*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Jak zapewne zauważyłyście
już jest po sobocie. A obiecałam, że po sobocie wrócę do świata żywych
No i właśnie stopniowo staram się spełnić moją obietnicę
Mam za sobą bardzo fajny weekend. A właściwie całkiem zwyczajny, ale
ponieważ moje ostatnie trzy weekendy wyglądały zupełnie inaczej i
polegały głównie na czytaniu notatek, doceniłam normalność wczorajszego
dnia.
Jestem po zaliczeniu. Co prawda nie znam jeszcze wyników, ale i
tak cieszę się, że mam to już za sobą. Egzamin nie był najtrudniejszy,
aczkolwiek przyznać muszę, że bułka z masłem to też nie była. Niby to
był test wyboru, ale niektóre pytania były bardzo podchwytliwe i jestem
pewna, że nie wszystkie nasze odpowiedzi są poprawne. Piszę „nasze”, bo
to właściwie była praca zbiorowa
Tego się nie spodziewałam. Cały czas się konsultowaliśmy ze sobą, a
opiekun naszego studium patrzył się – to na sufit, to w okno, to w ekran
komputera. A czasami nawet na nas. Ale byliśmy cichutko,
porozumiewaliśmy się tylko szeptem
W każdym razie – ocen będzie pięć i jeżeli nawet nie zaliczę któregoś z
przedmiotów, to przynajmniej razem z połową grupy, bo mamy identyczne
odpowiedzi
Wieczorem umówiłam się z koleżanką, posiedziałyśmy trochę przy piwku.
I… straszne rzeczy normalnie, wypiłam dwa piwa i już mi się całkiem
konkretnie kręciło w głowie! Ojj, wyszłam z wprawy, zdecydowanie. Ale ma
to swoje dobre strony również – ekonomiczna jestem
W niedzielę natomiast poszłam z Frankiem do kościoła, później
ugotowałam obiad, wyprasowałam mu mundur (Frankowi, obiad munduru nie
potrzebuje:)) i wyprawiłam go do pracy (też Franka, chociaż z obiadem – w
brzuchu:P). I miałam czas dla siebie. Obłożyłam się książkami i
czytałam, czytałam, czytałam… A potem zasnęłam snem tak twardym, że nie
słyszałam nawet jak Franek przyszedł, jak się krzątał po domu i nad
ranem stwierdziłam z ogromnym zdziwieniem, że leży obok mnie.
Dzisiaj po pracy musiałam pozałatwiać kilka zaległych spraw. A przede
wszystkim… Obleciałam połowę bibliotek, do których jestem zapisana.
Wróciłam do domu z nowymi łupami
Żebyście Wy wiedziały, jak ja uwielbiam czytać! Czasami cały dzień
jestem w dobrym humorze tylko dlatego, że wiem, że popołudniu pogrążę
się w lekturze
I co poza tym? Jutro Franek ma wolne. Po cichu liczę na to, że może
odbijemy sobie jakoś dzisiejsze Walentynki. A w środę idziemy oboje do
pracy, a po południu jedziemy razem do Miasteczka. Franek ma urlop w
czwartek i piątek, więc też sobie wzięłam i spędzimy razem cztery dni
***
Właśnie dostałam maila, iż egzamin do przodu
Piątki z zarządzania jakością, zarządzania dystrybucją i transportu i
spedycji międzynarodowej. Czwórki z logistyki międzynarodowej i z prawa
transportowego
Laba!
Dzisiaj obiecana notka, bo niektóre z Was zaczynają się już lekko niecierpliwić
Ostrzegam, będzie długa, bo jednak chciałam podać jak najwięcej szczegółów.
Zanim jednak opiszę główne zasady, do których się stosuję podczas
diety, muszę coś ważnego podkreślić: nie należę do osób, które mówią, że
są grube, tylko po to, żeby usłyszeć, że to bzdura. Mam lustro i zdrowe
spojrzenie na samą siebie, wiem, że jestem drobna i raczej szczupła.
Ale każdy ma jakąś piętę achillesową. Moją jest talia. Tłuszcz odkłada
mi się „po męsku” w okolicach brzucha, a ja nie lubię tej oponki, która
się czasami pojawia. I chociaż zazwyczaj inni jej nie widzą, bo można ją
ukryć pod mniej obcisłymi ubraniami, to ja nie czuję się dobrze z
nadmiarem tłuszczyku w tych okolicach.
