*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

niedziela, 27 lutego 2011

Dawno temu…

„Dawno, dawno temu młode dziewczęta spotykały się z młodymi chłopcami, gdy na granatowym niebie lśnił księżyc w pełni, wszyscy śpiewali i tańczyli przy ognisku, było wino i tańce, grała muzyka i rozbrzmiewał głośny śmiech. Kiedy jedna para oczu napotkała drugą, dziewczyna zaczęła szybciej oddychać, a chłopiec podszedł bliżej. Nagle ona podniosła wzrok, on spojrzał w dół i…
Dawno temu była pierwsza miłość. (…)
Pierwsza miłość, pierwszy pocałunek, pierwsze wszystko.
Kiedy wszyscy byli jeszcze tacy młodzi.
A potem się postarzeli.
Czas przeminął wraz z fazami księżyca, ucichła muzyka, dziewczyna zdjęła sukienkę z tafty, zgasło ognisko i przestali się śmiać. Aż kiedyś przed dziewczyną stanął inny mężczyzna i uśmiechnął się. Ona podniosła na niego wzrok, a on spojrzał na nią czule.
To nie była pierwsza miłość.
Nie był to pierwszy pocałunek.
Ale mimo wszystko była to miłość.
A pocałunek smakował słodko.
I serce nadal biło bardzo mocno.
Dziewczyna ruszyła przed siebie. Chciała żyć i być szczęśliwa. Pragnęła znów kochać. Nie chciała siedzieć samotnie przy oknie i spoglądać na przepastne morze. Nie chciała pamiętać. Pragnęła zapomnieć tego pierwszego mężczyznę. I tylko zapamiętać to pierwsze uczucie.
Zapamiętać je i obdarować nim innego mężczyznę. I znów się śmiać, bo jej serce było zbyt pełnie miłości i zbyt radosne, by nie kochać już nigdy więcej. Bo jej serce musiało czuć i chciało wzbić się w obłoki.
Bo życie było takie długie.
Dziewczyna przestała się smucić, uśmiechnęła się, założyła inną sukienkę i stanęła przed innym mężczyzną. Znów śpiewała, żartowała, przecież nie umarła, nadal chodziła po świecie i nadal była tą samą osobą. Osobą, która od czasu do czasu musiała się śmiać, nawet jeśli wiedziała, że  wciągu tych wszystkich lat, które ma przed sobą, już nigdy nie będzie tak, jak kochała, kiedy jej serce miało siedemnaście lat (…)”

Chyba po raz pierwszy spotkałam się z tekstem, który tak precyzyjnie odzwierciedla to, co myślę, w co głęboko wierzę i przede wszystkim, co czuję…  Nigdy nie potrafiłabym tego lepiej ubrać w słowa. Zrobiła to za mnie Paulina Simmons w Tatianie i Aleksandrze.

Wiem, że są osoby, które uważają, że kochać można tylko raz w życiu. Ale zazwyczaj są to ci, którzy mieli to szczęście, że ich pierwszą miłością była osoba, z którą się związały na całe życie. Nie każdy ma takie szczęście, a ludzie rozstają się z najróżniejszych powodów. Jakie to byłoby smutne, gdyby każdy miał w życiu tylko jedną szansę na przeżycie miłości… Przecież czasami to nie my jesteśmy stroną, która przestaje kochać, czy naprawdę los miałby nas karać brakiem miłości do końca życia, tylko dlatego, że się pomyliliśmy i oddaliśmy serce komuś, kto nie potrafił go docenić? Albo dlatego, że się pomyliliśmy i pokochaliśmy za szybko, kiedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że czasami sama miłość nie wystarcza?

I ja uważam, że owszem, można kochać tylko raz w życiu. I z nikim, kto tak twierdzi, nie będę się spierać. Ale wierzę też, nie, ja wiem to na pewno, że można też kochać po raz kolejny. I można kochać tak samo szczerze wiele razy. Na pewno każda miłość jest inna, ale kiedy się zapamięta to pierwsze uczucie i obdaruje nim kogoś innego, jestem pewna, że jest ono tak samo mocne i szczere. Być może czasami trwalsze, bo oparte na innych fundamentach.
Wiem to na pewno. Przeżyłam to. I mogłabym powiedzieć, że każdy, kto mówi, że to nieprawda depcze uczucie, które dla mnie i dla kogoś jeszcze, mogło być lub nadal jest świętością. Bo każdy może odpowiadać tylko za siebie i za swoje uczucia, nie może natomiast wiedzieć co czułam ja i nie może wiedzieć, że byłam gotowa oddać życie za kogoś, kto dziś jest tylko wspomnieniem… Bo różnie się dzieje.

