*OGŁOSZENIE*
Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)
Nie jeden raz pracując u R. myślałam sobie, że kiedy
zmienię pracę, na pewno skończą się wszelkie długie weekendy… A tu
spotkało mnie bardzo miłe zaskoczenie, bo nie dość, że nic się nie
skończyło, to w dodatku wcale nie tracę urlopu
Ze względu na to, że w takie dni jak Wielki Piątek, 2 maja, czy piątek
po Bożym Ciele magazyn i biuro są u nas zamknięte, nie ma potrzeby,
żebym siedziała w pracy. Ze względu na to, że Warszawa pracuje, a ja
podlegam bezpośrednio im, powinnam pracować… Pracuję więc w domu
Wystarczy, że będę sprawdzała maila, zrobię jakiś tam raport i tyle… I
tak się nic nie dzieje. Jestem więc teoretycznie w pracy, praktycznie
zajmuję się czym chcę i tylko zerkam na to co się dzieje w sieci. O ile w
Wielki Piątek jeszcze coś miałam do zrobienia, to jutro nie przewiduję
niczego, bo Anglicy też mają wolne
Już w ostatni piątek mieliśmy labę, bo w końcu Will się żenił
No tak dobrze, to ja nawet u R. nie miałam… Może dlatego, że Polsce nie ma monarchii?
***
W pierwszy dzień mojej pracy zadzwonili do mnie z pewnej agencji
pośrednictwa pracy. Od listopada brałam udział w rekrutacji na
stanowisko w jakiejś międzynarodowej firmie, która ma wkrótce otworzyć
filię w Poznaniu. Rekrutacja składała się z bardzo wielu etapów i trwała
bardzo długo. Miałam kilka rozmów – po polsku i po angielsku, na żywo i
przez telefon… W momencie, kiedy mój nowy dyrektor szkolił mnie na nowe
stanowisko, zadzwoniono do mnie i poinformowano o tym, że przeszłam
wszystkie etapy rekrutacji i został ten ostatni – szkoleniowy. Miałam
przyjść na cały dzień i ktoś by mnie obserwował – moją pracę, moje
reakcje, zachowanie w grupie itd. To, że mnie zaprosili na to
szkolenie, o niczym jeszcze nie świadczyło, ale było bardzo blisko…
Podziękowałam.. Było mi trochę głupio, ale cóż, spóźnili się… A pani z
tej agencji powiedziała mi (już nieoficjalnie), że dobrze zrobiłam, bo
jednak stanowisko, które teraz objęłam jest lepsze, niż bycie executive
assistant w nawet najbardziej prestiżowej firmie – jej słowa
Więc podniosła mnie trochę na duchu..
Trzeciego
dnia mojej nowej pracy zadzwonili do mnie z jeszcze innej firmy, z
pytaniem, czy nadal jestem zainteresowana stanowiskiem, które proponują.
Nie, już nie byłam…
Nie tak dawno zadzwoniła do mnie znajoma Pani Mamy, z pytaniem, czy
nie mogłabym udzielać korepetycji jej dzieciom. Mogłabym owszem, ale
niestety musiałam postawić swoje warunki – nie byłabym w stanie
dojeżdżać do nich do domu, bo mieszkają na drugim końcu miasta…
Umówiłyśmy się na lekcje próbne – zobaczymy czy się dzieciakom spodoba,
czy mnie się spodoba, czy im nie będzie za ciężko z dojeżdżaniem do
mnie… Na pieniądzach mi w tym momencie nie zależy, bardziej na tym, żeby
siedzieć cały czas w języku, żeby powtarzać, być na bieżąco… Ale i tak
zastanawiam się, czy znowu nie biorę na siebie zbyt wiele. Cóż, na pewno
będę musiała pożegnać się ze środowym aerobikiem. A tak poza tym – byle
do czerwca! Kiedy już skończę tę podyplomówkę, będę miała napisaną
pracę, będę miała też więcej czasu… Jakoś się to ułoży…
***
No i widzicie jak to jest. Jak chciałam, to się nikt nie odzywał. A
jak dostałam pracę, to nagle sobie wszyscy o mnie przypomnieli
Prawda, że to typowe?
***Dostałam moją pierwszą wypłatę w nowej firmie. Obiecałam
Frankowi, jakiś czas temu, że jak już będę miała ją na koncie, to biorę
go na kolację do restauracji i będziemy szaleć! Słowo się rzekło i teraz
się tylko zastanawiam, którą knajpę wybrać
***
Franek tydzień temu stłukł sobie żebra
Święta spędził stękając z bólu i warcząc na wszystkich z powodu
swojego złego humoru. Później było trochę lepiej – z tym stękaniem i
warczeniem, bo nie z jego żebrami. Dostał zwolnienie na tydzień.
Gorszego czasu na tego rodzaju stłuczenia sobie nie mógł „wybrać”. Za
miesiąc kończy mu się umowa, niefajnie, że mu to L4 wypada akurat teraz…
Wygląda to trochę jakby kombinował sobie mega długi weekend między
świętami i majówką
Mamy nadzieję, że jednak nikt się do tego nie przyczepi – w końcu
Franek ma opis z RTG, który jest najlepszym dowodem… Zwolnienie kończy
mu się jutro. Powinien pójść do kontroli, ale chce iść w czwartek do
pracy.