A więc osobom, które dziwiły
się, że chcę schudnąć odpowiadam – moim głównym celem było nie tyle
zrzucenie zbędnych kilogramów, co po prostu osiągnięcie ładniejszego
kształtu sylwetki
Druga ważna kwestia: uważam, że jednym z najczęstszych błędów, jeśli
chodzi o diety, jest jednoznacznie kojarzenie każdej diety z
odchudzaniem i wyrzeczeniami. A przecież wcale nie musi tak być. Diety
bywają różne – także oczyszczające lub wysokokaloryczne i te drugie,
bynajmniej nie służą utracie zbędnych kilogramów. A dieta to po prostu
pewien sposób odżywiania się, czasami warto ją zastosować wcale nie
dlatego, żeby schudnąć, czy przytyć, ale żeby zmienić swoje nawyki
żywieniowe. I to był drugi cel, który chciałam osiągnąć – chciałam znowu
zacząć zwracać uwagę na to co i jak jem.
***
Nie dla mnie wszelkie diety, które wymagają odmawiania sobie
czegokolwiek, ignorowania jakiegoś rodzaju produktów, zajadania się
ciągle tym samym albo kombinowania jakichś specjalnych dań składających
się z „dozwolonych” składników. Za bardzo LUBIĘ JEŚĆ, żeby zadowolić się
jakimś koktajlem zapychającym zamiast obiadu
Żadnych głodówek, bo kiedy jestem głodna, nie potrafię normalnie
funkcjonować. Dlatego właśnie jedyną odpowiednią dla mnie dietą jest
dieta niskokaloryczna. Pozwala mi ona na jedzenie wszystkiego, bez
żadnych ograniczeń, co do typu jedzenia, a jedynie limituje jego ilość.
Cóż, diety cud nie istnieją i bardzo w to wierzę. Nie
da się chudnąć jedząc bez umiaru, więc ograniczać się trzeba i bez
wyrzeczeń niczego się nie osiągnie, byleby te wyrzeczenia były w normie.
Podstawowe założenia tej diety wymieniałam już w notce Dieta cud? Nie, dziękuję,
więc zainteresowanych proszę o powrót do tej notki. Żeby się nie
powtarzać, przypomnę tylko, że ta dieta to czysta matematyka -
jeżeli naszemu organizmowi dostarczymy w ciągu określonego czasu o 7000
kalorii mniej niż tego potrzebuje, schudniemy 1 kilogram (700
kcal = 100 gr). Dla przykładu, młodzież żeńska (16-20 lat) potrzebuje
dziennie dostarczyć organizmowi 2500-2700 kcal. Kobiety w wieku 20-59
lat pracujące lekko (na przykład tak jak ja – w biurze) potrzebują
2100-2300 kalorii. Dane te zaczerpnięte są z książek dotyczących
zdrowego odżywiania się a także potwierdzone u osób znających się na
rzeczy (bo na przykład miały do czynienia na studiach z metabolizmem
człowieka i jego żywieniem). Można oczywiście wszystko sprawdzić w
internecie – wyliczyć sobie zapotrzebowanie kaloryczne w odniesieniu do
wieku, wzrostu, wagi i aktywności fizycznej. Ale zalecam ostrożność –
warto sprawdzać dane na kilku stronach.
Należy pamiętać, że kalorie spalamy bez przerwy – także podczas oddychania, snu, czy… jedzenia
Do tego dochodzą codzienne czynności jak nauka, sprzątanie, zakupy.
