*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 9 lutego 2016

Na cześć dłuższych dni :)

Luty to jednak fajny jest. A przynajmniej potrafi być :) Już chyba kiedyś pisałam, że zawsze szarą jesienią i nieprzyjemną zimą powtarzam sobie "byle do lutego". Luty to oczywiście jeszcze miesiąc zimowy pełną gębą, bywa mroźny, biały, mokry, chlapowaty i tak dalej. Ale w lutym zdecydowanie odczuwa się już, że dnie stają się coraz dłuższe! I to jest piękne :)
Kiedy budzę się rano i widzę, że za oknem już szarówka, to od razu inaczej funkcjonuję. Lubię wyjrzeć przez okno i popatrzeć na to szaro niebieskie niebo, na którym widać jednocześnie pierwsze promienie słońca, które wyłania się gdzieś zza horyzontu oraz sierp księżyca. Lubię to zestawienie jaśniejącego nieba i zapalonych latarni. Co ciekawe, niezmiennie kojarzy mi się ono z Hiszpanią albo z naszą podróżą poślubną. A to pozytywne skojarzenia. To dlatego, że tam robi się jasno późno (dopiero przed dziewiątą) i zawsze dziwnie mi było, że jest tak ciemno i jednocześnie ciepło, bo dotychczas ciemne poranki kojarzyły mi się tylko z zimnem :) Prawdę mówiąc, kiedy tak patrzę przez to okno, to jestem niemalże pewna, że na zewnątrz jest ciepło i wieje przyjemny wietrzyk :P W każdym razie jest coś nieuchwytnego w tej magii poranka i momencie kiedy noc przechodzi w dzień. A później jest tylko lepiej i cieszę się, że przed wyjściem z domu mogę już odsłonić wszystkie okna i w taki dzień jak dziś, opuszczam mieszkanie skąpane w promieniach słońca. Z kolei po południu, lada moment i będę wychodzić z pracy "po jasnemu" :) Dzisiaj już widziałam, ze niebo było szarawe a nie ciemne, jak dotychczas. Teraz to pójdzie szybko. 

Kocham światło dzienne. Uwielbiam promienie słońca. Świat zdecydowanie inaczej wygląda, kiedy jest jasny. I życie też wtedy inaczej wygląda. Po prostu chce się bardziej.
Wiem, że kiedy nadchodzi luty, to jesteśmy już na prostej drodze do marca, a co za tym idzie do wiosny :) A to są absolutnie dobre wiadomości :)

***
Jestem zdziwiona, że jutro już środa. Kiedy mija to już jest tak blisko weekendu, a przecież dopiero co jeden się skończył. Czas ostatnio pędzi jak szalony. Właściwie to nadal mi to nie przeszkadza, a wręcz przynosi jakieś ukojenie i nie jestem pewna, dlaczego tak jest. Kiedyś zawsze myślałam, że to dlatego, że czekam aż wreszcie wyjaśnią się nasze sprawy, że już mam dość niepewności. A teraz to sama nie wiem. Mijający czas sprawia, że czuję się... hmmm... bezpiecznie... Nie umiem dzisiaj tego wytłumaczyć, ale zastanowię się nad tym i może kiedyś wrócę do tematu :)

***
Za tydzień służbowy wyjazd. Jestem go bardzo ciekawa i zastanawiam się, jak będzie. Na początku nie chciało mi się jechać, ale teraz chyba jestem tym coraz bardziej podekscytowana. Pojęcia nie mam jak to będzie wyglądało i jaki w ogóle charakter będzie miał ten wyjazd, ale coraz bardziej wydaje mi się, że mniej tam będzie pracy a więcej rekreacji. Ale kto wie? Swoją drogą to będzie bardzo dziwne przeżycie, bo jeszcze nigdy nie miała okazji spędzić ponad 48 godzin w towarzystwie praktycznie obcych mi ludzi, z którymi łączą mnie tylko sprawy zawodowe.

poniedziałek, 8 lutego 2016

W innym życiu.

