*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 14 października 2010

Codziennie mogłabym…

Codziennie mogłabym grać z Frankiem w Chińczyka. Tudzież inną grę planszową lub nie :) To jest wspaniała rozrywka i piękna forma wspólnego spędzania wolnego czasu. Jesteśmy razem, rozmawiamy przy tym, a do tego wielokrotnie pojawia się tyle zabawnych sytuacji, że tarzamy się ze śmiechu po podłodze, krzyczymy i piszczymy (znaczy się to ostatnie głównie ja, kiedy mi Franek trzy pionki pod rząd zbije!). Ostatnio właśnie codziennie umilamy sobie wieczór Chińczykiem, dzisiaj kolejna partia (mam nadzieję, ze się Franek nie rozmyśli, bo muszę się odegrać, chwilowo wygrywa ze mną jedną partią:))

Codziennie mogłabym spędzać czas z ludźmi. Przede wszystkim z moją rodziną, ale niestety nie jest to możliwe. Ale lubię też rodzinę Franka i oczywiście moich znajomych. Bardzo lubię spotkania przy kawie, czy na spacerze, ale z drugiej strony jestem domatorką i pojawia się wewnętrzny konflikt interesów, bo chcę w tym samym momencie umówić się z koleżanką i siedzieć w domu z nosem w książce. No właśnie…

Codziennie mogłabym czytać! Na szczęście z reguły mi się to udaje i codziennie przeczytam chociaż kilka stron książek i ze dwa artykuły w gazetach. Dzień bez czytania jest dla mnie dniem straconym :) Serio, nie przypominam sobie, żebym w ciągu dnia nie przeczytała chociaż jednego tekstu.

Codziennie mogłabym prasować Frankowe koszule. Serio. Pod warunkiem jednak, że mam co oglądać – najlepiej jakiś serial :) Najczęściej towarzyszą mi internetowe Desperate Housewives i 90210 a do tego kilka polskich. Z braku serialu może być też film, ale do nich mam mniej cierpliwości. Mogą być też wiadomości i kilka programów na TVN Style.

Codziennie mogłabym chodzić na spacer lub spędzać czas na świeżym powietrzu. Na to już niestety nie zawsze wystarcza mi czasu. Poza tym nie lubię chodzić sama a o towarzystwo bywa trudno. Najprzyjemniej spaceruje mi się z Frankiem, ale jego czasami trudno wyciągnąć. I dodam jeszcze, że do spaceru jednak preferuję pogodę bezdeszczową, najlepiej słoneczną :) Natomiast jeśli chodzi o spędzanie czasu na świeżym powietrzu – tu już mi towarzystwo niepotrzebne, ale ładna pogoda jak najbardziej. Uwielbiam siedzieć na działce, czy nawet na balkonie, czytać książki, lub słuchać muzyki. Jesień i zima niestety temu nie sprzyjają…

Codziennie mogłabym prowadzić swoją małą księgowość :) Bardzo lubię usiąść sobie codziennie, przejrzeć wszystkie paragony (zbieram obowiązkowo i każę zbierać Frankowi) zapisywać wszystkie wydatki, dzielić je na różnego rodzaju kategorie. Pochłania to czasami sporo mojego czasu, ale lubię wiedzieć na co wydaję bądź wydajemy pieniądze. Gdy tylko przestawałam to liczyć i kontrolować czułam się niekomfortowo :)