Wszystko to trzeba wziąć pod uwagę, kiedy wylicza się ile kalorii
spalamy każdego dnia. Dla przykładu posłużę się moją osobą
Pracuję w biurze, mam pracę raczej siedzącą (chociaż oczywiście nie
jestem do krzesła przyklejona przez osiem godzin, ze dwadzieścia razy
dziennie kursuje między biurem a kuchnią czy magazynem i bynajmniej nie
po to, żeby jeść :)) Ćwiczę raczej regularnie – przynajmniej dwa razy w
tygodniu chodzę na aerobik, do tego zdarza się basen, spacery, bieganie…
do autobusu
Codziennie chodzę piechotą przynajmniej przez 20 minut. W domu
przynajmniej przez dwie godziny dziennie zajmuję się sprzątaniem,
gotowaniem, praniem czy prasowaniem. Czasu wolnego raczej nie spędzam
tylko przed telewizorem, nie ruszając się. Można więc powiedzieć, że
jestem osobą o umiarkowanej aktywności fizycznej. Absolutne minimum dla
mnie, ale naprawdę minimum – które zakłada niewielką aktywność fizyczną,
to 1850 kcal dziennie. Jednak kiedy tak jadam, to zwykle chudnę.
Najbezpieczniejsza ilość kalorii dla mnie to 2000-2100 kalorii dziennie.
Więc aby chudnąć w tempie 1kg na tydzień, codziennie musiałam dostarczać organizmowi o 1000 kalorii mniej niż tego potrzebuje. Udało się – jadłam dziennie 900-1100 kalorii i faktycznie schudłam trzy kilo w ciągu trzech tygodni.
Czysta matematyka, tu się nie da oszukać.
I proszę się nie przerażać
Tysiąc kalorii tylko wygląda tak groźnie. Może się wydawać, że nic się nie da zjeść, żeby się zmieścić w takiej ilości
A tymczasem przez te trzy tygodnie jadłam normalne kanapki (ale
często nie smaruję ich żadnym tłuszczem), owoce, jogurty (nie tylko
light), słodycze (ważny jest umiar, ale zakazu nie ma) i normalne obiady
składające się z zupy i drugiego dania. Uwaga! Byłam (jestem) na
diecie, ale w tym czasie pozwoliłam sobie także na pączka, na pizzę, na
ciastko czekoladowe a także trochę chipsów i bułkę tartą z masłem jako
dodatek do kalafiora. I mimo tego – schudłam. A to dlatego, że
najważniejsza jest równowaga. Kiedy wiedziałam, że zjadłam na śniadanie
pączka, to już na obiad nie jadłam pizzy albo kotleta schabowego w
panierce. Natomiast gdy na śniadanie zjadłam kromkę zwykłego chleba
(kupujemy mały chleb i jedna kromka to zazwyczaj 25 gramów) z drobiową
wędliną (razem to najwyżej 100 kalorii) to na drugie śniadanie zjadłam
sobie batonika. I cóż… – tak to właśnie działa – naprawdę można jeść
wszystko, ale w rozsądnych ilościach i rozsądnie je łącząc.
Myślę, że kluczem
do sukcesu jest zrezygnowanie z jedzenia tego, co dostarcza nam
ogromnych ilości kalorii mimo, że wcale się tym nie najemy. Ja na
przykład od dawna już nie słodzę herbaty (dwie łyżeczki cukru to 80
kcal), więcej gotuję na parze a nie smażę na tłuszczu, kiedy idę na
lody, unikam bitej śmietany, kiedy jem chleb z jakimś smarowidłem, to
rezygnuję z masła, zup i sosów nie zagęszczam mąką i śmietaną, rezygnuję
z sosów na bazie majonezu, nie piję słodkich napojów itd. Wiem, że na
pewno znajdą się jakieś niedowiarki, które stwierdzą, że nie da się
schudnąć jedząc pączki i fast foody
A ja mogę powiedzieć tylko – w takim razie i tak Was nie przekonam,
dopóki sami na własne oczy tego nie zobaczycie obliczając samodzielnie
kalorie w tym, co jecie:)
Oczywiście dieta jest dość mocno wymagająca i absorbująca
– przynajmniej na początku. Ważenie wszystkiego, odmierzanie i
przeliczanie trwa długo. Ale dość szybko człowiek uczy się ile można
zjeść, zapamiętuje mniej więcej co ma jaką kaloryczność i z czasem
skrupulatne liczenie nie jest aż tak konieczne. Ale zaznaczam od razu –
to dieta dla cierpliwych i zdeterminowanych. No i oczywiście silną wolę
też trzeba mieć, żeby przy podwieczorku zjeść tylko jeden kawałek ciasta
a nie dwa – żeby nie przekroczyć dziennej dawki kalorii
I jeszcze jedna ważna sprawa – bardzo istotne są stałe godziny posiłków (bez przesady, nie co do minuty) Ja jem pięć razy dziennie co trzy godziny zaczynając od 6:30, a kończąc na 18:30- 19:00
Nawyk kilku mniejszych posiłków w ciągu dnia w regularnych odstępach
czasu wszedł mi w krew już kilka lat temu podczas ostatniej diety.
