*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

piątek, 8 sierpnia 2008

Ofiara wypadku, czy morderca?

Dzisiaj temat trochę smutny. I tragiczny. Wróciłam ostatnio do domu po pracy i włączyłam na chybił-trafił telewizor. Akurat na Polsacie leciała „Interwencja” na temat tego wypadku w łódzkiem, koło Koluszek chyba. Zginęło tam osiem osób. Wiecie, naprawdę się zbulwersowałam. A to dlatego, że cały czas mowa była o pasażerach citroena – młodych ludziach. Że tacy młodzi, że mieli plany na przyszłość,  że tragedia dla rodzin, że straszne… Oczywiście, że jest to tragedia. Szkoda tych ludzi i oczywiście, że byli oni czyimiś dziećmi, braćmi i siostrami. ALE! Ale prawie NIC nie wspomniano o pasażerach drugiego samochodu, małżeństwie po pięćdziesiątce. Dlaczego?? Ja się pytam co powoduje, że ich tragedia jest mniejsza od tragedii młodych ludzi? Bo są starsi?? Przecież oni prawdopodobnie byli czyimiś rodzicami. Byli tylko trochę starsi od moich rodziców. Może właśnie wracali w odwiedzin u córki?  Oczywiście tego nie wiem, ale po prostu szlag mnie trafiał jak słuchałam, że z ofiar z citroena prawie świętych robili, a przecież to któryś z NICH był sprawcą wypadku i ZABIŁ siebie i siedem innych osób. Cytat: „[Citroen] Zjechał na pobocze, a następnie znalazł się z powrotem na jezdni, dachując na pasie dla przeciwnego kierunku jazdy. Tam też zderzył się z prawidłowo jadącą toyotą corollą”
Ja rozumiem, że to wielka tragedia, że zginęło tylu młodych ludzi. Nie umniejszam jej. Ale zabili dwoje ludzi, którzy nie zginęliby, gdyby nie ten citroen. A gdyby to byli Wasi rodzice?? Gdyby to byli moi rodzice, kierowca citroena byłby dla mnie MORDERCĄ. Nie jestem pewna czy już wiadomo, kto prowadził citroena. Z relacji wynikało, że dziewczyna, która miała prawo jazdy trzy miesiące. Mówili, że zawiniła zła droga. Ale ludzie! Przecież osoba, która ma prawko trzy miesiące nie ma żadnego doświadczenia!!! Kiedy ja dostałam prawo jazdy, przez pół roku nie jeździłam sama, zawsze obok mnie siedział mój tato lub wujek. Nie pozwalano mi samej usiąść za kierownicą. Potem, kiedy już dostawałam samochód, przez rok nie pozwalano mi zabierać znajomych, bo moi rodzice nie zgadzali się, abym ja – niedoświadczony kierowca – brała odpowiedzialność za obce osoby. Nawet jeśli kierowcą nie była ta dziewczyna, osobą prowadzącą pojazd był ktoś najwyżej dwudziestoletni. Więc ile czasu miał prawo jazdy? Z tego co wiem policja wypowiadała się, że zawinił brak doświadczenia.
Być może zdarzy się tak, że tą notkę przeczyta ktoś, kto znał ofiary. Nie chcę żeby poczuł się urażony, bo jeszcze raz podkreślam, że zdaję sobie sprawę z tego, że to tragedia dla tych ludzi i ich rodzin. Ale ryczeć mi się chciało, kiedy widziałam, że prawie nie wspomina się o małżeństwie z „prawidłowo jadącej toyoty” . A przecież oni też zginęli. I to zginęli, bo jakiś niedoświadczony kierowca przesadził i nie potrafił zapanować nad samochodem.
Mam prawo jazdy sześć lat i mimo, że czuję się w miarę pewnie za kierownicą, staram się nie przesadzać z prędkością, w miejscach z ograniczeniami zwalniam – chociażby po to, żeby nie płacić mandatu, wyprzedzam tylko wtedy, kiedy widzę, że na długim odcinku przede mną nie jedzie nic z przeciwległego pasa i tak dalej. Nie jestem zawalidrogą, która poza terenem zabudowanym jedzie 60 km/h, ale ogólnie jestem strachliwa i staram się nie przekraczać setki, bo wtedy nie czuję się pewnie. Ale najgorsze jest to, że za każdym razem kiedy wsiadam za kierownicę, lub kiedy ktoś z moich bliskich wybiera się w dłuższą podróż boję się panicznie, że staną się ofiarą kogoś, kto szarżuje, przekracza prędkość, wyprzedza na zakrętach itd. Straszna jest dla mnie świadomość, że ktoś jadący prawidłowo w ostatniej sekundzie swojego życia ze zgrozą zobaczy wyjeżdżając zza zakrętu samochód pędzący prosto na niego, bo jego kierowca bez wyobraźni postanowił wyprzedzić na zakręcie…
I żeby nie było, że się uwzięłam na młodych, niedoświadczonych kierowców… Jakiś miesiąc temu R. jechał i był świadkiem wypadku, w którym mężczyzna w średnim wieku wyprzedzał i zderzył się czołowo z tico w którym jechały dwie siostry – 19 i 20 lat. Jechały prawidłowo. W ciężkim stanie odwieziono je do szpitala. Nie wiemy nawet czy przeżyły. A dupkowi nic się nie stało. Więc nie chodzi tu kuźwa o wiek, tylko o tę bezradność!!!  Ktoś jedzie dobrze a nigdy nie wie z jakim idiotami się spotka na drodze. Przeraża mnie to. A kierowca citroena miał w gruncie rzeczy szczęście, że zginął. Bo jak żyłby ze świadomością, ze zabił siedem osób? Powtarzam, gdyby ktoś z moich bliskich (odpukać, wypluć itd.) zginął w wypadku, bo jakiś kretyn nie potrafi się dostosować do warunków na drodze, to ten kretyn byłby dla mnie mordercą i gdyby przeżył, osobiście poszłabym mu powiedzieć to prosto w twarz.

