*OGŁOSZENIE*

Witam wszystkich odwiedzających :) Zarówno stałych czytelników, jak i "przelotnych" gości.
Wszyscy są mile widziani, ale proszę pamiętać o tym, że jest to moje miejsce, a więc piszę o czym chcę, w sposób w jaki chcę i jestem jaka chcę być :) Jeśli się komuś to nie podoba, nie musi mnie uświadamiać, jaka jestem niefajna. Przymusu czytania ani lubienia nie ma.
Jeśli jesteś tu nową osobą, zachęcam do pozostawienia śladu swojej obecności w postaci komentarza (zakładka Kredki w dłoń), a jeśli prowadzisz bloga - zostaw adres. Chętnie zajrzę!
Pozdrawiam i życzę miłej lektury :)

wtorek, 7 lipca 2009

Zagadka

Przeczytałam ostatnio taką typowo babską książkę z serii „Literatura w spódnicy”. Takie mało wymagające czytadełko. Opowiada o lasce, z którą po dwóch latach związku zerwał  facet.  No i oczywiście bohaterka za wszelką cenę stara się wypełnić pustkę w swoim życiu. Najlepiej nowym facetem. A jednocześnie cały czas wierzy, ze tamten jednak ją kocha i wróci. Skądś to znamy? Typowe, co? :) W każdym razie, dziewczyna umówiła się na kilka randek.Ale nic z nich nie wynikło. Raz koleś nie odpowiadał jej wizualnie i do tego trochę przynudzał. Innym razem niby wszystko ok a jednak czegoś brakowało… I w trakcie czytania pomyślałam sobie, że to bardzo prawdziwe.
Ja to już dawno nie byłam singielką :) a poza tym między jednym a drugim związkiem przerwę miałam tylko półroczną, ale pamiętam trochę jak to jest. Poza tym mam mnóstwo koleżanek bez facetów. I widzę jak jest. A jest dokładnie tak jak w książce.Potencjalnych partnerów wcale nie brakuje. Poszłam na imprezę i już poznałam trzech. Przez Internet kilku następnych. Tu jakiś znajomy koleżanki, kuzyn kolegi… Okazji niby mnóstwo. Parę spotkań. I nic. Nie klei się. No i na czym polega właściwie ta miłość? Od czego zależy to, że chłopak fajny, wizualnie nam odpowiada, szarmancki, inteligentny, ale jakoś chęci nie mamy, żeby traktować go inaczej niż jako dobrego kolegę… A z kolei innego prawie nie znamy, a wystarczy, ze raz spojrzymy w jego oczy i wpadłyśmy jak śliwka w kompot…
Przynajmniej u mnie zawsze tak było. Nigdy nie było tak, że spotykałam się z chłopakiem, rozmawiałam z nim i potem od słowa do słowa zostawaliśmy parą.Przeważnie było tak, że poznaliśmy się, zwykle spędziliśmy trochę czasu razem –i to nawet nie sami, tylko w gronie znajomych, a następnego dnia już byliśmy razem… Szybko? Może, ale potem byliśmy ze sobą bardzo długo, więc po co odwlekać to, co nieuniknione.
Ja wierzę, że zadziałało to „coś”. Oczywiście nikt nie wie co to jest.Może chemia po prostu, jak to się często mówi. Może feromony. Zagadkowa sprawa.Nie wiem co sprawia, że akurat z Frankiem jest mi dobrze. Co sprawiło, że podwóch latach mijania się obojętnie na osiedlu nagle spotkaliśmy się ipoczuliśmy, że to jest to? Przecież nie chodziło tylko o to, że oboje jesteśmywolni. Tak naprawdę nikt nie pomyślałby, że moglibyśmy zwrócić na siebie uwagę,że będziemy do siebie pasować. A jednak.  Może to prawda z tymi połówkami jabłka. Ale ta teoria mnie jednak nie do końca przekonuje, bo wierzę, że można kochać tak samo szczerze kilka razy w życiu. Może ta miłość jest inna, ale tak samo szczera. Chyba najbardziej przemawia do mnie teoria magnetyzmu serc. I podobnie jak Fredro wierzę w bliźniacze dusze (ale nie w miłość od pierwszego wejrzenia). Musi istnieć coś takiego, co sprawia, że między dwiema osobami zaczyna iskrzyć. Co wywołuje motyle w brzuchu i miękkie kolana. A później, powoduje, że nawet bez tych motyli chce się spędzić z tą drugą osobą życie. Przecież zwykle to nie rozsądek o tym decyduje. W ogóle myślę, że gdyby rozum się zaczął za dużo wtrącać, nie byłoby połowy związków.  No chyba, że ktoś mi racjonalnie wytłumaczy o co chodzi w miłości, wtedy rozumowi zwracam honor :)

poniedziałek, 6 lipca 2009

Boli. Boli. I boli.

Notka miała być o czymś innym, ale musiałam ją przesunąć w czasie, bo potrzebuje Waszej porady. Oczywiście o ile będziecie mogły mi jej udzielić. Ale może któraś z Was doświadczyła tego co ja. Otóż STRASZLIWIE BOLĄ MNIE PLECY. No to jest jakaś masakra. Odczuwam ból, w dole pleców, zwłaszcza po lewej stronie. Wygląda na to, że to po prostu bóle krzyża. Pierwszy raz odczułam lekki dyskomfort około stycznia. Potem bolało mnie jak na przykład długo prowadziłam samochód. Ale przez długi czas nie bolał mnie odcinek lędźwiowy, tylko bardziej kość ogonowa. Teraz boli mnie tylko krzyż. Ostatnio się to nasiliło. Czytałam sporo na ten temat. Wyczytałam, że u większości osób ból mija samoczynnie, u mnie nie minął od miesiąca i jeszcze się nasila :( Czytałam też, ze przyczyną często są słabe mięśnie grzbietu i brzucha i należy je ćwiczyć. Ale ja chodzę na aerobik dwa razy w tygodniu! Więc to na pewno nie to jest przyczyną. Nawet się zastanawiałam, czy przypadkiem nie przesadziłam z ćwiczeniami, ale chyba nie, bo po aerobiku raczej jest lepiej niż gorzej. Wiem, że mam siedzącą pracę i to na pewno ma wpływ, ale nie dajmy się zwariować, przecież ile ludzi w biurze pracuje, siedzi po kilka godzin i nie ma żadnych dolegliwości :/ Normalnie już nie wiem co mam robić. Od wczoraj ból jest nie do zniesienia. Bo do tej pory bolało tylko przy schylaniu się, potem już jak się poruszałam a teraz siedzę, nie ruszam się a boli. Jak macie jakiś pomysł, co może mi pomóc, bardzo proszę o radę :(