*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

środa, 29 lipca 2009

Relacja z koślawym dialogiem.

Na początek słowo dotyczące większości komentarzy :)To prawda, pogoda może i mogła być lepsza, ale powiem szczerze, że niespecjalnie mi to przeszkadzało :) Ważne, że codziennie było trochę słońca i udało nam się trochę opalić. Ja zawsze będę uważać, że i tak najważniejsze jest podejście i jak się człowiek potrafi zorganizować to i w deszczu coś fajnego wymyśli:) Aczkolwiek nie było tak źle:) W środę od rana siedzieliśmy na plaży i po parku godzinach musieliśmy uciekać z obawy przed poparzeniem słonecznym. Wchodziliśmy parę razy do wody, ale słońce grzało tak mocno, że kiedy tylko poczuliśmy lekkie pieczenie uciekliśmy z plaży. Nie uśmiechało nam się kwiczenie z bólu przez pół nocy ;)
A w czwartek nadszedł czas na spakowanie się z powrotem do autka i wyruszenie na południe. Jechaliśmy cały dzień prawie, bo jednak do mnie do Miasteczka znad morza jest prawie 600 km. Po drodze jeszcze tylko w Poznaniu u „teściów” zjedliśmy obiad. Podróż była burzliwa. Nawet bardzo. Doszło nawet do tego, że w pewnym momencie zatrzymałam auto na jakimś odludziu, usiadłam na skraju drogi i powiedziałam, że dalej nie jadę i niech sobie jedzie sam. Powodem tych emocji było to, że Franek ciągle komentował: „za szybko jedziesz, za blisko się go trzymasz, obie ręce na kierownicy trzymaj: No szlag by to…! Pomijam już to, że mam prawo jazdy o pięć lat dłużej niż on! Ale samochód należy do mnie! I mogę nim kuźwa nawet piruety robić jak mi się spodoba. Oczywiście przesadzam, ale strasznie mnie wkurzają jego komentarze, bo jak on prowadzi, to ja się zajmuję książką i nie zwracam na niego uwagi. I nie komentuję nawet jak go zatrzymuje policja i wlepia mu mandat albo jak gubi drogę. Ulżyło mi ;) W każdym razie jakoś dojechaliśmy i pozostałą część urlopu spędziliśmy w moim rodzinnym mieście. Tam czas upłynął nam błyskawicznie na utrwalaniu opalenizny nad okolicznym jeziorkiem, długich spacerach i grillowaniu. W tym czasie przypadała też nasza rocznica, ale jakoś się nie złożyło na wielkie świętowanie. Można powiedzieć, że nadrobiliśmy w moje urodziny. Ale notkę rocznicową, to mam ochotę jeszcze popełnić:)
Wracaliśmy w poniedziałek i już wiadomo było kto będzie prowadził. Ja się uparłam i powiedziałam, że w życiu już nie będę prowadzić jak on będzie siedział obok. Wyruszyliśmy a tu nagle śliczna tęcza! Mówię mu, żeby się zatrzymał. Nie. Mówię mu jeszcze raz, że chcę zdjęcie zrobić. W końcu uległ. I dobrze zrobił, bo dzięki temu przystankowi i mojej tęczy okazało się, że nie świeci nam jedna żarówka! A właściwie to gdyby nie ja, to byśmy o tym nie wiedzieli. O, jaka jestem przydatna ;) I zdjęcie mam:
  
