*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

poniedziałek, 17 listopada 2014

Trochę o Tasiemcu na początku ósmego miesiąca.

W ubiegłym tygodniu byliśmy na kontrolnym USG w 31 tyg. Na szczęście okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku - dziecko rozwija się prawidłowo, wszystkie narządy są sprawne i takie jak trzeba. Dzieciak nadal jest duży - nic się nie zmieniło od poprzedniego badania i nadal jest większy o trochę ponad tydzień. Oczywiście zaczęłam się martwić tym, że jest większy, ale dopytywałam lekarza i zapewniał mnie kilkakrotnie, że gdyby coś było nie tak, to by na pewno powiedział i że wszystko mieści się w normie :) Dziecko jest większe i może to być z powodu mojej cukrzycy, ale wcale nie musi. Rozmawiałam też później z jeszcze innym lekarzem, bo musiałam iść na nadprogramową wizytę i ten lekarz dokładnie poczytał wyniki i również potwierdził, że nie widzi niczego niepokojącego - to normalne, że dziecko może być tydzień lub dwa większe. Dopytałam o tę makrosomię, o której się naczytałam tyle, ale po pierwsze narządy są również proporcjonalne do wymiarów, a po drugie lekarz powiedział, że do tak poważnych wad dochodzi, jeśli wartości glikemii są naprawdę dużo przekroczone - np. w okolicach 200, a daleko mi do tego poziomu na szczęście.

Tasiemiec jest po prostu klasycznym przykładem tasiemca - on zwyczajnie wszystko co zjem zabiera dla siebie :P Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że waży 1700 gramów a ja na dzień dzisiejszy ważę o 1900 gramów więcej niż na początku kwietnia, czyli przed ciążą? :) Po prostu wszystko poszło nie w moje biodra a w Tasiemca :D Lekarz zresztą też mi powiedział, że skoro się nie obżeram, to naturalne jest, że nie tyłam od początku dużo a kiedy przeszłam na dietę cukrzycową, to ten przyrost ustał zupełnie i że to zazwyczaj jest tak, że im więcej się przytyje, tym dziecko jest mniejsze i na odwrót. No po prostu pasożyt i już :P
Poczułam się uspokojona i chyba naprawdę się cieszę z tego, że nie przytyłam :) Być może nie będę musiała się później męczyć ze zrzuceniem nadprogramowych kilogramów.
Właściwie to jest całkiem logiczne - ja od początku ciąży nie czułam potrzeby, żeby jeść więcej - co najwyżej wieczorami musiałam coś zjeść, choć normalnie tego nie robiłam, ale później nawet tej potrzeby już nie odczuwałam. A już na pewno nie musiałam zwiększać porcji jedzenia. Wiem, że niektóre kobiety mają w ciąży wilczy apetyt i ciągle chodzą głodne, ale u mnie tak wcale nie było - wręcz wkurzało mnie zawsze, że na przykład teściowa ciągle się martwiła, że ja tak mało jem (czytaj normalnie, a nie za dwoje). A mój organizm po prostu nie potrzebował więcej. W ostatnich tygodniach przed wykonaniem badania obciążenia glukozą zjadałam więcej słodyczy i w ogóle przyznaję, że miałam taką fazę na niezbyt zdrowe jedzenie, ale jak tylko to odstawiłam to po prostu zaczęłam chudnąć.
W ogóle to ostatnio zrobiłam comiesięczne pomiary swoich obwodów i okazało się, że od 8 października ubyło mi po jednym centymetrze w biodrach i pod biustem, 3 cm w udach za to przybył mi 1 centymetr w biuście i 3 cm w obwodzie brzucha. Myślę, że ten wynik można uznać za zadowalający :)

Zaczął się ósmy miesiąc i ja już naprawdę wyraźnie widzę swój ciążowy brzuch. Wreszcie się zaokrąglił, chociaż faktem jest, że w nie każdym ubraniu jest to widoczne. A jak ubiorę kurtkę, to już w ogóle jest zakryty. Ale jednak w większości sweterków moim zdaniem widać wyraźnie - przynajmniej dla mnie i dla osób wtajemniczonych, bo na razie jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ktoś z niewtajemniczonych sam z siebie zauważył - czekam cały czas na ten pierwszy raz, że tak sobie zarymuję :) No ale chyba faktycznie na ósmy miesiąc to nie wyglądam. Od 9 kwietnia (ostatni pomiar przed ciążą) przybyło mi 12,5 cm w obwodzie brzucha i 10 w talii. Nie wiem sama, czy to dużo czy mało, ale wydaje mi się, że jak na ósmy miesiąc ciąży, to jednak nie tak wiele. Wobec tego naprawdę nie mam pojęcia gdzie się ten Dzieciak mieści. Chyba naprawdę ulokował się gdzieś pośród moich narządów wewnętrznych i dlatego ciągle chodzę sikać, i zmniejszył mi się żołądek :D Nie mam teraz pod ręką żadnych zdjęć, może wrzucę przy następnej okazji.

