*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Normalnie mam kochanych chłopaków w pracy. I pomyśleć, że ja się jeszcze wahałam czy odejść od J. Atmosfera teraz a wtedy to po prostu niebo a ziemia! Chyba pamiętacie jak mi się na płacz czasami zbierało przez robotę u J.
Jak się męczyłam z Kapusiem. Zresztą poza jedną koleżanką tak naprawdę
do nikogo nie byłam przywiązana. Ogólnie panowała tam atmosfera
pracoholizmu i wyścigu szczurów. Mało było życzliwości. Pracowałam tam
ponad dwa lata, ale zawsze wchodząc tam, czułam się lekko skrępowana.
Zupełnie inaczej było pod Poznaniem i w lokalu nr 1. Tam od razu
przywitali mnie, prawie dosłownie, z otwartymi ramionami. Czuję się tam
szanowana i poważana. A co najważniejsze – doceniana. No i jeszcze
jedno, wiadomo, że jak prawdziwa kobietka, lubię być adorowana. A jako
że jestem jedyną osobą płci żeńskiej w przedziale wiekowym do 60 lat,
chłopaki obsypują mnie codziennie tysiącem komplementów. Czasami się
czuję jak taka ich maskotka
Ale to jest bardzo przyjemne, bo wiem, że w razie czego murem za mną staną.
Ale
jest jedna rzecz, która mnie niepokoi. Co chwilę chcą mnie dokarmiać.
Co pięć minut wpadają do biura: „a może herbatki, a może czegoś zimnego,
a jajecznicę zrobiliśmy, może zjesz” Albo wręcz przynoszą mi swoje
własnoręcznie zrobione (oby! mam nadzieję że nie przez ich żony lub
dziewczyny!) kanapki lub stawiają przede mną talerz gorącego obiadku
zrobionego specjalnie dla mnie. Strasznie to miłe, ale jeszcze trochę i
ja się będę kulać do tej roboty
A
dzisiaj dostałam od dwóch chłopaków śliczne bukieciki kwiatów.
Oficjalnie z okazji Dnia Dziecka, nieoficjalnie, żebym była zawsze
uśmiechnięta i zawsze jak się zacznę denerwować, że jakiś kontrahent nie
przywiózł faktury, mam popatrzeć na te biedronki i się uśmiechnąć
Kochane chłopaki, zaskoczyli mnie na całego.
Słodkie to było. A bukieciki śliczne, aż sobie musiałam sesję z nimi zrobić. Same zobaczcie:
Buźkę oszczędzę, co by nie przyćmiła urody bukiecików
Ps. Pamiętacie, mówiłam, że Franek mieszka blisko. Otóż siedzę na swoim łóżku a przez okno widać okna Franka 
Cierpię na syndrom
białego fartucha. No boję się lekarzy jak nic. Nawet nie wiem dlaczego.
Franek się ze mnie śmieje zawsze (bo oczywiście ciągam go po wszystkich
lekarzach razem ze mną, kiedy już muszę iść), bo przed wejściem do
gabinetu, zaczynam się cała trząść, serce wali mi jak oszalałe, robi mi
się niedobrze i czuję mrowienie w brzuchu. Uchh, straszne…
Jednym
z moich obowiązków w pracy jest pilnowanie, żeby wszyscy mieli aktualne
badania i wypisywanie skierowań. Ale jak wiadomo szewc bez butów chodzi
i ja takich badań nie miałam. Moim koronnym argumentem było to, że
przecież ja bez śniadania nie wychodzę z domu a do badania krwi trzeba
być na czczo. A przecież ja bym padła bez jedzenia. Ale ostatnio wstałam
rano i okazało się, że zapomniałam zaopatrzyć się w cokolwiek, co
nadawałoby się do zjedzenia. Skoro już byłam na czczo, decyzja zapadła.
Pójdę wreszcie do lekarza. I poszłam. Zrobiłam badania laboratoryjne
(żeby nie było, lekarzy się boję, ale kłucia wcale
mogą mi pobierać tej krwi ile chcą;)) a potem wysłali mnie do
okulisty. Potwierdzili tylko, że średnio widzę na prawe oko i dodali od
siebie, że okularów mam używać nie tylko w samochodzie jak dotychczas,
ale także do dłuższej pracy przy komputerze. Zmartwiło mnie tylko, że
dostałam skierowanie na pole widzenia… Jak doczytałam, badanie takie
robi się u osób z podejrzeniem uszkodzonego nerwu wzrokowego, siatkówki
albo z jaskrą. Pierwszy termin, uwaga, uwaga, 11 września
No co, zapisałam się, mimo, że nie wiem, czy dożyję. I tak, po trzech
godzinach wynurzyłam się z przychodni, ściskając w ręce papierek
potwierdzający moją zdolność do pracy. Teraz będę świecić przykładem, a
co!
Żeby
było śmieszniej jakiś miesiąc temu zarejestrowałam się do lekarza na
Gie. I termin przypadał akurat w ten sam dzień. Więc wieczorem znowu
wylądowałam w przychodni
Tym razem już z Frankiem, co by mnie za rękę potrzymał
Przeżyłam, a nawet było całkiem sympatycznie, ale o lekarzu na Gie, to kiedyś będę musiała chyba osobną notkę napisać.No, to generalny przegląd techniczny mam za sobą. Uffff. Następny najwcześniej za rok
Całe szczęście, bo każda taka wizyta kosztuje mnie naprawdę sporo
nerwów. Naprawdę nie wiem dlaczego tak reaguję na białe fartuchy