtedy czułam i myślałam, że już nigdy nie będzie tak jak wcześniej. Oczywiście nie nazywałam niczego po imieniu, może dlatego, ze sama nie wiedziałam, co to za dziwne uczucie mnie gryzie… Jednak zaskakująco szybko doszłam do siebie, chociaż obawiałam się, jak to będzie kiedy znowu zacznie się szkoła… Przecież nie miałam już prawa gapić się na niego na przerwach.

Los okazał się dla mnie przychylny i Marcinowi nie spodobało się chodzenie z Hipką. Jak tylko z nią zerwał, przypomniał sobie o mnie. I kolejne pół roku bawiliśmy się w podchody na szkolnym korytarzu. Chociaż, nasza znajomość przeszła na wyższy poziom, gdyż teraz już „byliśmy na cześć” :)

Aż nadeszła pewna styczni0wa noc. Nie mogłam spać i rozmyślałam o tym, że przecież Marcin jest już w ósmej klasie i zaraz skończy szkołę. I co będzie dalej? Miałam już dość tego stania w miejscu. Oświeciło mnie. Napiszę do niego liścik! Serce biło jak oszalałe na samą myśl tego szaleństwa, ale jak postanowiłam, tak zrobiłam. Liścik składał się z dwóch zdań, ale zanim powstał, wyrzuciłam chyba z dziesięć wersji ;) W końcu na trzęsących się nogach, z bijącym sercem podałam mu na korytarzu tę karteczkę i uciekłam… Napisałam tam, żeby przyszedł do mnie wieczorem, bo chcę go o coś poprosić i zapytać o coś… Możecie sobie wyobrazić, że cały dzień siedziałam jak na szpilkach zastanawiając się: przyjdzie, czy nie przyjdzie… Przyszedł. Z obstawą oczywiście w osobach Kasi i psa :) Zapytałam, czy mu się podobam, a on powiedział, że tak….

Jeśli ktoś myśli, że od tego momentu wydarzenia potoczyły się w tempie błyskawicznym, to się myli :) Owszem, nastąpił postęp w relacjach między nami, ale generalnie strasznie się to ślimaczyło :) Nie będę tu wszystkiego opisywać. Przejdę od razu do naszej pierwszej randki, która miała miejsce 1 maja 1998 roku. Przyszedł po mnie wieczorem i poszliśmy na spacer. Od tamtej pory zaczęliśmy ze sobą chodzić ;) Parę dni później już nawet trzymaliśmy się za rękę. Oczywiście jak nikt nie widział :P I tak chodziliśmy ze sobą kilka miesięcy. Spacerowaliśmy, okupowaliśmy ławki na boisku szkolnym, chodziliśmy po działkach – takie mam wspomnienia z tamtego okresu. Czasami przychodził do mnie do domu, ale nie lubiłam tego, bo miałam wrażenie, ze nie przychodzi do mnie, tylko pograć na moim komputerze ;) I pewnie tak było hi hi. Raz prawie mnie pocałował. W szyję. Ale tak prawie, bo tylko przytknął swoje usta do mojej szyi, dalej nigdy się nie posunęliśmy.

Nasz „związek” umarł śmiercią naturalną w październiku 1998 roku. Marcin poszedł do szkoły średniej i mi wydawało się, że się zmienił. Przychodził po mnie nadal, ale ja coraz rzadziej miałam ochotę na spotkania z nim. Nie wiem co on sobie myślał i czy to przeżywał, ale nigdy się nie żalił. W końcu przestaliśmy się spotykać… Wkrótce z Kasią też urwał mi się kontakt. Spotykaliśmy się od czasu do czasu sporadycznie na ulicy, ale poza słowem „cześć” nie powiedzieliśmy sobie nic więcej.

Do czasu… Ale o tym w następnym odcinku :))

wtorek, 13 października 2009

Z Margolkowej szuflady II

poniedziałek 3 listopada 1997
Nie do wiary! Podobam się Marcinowi. Tzn, nie powiedział tego wprost, ale Kasia pytała się go czy jeszcze mu się podobam. On powiedział „może”. Kaśka: „Może, czy na pewno?” Marcin: „Może na pewno” Super!

wtorek 4 listopada 1997
Mi się trochę wydawało, że może dalej mu się podobam, bo na przerwach gapi się na mnie tak, jak kiedyś. Aha, on powiedział coś o Hipce. Powiedział „ale ja jeszcze z Hipką nie skończyłem…” A po chwili: „tak ją wykorzystam, że popamięta!” Hurra! Jak Kaśka mi to mówiła, to myślałam, że wszystko skończone, a po chwili się ucieszyłam

niedziela 4 stycznia 1998
Nie chcę iść jutro do szkoły, ale nie mogę się doczekać aż wreszcie zobaczę Marcina. To jedyna dobra strona końca świąt!

poniedziałek 5 stycznia 1998
Widziałam go, ale strasznie się wstydziłam na niego popatrzeć, naprawdę nie wiem dlaczego. Uhh.

niedziela 25 stycznia 1998
Właśnie napisałam do Marcina list… czuję, że zrobię z siebie idiotkę, ale co będzie, to będzie. Jak on przyjmie ten liścik?! Naprawdę trochę się boję. Trochę to chyba za mało powiedziane! Żeby się udało!

poniedziałek 26 stycznia 1998
Jestem durna, durna, durna!
PÓŹNIEJ:
Przyszedł z Gosią do mnie i gadałam z nim, a właściwie tylko poprosiłam go, żeby narysował mi rysunek na plastykę (bo on ładnie rysuje) a potem zapytałam czy mu się podobam, a on powiedział: Nooooo

środa 28 stycznia 1998
Przed chwilą był tu Marcin! Tzn przyszedł, żeby się zapytać jakimi kredkami ma mi namalować rysunek. Odpowiedziałam mu. I dopiero teraz przypomniałam sobie, że to ma być farbami. Jestem zdenerwowana, naprawdę! Cała się trzęsę. Super. On był u mnie!