W ogóle to nie zrobiłam żadnego podsumowania na koniec II trymestru, ale jakoś tak stwierdziłam, że nie ma o czym pisać :P Nic się nie działo - poza tą cukrzycą oczywiście. Innych zewnętrznych dolegliwości nadal nie miałam i nie mam - nawet całkowicie przeszły mi te chwilowe zasłabnięcia i brak tchu. To potwierdzałoby, że było to wynikiem cukrzycy, o której jeszcze wtedy nie wiedziałam - po prostu za mocno spadał mi poziom cukru we krwi i być może dochodziło do hipoglikemii. Odkąd mam zdiagnozowaną cukrzycę i stosuję dietę nie powtórzyło mi się to już ani razu. Nie miewam też uczucia ciężkości, zaparć i nawet zgaga mi minęła. Nie czuję się zmęczona, nie mam problemów ze snem ani nic mnie nie boli - ani kręgosłup ani stawy. Tak naprawdę tylko ta cukrzyca jest naprawdę dokuczliwa. Chociaż ostatnio (odpukać!) trochę mi się poprawiło i dzisiaj dzwoniłam na patologię ciąży, żeby się skonsultować, co z tą insuliną i powiedziano mi, że na razie nie ma takiej potrzeby i mam dalej się obserwować. Od sześciu dniu wartości glikemii są raczej w normie albo przekraczają ją tylko lekko - tak w granicach błędu. Raz tylko zdarzył mi się naprawdę wysoki pomiar po obiedzie i nie jestem pewna dlaczego, ale mogło to być spowodowane tym, że jakieś dwie godziny wcześniej mocno się stresowałam pewną sprawą. Od razu jestem w lepszym nastroju, kiedy widzę, że dieta znajduje swoje odzwierciedlenie w pomiarach i mam motywację, żeby się dalej jej trzymać. Oby tylko tak dalej...
A, no i jest jedna rzecz, która się zgadza z tym, co piszą w książkach - naprawdę mam ciągle ochotę na kefir, maślankę, twarożek, kwaśne mleko i jogurty naturalne - pewnie Tasiemiec zabiera mi wapń, więc go sobie uzupełniam :) Na szczęście te produkty nie są zabronione w mojej diecie (chyba, ze na I śniadanie), więc mogę je pochłaniać :)

Nie jestem jakoś bardzo szczęśliwa z powodu tego, że dziecko jest duże (chociaż wiele razy słyszałam, że czasami takie pomiary na USG nie mają wiele wspólnego z tym, jakie dziecko się faktycznie urodziło), chociaż podobno takie małe dziecko też czasem trudno urodzić, bo ma aż za dużo miejsca w kanale rodnym. Najlepsze są takie "standardowe", no więc ja mam nadzieję, że Tasiemiec mimo wszystko się w standardzie zmieści. Niech sobie jeszcze te dwa kilo przytyje - po kilogramie na miesiąc. Ale wolałabym, żeby nie więcej :)
Poza tym dowiedziałam się wreszcie co mnie tak kłuło pod żebrami z prawej strony! Wiele razy nie mogłam się zgiąć na prawo, bo miałam wrażenie, że coś twardego mi tam siedzi. Czasami ściskałam to miejsce dłonią i Tasiemiec się przesuwał, ale szybko wracał na to miejsce i dalej mnie blokował. Miałam obawy, że to główka, ale na szczęście USG pokazało, że główka jest na dole, jak należy (i niech już tak zostanie!), a dokładnie w tym miejscu, które pokazałam lekarzowi Dzieciak ma pupę! No i wszystko jasne! :) Ale teraz przynajmniej już się aż tak bardzo nie boję tego przyciskania, bo w razie czego mogę mu dać po tyłku, żeby się przesunął :P (Żebyście widziały minę Franka, kiedy nagle ni z tego ni z owego krzyknęłam: no rusz ten tyłek wreszcie!, chwilę to zajęło, zanim się zorientował, ze to nie było do niego :P)
Ale dzisiaj mam względny spokój, bo Tasiemiec cały czas operuje swoją pupą w centralnej części mojego brzucha :) Cały dzień się wierci. W ogóle to ostatnio bardzo się zdziwiłam, kiedy usłyszałam, że np. chrześniaczka Franka w brzuchu swojej mamy prawie wcale się nie ruszała, a moja mama też wspomina, że czuła jakieś tam pojedyncze ruchy, ale nie jakoś szczególnie często, podczas gdy Tasiemiec to się rusza niemal non stop i wydawało mi się to normalne :) W ogóle to się zdziwiłam, że miałam zalecone liczenie ruchów dziecka, bo jak ja niby mam liczyć coś, co się dzieje bez przerwy? :P Czasami nawet wtedy, kiedy chodzę. 
Muszę przyznać, że na razie to dziecko jest dla mnie bardzo łaskawe - dba o moją figurę, dokazuje w dzień a w nocy daje mi pospać. Bo słyszałam, że dzieci najczęściej ruszają się, kiedy mama kładzie się spać, a tymczasem mój Tasiemiec chyba kładzie się ze mną, bo mam wrażenie, że w nocy to się rusza bardzo rzadko. A nawet jeśli to albo tak, że ja tego wcale nie czuję, albo po prostu mnie to nie budzi i ewentualnie mam jakiś sen związany z tym rozpychaniem się.
Zostały nam jeszcze dwa miesiące do rozwiązania. Dojrzeliśmy do tego, żeby zacząć planować niektóre rzeczy i w miniony weekend poczyniliśmy pewne przygotowania do przyjścia tego dziecka na świat. Kto pamięta nasze przygotowania do ślubu ten wie, że w tych sprawach jesteśmy raczej stoikami i choć nigdy nam się nie spieszy, to zawsze ze wszystkim zdążymy :)

