*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Ciężkie
czasy nastały dla mojego blogowania. Czas skurczył się do granic
niemożliwości. W pracy syndrom początku miesiąca, a kiedy wracam do domu
to nawet nie włączam komputera tylko od razu siadam do nauki. Egzamin
już za dziesięć dni i zaczynam lekko panikować. Jest to jeden egzamin,
ale z pięciu przedmiotów. Muszę więc opanować materiał z dokładnie z
całego poprzedniego semestru i nie mogę rozłożyć sobie tego w czasie.
Niby wszyscy mówią, że na studiach podyplomowych przecież niemożliwe
jest nie zdać egzaminu, ale dopóki się nie przekonam to nie uwierzę…
Boję się trochę, bo co prawda zostały mi tylko do przejrzenia notatki z
zarządzania jakością, ale czy jeden tydzień wystarczy mi, żeby powtórzyć
wszystko, czego się nauczyłam ostatnio, a co domaga się powtórki, bo
powoli ulatuje z głowy?
W
związku z poprzednią notką otrzymałam kilka próśb o szczegóły mojej
diety. Dziewczyny, naprawdę nie mam czasu chwilowo na maila, ale
obiecuję, że napiszę jeszcze jedną notkę na ten temat, w której będzie
więcej szczegółów. A że dieta naprawdę jest nieskomplikowana, to wydaje
mi się, że to będzie wystarczające.
Zaczęłam
nawet pisać tę notkę, ale chwilowo mam tyle na głowie, że nie potrafię
się skupić na pisaniu, gdy jakiś głosik w głowie krzyczy, że jest
jeszcze tyyyle do zrobienia
A więc teraz melduję się tylko na chwilę, coby moja częstotliwość
pisania już nie poleciała tak całkiem na łeb na szyję, i być może wrócę z
dietetyczną notką jutro lub w piątek
Pozdrawiam
No to jesteśmy na diecie
Znaczy się ja i mój żołądek, bo Franek już chyba chudszy być nie może
Niektóre
z Was być może pamiętają, że trzy lata temu byłam na diecie i w ciągu
czterech miesięcy schudłam 12kg. W planie było 9, ale mój organizm się
rozpędził i potem musiałam dwa kilo przytyć, bo się za bardzo koścista
zrobiłam. Przez kolejne miesiące moim jedynym celem było utrzymywać moją
wagę tak, aby wahała się od 48 do 50 kg. (Od razu podkreślam, ze mam
158 cm wzrostu, więc nie jestem anorektyczką! :)) Udawało mi się to
przez dwa lata i niestety pod koniec ubiegłego roku trochę mi przybyło
tu i ówdzie.
Mój
tryb życia nie zmienił się specjalnie, nadal regularnie ćwiczyłam i
starałam się jeść tak, jak wcześniej. Ale możliwe, że przy Franku moje
posiłki stały się trochę bardziej tłuste albo porcje były większe. A
może i słodyczy jadłam więcej niż kiedyś? Tak czy inaczej, moja waga
niebezpiecznie zaczęła zbliżać się do 52 kg. Dwa tygodnie temu
powiedziałam sobie – dość!
Zbierałam
się do tego długo, ale widocznie musiałam dojrzeć do tej decyzji. Co
prawda podobno w ogóle po mnie nie widać tych dwóch kilogramów więcej,
we wszystkie ubrania mieszczę się tak jak zawsze, ale mnie zawsze
przybywa kilogramów w talii i nie podoba mi się ten tłuszczyk, który się
tam odkłada. Możliwe, że inni go nie widzą, bo nietrudno jest to
zamaskować, ale dla mnie przede wszystkim liczy się to, co ja o sobie
myślę i czy sama sobie się podobam. Postanowiłam powalczyć z tymi
kilkoma centymetrami w talii.
Moim problemem było to, że to tylko dwa kilo
Ciągle szkoda mi było zachodu, ale wreszcie się zmobilizowałam.
Od
dwóch tygodni jestem na mojej ulubionej i moim zdaniem jedynej
skutecznej dla mnie (podkreślam, ze dla mnie, bo skoro są osoby, które
chudną po Kopenhaskiej, Dukana i innych, to widocznie coś w tym jest,
ale na pewno nie są to diety dla mnie) diecie niskokalorycznej. Już
kiedyś pisałam bardziej szczegółowo, jak się do tego zabieram, więc
niech notka Dieta cud? Nie dziękuję. będzie uzupełnieniem dzisiejszej.
Teraz
pochwalę się tylko, że już udało mi się zrzucić 1,5 kg, a więc mam
nawet szybsze tempo od tego, które sobie założyłam (1kg na dwa
tygodnie). A poza tym moja talia wygląda już tak, że jestem z niej
całkiem zadowolona, zbędnego tłuszczyku za wiele tam nie ma
Wiem,
że być może dla niektórych takie tempo to żadne tempo, ale ja uważam,
że takie chudnięcie jest najbardziej optymalne dla mojego organizmu,
który stopniowo przyzwyczaja się do mniejszej ilości kalorii. Myślę, że
jeszcze jakieś dwa, trzy tygodnie i zacznę etap stabilizacji. Muszę się
bardzo pilnować, żeby nie ważyć poniżej 48 kg, bo zaczynam wtedy
nieładnie wyglądać. Mam chyba ciężkie kości, bo nawet przy wadze, która
dla mnie jest jeszcze prawidłowa wyglądam niedobrze – chudnę na twarzy i
wyglądam niezdrowo, a poza tym straszę wystającymi kośćmi
obojczykowymi. Moja mama i Franek (zwłaszcza Franek, bo nie podobałam mu
się w wersji 46,5kg) bardzo mnie pilnują, żebym nie przesadziła.O kolejnych szczegółach wspomnę następnym razem. Bo o jedzeniu to ja mogę długo