*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 8 kwietnia 2011

Tak to się zaczęło.

W nowej pracy byłam dopiero trzy dni, ale jak na razie jestem z niej bardzo zadowolona. Odpukać na wszelki wypadek :) Szukałam już od jakiegoś czasu i niektóre z Was wiedzą, że byłam już momentami dość mocno sfrustrowana – zwłaszcza ostatnio. A to dlatego, że nie wysyłałam CV na wszystko, co popadnie, a jedynie w odpowiedzi na ogłoszenia, które mnie zainteresowały i których wymagania spełniałam. Najbardziej irytujące było to, gdy nikt nawet nie oddzwaniał. Byłam też na kilku rozmowach, jedne wspominam lepiej, inne to była całkowita porażka i w sumie cieszyłam się, że nie przyjdzie mi pracować w takiej atmosferze…
A kiedy tak siedzę w nowym biurze, przy własnym ogromnym biurku, mając do dyspozycji dwa komputery zakupione specjalnie z myślą o mnie i wyglądając przez duże okno (przypominam, że w poprzedniej pracy w żadnym biurze nie miałam okna :)), zastanawiam się, czy to ja znalazłam tę pracę, czy ona znalazła mnie?
Oferty, na które aplikowałam dotyczyły różnych stanowisk – ważna była dla mnie praca związana z językiem obcym i najchętniej biurowa. Wysyłałam również CV na stanowiska związane ze spedycją i logistyką. Ale tak naprawdę tylko dwa razy czułam, że naprawdę mi zależy – raz we wrześniu (pamiętacie na pewno tę sprawę), drugi raz w grudniu, gdy miałam rozmowę w sprawie pracy w szkole językowej jako pracownik administracji. Niestety nie udało się – spełniałam każde wymaganie (nawet test szybkiego pisania na komputerze zdałam ponadprzeciętnie), ale się nie udało. Nie wiem dlaczego, wiem natomiast, że chętnych na jedno miejsce było 20 osób. I powiedzcie mi, jak niby uczciwie wybrać tę jedną osobę spośród tylu? Rozczarowałam się wtedy i zniechęciłam. Przez jakiś czas nie wysyłałam CV, potem dostałam zaproszenie do Hiszpanii i pomyślałam sobie, że lepiej odpuścić z tym szukaniem, bo a nuż dostanę nową pracę i nie będę mogła wziąć urlopu…

Do intensywnego wysyłania aplikacji powróciłam w marcu, bo większość ogłoszeń była ważna przez dwa, trzy tygodnie, więc wydumałam sobie, że jeśli będą dzwonić, to akurat kiedy wrócę z urlopu. Z pracą w Winiarni (nazwa wymyślona przez mnie na poczekaniu wyłącznie dla potrzeb bloga:)) wszystko potoczyło się błyskawicznie… W pewien czwartek serce zabiło mi mocniej, gdy przeczytałam kogo szukają i jaki jest zakres obowiązków. To było coś dla mnie. Wysłałam zgłoszenie, nie doczytawszy nawet do końca długiego opisu firmy. Oddzwonili dosłownie po godzinie, zapraszając mnie na rozmowę na piątek. A ja… odmówiłam, bo okazało się, że rozmowa i praca są pod Poznaniem. (raz miałam niefajną sytuację dojeżdżając pod Poznań na rozmowę i powiedziałam, że nigdy więcej!) Ale jakoś się tak dziwnie czułam… Przeczytałam jeszcze raz ogłoszenie, żal mi się zrobiło stanowiska. Spojrzałam na mapę, podumałam, pokombinowałam i…oddzwoniłam. Umówiłam się na ten piątek, tyle, że na późniejszą godzinę i pojechałam.
Kiedyś Margo porównała rozmowę kwalifikacyjną do randki, a czekanie na odpowiedź do czekania na pierwszy telefon od potencjalnej drugiej połówki… Zgadzam się w stu procentach, zdecydowanie coś w tym jest – albo jest chemia, albo jej nie ma i do kolejnego spotkania nigdy nie dochodzi. Na mojej piątkowej atmosferze zdecydowanie zaiskrzyło. Siedziałam tam ponad godzinę i rozmawiałam z dwoma dyrektorami, w pewnym momencie niemal zapominając o tym, że to rozmowa w sprawie pracy. Widziałam też, że im się spodobałam. Zresztą nie omieszkali mi powiedzieć o tym, że moje CV zrobiło na nich wrażenie. Zaimponował im również fakt, że poczytałam w internecie na temat tej firmy i że przyjechałam dzień wcześniej sprawdzić, gdzie znajduje się jej siedziba (pamiętacie słynny rajd poznański? :)). A (jak się później dowiedziałam) dyrektora generalnego ujął fakt, że bez skrępowania i odważnie przyznałam się, że moim hobby są robótki ręczne i bieżące wydarzenia polityczne i społeczne (okazuje się, że czasem warto przyznać się do tego, co niepopularne, byleby tylko być przy tym sobą:)) Rozstaliśmy się w przyjemnej atmosferze w okolicach godziny 15:30. Dwie godziny później odebrałam telefon, w którym zaproszono mnie na poniedziałek do firmy na kolejny etap rozmowy. Zdziwiłam się trochę, bo o kolejnym etapie nie było mowy, zapytałam więc, jak on będzie wyglądał. Usłyszałam, że chodzi o ogólne zapoznanie się z zasadami funkcjonowania firmy, obejrzenie stanowiska pracy, omówienie warunków itp. Nie, przyjęta jeszcze nie byłam. Ale czułam, że jest blisko…
***
Ponieważ teraz muszę już uciekać do mojej nowej pracy, pozwolę sobie na kolejną opowieść w odcinkach :) Wiem, że jeszcze obiecałam pokazać Wam Sewillę i Malagę, ale na pewno dokończę i jedną i drugą opowieść  – w końcu weekend się zaczyna :)