sobota, 15 listopada 2014

Panowie uczą się rodzić

W tym tygodniu skończyliśmy trwający sześć tygodni kurs w szkole rodzenia. Będzie mi brakowało tych spotkań. Podobało mi się, kiedy jeździliśmy razem z Frankiem na te zajęcia i kiedy później omawialiśmy to, co tam usłyszeliśmy. W ogóle od samego początku wiedzieliśmy, że na takie zajęcia się zapiszemy i nie zawiodły one naszych oczekiwań. Pewnie jeszcze napiszę o naszych wrażeniach ogólnych albo po prostu o refleksjach, które przyszły nam na myśl po omówieniu jakiegoś tematu, ale dzisiaj trochę o czymś innym - o facetach :)

Na pierwszych zajęciach położna prowadząca powiedziała coś, co bardzo mnie zaskoczyło - że wie, że panowie przyszli tutaj zaciągnięci na siłę przez swoje partnerki i pewnie będą się nudzić jak mopsy, ale jednak zachęcała ich, aby nie traktowali tego kursu jako zła koniecznego, skupili się na tematach, postarali się wsłuchać, zaangażować i na pewno zobaczą, że to nie jest tak zupełnie tematyka im obca... Byłam zdumiona, bo ja Franka nawet nie musiałam na uczestnictwo w szkole rodzenia namawiać, a co dopiero zaciągać go na siłę. Właściwie dla niego to było naturalne, że się na takie zajęcia zapiszemy, bo kiedy tylko wspomniałam coś na ten temat po raz pierwszy, od razu powiedział, że też o tym myślał.Nie traktował tych cotygodniowych spotkań jako przykrego obowiązku, ale jechał na nie tak jak ja - z przyjemnością i z ciekawością. Nawet kiedy był mocno zmęczony po pracy. Słuchał bardzo uważnie, był zaangażowany i później omawiał ze mną w domu to, co usłyszeliśmy.

Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie, że miałoby być inaczej! Jeśli Franek jeździłby na takie zajęcia niechętnie, to wolałabym, żeby nie jeździł wcale. A samej pewnie też by mi się za bardzo nie chciało, bo źle bym się czuła sama pośród par. Ale przede wszystkim byłoby mi cholernie przykro! Nie uważam, że ciąża i dziecko to tylko moja sprawa. Sądzę, że oboje powinniśmy się angażować w równym stopniu w to wszystko, co się z tym tematem wiąże i nawet jeśli ze względu na fizjologię, oczywistym jest, że pewne rzeczy Franka bezpośrednio nie dotyczą, to i tak powinien o nich nie tylko wiedzieć, ale podchodzić do nich tak, jakby było inaczej.