Codziennie mogłabym spędzać czas z Frankiem w sposób, w jaki rzadko ten wspólny czas spędzamy :) Na przykład rzadko wychodzimy na miasto posiedzieć wieczorem przy piwie, czy na jakąś kolację. Ale zdarza się i bardzo miło wspominam takie wypady. Lubię też z Frankiem podróżować. Może być pociągiem, może być autobusem i może też być samochodem :) Lubię dalekie trasy, kiedy Franek prowadzi a ja sobie siedzę i czytam albo go pilotuję, bawię się radiem i śpiewam. Ciekawa sprawa, że potrafimy siedzieć tak czasami kilka godzin i jakoś się znosimy :) Ehh, mogłabym tak gdzieś wychodzić czy wyjeżdżać codziennie. Jednym słowem – codziennie mogłabym się czuć, jakbym była na urlopie :) bo wtedy właśnie najlepiej spędzamy wspólny czas. Chociaż.. z drugiej strony, czy gdyby stało się to normą, też tak miło by mi się kojarzyło? :)

Jest mnóstwo rzeczy, które mogłabym robić codziennie, a na które nie wystarcza mi czasu. Jeszcze więcej jest takich, które faktycznie codziennie robię.Generalnie codzienność jest całkiem fajna – taka regularna, monotonna a jednocześnie każdy dzień wygląda inaczej. I tak mija nam godzina za godziną, dzień za dniem i ani się obejrzymy – także rok za rokiem….

Do zabawy zaprosiła mnie Dulce. I ja zapraszam teraz Flo., Niedyskretną, The American Girl, Dziewczynę M., Lily, Lot Anioła, Sylwię-Kwiatuszka, Shelby i… kto chce, kto chce jeszcze? Zgłaszać się w komentarzach, to dopiszę :)) Wymieńcie siedem rzeczy, które mogłybyście robić codziennie.

wtorek, 12 października 2010

Językowa przerwa.

Tak, jak wspomniałam ostatnio – wygląda na to, że na razie niestety muszę spasować z moimi poliglotycznymi zapędami. Mam tylko nadzieję, że nie na zawsze…

Jeśli chodzi o angielski plan mam taki, żeby znaleźć pracę, w której mogłabym się nim posługiwać (mam nadzieję, że wypali), ewentualnie mogę udzielać korepetycji. Poza tym codziennie oglądam całkiem sporo materiałów  w tym języku, od czasu do czasu czytam artykuły, czy książki. Angielski jest wszechobecny, więc akurat w tym wypadku nie obawiam się, że go zapomnę.

Bo niestety, język nieużywany odchodzi w zapomnienie. Nie mówię, że na zawsze, ale traci się swobodę wypowiedzi, powoli zapomina się słownictwo i zasady gramatyki. Doświadczyłam tego na przykładzie niemieckiego – maturę ustną zdałam na szóstkę, teraz muszę się głęboko zastanawiać jeśli chcę powiedzieć zdanie w tym języku, a i tak wcina mi się hiszpański. Rozumiem słowo pisane, mówione czasami też, ale zupełnie straciłam biegłość w tym języku. Zaczęłam zastanawiać się nad jakimś kursem, lub choćby konwersacjami w celu odświeżenia sobie niemieckiego. Przypuszczam, że po pół roku wróciłabym do dawnego poziomu.
Poza tym zastanawiałam się co z kursem hiszpańskiego. Po zakończeniu zeszłorocznego zostałam zakwalifikowana na kurs przygotowujący do kolejnego egzaminu międzynarodowego (najwyższego) lub na kurs bez egzaminu – experto. Są to najwyższe poziomy, po roku nie miałabym już gdzie się dalej uczyć, bo nie ma grup na takim poziomie zaawansowania. I niestety zaczęłam się zastanawiać nad sensem tego kursu, skoro i tak za rok będę musiała go przerwać.

