*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 30 września 2008

Będę płakać.

O, dawno mnie nie było.. Nawet nie zorientowałam się, że minął już tydzień od ostatniego wpisu. Najpierw miałam dużo roboty w pracy, potem był weekend – ładna pogoda, cieplutko, aż żal było nie wykorzystać. A dzisiaj też właściwie niespecjalnie mam ochotę na pisanie. Ale dzisiaj to w ogóle mam na mało co ochotę. A w zasadzie to na nic. Najchętniej bym się jakoś odmóżdżyła, żeby nie myśleć. Bo ja mam taki durny charakter, ze się wszystkim przejmuję. Zawsze sobie coś znajdę. I w tym momencie właśnie przejmuję się pracą. Na samą myśl, o tym, że jutro mam iść to mi się chce ryczeć. 
 
Wspominałam, że pracuję w dwóch miejscach. W poniedziałki i piątki jest ok. Bardzo lubię tamtą pracę, ludzi, szefa. A z tą ze środka tygodnia, poznańską to różnie bywa. I właśnie teraz bywa źle. Pracuje tu ten przydupas. Ale we wrześniu poszedł na urlop. Przekazał jakieś tam informacje na temat pracy wykonywanej przez siebie jednemu naszemu koledze. Ale ponieważ ten kolega ma zupełnie inną funkcję i nie ma czasu na robotę papierkową wszystko spadło na mnie. I w zasadzie to nie jest jeszcze takie złe, ja lubię tą pracę więc nie narzekam. Ale teraz nadszedł przełom miesiąca i wtedy mamy najwięcej roboty, jest dużo raportów i podsumowań do zrobienia. I ja tutaj za bardzo nie chcę się mieszać przydupasowi, bo nie chcę mu się wtrącać. Ja robię to wszystko w Luboniu, ale tam robię po swojemu. A nie wiem jaki system on sobie tutaj wypracował i nie chcę, żeby potem wyszło, że jest coś nie tak. Przydupas będzie dopiero w sobotę a przede mną jeszcze dwa dni stresu, bo nie wiem czego tym razem szef J. będzie ode mnie chciał. Najgorsze jest to, że on nawet nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co my robimy ale ma być zrobione. Jak próbuję z nim coś ustalić to nawet czasem nie wie o czym do niego mówię, ale gorzej, że wtedy traktuje te moje pytania jako brak umiejętności. A ja po prostu wolę się zawsze upewnić, asekuracyjnie. Poza tym w Luboniu wszystko konsultuję z szefem R. i tak jest lepiej dla wszystkich. Pokrętnie piszę o tym wszystkim, wiem. I mało jasne to jest, ale ciężko mi wytłumaczyć tą sytuację bez zagłębiania się w relacje panujące w naszej firmie i bez pisania o tym kto jakie ma obowiązki. Sedno sprawy tkwi w tym, że autentycznie czuję się dyskryminowana. 
Koleś zaczął pracować tam ponad rok później ode mnie, wykonuje tę samą pracę i ma dwa razy takie wynagrodzenie jak ja. Kiedy J. ze mną rozmawia, mam wrażenie, że robi to bardzo pobłażliwie, bo przecież jestem baba i co ja tam wiem… W ogóle to mam podejrzenie, że mimo że oboje pracujemy na umowę zlecenie i mamy bezpłatny urlop on dostanie za ten wrzesień wynagrodzenie… Nie muszę dodawać, ze ja kasy za dni w które nie ma mnie w pracy nie dostaję… Tego akurat dowiem się jutro chyba. I bardzo chciałabym się mylić. Wiecie tu nie chodzi o to kto ile dostaje. Ale o sprawiedliwość. Dlaczego są równi i równiejsi. Ja wiem, że zawsze tak było, ale prawdę mówiąc nie sądziłam, że sama się z tym spotkam. Tak naprawdę użeram się z tym problemem od zeszłego roku. Byłoby chyba łatwiej gdyby ten przydupasowaty kapuś był miły i sympatyczny. Ale nie jest niestety :( I to jest zdanie większości pracowników. Ja nawet próbowałam się z nim porozumieć, uprzejmie porozmawiać, ale on nie wykazywał żadnej chęci ocieplenia stosunków. Wręcz mam wrażenie, że on traktuje dziewczyny jako gorszą kategorię – podobnie odnosi się do mojej koleżanki a nawet szefową lekceważy…

Boli wiecie? Nie lubię być niedoceniana. Dlatego właśnie tak bardzo lubię jeździć do Lubonia. Tam zarabiam nawet mniej, ale to, że szef mnie docenia daje mi taką satysfakcję, że nawet za grosze bym tam jeździła. No cóż. Przede mną bardzo ciężkie dwa dni :( Sorki za tą nieskładną notkę, ale mam doła po prostu.
I jeszcze Franek… On tak jakoś kiepsko się potrafi wczuć w sytuację… Jak mi smutno to nie za bardzo potrafi mnie pocieszyć. A w ogóle to się bardzo niecierpliwi i denerwuje go, jak widzi, że płaczę. No czasem jak się postara to mi się robi lepiej. Ale czy ja naprawdę muszę o to prosić? Nie może zrobić tego sam z siebie?
I tym właśnie mało optymistycznym akcentem kończę. Idę się zakopać.

