*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
No i dopadło mnie… Zaparcie blogowe
Usiadłam z zamiarem napisania tego i owego. I nic. Nie idzie po
prostu. Tysiąc pomysłów, a żaden jakoś nie chce się zrealizować na
piśmie
Chyba więc sobie dzisiaj odpuszczę jakiekolwiek zaplanowane wcześniej rozważania.
Przypuszczam, że to wina ostatnich dni, rozregulowanych nieco, ze
względu na moje L4. Kiedy ściągnęłam opatrunek, okazało się, ku mojej
ogromnej radości, że mogę niemal normalnie funkcjonować. Postanowiłam
więc jak najbardziej efektywnie wykorzystać ten dodatkowy czas wolny i
zabrałam się za porządki. Przeprowadzka miała miejsce już prawie pięć
miesięcy temu, a ja wiele rzeczy upchnęłam po prostu do szafek i nie
miałam czasu ani (co będę ściemniać) ochoty, żeby się za to zabrać. Od
środy ogarnęłam całkiem sporo papierzysk. Przede wszystkim
posegregowałam wszystkie moje notatki ze studiów. Mają to do siebie, że
szkoda ich wyrzucać, bo przecież zawsze mogą się przydać do odświeżenia
języka, czy jako pomoc naukowa w nauczaniu innych. Ogarnęłam już trzy z
pięciu szafek, których zawartość chcę przejrzeć, trzeba przyznać, że
prace posuwają się do przodu, chociaż tempo jest raczej żółwie, bo nigdy
nie potrafiłam robić segregacji tego typu szybko. Nad każdą rzeczą się
dziesięć razy zastanawiam
I tak spędziłam ostatnie trzy dni. W przerwach między jedną teczką z papierami a drugą, zaglądałam do Was
Wczoraj
przez chwilę zastanawiałam się, czy nie pójść dzisiaj do pracy. Okazało
się, że panie „Doktorki” się bardzo postarały i naprawdę ładnie
wykonały ten zabieg, bo siniaka nie ma
Dzisiaj pozostał już tylko ledwo widoczny, lekko żółtawy ślad. No i
szwy rzecz jasna, ale to wygląda trochę jak strupek, a z daleka jak
rozmazany makijaż
Ostatecznie jednak pomyślałam sobie, że nie tak często mam okazję
dostać czas wolny na rekonwalescencję, więc jeszcze go dziś
wykorzystałam.
Stwierdzam, że idealna częstotliwość moich wizyt w Miasteczku winna
wynosić 3 tygodnie. Zauważyłam już jakiś czas temu, że dwa tygodnie bez
odwiedzin wytrzymuję bez żadnego problemu i czas między jedną a drugą
upływa mi w mgnieniu oka. Natomiast, kiedy zbliża się trzeci weekend z
rzędu, a ja nie jadę do domu rodzinnego, zaczyna mnie nosić i czuję
nadchodzący dołek. Kolejnym objawem jest fakt, że po nocach śni mi się
nasz Roki
Niestety, jakoś będę musiała wytrzymać bez wizyty, bo mam zajęcia na
podyplomówce. Pojadę za tydzień. Już się nie mogę doczekać. No po prostu
syndrom przedszkolaka mnie dopada. Jest jeszcze nadzieja, że kolejny
tydzień roboczy minie w mgnieniu oka, bo to w końcu przełom miesiąca. Na
nudę w pracy wtedy absolutnie nie mogę narzekać.
A tak na koniec to muszę stwierdzić, że
ściemniam totalnie. Bo prawda jest taka, że już od dawna chcę o czymś
napisać, ale się boję, że zapeszę, albo po prostu odczaruję
rzeczywistość. Taki już we mnie strach, przed chwaleniem tego, co jest.
Uff, dzisiaj już lepiej
Wczoraj
miałam mały zabieg okulistyczny. Nie na samym oku, ale na dolnej
powiece. Prawdziwie traumatyczne przeżycie dla mnie, bo pewnie wiele z
Was pamięta, jak źle znoszę wszystko, co wiąże się z badaniem oczu.
Jakoś przeżyłam, chociaż oczywiście zamykałam co chwilę oko i uciekałam
z głową. Nawet nie bolało, bo byłam na znieczuleniu, ale to było
silniejsze ode mnie. Zaklajstrowali mi prawe oko i wczoraj przez cały
dzień byłam piratką.
Pisałam kiedyś, że nie potrafię się nudzić. I wczoraj okazało się, że
naprawdę tego nie potrafię! No myślałam, że zwariuję. Przez to, że
miałam sprawne tylko jedno oko, nic nie mogłam robić – nie mogłam
siedzieć przy komputerze ani czytać, bo lewe oko bardzo się męczyło i
bolała mnie głowa. Nie mogłam sprzątać, bo mam przykaz unikania wysiłku,
a wczoraj to w ogóle było dość problematyczne, bo miałam tak
ograniczone pole widzenia, że kilka razy zdarzyło się, że prawą ręką
zahaczałam o futrynę, bo jej nie zauważałam
Bałam się brać za zmywanie naczyń – nawet nie wiedziałam, że kiedy
patrzy się jednym okiem, to wszystko jest jakieś takie mniej
trójwymiarowe. No i cóż, nie pozostało mi nic innego jak całodzienne
wylegiwanie się na kanapie… Ludzie, wynudziłam się jak mops! Obejrzałam
(jednym okiem) wszystko co leciało w telewizji. A właściwie oglądałam na
zmianę ze słuchaniem, bo od czasu do czasu przymykałam lewe oko. Z ulgą
przyjęłam porę wieczorną i czas położenia się do spania
Dzisiaj mogłam już ściągnąć opatrunek. Myślałam, że będę wyglądać
gorzej. Szwy są niestety mocno widoczne, ale siniak nie jest aż tak
duży. W zasadzie to na razie jest mocno czerwony. Niestety, Franek
twierdzi, ze będzie gorzej, a ja mam powody, żeby mu wierzyć i boję się,
że przez kilka dni będę chodzić z limem. We wtorek będę musiała jechać
na zdjęcie szwów. I do tego czasu mam zwolnienie z pracy, co jest dość
pozytywnym aspektem tego wszystkiego. Chociaż obawiam się, że i tak będę
musiała na parę godzin pójść do pracy, bo koniec miesiąca się zbliża…
Wczoraj wracając ze szpitala wstąpiłam do pracy, żeby zostawić
zwolnienie. Chciałam też wziąć trochę papierów, żeby popracować w domu,
ale szef wybił mi to z głowy i powiedział, że sobie poradzą. Tylko
poprosił, żebym wpadła w poniedziałek, jeśli będę się dobrze czuła…
W każdym razie, dzisiaj, z „dwoma okami” czułam się już całkiem dobrze
Mogłam trochę posiedzieć przy komputerze, poczytać… No i postanowiłam
jakoś dobrze spożytkować te L4 i zabrałam się za porządki w moich
papierach. Może nareszcie się do końca rozpakujemy
Muszę tylko uważać, żeby się nie wysilać, bo na przykład nawet przy schylaniu czuję, że trochę mnie boli i szwy lekko ciągną.
Generalnie nie jest tak źle. I Franuś jaki miły…
Siedział wczoraj ze mną kilka godzin w szpitalu, nawet podpytał kogo
trzeba, bo nie wiedziałam na początku gdzie iść. A potem, jak tak
marudziłam, że umrę zaraz z nudów i pewnie nie będę mogła zasnąć z tego
„przemęczenia”, zlitował się nade mną i pograł ze mną w Chińczyka i
Pędzące Żółwie…
I mówi do mnie „biedny cyklopiku”