*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 26 listopada 2010

Nic.

No i dopadło mnie… Zaparcie blogowe :) Usiadłam z zamiarem napisania tego i owego. I nic. Nie idzie po prostu. Tysiąc pomysłów, a żaden jakoś nie chce się zrealizować na piśmie :) Chyba więc sobie dzisiaj odpuszczę jakiekolwiek zaplanowane wcześniej rozważania.
Przypuszczam, że to wina ostatnich dni, rozregulowanych nieco, ze względu na moje L4. Kiedy ściągnęłam opatrunek, okazało się, ku mojej ogromnej radości, że mogę niemal normalnie funkcjonować. Postanowiłam więc jak najbardziej efektywnie wykorzystać ten dodatkowy czas wolny i zabrałam się za porządki. Przeprowadzka miała miejsce już prawie pięć miesięcy temu, a ja wiele rzeczy upchnęłam po prostu do szafek i nie miałam czasu ani (co będę ściemniać) ochoty, żeby się za to zabrać. Od środy ogarnęłam całkiem sporo papierzysk. Przede wszystkim posegregowałam wszystkie moje notatki ze studiów. Mają to do siebie, że szkoda ich wyrzucać, bo przecież zawsze mogą się przydać do odświeżenia języka, czy jako pomoc naukowa w nauczaniu innych. Ogarnęłam już trzy z pięciu szafek, których zawartość chcę przejrzeć, trzeba przyznać, że prace posuwają się do przodu, chociaż tempo jest raczej żółwie, bo nigdy nie potrafiłam robić segregacji tego typu szybko. Nad każdą rzeczą się dziesięć razy zastanawiam :) I tak spędziłam ostatnie trzy dni. W przerwach między jedną teczką z papierami a drugą, zaglądałam do Was :)
Wczoraj przez chwilę zastanawiałam się, czy nie pójść dzisiaj do pracy. Okazało się, że panie „Doktorki” się bardzo postarały i naprawdę ładnie wykonały ten zabieg, bo siniaka nie ma :) Dzisiaj pozostał już tylko ledwo widoczny, lekko żółtawy ślad. No i szwy rzecz jasna, ale to wygląda trochę jak strupek, a z daleka jak rozmazany makijaż :) Ostatecznie jednak pomyślałam sobie, że nie tak często mam okazję dostać czas wolny na rekonwalescencję, więc jeszcze go dziś wykorzystałam.

Stwierdzam, że idealna częstotliwość moich wizyt w Miasteczku winna wynosić 3 tygodnie. Zauważyłam już jakiś czas temu, że dwa tygodnie bez odwiedzin wytrzymuję bez żadnego problemu i czas między jedną a drugą upływa mi w mgnieniu oka. Natomiast, kiedy zbliża się trzeci weekend z rzędu, a ja nie jadę do domu rodzinnego, zaczyna mnie nosić i czuję nadchodzący dołek. Kolejnym objawem jest fakt, że po nocach śni mi się nasz Roki :) Niestety, jakoś będę musiała wytrzymać bez wizyty, bo mam zajęcia na podyplomówce. Pojadę za tydzień. Już się nie mogę doczekać. No po prostu syndrom przedszkolaka mnie dopada. Jest jeszcze nadzieja, że kolejny tydzień roboczy minie w mgnieniu oka, bo to w końcu przełom miesiąca. Na nudę w pracy wtedy absolutnie nie mogę narzekać.
A tak na koniec to muszę stwierdzić, że ściemniam totalnie. Bo prawda jest taka, że już od dawna chcę o czymś napisać, ale się boję, że zapeszę, albo po prostu odczaruję rzeczywistość. Taki już we mnie strach, przed chwaleniem tego, co jest.

środa, 24 listopada 2010

Piratka.

Uff, dzisiaj już lepiej :)
Wczoraj miałam mały zabieg okulistyczny. Nie na samym oku, ale na dolnej powiece. Prawdziwie traumatyczne przeżycie dla mnie, bo pewnie wiele z Was pamięta, jak źle znoszę wszystko, co wiąże się z badaniem oczu. Jakoś przeżyłam, chociaż oczywiście zamykałam co chwilę oko i uciekałam z głową. Nawet nie bolało, bo byłam na znieczuleniu, ale to było silniejsze ode mnie. Zaklajstrowali mi prawe oko i wczoraj przez cały dzień byłam piratką.
Pisałam kiedyś, że nie potrafię się nudzić. I wczoraj okazało się, że naprawdę tego nie potrafię! No myślałam, że zwariuję. Przez to, że miałam sprawne tylko jedno oko, nic nie mogłam robić – nie mogłam siedzieć przy komputerze ani czytać, bo lewe oko bardzo się męczyło i bolała mnie głowa. Nie mogłam sprzątać, bo mam przykaz unikania wysiłku, a wczoraj to w ogóle było dość problematyczne, bo miałam tak ograniczone pole widzenia, że kilka razy zdarzyło się, że prawą ręką zahaczałam o futrynę, bo jej nie zauważałam :) Bałam się brać za zmywanie naczyń – nawet nie wiedziałam, że kiedy patrzy się jednym okiem, to wszystko jest jakieś takie mniej trójwymiarowe. No i cóż, nie pozostało mi nic innego jak całodzienne wylegiwanie się na kanapie… Ludzie, wynudziłam się jak mops! Obejrzałam (jednym okiem) wszystko co leciało w telewizji. A właściwie oglądałam na zmianę ze słuchaniem, bo od czasu do czasu przymykałam lewe oko. Z ulgą przyjęłam porę wieczorną i czas położenia się do spania :)
Dzisiaj mogłam już ściągnąć opatrunek. Myślałam, że będę wyglądać gorzej. Szwy są niestety mocno widoczne, ale siniak nie jest aż tak duży. W zasadzie to na razie jest mocno czerwony. Niestety, Franek twierdzi, ze będzie gorzej, a ja mam powody, żeby mu wierzyć i boję się, że przez kilka dni będę chodzić z limem. We wtorek będę musiała jechać na zdjęcie szwów. I do tego czasu mam zwolnienie z pracy, co jest dość pozytywnym aspektem tego wszystkiego. Chociaż obawiam się, że i tak będę musiała na parę godzin pójść do pracy, bo koniec miesiąca się zbliża… Wczoraj wracając ze szpitala wstąpiłam do pracy, żeby zostawić zwolnienie. Chciałam też wziąć trochę papierów, żeby popracować w domu, ale szef wybił mi to z głowy i powiedział, że sobie poradzą. Tylko poprosił, żebym wpadła w poniedziałek, jeśli będę się dobrze czuła…
W każdym razie, dzisiaj, z „dwoma okami” czułam się już całkiem dobrze :) Mogłam trochę posiedzieć przy komputerze, poczytać… No i postanowiłam jakoś dobrze spożytkować te L4 i zabrałam się za porządki w moich papierach. Może nareszcie się do końca rozpakujemy :) Muszę tylko uważać, żeby się nie wysilać, bo na przykład nawet przy schylaniu czuję, że trochę mnie boli i szwy lekko ciągną.
Generalnie nie jest tak źle. I Franuś jaki miły… :) Siedział wczoraj ze mną kilka godzin w szpitalu, nawet podpytał kogo trzeba, bo nie wiedziałam na początku gdzie iść. A potem, jak tak marudziłam, że umrę zaraz z nudów i pewnie nie będę mogła zasnąć z tego „przemęczenia”, zlitował się nade mną i  pograł ze mną w Chińczyka i Pędzące Żółwie…
I mówi do mnie „biedny cyklopiku” :)