*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 1 czerwca 2008

Kiedy przestałam być dzieckiem?

Wielu nastolatków myśli, że dorosłym staje się z dnia na dzień – w dniu osiemnastych urodzin. I ja też tak myślałam:) Myślałam, że jak już będę miała dowód, to nie tylko będę mogła bezkarnie zaopatrzyć się w sklepie monopolowym, ale że już od tej chwili będę mogła o wszystkim sama decydować. Dzisiaj już jestem mądrzejsza(powiedzmy :) i z  perspektywy czasu widzę, że stawanie się osobą dorosłą było długotrwałym procesem.
Zaczęło się od wyjazdu na studia i samodzielnego mieszkania. Przez pierwsze pół roku cierpiałyśmy ze współlokatorką na „syndrom przedszkolaka”. Cały czas chciało nam się ryczeć, nic nam się w nowym mieście nie podobało. Koleżanki be,wykładowcy be. Co weekend wracałyśmy do domu i codziennie płakałyśmy mamie (każda swojej :) w słuchawkę. Ale z czasem normą stało się, że trzeba samemu pomyśleć o tym, żeby kupić papier toaletowy i coś do jedzenia. Jak przepaliły się korki wiadomo było, że mama z odległości 200 km nic nam na to nie poradzi i same musiałyśmy wezwać elektryka. I tak powoli stawałyśmy się coraz bardziej samodzielne. Potem już szybko poszło.
Pierwszy raz pomyślałam o tym, że chyba nie jestem już dzieckiem, kiedy zadałam rodzicom pytanie, na które nie potrafili mi odpowiedzieć. Pomyślałam, że może na tym polega dorosłość – że samemu trzeba szukać odpowiedzi na swoje pytania.
Nadal jeżdżę do domu dość często i rodzice wciąż mi pomagają, ale czuję się już  dorosła. Kilka razy w tygodniu dzwonię do mamy po radę, bo cały czas się uczę tego dorosłego życia, ale wiem, że teraz sama o sobie decyduję. Jestem zupełnie niezależna. Nikomu nie muszę się tłumaczyć. Jeśli nie chcę wrócić do domu na noc, po prostu informuję o tym moją współlokatorkę. I to mi się chyba w tej całej dorosłości najbardziej podoba:) Ale jak się nad tym zastanawiam, to widzę, że wcale nie korzystam z tych wszystkich przywilejów tak jak sobie kiedyś wyobrażałam. Nie chodzę codziennie na imprezy i nie zarywam nocy, bo wiem, że muszę następnego dnia iść do pracy. Nie włóczę się po mieście całymi dniami, bo wiem, że jeśli sama nie przysiądę do książek, to nikt mnie do tego nie zagoni i studia zawalę na własną odpowiedzialność.
Dorosły człowiek jest odpowiedzialny za swoje życie i musi ponosić konsekwencje wynikające z podjętych decyzji. Ale ważne jest też podejście rodziców – oni również muszą traktować nas jak osoby dorosłe i szanować nasz wybór. Dobry rodzic powinien być w pobliżu, powinien służyć radą i pomocą, ale nie na siłę. Czas kiedy jest osobą dominującą w życiu swojego dziecka minął i jeśli rodzic tego nie zrozumie, nie tylko może skrzywdzić syna lub córkę, ale również stracić szansę na piękną przyjaźń z własnym dzieckiem. Znam jednych dobrych rodziców. Wychowali mnie :)

piątek, 30 maja 2008

Trudna sztuka kłócenia się

Można powiedzieć, że nasz związek osiągnął  wyższy poziom. Wnioskuję to ze sposobu w jaki przebiegła nasza wczorajsza kłótnia. Oboje jesteśmy strasznie impulsywni i nerwowi. Jak się zaczynamy wściekać, to jest naprawdę niebezpiecznie (raz szkło już poleciało – spodeczki co prawda, ale zawsze:). Standardem było, że któreś z nas miało focha i atmosfera robiła się gęsta. Potem ja coś powiedziałam albo się popłakałam, Franek wściekły wychodził i nie chciał ze mną gadać. Ja zostawałam wściekła, że mnie zostawił i ryczałam jeszcze bardziej, on się wściekał, że ja ryczę i takie tam. Mnie zawsze najbardziej wkurza, że on od razu wychodzi zamiast wyjaśnić, a ja wtedy siedzę i jeszcze bardziej się nakręcam.
A wczoraj zaczęło się od tego, że chciałam przygotować obiad. Franek jest kucharzem i zawsze jak coś próbuję zrobić to się wtrąca. Tak też było wczoraj. Ja się wkurzyłam, że się wtrącił, on się wkurzył na mnie, ja miałam focha, że on ma focha :) W końcu obraził się i powiedział „rób sobie sama, ja nie będę jadł!” Normalnie już by sobie poszedł wściekły, ale usiadł w pokoju i starał się zabić mnie wzrokiem. Ja zła w kuchni, ale parę razy go zawołałam. W końcu przyszedł. Jeszcze byliśmy naburmuszeni, ale już powoli śmiesznie się robiło, a kiedy za karę chciałam mu do ust wcisnąć cały ząbek czosnku, to już nie wytrzymaliśmy i zaczęliśmy się śmiać. Sytuacja opanowana. Obyśmy się tak zawsze kłócili.
A wieczorem odbyliśmy na niepoważnie poważną rozmowę na temat naszej przyszłości. Wstępnie ślub za dwa lata. Chyba że się rozmyślimy :)