Wiecie, że jeszcze nigdy nie słyszałam i nie widziałam, żeby
on aż tak bardzo chciał iść do pracy? Twierdzi, że boli go już mniej.
Mam nadzieję, bo po tabletkach przeciwbólowych, jakie dostał nie można
prowadzić pojazdów… Trzymajcie kciuki, żeby faktycznie mógł już
normalnie funkcjonować w tym tygodniu, a przede wszystkim za to, żeby
umowę mu przedłużyli…
***
Jeśli przedłużą mu tę umowę, to z kolei on mnie zaprosi na kolację do knajpy, więc tym bardziej trzymajcie paluchy
Zrobiło
się pusto w blogosferze. Takie odnoszę wrażenie. Wszyscy wyruszyli na
długi weekend, korzystają z pięknej (jeszcze) pogody, co będą męczyć
oczy przed komputerem… A ja sobie wędruję dziś po sieci niemal cały
dzień i się tak dziwnie czuję nie spotykając prawie nikogo. Dziwnie, a
jednocześnie przypominają mi się pierwsze dni maja trzy lata temu, kiedy
też tak sobie spacerowałam po blogowisku i nie miałam prawa nikogo
spotkać, bo nie nawiązałam jeszcze żadnych znajomości i w ogóle nie
wiedziałam z czym to się je.
Bardzo
chciałam stać się częścią tej społeczności, chciałam, żeby ktoś mnie
zauważył, odwiedził, zostawił kilka słów… I tak się stało. Ale przyznam,
że „tamto” pisanie też miało swoje dobre strony… Przede wszystkim nie
było absolutnie żadnej autocenzury. Teraz włącza mi się ona nawet trochę
nieświadomie. Pisząc na pewno trochę bardziej ważę słowa. Z różnych
względów. Trochę dlatego, że nie chciałabym obniżać jakości (z braku
lepszego słowa niech będzie:)) pisania. Trochę dlatego, że nauczyłam się
już, że są osoby, dla których niewinne słowo, bez żadnego podtekstu,
może być pretekstem do rozpętania burzy. A trochę dlatego, że nie mam
ochoty się później tłumaczyć z tego, że w danej chwili miałam jakiegoś
focha albo doła, albo co gorsza – tłumaczyć się ze sposobu na życie.
Tak, wiem, nikt mi się nie każe tłumaczyć… Ale mimo wszystko, kiedy ktoś
podważa w jakiś sposób to, jak żyję, czuję się poniekąd wywołana do
tablicy, bo niby dlaczego miałabym to przemilczeć?
Przyszło
mi też do głowy, że czasami czuję się rozczarowana współblogowiczami…
Szkoda, bo nie lubię takich rozczarowań. I nie jest to nic personalnego,
ale po prostu bywają takie sytuacje, kiedy człowiek uświadamia sobie,
że więzi tutaj są bardzo specyficzne, a przede wszystkim charakteryzują
się tym, że bardzo łatwo można je zerwać. Zawsze jest mi żal, kiedy
widzę, że ktoś, kto był mi w jakiś sposób bliski, komu w ten
specyficzny, blogowy sposób zaufałam, znika albo po prostu pojawia się
rzadziej u mnie. Jeszcze większy żal jest wtedy, gdy widzę, że u innych
nie zmniejszył częstotliwości komentowania, że nadal pisze u siebie…
Winy wtedy upatruję w sobie i zastanawiam się, co zrobiłam, że dana
osoba trochę się ode mnie odsunęła. Czasami są to sytuacje przejściowe.
Ale bywa, że nie da się odzyskać tego, co już stało się tylko
wspomnieniem…
I
bij, zabij, nie mam pojęcia, co mnie naszło, żeby dzisiaj o tym
napisać. Nie wydarzyło się nic szczególnego. Nie planowałam tego, ba! ja
nawet usiadłam do komputera w celu napisania notki na zupełnie inny
temat
Ale cóż, widocznie coś jest na rzeczy
A tak poza tym mam jeszcze inne myśli dziwnej treści
Myślę sobie na przykład, jakby to było fajnie, gdybym nie potrzebowała
nikogo do szczęścia. Gdybym potrafiła polubić pustkę i nie wypełniać
jej – czasami na siłę. Bywają chwile, kiedy wydaje mi się, że człowiek
tak naprawdę może być szczęśliwy tylko wtedy, gdy niczego mu do
szczęścia nie potrzeba
Wiem, to brzmi absurdalnie i pewnie nikt tego nie zrozumie w taki
sposób, o jakim myślę. Ale chodzi o to, żeby nie potrzebować niczego ani
nikogo, po prostu być i nie rozmyślać. Nie chodzi absolutnie o egoizm, a
raczej o całkowite poddanie się życiu… Takie totalne zaprzeczenie
egzystencjalizmu… Stoicyzm w czystej postaci?
Dziwne, bo to nie do końca w moim stylu. Ale widocznie i mnie czasami trochę apathei by się przydało
I nie pytajcie, dlaczego mi się na filozofowanie zebrało