wtorek, 5 sierpnia 2008

Flochy, doły i sprzątanie


Dziwny dzień dzisiaj. Obudziłam się z fochem, przypomniały mi się czasy jak Franek wstawał razem ze mną i robił mi śniadanie a teraz już ani myśli :/ Fakt, ze stało się tak trochę przeze mnie, bo jak byłam na diecie to wolałam sobie sama robić kanapki, bo on robił zbyt kaloryczne, ale już na diecie nie jestem od dłuższego czasu, a jemu się nie chce wstawać. I powiedziałam mu, co o nim myślę :P Że kiedyś to się starał i mówił, że zawsze będzie mi robił śniadania, a teraz to już mu się starać nie chce. No wiem, że jestem niedobra, ale chyba wstałam lewą nogą. On powiedział, że to moja wina, bo go nie budzę i jak obudzę go następnym razem, to zrobi mi to śniadanie. A jako zadośćuczynienie posprzątał w kuchni kiedy ja robiłam sobie fryz w łazience :P I tak się wychowuje faceta hehe. Zobaczymy tylko czy skutecznie ;)
Z domu wyszłam i tak wkurzona, bo sobie wymyślili jakiś remont torów na mieście i musiałam zapieprzać na inny przystanek dość daleko. Oczywiście przed samym nosem zwiała mi piątka :/ No i dupa, bo jeszcze bardziej się wkurzyłam. W pracy jakoś poszło i nawet nikogo nie zjadłam, tudzież nie zabiłam wzrokiem. Ale jak wracałam to znowu szlag mnie trafił – oczywiście przez ten tramwaj. Wysiadłam na przystanku i dawaj marszobieg do domu, no i oczywiście, jakby inaczej, zaczęło wtedy wiać cholernie. Cały czas wiało, ale wtedy to już wyjątkowo. I jeszcze padać zaczęło. No normalnie przechodziłam przez most i ryczeć mi się chciało, bo byłam zmarznięta i mokra :( Jak już dotarłam do domu to nawet mi się humor poprawił i nawet fajnie się zrobiło. I nie omieszkam podkreślić, że jak tylko zamknęłam za sobą drzwi zobaczyłam, że wiatru ani śladu, deszczu również i jeszcze słońce wyszło. No i czy to nie było mi na złość??
Po obiedzie zrobiłam sobie siestę. Wzięłam książkę i nad nią zasnęłam. Nieraz zdarza mi się drzemać popołudniu, ale nie więcej niż 15 minut. Regeneruję siły i jak się obudzę to jestem rześka. A dzisiaj spałam aż 45 minut. I to było za długo, bo czułam się otumaniona i zdołowana :/ Przyszedł Franek i zastanawialiśmy się co robić, mieliśmy iść do kina, ale jakoś żadnemu z nas się nie chciało. Więc postanowiłam, że muszę posprzątać. Franek zrobił to, czego ja nie znoszę, czyli poodkurzał i pozmywał podłogi. Ja umyłam kuchnię, łazienkę i zrobiłam porządek w każdej szafce i szufladzie jaka mi wpadła pod rękę. I jeszcze naprawiliśmy wreszcie moją deskę do prasowania. Jak zaczęłam sprzątać o 18:30 to teraz dopiero skończyłam. Ale nie powiem, lśni :)
Ale nastrój i tak pozostawia wiele do życzenia. Tragedii nie ma, ale jakoś tak dziwnie jest. Ogólnie mogłabym powiedzieć – dzień satysfakcjonujący, ale chyba nie całkiem udany. Idę spać. Jutro będzie lepiej.