*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 9 grudnia 2010

Łoś!

A ten znowu ma focha :/ Normalnie jeszcze trochę i naprawdę uwierzę, że on ma jakiś zespół napięcia przedmiesiączkowego, tyle, że co dwa miesiące. Bo średnio w takich odstępach czasu muszę znosić Frankowe humory.

Zaczęło się wczoraj rano. Tak mi zepsuł nastrój tym swoim obrażalstwem i nerwowością, że postanowiłam, że się do niego nie odezwę dopóki nie przeprosi. Ale, kurka wodna, nie potrafię nie odbierać telefonu. A skoro odebrałam, to i odezwać się musiałam. Pytał tylko co robimy na obiad, więc udzieliłam mu tej informacji wielce urzędowym tonem.A kiedy wróciłam do domu, trudno było mi się obrażać dalej, bo obiad pachniał już, a w moim kapciu znalazłam paczkę żelków. No więc na chwilę mi przeszło. Ale naprawdę na chwilę, bo zaraz po obiedzie Franek poszedł sobie do drugiego pokoju spać. Wstał na chwilę dopiero po ósmej, trochę na mnie powarczał i położył się z powrotem. Przez całą noc nawet mnie nie dotknął (a budziłam się kilka razy, podświadomie chyba czekając na jakieś przytulenie). Raz tak jakby dotknął moich włosów, przez minimalną chwilę zdawało mi się, że może mnie chce pogłaskać, ale to chyba był tylko „przezsenny odruch bezwarunkowy”. A jak wstawał, to nawet nie dał mi buziaka.

Jak mnie wkurza ten łoś! Najgorsze jest to, że nie potrafię tego tak sobie olać. Owszem, nauczyłam się już teraz, że mam do niego nie podchodzić w ogóle, nawet z kijem, jak się tak zachowuje. Siedzę sobie w drugim pokoju, robię swoje, wychodzę na aerobik, potem oglądam „Na wspólnej”… Niby zajmuję się sobą, a jednak nie potrafię się od tego odciąć. Emocjonalnie, gdzieś w środku przeżywam to bardzo, a nawet popłakuję sobie chwilami. Dobra, on się będzie tłumaczył, że zmęczony jest (kolejna prawidłowość – te fochy ma zawsze w okresie, kiedy przez kilka dni ma do pracy na bardzo-bardzo rano i potem odsypia). Ale ja dziękuję bardzo za coś takiego. To niech się prześpi dwie godzinki i niech będzie normalny a nie się wyżywa. Bo nawet jeśli świadomie tego nie robi, to jego foczenie ma wpływ również na mój nastrój. Niestety, nic mi się nie chce robić i niespecjalnie cieszą mnie różne rzeczy, które w innych okolicznościach na pewno sprawiłyby mi radość.

Jutro ma wolne. I coś czuję, że dzisiaj nastąpi cudowne ozdrowienie (bo zapomniałam wspomnieć, że oprócz tego, że zmęczony, to jeszcze przeziębiony) i nagle będzie już bardzo wypoczęty. Przynajmniej na tyle, żeby wypić czteropak piwa. Najlepiej z kumplami :/ Co za łoś! Chciałoby się go olać, ale jakoś nie potrafię :/

wtorek, 7 grudnia 2010

Zwariowany poranek…

Wczoraj rano, Franka budzik zadzwonił gdzieś między trzecią a czwartą. Czasami udaje mi się na ten budzik nie reagować,przebudzam się tylko lekko, żeby otrzymać buziaka od Franka, a potem odwracam się na drugi bok i zasypiam, bo wiem, że mam jeszcze jakieś dwie godzinki snu… Ale wczoraj nie mogłam z powrotem zasnąć. Czułam się śpiąca, ale cały czas słyszałam jak się Franuś krząta – robi sobie herbatę, korzysta z łazienki… Po jakichś dwudziestu minutach usłyszałam, że zamyka drzwi i przekręca klucz w zamku. Zrobiło się cicho. Nie na długo jednak. Po chwili, znowu słyszę klucz,otwierające się drzwi i Franek wpada do sypialni. Rzuca się na łóżko koło mnie i się śmieje. Cieszy się strasznie, bo właśnie mu się przypomniało, że mu się godziny pomyliły i on dzisiaj nie ma do pracy na 4:50, a dopiero na 9:00! Ale że się już rozbudził, stwierdził, że pójdzie oglądać telewizję. Ja zasypiam. Po chwili przebudzam się i stwierdzam, że chyba musiało mi się przyśnić, że ten Franek wrócił, bo go wcale nie słyszałam… Zasypiam z powrotem aż nagle coś mnie gwałtownie wyrywa ze snu. A właściwie nie coś, tylko Franek. Krzyczy, że już jestem spóźniona. Faktycznie, jasno już na dworze. Kurka wodna, jak to się stało?? Przecież nastawiłam budzik na 5:55. Sprawdzam – pomyłka,nastawiłam na 7:55. Cholera, spóźniłam się do pracy… Dobrze, że Franek jeszcze jest, to przynajmniej w czasie, kiedy się myję, ubieram i układam włosy, robi mi śniadanie. Naprawdę pyszne mu wyszło. Do tego dorzuca mi kanapki do pracy. A ja już muszę pędzić… Jeszcze szybki makijaż, pakuję torbę i wychodzę. Łapię autobus, wyciągam książkę. O żesz, zmiana trasy dzisiaj, będę musiała się przesiadać :/ No to wysiadam z tego autobusu i czekam na tramwaj. No, już jestem ze trzy godziny chyba spóźniona, skoro już się przy ulicy handlarze ze swoimi straganami rozkładają! Oglądam sobie właśnie kolorowe spinki do włosów,które sprzedają i… słyszę budzik… Otwieram oczy, ciemno. Budzik się drze nadal – 5:55.
Nawet sobie nie wyobrażacie jaka byłam zdziwiona! Ten sen był tak realny, że byłam pewna, że już wstałam, w ogóle mi się w głowie nie mieściło, że to mi się śni. Nie mogłam się pozbierać z tego szoku. A wiecie co było najgorsze? Że musiałam wszystko robić jeszcze raz :)) – jeszcze raz się ubierać, jeszcze raz się czesać, jeszcze raz jeść śniadanie. Tylko teraz musiałam je sobie zrobić sama :(