Przypuszczam, że w dużej mierze to dzięki temu nawet po zakończeniu
diety utrzymywałam stałą wagę ciała, która wahała się najwyżej o 2 kg.
No i za tą regularnością posiłków idzie jeszcze jedna zasada: ZAKAZ PODJADANIA!
No nie można, bo w ten sposób nie nauczymy naszego mózgu i żołądka, że
mają sobie tak rozłożyć dostarczoną energię, żeby ładnie ją strawić w
ciągu tych kilku godzin do kolejnego posiłku. Poza tym psujemy sobie
wtedy kaloryczną statystykę i trudniej jest zmieścić się w założonej
ilości kalorii
Na początku polecam po prostu planowanie sobie posiłków na cały dzień,
żeby nie ocknąć się w porze drugiego śniadania, że nie mamy co zjeść i z
głodu jemy byle co. Później to już wchodzi w krew i planowanie jest
zbędne bo i bez tego wiemy, na co można sobie pozwolić.
***
Podsumowując (to takie streszczenie dla leniwych :P, z tym, że bez powyższego rozwinięcia to brzmi jak zbiór banałów
:
1.
Najważniejsza jest RÓWNOWAGA! Można jeść wszystko, ale rozsądnie!
Schudniemy bądź po prostu nie przytyjemy tylko wtedy, gdy nie
dostarczymy organizmowi więcej kalorii niż potrzebuje danego dnia. Jeśli
zdarzy nam się dzień kiedy po prostu nie wypada nie jeść, albo
zwyczajnie nie chcemy rezygnować z pyszności (np. wesele lub inna
impreza), to nie należy się załamywać. Zawsze można następnego dnia
zmniejszyć ilość kalorii i wszystko się zrównoważy.
2.
Równie ważna jest REGULARNOŚĆ – zarówno posiłków jaki naszych zwyczajów
po prostu. Ważne jest, żeby weszło to nam w krew. Uważam, że tak
naprawdę w tej diecie najważniejsze jest przyswajanie poprawnych nawyków
żywieniowych – zapamiętujemy co i jak jeść.
3.
Nic nie da się zrobić bez KONSEKWENCJI i WYTRWAŁOŚCI. Nie należy
poddawać się zbyt szybko. Ale przede wszystkim należy pamiętać, że jest
to dieta, która przynosi prawdziwe, długoterminowe efekty dopiero po
kilku tygodniach jej stosowania.
4.
Jak już wspomniałam, niezbędna jest też CIERPLIWOŚĆ do wyliczania
wszystkiego, wyszukiwania posiłków w tabelach kalorycznych, analizowania
ile możemy zjeść, ile nam potrzeba energii itd.
5.No
i w końcu – ZDROWY ROZSĄDEK. Nie można przesadzać ani w jedną, ani w
drugą stronę. Ja nie mam zamiaru już więcej chudnąć, bo wiem, że ani
tego nie potrzebuję, ani nie wpłynęłoby to korzystnie na mój wygląd i
zdrowie. Kiedy zrzucimy kilka kilo, należy stopniowo zwiększać ilość
kalorii do tej, która jest nam potrzebna, aby utrzymywać stałą wagę. Nie
można katować się głodówkami, ale też nie wolno popadać w euforyczne
obżarstwo
– skoro wiemy, że owszem, można sobie pozwolić na pączka, to nie jedzmy dwóch!
Gwarantuję
Wam skuteczność tej diety. Zwyczajnie ją przetestowałam – okazała się
skuteczna za każdym razem (za pierwszym razem schudłam z wagi 59 i od
tamtej pory nigdy nie przekroczyłam 52 kg, teraz pozbyłam się trzech
kg). Ale to wszystko pod warunkiem, że ilość kalorii dostarczanych
organizmowi będzie mniejsza niż ta, której potrzebuje.
Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, chętnie odpowiem