  
Nadmienię tu, że zdjęć w tej notce miało być więcej, ale Franek się wtrącił i ocenzurował mi notkę ;) Powiedział, że jak na razie to wystarczy tych zdjęć. Mogłabym go co prawda nie posłuchać… ale już nie będę taka.
Wjeżdżając o 22 na nasze osiedle zakończyliśmy urlopu część pierwszą. Część druga już niedługo, bo za niecałe dwa tygodnie. Nie mogę za bardzo wziąć naraz więcej niż tydzień, więc zawsze muszę sobie wolne rozbić na dwa miesiące., co jest mi nawet na rękę. A tym razem wybieramy się do Zakopanego…
 A na koniec taka mała anegdotka. Kiedy Franek wymienił tę żarówkę, zadzwonił do niego tata i rozmawiali na ten temat. Tato pytał, czy Franek sam ją wymieniał, czy gdzieś zjechał. Na to Franek oburzony:
- No sam przecież!
Na co ja oburzona się wtrąciłam:
- Jak to sam. Przecież ja ci pomagałam.
- Ty? Jak?
- No.. żarówkę ci podałam nie?
Franek dziwnie na mnie spojrzał, ale same powiedzcie, czy mógłby wymienić tę żarówkę, gdybym mu jej nie podała??

niedziela, 26 lipca 2009

Krótka relacja

Wyjechaliśmy zgodnie z planem. To jest o piątej. Podróż przebiegła sprawnie i bez większych problemów. Tylko pogoda nas niepokoiła, bo robiło się coraz bardziej ponuro i coraz bardziej padało. Kiedy dojechaliśmy na miejsce trochę się poprawiło, ale było po prostu zimno. Jestem prawdziwym zmarźluchem jakich mało. Wyobraźcie sobie, połowa lipca a ja miałam na sobie: podkoszulkę, koszulkę z długim rękawem, sweterek, bluzę i kurtkę. Nie żartuję. Naprawdę tak byłam ubrana. Pojechaliśmy z Grajkami – kolegą Franka i jego dziewczyną, którzy mają przyczepę kempingową i tam spaliśmy. Poza tym byli jeszcze znajomi Grajków – małżeństwo po trzydziestce z dwójką dorastających córek. Dość szybko okazało się, że oni mają nieco inną koncepcję na spędzanie urlopu niż my, ale o tym może innym razem. W każdym razie po obiedzie Grajki i Rodzinka poszli spać, a my na spacer brzegiem morza. Pokusiliśmy się nawet na pomoczenie nóżek w lodowatej wodzie:) Słońce zaczęło świecić, więc zrobiło się całkiem przyjemnie. Rozebrałam się aż do sweterka :) Doszliśmy aż do następnej miejscowości, spacer trwał trzy godziny. Po powrocie właściwie już tylko się wykąpaliśmy, co w polowych warunkach zajmuje trochę więcej czasu niż normalnie, i szybko zasnęliśmy. Niedziela powitała nas pięknym słoneczkiem i błękitnym niebem. Mieliśmy nadzieję na jakieś opalanie, ale niestety koło południa słoneczko zawiodło. Pozostało nam tylko iść na kolejny spacer, tym razem w drugą stronę :) Wreszcie w poniedziałek mogliśmy się trochę powygrzewać. Przedwczesna to jednak była radość, bo już kolejnego dnia niebo zachmurzyło się już po dziesiątej:( Ale uparliśmy się z Frankiem, wzięliśmy leżaki, parasol i poszliśmy na plażę. Takie oto gniazdko sobie uwiliśmy:)
  

Po pół godzinie zaczęło padać. Nie zraziliśmy się. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy. Przykryliśmy się kocem i było całkiem przyjemnie. Plaża opustoszała. Zostaliśmy sami. Od czasu do czasu przechodzili tylko jacyś spacerowicze i dziwnie się na nas patrzyli :)
 
Później przestało padać. Franek poszedł się wykąpać w morzu a potem zajął się budowaniem czegoś z piasku. Ja natomiast pogrążyłam się w lekturze.
 
 
Siedzieliśmy tak cztery godziny. Aż w końcu po piętnastej wyszło słoneczko. Nasza cierpliwość została wynagrodzona :) Już po godzinie plaża wyglądała tak:
 
A nasze legowisko tak:
 
Miła odmiana co? :) Wieczorem natomiast poszliśmy na romantyczny spacer. Bo jak można być nad morzem i nie zaliczyć zachodu słońca? :)
 
 
cdn…