Miewam czasami takie chwile, kiedy atakują mnie przebłyski. Na przykład teraz - siedzę w pokoju przy lampce, jednym okiem spoglądam na telewizor i słucham "Na Wspólnej" a na kolanach mam laptopa i piszę. Na fotelu obok siedzi Franek. I nagle przypomina mi się jakiś inny wieczór w bliżej niesprecyzowanej przeszłości. Też siedzę, oglądając "Na Wspólnej" z laptopem na kolanach i próbuję zebrać myśli, a potem przelać je na ekran komputera. Za chwilę mam zamiar się położyć i zasnąć, żeby około pierwszej przebudzić się na chwilę i odnotować powrót Franka z pracy...
Kiedy to było? Dwa lata temu? To właściwie nie tak dawno. A ja mam wrażenie, że minęła cała wieczność. Nie pamiętam już, jak to było, kiedy Franek pracował na dwie zmiany, a przecież to było naszą rutyną. Nie pamiętam, jak to było, że siedziałam zupełnie sama w domu, kiedy kładłam się do łóżka obok którego nie stało łóżeczko ze śpiącym Wikingiem.
Ostatnio w pracy usłyszałam, jak jedna dziewczyna (chyba jedyna bezdzietna singielka w naszym dziale - przynajmniej ona sama się tak określa :)) mówiła, że na weekend pojechała do rodziców i miała totalną labę, bo leżała cały dzień na kanapie przed telewizorem i nic nie musiała robić. Kiedy ja jadę do rodziców, też mam labę, bo mogę wejść na godzinę do łazienki i poleżeć w wannie, mogę zamknąć się na chwilę w pokoju i posiedzieć przy komputerze, podczas gdy ktoś inny zajmie się Wikingiem. Ale żeby tak cały dzień przeleżeć? Że nie chce mi się nic robić, to nie robię? To tak można? Serio? No tak, kiedyś tak miewałam... Świadczą o tym nawet moje wpisy na blogu. Tyle, że zupełnie tego nie pamiętam.
Czasami słyszę, że ktoś idzie do kina na 21:00. Albo na imprezę, a na drugi dzień ma wolne i może dłużej pospać. Albo nawet, że po prostu wraca po pracy do domu i spędza wieczór z książką. Zawsze wtedy - to nawet dziwne, że jeszcze mi to nie przeszło, że jeszcze się nie przyzwyczaiłam :) - zawsze przez ułamek sekundy myślę sobie - jak to możliwe? Przecież o tej porze nie można wychodzić, bo co z dzieckiem? Dłużej pospać się nie da, bo dzieciak i tak zrobi pobudkę najpóźniej o 7:50... Trzy godziny z książką tak po prostu, nieprzerwanie, z kubkiem ciepłej herbaty na stoliku obok to w ogóle jakaś abstrakcja. Tyle zdążę pomyśleć przez ten ułamek sekundy, zanim nie uświadomię sobie, że dookoła mnie są ludzie, którzy nie są rodzicami ;) Lub są rodzicami starszych dzieci. A potem uświadomię sobie, że ja też tak miałam! Też mogłam sobie wrócić z pracy, usiąść na kanapie i pogrążyć w lekturze. Albo odpalić komputer i pogapić się bezmyślnie w monitor. Mogłam też raz się poświęcić i wyjść późnym wieczorem (choć nie lubiłam tego, kiedy następnego dnia szłam do pracy) ryzykując niewyspanie się - ale wiedziałam, że w takim razie  prześpię się popołudniu albo następnej nocy.
Tak było. Ale właściwie to nie pamiętam. To było w innym życiu. I stwierdzam, że w zasadzie nie pamiętam mojego dawnego życia! :) Coś tam mi się mgliście przypomina czasami, ale i tak mam wrażenie, że to nie ja jestem bohaterką tych wspomnień. Takie to nierealne. Pojawienie się dziecka naprawdę zmienia życie, choć mam wrażenie, że w zupełnie inny sposób niż sobie to kiedyś wyobrażałam.

O dziwo, wcale nie żałuję, że moje życie zmieniło się w taki sposób. Kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie odżałuję tych chwil tylko dla siebie albo momentów we dwoje z Frankiem. Myślałam, że nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że nie jestem panią swojego czasu, bo muszę się w pewnym sensie dostosować do małego człowieczka. Ale okazuje się, że nie tylko do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale w dodatku zapomnieć, jak było kiedyś, a przede wszystkim stwierdzić, że teraz też jest fajnie :)

Inaczej, to prawda, ale jednak też fajnie. Gdyby nie Wiking, być może nadal cieszyłabym się swobodą i ogromną ilością wolnego czasu. Byłoby mi dobrze z tym, że jestem niezależna i mogę robić w większości to, na co mam ochotę. Pewnie by tak było. Ale z drugiej strony wiem, że swoje już przeżyłam - nie czuję niedosytu, nie myślę sobie, że się nie wyszalałam albo, że nie korzystałam z życia wtedy, kiedy jeszcze mogłam. Myślę, że dotychczas moje życie układało się tak, że mogę mówić o tym, że wszystko miało swój czas i miejsce. Poza tym wiem, że jeszcze wiele dobrych chwil przede mną. Na pewno nie żałuję tego, co już minęło i cieszę się tym, co jest teraz. Ale przyznaję, że dziwne jest dla mnie to poczucie oderwania od swojej własnej przeszłości :) Przepaść między tym, jak było kiedyś, a jak jest teraz, jest ogromna. A najdziwniejsze jest to, że nawet nie chodzi o jakieś poważne sprawy, tylko właśnie o takie drobiazgi jak sposób spędzania wolnego czasu albo takie oczywistości jak jedzenie, czy spanie :) Bo nawet to się zmieniło.
Wiedziałam, że dziecko wszystko zmieni w naszym życiu, ale prawdę mówiąc, myślałam, że będą to inne rzeczy :) Wiem, że to śmiesznie brzmi, ale ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że ta rewolucja w mojej głowie była ogromna, ale dotyczyła zupełnie innych spraw niż to się okazało w rzeczywistości. Ale ostatecznie okazało się, że i tak sobie radzę z tym, co jest teraz. Mało tego - potrafię się tym cieszyć. To chyba dobrze wróży na przyszłość, bo daje nadzieję na to, że jakiekolwiek jeszcze zmiany by nas nie czekały i tak się do nich będziemy umieli dostosować.