*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

czwartek, 26 stycznia 2012

I nie będzie wolnego.

Echh, no i się lekko zdołowałam :( Przez Franka, a konkretnie - przez jego urlop. W Zielonej Firmie mają trochę dziwne zasady urlopowe, których nawet ja, jako osoba, która miała całkiem sporo do czynienia z prawem pracy u R., nie ogarniam. Nie będę się tu w temat zagłębiać, ważne, że ostatecznie wszystko się zgadza.
Kiedy w grudniu Franek poszedł do kierownika ze swoim planem urlopowym, dowiedział się, że ma jeszcze dwa dni urlopu zaległego. Nie miał przecież jeszcze grafiku, więc podał na szybko dwa dni na początku lutego i miał w styczniu zmienić je na taki termin, który współgrałby z wolnym weekendem. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że i ja swój zaległy urlop wykorzystam i może sobie jakiś przedłużony weekend spędzimy wspólnie. Uprzedziłam go tylko, że na pewno nie będę mogła wziąć wolnego w pierwsze dni lutego, bo Współpracownica idzie na urlop i muszę ogarniać jej działkę.
Franek niestety ma to do siebie, że wiele rzeczy – w przeciwieństwie do mnie – zostawia do załatwienia na ostatnią chwilę. Czasami go popędzam, czasami zostawiam to jemu – albo po to, żeby sam się przekonał, że nie warto, albo dlatego, że mi aż tak bardzo nie zależy i wychodzę z założenia, że to jego sprawa.
Tym razem się nie wtrącałam. Wczoraj Franek sobie przypomniał, że terminu nie zmienił a na dniach pojawi się lutowy grafik. Pojechał do kierownika dzisiaj i okazało się, że jest za późno – urlop ma wpisany na te dni, które podał wstępnie, a jest to chyba najgłupszy z możliwych terminów. Ni to przypiął, ni wypiął – a ja w tym czasie na urlop nie pójdę na pewno.
Trochę mi przykro, bo w tym roku porządny wspólny urlop będziemy mieli dopiero w październiku. Miałam więc nadzieję na te parę dni lutowych spędzonych wspólnie. A tu nic z tego. Franek pewnie się trochę zregeneruje – ale nawet chyba nie będzie mógł z kolegami przy piwie posiedzieć, bo ci w tygodniu pracują a w weekend on już będzie musiał iść do pracy. Mam wrażenie, że się ten urlop Frankowi troche zmarnuje.
 Nie, nie jestem zła, chociaż trochę poirytowana tym, że mógł sie wybrać szybciej. Ok, jego urlop – jego sprawa. Ale z drugiej strony – przecież ja też biorąc wolne dni konsultuję się z nim, więc to jednak nie jest tak, że każdy sobie rzepkę skrobie:) Jest mi zwyczajnie żal, że ominie nas kilka dni razem. Sama miałam ochotę na krótki urlop, ale nie bedę przecież go brała u tylko po to, żeby siedzieć w domu i czekać aż Franek wróci z pracy :)

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Chomik.

Nooo nie! Nie dość, że ostatnio posty publikowane są z opóźnieniem i nigdy nie wiem, kiedy pojawi się na moim blogu notka, którą napisałam już dużo wcześniej, to jeszcze onet.blog postanowił się zawiesić w momencie, gdy kliknęłam „publikuj” ! I co? Że niby mam pisać to samo jeszcze raz? Wolne żarty, to się na pewno nie uda :/
***
Bo notka miała być o tym, że jestem chomikiem. Tak, wiem, już kiedyś o tym wspominałam. Chomikuję słodycze – kiedy najdzie mnie na nie ochota, jest szansa, że gdy przeszukam szuflady to znajdę w nich jakąś zapomnianą mambę, czekoladkę albo lizaka. Chowam też piwo. To przez Franka :) Bo jak nie schowam, to mi wypije – jak jest, to trzeba wypić. A ja mam filozofię – jak trzeba wypić, to można, bo jest :P Po prostu nie znoszę chodzić do sklepu! A już na pewno się nie wybiorę specjalnie po coś, bo akurat mam zachciankę. Dotyczy to nie tylko zachcianek – gdy gotuję obiad i zabraknie mi jakiegoś składnika – choćby to był składnik kluczowy – to prędzej zmienię pomysł na obiad niż wyskoczę do sklepu. Nie lubię tego i już :)
Chomikuję tez pieniądze. Gotówki raczej w domu nie trzymam, ale jak już się zdarzy, że jest, to tak ją schowam, że zapomnę o niej na kilka miesięcy albo nawet i lat! A potem miła niespodzianka w postaci mniejszej lub większej sumki.
Bo oczywiście moich schowków chomiczych mam tyle, że nawet nie pamiętam co, gdzie i kiedy schowałam. Mogę być przekonana, że schowałam dwa reddsy w szufladzie ze sztućcami odświętnymi. Nie ma. Znajdą się po dwóch tygodniach – przez przypadek, kiedy szukam ściereczki na półce…
Mam też głupi zwyczaj odkładania rzeczy „na lepszą okazję”. Każda okazja jest dobra, ale mnie się wydaje, że może jakaś będzie lepsza. Nie ze wszystkim tak mam na szczęście :) Ale jak dostanę od mamy zagotowany gulasz w słoiku, to długo mnie Franek musi przekonywać, że zjemy go na obiad już teraz – bo ja sobie myślę, że może za dwa tygodnie nie będziemy mieli pomysłu i czasu na gotowanie, to będzie jak znalazł (nic to, że teraz też nie mamy ani jednego, ani drugiego :P) Na lepsze okazje zostawiam też co ładniejsze zeszyty i notesiki. Jeśli jakimś długopisem fajnie mi się pisze, to kupuję pięć i cztery chomikuję – trzymam na lepsze czasy. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Nie wiem, czy chodzi o czarną godzinę, czy jak, ale widocznie każdy musi mieć jakieś dziwactwo :P
A w weekend padłam ofiarą mojego chomikowania. Znalazłam dwie pary jeansów – idealnie dopasowane, ładne, raczej nienoszone. Jedne pamiętam, drugich ani trochę. Nie wiem skąd je mam, jak długo je mam i dlaczego były schowane. Nie wiem też, dlaczego nigdy się nie zastanawiałam nad tym, gdzie są moje nowe spodnie. Pierwszy raz mi się zdarzył taki numer z ubraniami :) Ale jedno jest pewne – mój instynkt chomiczy ujawnił się w samą porę – nie dalej jak tydzień temu stwierdziłam, że dwie pary moich ulubionych spodni się przecierają :D Tym razem obejdzie się bez zakupów.