wtorek, 5 kwietnia 2011

Dzieje się.

Brakuje mi intensywnego blogowania :( Zwłaszcza, że teraz mam szczególnie dużo do opowiadania. A tu okazuje się, że niestety bywa, że blogowanie musi odejść na dalszy plan…
Dzieje się u mnie, naprawdę się dzieje. Wczoraj byłam po raz ostatni w mojej byłej już pracy. Po prawie pięciu latach zakończyłam moją karierę w administrowaniu biurem restauracji :) Zaczynałam jako zwykła pomoc biurowa – ksero, wklepywanie faktur… Potem miałam szansę się rozwijać i nauczyłam się naprawdę bardzo dużo. Gdyby nie ta praca, nie miałabym szans na stanowisko, które objęłam teraz – teraz nie będę już ani pomocą, ani asystentką, ani nawet zwykłym pracownikiem administracji, ale specjalistą… Brzmi dumnie :P Przynajmniej dla mnie ;) Żal oczywiście trochę, bo wiecie jak ja „kocham” zmiany (choć jednocześnie ciągle ich potrzebuję – ot taki paradoks:)). Spędziłam w tej firmie kawałek życia jednak :) Lubiłam tę pracę! Bardzo. Lubiłam szefa R. i lubiłam ludzi, z którymi pracowałam. Ale jak to powiedział R. właśnie – „żadnych sentymentów, trzeba iść do przodu”. Bo niestety nadszedł moment, kiedy widziałam, że niczego więcej na tym stanowisku nie osiągnę i sam R. przyznał, że się tam marnuję… Swoją drogą, przyznać muszę, że przy okazji pożegnań usłyszałam wiele miłych słów pod moim adresem. Osoby, które współpracowały ze mną najściślej (choćby na odległość) dziękowały mi za profesjonalizm i świetne zorganizowanie. A R. „za prawie doskonałość i perfekcjonizm”. To fajne, kiedy człowiek wie, że to co robił naprawdę było przez innych zauważane i doceniane.
Pracę w nowym miejscu zaczęłam dziś. Ale już wczoraj byłam na pierwszej służbowej kolacji – zorganizowanej specjalnie z myślą o mnie, bo chodziło o przywitanie mnie w zespole. Było naprawdę sympatycznie i wesoło. A ponieważ jest to branża alkoholowa, nie mogłam odmówić degustacji i powiem Wam, że pod koniec trudno było mi utrzymać się w pionie, ale trzymałam fason do końca i dopiero w domu poczułam jak bardzo szumi mi w głowie. Swoją drogą, wróciłam do domu w okolicach trzeciej nad ranem! A do tego taksówką na koszt firmy, normalnie full wypas :) Niektóre z Was wiedzą, że taksówkami nie jeżdżę w zasadzie nigdy – no to wczoraj i dzisiaj wyrobiłam normę na jakieś dwa lata.
Więcej na temat nowego miejsca pracy napiszę innym razem. Przyznam tylko, że niestety teraz muszę sobie kompletnie inaczej zorganizować czas. Ale mam nadzieję, że w czasem wszystko się poukłada i nawet na blogowanie będę miała więcej czasu :)
Ps. Padam już dzisiaj na pyszczek, więc odpowiedzi na komentarze pod poprzednią notką spodziewajcie się jutro :)