*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 21 października 2011

Na moim podwórku.

W tym wypadku czas zdecydowanie zadziałał na naszą korzyść. A konkretnie – na korzyść naszych nerwów. Przeszliśmy już przez etap złości, teraz jesteśmy na etapie akceptacji rzeczywistości, chociaż oczywiście żal pozostał. Ale cóż, pozostaje nam trochę przeczekać. I mam nadzieję, że ostatecznie wszystko za jakiś czas pójdzie w niepamięć i z ulgą będziemy mogli stwierdzić, że wszystko jest za nami. I dodam jeszcze, że bardzo się cieszę, że w ostatniej notce nie napisałam pod wpływem emocji wprost, o co chodzi. Dzisiaj na pewno bym tego żałowała.
Tydzień więc był dość ciężki, ale na szczęście nieszczęścia nie postanowiły pójść parami i poza tą jedną chmurą, niebo nad nami było całkiem pogodne. Ale muszę przyznać, że zastanawiałam sie trochę ostatnio nad tym czymś, zwanym szczęściem. Ludzie często myślą sobie, że gdy będą mieli to, czy tamto, że gdy osiągną jakiś sukces, gdy zdobędą coś, o czym marzą, gdy zrealizują jakiś cel – wtedy nareszcie będą szczęśliwi. A ze mną jest inaczej. Mnie to raczej trzeba by coś zabrać, żebym była szczęśliwa :) Częściej sobie myślę – gdyby tylko nie to, czy tamto, to byłaby już pełnia szczęścia…
Kiedyś rzeczywiście kombinowałam w ten sposób – gdy już skończę studia, gdy już znajdę nową pracę, gdy z Frankiem już się wszystko poukłada itd… to będę szczęśliwa. I rzeczywiście. Wiedziałam, do czego dążę i gdy udało mi się to wszystko zrealizować, naprawdę poczułam się spełniona, a jak już kiedyś wspominałam, spełnienie jest dla mnie jednym z najważniejszych składników mojego szczęścia. A więc nie należę do tych, którym ciągle mało i gdy osiągną jedno, do pełni szczęścia zaczyna im brakować kolejnej rzeczy.
Ale wracając do mojego myślenia „gdyby nie…” – rzecz w tym, że ja czuję się szczęśliwa. Mam wszystko, czego mi do tego szczęścia obecnie potrzeba, ale żeby nie było mi tak zbyt dobrze, los dorzuca na moje pięknie wysprzątane, szczęśliwe podwórko, zwane życiem, mniej lub bardziej paskudne śmieci. Śmieci mogą być zwane – według uznania – pechem, zmartwieniem, niepokojem, czy przykrością (nieszczęścia sobie darujemy!) Jak się tylko uporam z jednym drobnym papierkiem, to skądś nawiewa mi chmura kurzu. Gdy tylko zamiotę – nagle mi jakaś plama wyskoczy, która wymaga już ostrego szorowania. Czasami schodzi szybko, innym razem muszę uciekać się do specjalnych środków. Bywa, ze plama zejdzie całkowicie, a czasami zostaje po niej ślad…
Ale cóż, staram się jednak skupiać przede wszystkim na tym, że generalnie moje podwórko jest czyste i poukładane. Śmieci są, ale nie jest ich aż tak dużo, żeby zasłoniły mi obraz całości. Może nawet dałoby się je pozamiatać pod dywan, ale raczej tego nie robię, bo prędzej, czy później dadzą o sobie znać. Staram się więc sprzątać na bieżąco i cieszyć jako takim porządkiem. Muszę po prostu zwalczyć moją naturę perfekcjonistki. A pedantką na szczęście nie jestem, więc chyba dam radę z tym podwórkiem :)

poniedziałek, 17 października 2011

Bezradność.

Weekend był naprawdę bardzo udany. Ale jakoś chwilowo straciłam chęć pisania o tym, jak było miło, po przykrej wiadomości, którą otrzymałam parę godzin temu :( Wszyscy w rodzinie czujemy się bezradni i jest nam żal. A do tego – zwyczajny szok i niedowierzanie. Na miejscu osoby z centrum wydarzeń, nie chciałabym, żeby ktoś pisał na ten temat na jakimś blogu i dlatego właśnie nie wyjaśniam o co chodzi. Przynajmniej nie teraz, może kiedyś.
Żal, żal :( Nie powiem, że gdybym mogła, wzięłabym to na siebie, ale też nie czuję tej ulgi, którą czasami się odczuwa – że nie mnie to spotkało. Nie, żadnej ulgi.
I tak radość ze wspaniałego weekendu miesza się z ogromnym smutkiem, takim, jaki można odczuwać tylko w sytuacji, gdy naprawdę krzywda dzieje się komuś bliskiemu.
Uśmiech po przeczytaniu kartki z życzeniami od Franka, przyjemne zaskoczenie wywołane prezentem, którego się ani trochę nie spodziewałam, w sytuacji, gdy w ogóle zapomniałam, że jest jakakolwiek okazja – wszystko tylko chwilowe i zaraz gaśnie :(
Jedna – głupia? bezmyślna? złośliwa? beztroska? – decyzja a zmartwiła tak wiele osób, być może zaszkodziła jednej na całe życie… (Oby nie! :( ) Są rodziny, w których zmartwienie jednej osoby powoduje, że kilka innych nie może normalnie funkcjonować i dosłownie traci radość życia – już nawet nie z powodu strachu przed tym, co będzie, a zwyczajnie dlatego, że tak bardzo współodczuwamy i tak nam szkoda tej jednej osoby. Nasza rodzina do takich należy. Miała być radość i ulga. Jest zupełnie coś innego.
Zdarzenie zbyt oczywiste, żeby opowiadać ze szczegółami. Zbyt niewiarygodne, żeby opisać jednym zdaniem.