Tak więc jak widzicie, to jednak nie był koniec. Następnym razem napiszę kim właściwie był ten Marcin i co się dalej wydarzyło :) Wspomnienia wróciły. Ale to są miłe wspomnienia, choć wbrew temu co pisałam w sierpniu 1997 roku, to nie była moja pierwsza miłość…

niedziela, 11 października 2009

Z Margolkowej szuflady.

Zawsze wydawało mi się, że wszystkie moje skarby, typu zasuszone liście, listy miłosne i wiersze trzymam w Miasteczku, w moim pokoju, w mojej szafce. Myliłam się. Byłam na weekend w Miasteczku. Przez przypadek znalazłam parę skarbów w szufladzie w pokoju mojej siostry… Natknęłam się na różne zapiski. Ależ się uśmiałam :) Jeśli macie ochotę poznać Margolkę w wieku dwunastu lat, zapraszam do lektury :) 
 
niedziela 20 lipca 1997
Dzisiaj nie było nic ciekawego. Jutro mam urodziny. Ale chciałabym dostać jakieś wiadomości od Marcina. Kasia była w domu, ale jego nie było. Kończę, bo nie ma o czym pisać.

poniedziałek 21 lipca 1997
Dzisiaj moje urodziny. Dostałam od mamy i taty jeansy a od siostry płytę. Wujek kupił mi fajny dezodorant a dziadziu bombonierkę. Ale najlepsze jest to, że dzwoniła Kasia, powiedziała, że kupiła mi prezent i powiedziała Marcinowi, że mam dzisiaj urodziny. On powiedział, że jeszcze nie wie co, ale coś skombinuje i mi kupi. Trochę w to  nie wierzę, ale może…

wtorek 22 lipca 1997
Nie mam o czym pisać. Jutro pojadę do Miasteczka. Naprawdę niezbyt wierzę w to, że Marcin mi coś da. Ja na jego miejscu też bym nic nie dawała.

środa 23 lipca 1997
Byłam w Miasteczku. Kasia dała mi ładny prezent. Marcin nie dał mi nic, ale nie pytałam się czemu, nawet nic o tym nie wspominałam, bo mi trochę głupio było. Przyznaję, miło by mi było gdybym coś dostała, ale go rozumiem.

środa 13 sierpnia 1997
Wczoraj wyszłam z Kaśką (…) Wieczorem poszłyśmy nad jezioro, a tam był Marcin i jego kolega (ma aż 17 lat!) Czułam się trochę głupio. I potem Kasia powiedziała mi, że Marcin może się trochę mną znudził i tak dalej. Próbowała mi to powiedzieć delikatnie i ja to doceniam. A tak naprawdę to mi się zdawało, że on się mną znudził. Jakaś intuicja czy co? Potem Kasia poszła do nich, a ja nie chciałam. Jak szłam do domu, to mi się zdawało, że ktoś mnie woła, ale jak się odwracałam, widziałam tylko jakieś dziewczyny i kogoś na rowerze i poszłam. Dzisiaj Kasia powiedziała mi jak to było! Jak poszłam i Marcin powiedział „Idzie! Ale sama?” I za mną pojechał, wołał „Margolka, Margolka!” Ale ja nie słyszałam, więc on pojechał i powiedział „Eee, poszła” Ale zmarnowałam szansę! JESTEM GŁUPIA! Stuknięta itd.

wtorek 19 sierpnia 1997
Wczoraj dzwoniłam do Kasi, jej nie było, a telefon odebrał Marcin (oczywiście mnie zatkało) Jednak zdaje mi się, że Marcin się mną znudził. Zwłaszcza ze zapomniał, kto dzwonił – to znaczy nie zapomniał, tylko zrozumiał nie „Jest Kasia? Mówi Margolka”, tylko „Jest Kasia? A może jest u Margolki?” Oprócz tego kręcą się koło niego Hipki (takie dziewczyny, które wyglądają jak hipopotamy)

czwartek 21 sierpnia 1997
To koniec! Oczywiście ze mną i z Marcinem. Gosia mi to powiedziała, tzn powiedziała mi, że on powiedział, żebym się odczepiła. To przez to, że było mi tak głupio we wszystkim. A ta Hipka to jest bardzo śmiała (chociaż młodsza ode mnie o rok). Naprawdę żałuję. Ale to wszystko przeze mnie – niestety. Najbardziej żal mi nie tego, że „z nim koniec”, ale żal mi miłości. Bo naprawdę myślę, że to była taka miłość – młodzieńcza. Na pewno będę w przyszłości mówiła, że była to moja „pierwsza miłość” !
cdn.