Z decyzją wstrzymywałam się do ostatniej chwili, bo nie wiedziałam jeszcze jak będzie z tą pracą – w końcu w grę wchodził jeszcze kurs języka włoskiego, gdyby się udało. Kiedy nic z tego nie wyszło, a szkoły językowe wydzwaniały do mnie, z zapytaniem, czy zamierzam kontynuować naukę, nadszedł czas na podjęcie decyzji.
Długo nad tym myślałam, skonsultowałam się też z mamą i stwierdziłam, że nie będę na razie kontynuować nauki języka na żadnym kursie. Uwielbiam uczyć się języków, wkuwanie słówek, poznawanie zasad gramatyki to dla mnie prawdziwa frajda i prawdę mówiąc mogłabym się nauczyć jeszcze ze dwóch nowych. Pytanie tylko – co dalej? Jest to bardzo czasochłonne a przede wszystkim drogie. Jak to trafnie mój wujek określił (mówiąc o sobie): „człowiek się ciągle dokształca, robi tysiące kursów i studiów podyplomowych, tylko potem nie ma kiedy zarabiać i gdzie wykorzystywać tej wiedzy”. To prawda. Lubię się uczyć, ale trzeba to robić z głową. Zaczynam studia podyplomowe w zupełnie innej dziedzinie niż dotychczas- nie wiem, jak sobie będę radzić. Na pewno będę musiała się bardzo przyłożyć, dlatego przyda mi się czas wolny zyskany poprzez rezygnację z kursu. Poza tym stwierdziłam, że jeśli w przyszłości okaże się, że niemiecki lub hiszpański będą mi potrzebne, wtedy pójdę na kurs.Tymczasem będę się starała choć trochę dbać o moje lingwistyczne umiejętności we własnym zakresie -  będę zaglądać do dawnych notatek, ćwiczeń, chciałabym też znaleźć w internecie jakieś materiały po hiszpańsku na przykład. Najlepiej jakąś telenowelę :P Bo to mnie może wciągnie :) Gdybyście się kiedyś natknęły na coś takiego w sieci – dajcie mi znać!

Oczywiście wiem, że wcale nie jest łatwo się tak samemu zmobilizować, jednak staram się zaufać sobie, wiem, że gdy chcę, to potrafię… A lubiłam zawsze się uczyć słówek, czy gramatyki, więc może dam radę. To tylko kwestia zorganizowania. Pewnie, że jest mi trochę żal, ale naprawdę przestałam widzieć sens tego kursu, tak naprawdę bardziej przydałyby mi się jakieś konwersacje i nad tym też myślałam, ale zadecydowała jedna bardzo istotna rzecz – zapłaciłam za moje studia i totalnie się spłukałam :) Ledwie dwucyfrowa kwota na moim koncie pomogła mi podjąć ostateczną decyzję :)
A kto wie? Może za jakiś czas znowu do tego wrócę. Może zacznę się uczyć kolejnego języka? :) Bo tego też wcale nie wykluczam :) I tak nauczyłam się całkiem sporo, to się na pewno nie zmarnowało, siedzi gdzieś tylko w zakamarkach mojej pamięci i jestem pewna, że jestem w stanie to wygrzebać.
Dziwnie mi będzie bez żadnego kursu, w końcu jakiegoś języka uczyłam się bez przerwy od prawie piętnastu lat :) Ale wszystko się kiedyś kończy :)

***
Przy okazji moich rozważań nad językiem przypomniałam sobie, że nie dostałam jeszcze tego certyfikatu z hiszpańskiego. Hiszpanie działają baardzo opieszale – wszystko jest na mañana, więc osoby, które zdawały egzamin razem ze mną w maju 2009 dostały certyfikaty w czerwcu 2010. Z racji tego, że ja jeszcze wysyłałam odwołanie i czekałam na odpowiedź, która przyszła po pół roku, wszystko się przedłużyło. Ale teraz trochę się zaniepokoiłam, że tak długo to trwa i postanowiłam zadzwonić – najpierw do szkoły językowej, potem do poznańskiego ośrodka, który organizował egzamin i do Instytutu Cervantesa w Warszawie, nikt nic nie wie. Wygląda na to, że muszę się skontaktować z Madrytem. Chociaż… facet w Warszawie powiedział mi, że właśnie dostali certyfikat kogoś, kto zdawał egzamin w 2008, więc może jeszcze powinnam rok poczekać ;)