Kiedy kogoś kocham, kocham całym sercem, całym umysłem i całą sobą, nawet jeśli wiem, że to nie jest pierwsza miłość i że już nigdy nie będę kochała tak samo jak dziesięć lat temu…
Chociaż… myślę, że ktoś jeszcze kiedyś powiedział coś, czego nie potrafiłabym ubrać w słowa, mimo, że potrafię to odczuwać:
„Bo nigdy nie wiadomo, mówiąc o miłości, czy pierwsza jest ostatnią, czy ostatnia pierwszą…”

czwartek, 24 lutego 2011

Cięcie.

Niektórzy muszą dojrzeć do tego, żeby zmienić coś w swoim wyglądzie. U mnie natomiast jest zupełnie na odwrót, zwłaszcza jeśli chodzi o fryzjera. Jednego dnia patrzę na swoje włosy i jestem z nich zadowolona.  A kilka dni później wstaję rano, patrzę na siebie i mówię „basta, wasz czas się skończył!” Wasz, czyli włosów :) 

To jest jedna z niewielu spontanicznych decyzji jakie w życiu podejmuję i dlatego nie znoszę się umawiać do fryzjera. Bo ja postanowiłam obciąć włosy już, teraz, zaraz, a nie w przyszły piątek na przykład :/ Są fryzjerki, które obetną mnie tak, jak mi się podoba, tyle, że muszę poczekać przynajmniej dwa dni, żeby się do nich wybrać. Obcinanie włosów to jednak dla mnie ryzykowna sprawa, a iść do kogoś tak w ciemno jeszcze bardziej zwiększa to ryzyko :) Ale wczoraj właśnie obudziłam się rano z myślą, że od tej chwili nie cierpię swoich włosów, które sięgają już za ramiona (ostatni raz obcinałam je w sierpniu) i postanowiłam ten jeden raz zaryzykować. Znalazłam jakiś salon w pobliżu miejsca mojej pracy i się zapisałam na 15:30. 

Wizyta u fryzjera to zawsze dla mnie stres. Bo ja nie potrafię iść i tylko podciąć włosy, tylko skracam je o jakieś 20 cm. Przeważnie jest to „na boba” z włosami dłuższymi z przodu (tak do linii brody). A potem na samym końcu okazuje się, że jest trochę za krótko chyba… Znaczy się, fryzjerki mnie ścinają dokładnie tak, jak sobie życzyłam, tylko mnie się wydaje, że chciałam dłużej :)

W pierwszej chwili więc jestem zawsze trochę rozczarowana… Potem przychodzę do domu, gdzie Franek długo mi się przygląda, obraca z każdej strony i w końcu ogłasza werdykt – „jest ok”. Później idę do łazienki, układam włosy po swojemu i zaczynam stwierdzać, że w zasadzie to mi się podoba, a do długości na pewno się przyzwyczaję. Poza tym, tak naprawdę zawsze najbardziej jestem zadowolona ze swoich włosów tak miesiąc/dwa po wizycie u fryzjera :) A więc idealnie – wszak za miesiąc będę sobie zdjęcia cykać w Hiszpanii, więc trzeba jakoś wyglądać :)

Stwierdzić mogę, że pan fryzjer się spisał i niczego nie skaszanił (ano właśnie, bo moją fryzurą zajął się facet. I to nie stereotypowy homoseksualista w różowych ciuszkach tylko pan w okolicach pięćdziesiątki, stateczny małżonek swojej żony, która strzygła panów). Z każdym spojrzeniem w lustro utwierdzam się w przekonaniu, że jest całkiem dobrze i zadowolona jestem, że przy krótszych włosach mniej czasu będę tracić na suszenie i układanie fryzury.

A wieczorem weszłam do pokoju, Franek spojrzał na mnie i stwierdził spontanicznie: „a wiesz, całkiem fajnie ci w tych kłakach*” Czyli jest dobrze. Jeszcze tylko muszę przeżyć dzisiejszy dzień w pracy i wysłuchiwanie komentarzy szefa i kolegów na temat mojego nowego image’u. A mówi się, ze faceci nie zwracają uwagi na wygląd :)

*uwielbiam pochwały Franka dotyczące mojego wyglądu. Oprócz fajnych kłaków mam jeszcze szmatkę, w której dobrze wyglądam (czyt. tunikę) a do tego podoba mu się, gdy się wysmaruję (czyt. zrobię makijaż :))