Kiedy patrzyłam na innych facetów w naszej grupie, wydawało mi się, że właściwie większość z nich podchodzi do zajęć tak samo jak Franek. Byli zaangażowani nawet bardziej, niż kobiety. Zadawali więcej pytań, rwali się do ćwiczeń praktycznych, aktywnie uczestniczyli w spotkaniach i widać było, że sprawiają im one przyjemność. Zwróciłam uwagę na to, że kiedy mieliśmy ćwiczenia z lalkami, to właśnie mężczyźni w większości trzymali je w objęciach :)

Ale okazało się, że to chyba jakieś wyjątkowe egzemplarze :P Ze względu na nasz urlop, nie mogliśmy brać udziału we wszystkich zajęciach w naszej grupie, ale mieliśmy możliwość odrobienia dwóch spotkań z inną grupą w Warszawie. Pojechaliśmy więc i tam właśnie zobaczyłam tych facetów, o których wspominała położna na wstępie!
Byłam w szoku, kiedy patrzyłam na te znudzone miny albo kiedy usłyszałam od dwóch dziewczyn, że ich mężowie nie przyjechali, bo wieczorem jest mecz w telewizji i oni nie mogą się na niego spóźnić! Franek też jest kibicem i też zależało mu, żeby ten mecz obejrzeć, ale do głowy mu nie przyszło, żeby wobec tego powiedzieć, że mam jechać sama. Dwóch kolesi rozsiadło się (a właściwie rozłożyło) na workach sako, po czym całkowicie zatopili się w wirtualnej rzeczywistości. Nie wiem co robił ten siedzący na przeciwko mnie, ale facet obok sprawdzał pocztę na swoim smartfonie a potem przez całe zajęcia grał w jakąś głupią gierkę. Nie dość, że zupełnie nie był zainteresowany tym, co się dzieje na kursie, to jeszcze po prostu pokazywał położnej prowadzącej zajęcia, że ma ją gdzieś. W pewnym momencie ona nawet zwróciła mu delikatnie uwagę, ale nie zrozumiał aluzji :/ Żenada. Autentycznie wstydziłabym się za takiego faceta.

Wiem, że mężczyźni są różni. Związki też są różne. Ludzie dobierają się w pary w taki sposób, jaki im odpowiada i mnie nic do tego. Ale słowo daję, cieszę się, że Franek jest inny! Tak, jak już wspomniałam, byłoby mi bardzo przykro, gdybym widziała, że nie obchodzi go to wszystko, co dzieje się podczas tych dziewięciu miesięcy oczekiwania na dziecko. Byłabym też pewnie wkurzona. Prawdę mówiąc, to nie wiem, czy byłaby to rzecz, którą potrafiłabym zaakceptować, wydaje mi się, że nie. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym być z tym wszystkim sama - bo tak właśnie bym się czuła. Odnosiłabym wrażenie, że mój mąż uważa, że te wszystkie ciążowe sprawy go nie dotyczą, nie mogłabym z nim o tym porozmawiać i zwyczajnie nie czułabym, że mam w nim jakiekolwiek oparcie.
Nie twierdzę, że tamci faceci będą złymi ojcami, bo tego wcale nie wiem i nie mam podstaw, żeby tak sądzić. Ale nie jestem pewna, czy są dobrymi partnerami. Dla mnie na pewno by nie byli...

Wolę jednak Franka, który do mojej ciąży podchodzi nawet bardziej emocjonalnie niż ja - który w przeciwieństwie do mnie gada z moim brzuchem i któremu zdecydowanie lepiej poszło zmienianie pieluchy lalce :) Jeździ ze mną na większość badań, rozmawia ze mną na tematy związane z ciążą, porodem i dzieckiem. Który od samego początku - od tego momentu, kiedy wszedł do łazienki i zobaczył mnie zapłakaną nad testem ciążowym - jest dla mnie wsparciem, pomimo wszystkich gorszych dni i pomimo tego, że nie skacze usłużnie wokół mnie.
I  nie chodzi mi o to, że absolutnie wszystko musimy robić razem i być jak papużki nierozłączki. Wręcz przeciwnie - uważam, że to niezwykle ważne, aby każde z nas zachowało autonomię. Ale są pewne sprawy, które według mnie można przeżywać tylko we dwoje i które należy traktować po prostu jako wspólne.

Na koniec jeszcze taka anegdotka z kursu - na jednych zajęciach położna mówiła o tym, że kobiecie podczas porodu nie można nic jeść, więc, aby pamiętała, żeby posilić się wcześniej. Poza tym poród, to czas, kiedy ma się ona skupić tylko na sobie i kiedy to ona jest najważniejsza, a osoba towarzysząca (w większości przypadków mąż) ma być jej podporą. Opowiadała właśnie historię z morałem - rodząca kobieta w przerwie między jednym a drugim skurczem chodziła na paluszkach obok szpitalnego łóżka, na którym chrapał jej zmęczony po nocce facet - kiedy jeden z chłopaków podniósł rękę i nieśmiało zapytał:
- Bo pani mówiła, że kobieta nie może jeść podczas porodu... Ale czy w szpitalu jest jakaś stołówka, żebym mógł sobie coś kupić? Bo przecież ja będę głodny...
Biedactwo powiedział to w taki sposób, że wszyscy wybuchnęliśmy szczerym śmiechem :))