środa, 24 września 2008

Kolejne podejście

No dobra. Podejście trzecie :) Mam nadzieję, że tym razem się uda. W miarę nadrobiłam już blogowe zaległości. Przynajmniej jeśli chodzi o odpowiadanie na Wasze komentarze i odwiedziny u Was. Teraz czas na nadrobienie zaległości w zamieszczaniu notek. Wczoraj wyszła mi taka ładna, długa i poszła w cholerę. Postaram się ją dzisiaj powtórzyć, chociaż i tak nie wyjdzie mi już to samo. A było o weselu. Które jak już wspominałam wypadło średnio na tle ostatnich, na których byłam. Ale nie wiem dlaczego. Od samego początku trochę nam się nudziło. Co chwilę patrzyliśmy na zegarek. Tak samo moja kuzynka i kuzyn z narzeczoną, którzy siedzieli z nami przy stoliku. Chociaż nie mogę powiedzieć, że było źle – po prostu w porównaniu z czterema innymi weselami, na których byłam w ciągu ostatnich dwóch lat, to wypadło zdecydowanie najgorzej. Nie wiem… brakowało mi jakoś jedności, wspólnej zabawy, sama nie wiem. Chociaż ja osobiście się bawiłam dobrze. Dużo tańczyliśmy, rozmawiałam z kuzynostwem, trochę się z kuzynką powygłupiałam, najadłam się i takie tam. Ale jednak to nie było to, co ostatnio. Trudno powiedzieć z czego to wynikało. Chyba trochę przez DJ’a. Gadał trochę bez sensu i mam wrażenie, że nie potrafił wyczuć nastroju gości. Kiedy już udało się i na parkiecie wszyscy się dobrze bawili, on nagle puszczał jakiś kawałek, na którym wszyscy schodzili. Albo pusta sala a on „Hej sokoły” puszcza– piosenkę, która jest świetna, kiedy się wszyscy już dobrze bawią, a nie na rozkręcenie towarzystwa.  Stwierdziłam,ze jednak nie ma to jak orkiestra, disco polo i trochę kiczowate wykonanie:)Naprawdę ludzie się dobrze bawią przy tym. Kolejna sprawa to goście. Wielu z nich po prostu mało się bawiła. Może wynikało to z tego, że dużo było znajomych młodej pary Anglii i nie rozumieli po polsku – i na przykład podczas oczepin większość osób wyszła z sali w ogóle. Mało osób tańczyło – tak naprawdę cały czas te same. Ja się wytańczyłam, moi rodzice również, więc nie narzekamy, ale wielu gości w ogóle chyba nie wyszło na parkiet. No i ostatnia sprawa – młoda para…Oni sami wydaje mi się mało się bawili. Częściej widziałam ich osobno niż razem. Po 22 to panna młoda w ogóle zniknęła, prawdopodobnie uśpić synka –znowu wesele z „dzieciatą” parą młodą :) , ale na ten temat już pisałam w lipcu,więc nie będę się powtarzać:) Wydaje mi się też,  że mało zajmowali się gośćmi, to znaczy zaczęli się zajmować, ale dopiero około trzeciej, kiedy większość zaczęła się zbierać. Do tej godziny miałam wrażenie, że byli strasznie zdenerwowani wszystkimi jakoś tak wszystko się działo poza nimi. A szkoda. No i tak wszystkie te elementy chyba wpłynęły na to, że mniej mi się podobało na tym weselu niż zwykle. Ale i tak było miło i aż trochę szkoda, że to już koniec takich imprez na razie :) Ale nie na długo. 20 czerwca czas na mojego kuzyna. A potem jeszcze brat Franka.
W każdym razie najważniejsze, żeby młodzi wspominali ten dzień jak najlepiej. I nawet jeśli nam się mniej podobało, ważne, czy podobało się im i czy na zawsze będą mieli w pamięci ten dzień. A poza tym ich synuś nieźle się wyszalał. Nie każdy ma organizowaną taką imprezę po chrzcinach hihi – bo oni po swoim ślubie chrzcili jeszcze dzieciaczka.
I jak widzicie, udało mi się wreszcie z tymi zdjęciami :) To nie jest panna młoda w śmiesznej sukni ślubnej tylko ja. Po oczepinach, bo wyobraźcie sobie, że trafiło mi się i złapałam welon.
   
A tu razem z kuzynem, który złapał krawat. I nie myślcie sobie, że się Franek nie starał. On po prostu odpuścił, bo przecież złapał krawat na oczepinach tydzień temu, a żenić się ma zamiar tylko raz, to co będzie łapał drugi? hehe
    
No i co mi tam jakieś znaki zodiaku, czy to nie jest najlepsza wróżba? Hihi
Dobranoc.