*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 1 lipca 2010

Coby tak ładnie podsumować…

Co prawda obecnie co innego mi w duszy gra, ale że nie lubię zostawiać niedokończonych spraw – a dotyczy to również tego bloga :) – cofnę się jeszcze na moment do tematu o wzajemnym szacunku i ustępowaniu miejsca w celu zrobienia małego podsumowania :)

Dziękuję Wam bardzo za wszystkie komentarze pod jedną i drugą notką – służą one jako doskonałe uzupełnienie moich postów i tak naprawdę dopiero z nimi temat można uznać może nie za wyczerpany ale przynajmniej omówiony :) Pisałyście o swoich doświadczeniach w podobnych sytuacjach, zwracałyście również uwagę na pewne kwestie, które pominęłam, czy to z braku miejsca, czy też przez nieuwagę. Dziękuję za dyskusję :) Wniosek z niej jest jeden – szanujmy się nawzajem i wykazujmy się empatią a także nie nadużywajmy życzliwości innych i nie nadużywajmy przysługujących nam przywilejów.

A na koniec chciałam jeszcze popełnić jedną niepoprawnie polityczną wypowiedź. Mianowicie taką, że uważam, iż są miejsca, w których obowiązuje po prostu zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Najlepszym przykładem tego wydaje mi się kościół. Chodzę do kościoła regularnie, ale przyznaję, że bardzo nie lubię stać – po prostu kiedy stoję całą mszę, to potem bardzo bolą mnie plecy w odcinku lędźwiowym (pamiętacie, ze miałam z tym problemy) – choć to może dziwne, bo przecież kręgosłup najbardziej jest obciążony podczas siedzenia, ale jednak… Wychodzę więc do kościoła zawsze dużo wcześniej – tak, żeby być przynajmniej 10-15 minut przed rozpoczęciem mszy. I dlatego właśnie uważam, że miejsce siedzące mi się należy. Jeśli ktoś chce usiąść, zawsze może przyjść wcześniej, co oczywiście nie jest możliwe na przykład w środkach komunikacji miejskiej. Oczywiście tutaj też mogą się zdarzyć wyjątki i zdarzyło mi się kiedyś, że mimo, iż przyszłam wcześniej, ustąpiłam babulince, która stanęła na początku mszy koło mojej ławki…

A pamiętacie moją wycieczkę do Irlandii? Jak pisałam, że już się bałam, że będę musiała ustąpić dziecku miejsca przy oknie? Tu też specjalnie w kolejce ustawiłam się na samym początku, żeby zająć sobie dobre miejsce i miałabym w nosie, że ktoś powiedziałby mi, jaka to ja jestem niedobra i dziecku żałuję fajnego miejsca :) Odmówiłabym i już – można było się ustawić wcześniej i stać tak jak ja godzinę :) Albo wykupić po prostu priority boarding. No w życiu czasami trzeba być egoistą, no. 

***

Na sam koniec jeszcze zaserwuję Wam krótką anegdotę. Kiedy jedziemy tramwajem z Frankiem, to zawsze siadam mu na kolanach. I kiedyś usiedliśmy na miejscu oznaczonym jako to dla matki z dzieckiem. Na którymś z przystanków wsiadł do pojazdu mężczyzna z dwu-trzy letnim dzieckiem na rękach. Zerwaliśmy się, żeby mu ustąpić, a on na to:
 ”Spokojnie, niech pan siedzi, pan ma takie duże dziecko, ja mogę swoje na rękach potrzymać” :D 
Strasznie to było sympatyczne i świadczy o tym, że w środkach komunikacji miejskiej można spotkać również przemiłych ludzi :)

wtorek, 29 czerwca 2010

Intensywna rzeczywistość.

No i zaczęło się. Tak zwane Wariatkowo :) Zdaje się, że nie będę miała na nic czasu – zresztą już nie mam.W tym tygodniu się przeprowadzamy. Do tego mamy początek miesiąca, więc w pracy będzie młynek. Jak na złość, w piątek muszę wziąć wolne, bo mam wizytę u lekarza (oczywiście „zabukowaną” trzy miesiące temu, jakżeby inaczej w naszej Polsce?). No i jeszcze te wybory mi pasują w ten weekend jak ogórek do musztardy po prostu. Ale nic, pojadę…

W weekend mnie nie było w sieci. Rzeczywistość niewirtualna okazała się zbyt absorbująca :) W piątek Franek z Panem Tatą malowali pokój i kuchnię w mieszkaniu. W kuchni mamy Hawajskie Słońce a w sypialni Niebieskie Migdały :) I tak piątkowe popołudnie spędziłam na myciu okien, zamiataniu i takich tam. W sobotę przyjechali moi rodzice. Sprzątaliśmy kuchnię, no i przewoziliśmy już część rzeczy. Jestem chomikiem – to było straszne. Czy Wy wiecie ile mam butów?? Prawie tyle samo, co torebek. Nie wspomnę już o książkach. 
A wieczorem zrobiliśmy pierwszą nasiadówkę w nowym mieszkaniu z moimi i Franka rodzicami. W niedzielę natomiast rodzice odwieźli mnie do Wrocławia, gdzie spotkałam się z Dorotą i poszłyśmy na mecz Ligi Światowej:) Ale o tym to następna notka będzie, więc teraz powiem tylko tyle, że wróciłyśmy o 3 a na 7 poszłam do pracy, więc możecie sobie wyobrazić jaka wczoraj byłam rześka :) Nic to, i tak miałam jeszcze siłę, żeby o 20 pójść na aerobik. Dzisiaj jako tako odespałam weekendowe zmęczenie :)

Jutro ciąg dalszy sprzątania i przewożenia, bo dzisiaj załatwiamy tylko kilka spraw organizacyjnych z właścicielami mieszkania. Może w końcu dostaniemy pilota do bramy i nie będzie trzeba przez pół osiedla z walizami zaiwaniać tylko pod klatkę sobie podjedziemy :) Nie wiem jak będzie z internetem, w ogóle nie wiem jak to będzie. Nie wiem nawet kiedy się na dobre wyprowadzę i wprowadzę – teoretycznie miało być to w czwartek, praktycznie w niedzielę. A fizycznie to chyba dam radę dopiero po weekendzie, o ile właściciele poprzedniego mieszkania nie każą mi więcej płacić i zostawią mi klucze. Jak nie to se sami będą sprzątać i tyle, bo ja zabiorę co moje i się zmyję :) Łoo matko. Mam już dość.